Polak w Berlinie

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O wyzwaniach i korzyściach związanych z życiem między dwoma światami i o nowoczesnej Polonii z Peterem Nowakiem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Porozmawiajmy o berlińskiej Polonii.

Peter Nowak: To może zacznę od definicji. Trzeba odróżnić Polonię od emigracji. Zgodnie z rozumieniem przyjętym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Polonią są moje dzieci, które urodziły się już w Niemczech. Ja sam urodziłem się w Polsce, więc jestem Polakiem żyjącym za granicą. Taki podział dobrze się sprawdza w USA – część obecnej Polonii żyje tam od kilku pokoleń. W Niemczech zaś żyją głównie polscy emigranci, którzy przyjechali tutaj w czasach komunizmu, w okresie transformacji albo po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Mamy więc dwie grupy, które się różnią między sobą. Ja należę do tej pierwszej grupy, która wyjechała – lub jak się wtedy mówiło: uciekła – jeszcze w czasach komunistycznych. Część owej grupy przy wjeździe do nowego kraju deklarowała niemieckie pochodzenie, te osoby do lat 90. stanowiły większość migrantów i również ja się do nich zaliczam. Zaś po integracji Polski z UE do Niemiec przybyła najmłodsza emigracja.

KB: Jak liczna jest dziś społeczność Polaków i osób polskiego pochodzenia w Niemczech?

PN: To około półtora miliona osób i liczba ta stale rośnie. Cechą Polaków i osób polskiego pochodzenia w Niemczech jest słabe zaangażowanie w działalność polonijną. Może to dlatego, że mamy tak blisko do Polski i nie tęsknimy. Co prawda młodzi wyjechali, ale rodzice zostali i odwiedziny są czymś normalnym. Na przykład byłem kiedyś na weselu znajomych w województwie opolskim. Cała młoda część rodziny przyjechała z Niemiec, zaś starsze pokolenie mieszkało w Polsce.

KB: Czy to znaczy, że w Niemczech nie prowadzono typowej działalności polonijnej?

PN: Zajmowali się nią najstarsi działacze, którzy przyjechali tu głównie w latach 70. i 80. XX w. Stali na czele niegdyś prężnych organizacji, które jednak z biegiem lat straciły na znaczeniu. Z niektórych pozostał tylko zarząd z wiecznie trwającym prezesem. Oczywiście nie oznacza to, że nie ma żadnych funkcjonujących organizacji. Jest ich jednak zbyt mało, aby stworzyć silną reprezentację Polonii, która mogłaby na przykład skutecznie prowadzić rozmowy ze stroną niemiecką.

KB: Jak na tym ogólnym tle przedstawia się specyfika berlińska?

PN: Społeczność Polaków i osób polskiego pochodzenia w Berlinie jest dosyć liczna, mieszka nas tu ponad 100 tys. Na przykładzie Berlina dobrze widać podział w najmłodszej grupie migrantów. Część z nich została bardzo mocno wchłonięta przez niemiecki rynek, są to często specjaliści, np. związani z branżą IT. Drugą grupę stanowią osoby o różnym stopniu kwalifikacji, które zachowują wyłącznie konieczny związek z Niemcami i miastem, zaś każdy weekend spędzają w Polsce. Nie istnieje dla nich coś takiego jak działalność polonijna czy polskie organizacje, nie mają niemieckiej telewizji, nie integrują się. Ich życiowa stabilizacja nie wiąże się z tym miejscem. Trzecia grupa to osoby, które tu przyjechały, w jakiś sposób zaistniały, spodobał im się tutejszy styl życia, a równocześnie odżegnują się od związków z Polską. Wybrały pewną stabilność związaną z życiem tutaj, i nie mam na myśli stabilności o charakterze ekonomicznym. Do tej grupy należą również osoby, które wybrały Berlin z szeroko rozumianych powodów politycznych i światopoglądowych, są to przedstawicielki ruchów kobiecych, osoby ze społeczności LGBT+ itd. Ta ostatnia grupa inicjuje różnego rodzaju aktywności, zakłada stowarzyszenia, ale jej działalność – prowadzona na razie na niewielką skalę – nie może być określana jako polonijna.

KB: Strona niemiecka przewiduje jakieś regulacje i wsparcie działalności polonijnej?

PN: Od 2010 r. obowiązuje porozumienie, zgodnie z którym Niemcy i Polska wspierają wzajemnie organizacje mniejszościowe w sposób proporcjonalny. Na początku powołano w tej sprawie okrągły stół, do którego usiedli przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i reprezentanci Polonii, w jakimś sensie usankcjonowani przez polskie władze. W rezultacie powstał Konwent Organizacji Polskich w Niemczech, a na jego czele stanęli przedstawiciele parasolowych organizacji polonijnych. Dziś aktywna pozostała już tylko jedna z nich. W tym roku, w czerwcu, miał odbyć się nowy okrągły stół, którego ewentualny skład odzwierciedliłby zmiany zaistniałe po wyborach parlamentarnych w Polsce w 2015 r. Teraz, przed nowymi wyborami, istotną rolę odgrywają organizacje, które nie były dotychczas członkami Konwentu i w pewnym sensie konkurowały z nim, a obecnie nawiązały współpracę. Związek Polaków w Niemczech spod znaku Rodła to bardzo stara organizacja, która obecnie ma najbardziej rozwinięte struktury i wsparcie ze strony polskiej. Pozostałe to Chrześcijańskie Centrum Kultury, Tradycji i Języka Polskiego w Niemczech, Polska Macierz Szkolna w Niemczech oraz Kongres Polonii Niemieckiej. Na razie okrągły stół został odwołany, nie wiadomo, kiedy się odbędzie. Na ile obecne relacje Polski i Niemiec odgrywają tu jakąś rolę, można tylko spekulować.

KB: Wyobrażam sobie, że wiele organizacji, szczególnie młodych, może w ogóle nie chcieć przystąpić do organizacji parasolowych.

PN: Oczywiście, bo wiele z nich nie jest zainteresowanych polityką, często korzystają ze środków przeznaczanych przez Niemców dla migrantów. Z takich źródeł można czerpać pieniądze i następnie wydawać na cele społeczne. Jednak trzeba znać i wykorzystywać niemieckie procedury, co dotychczas nie było domeną starszych organizacji polonijnych. Większość z nich pozyskiwała środki z polskich instytucji finansujących działalność polonijną.

KB: Skąd pan to wszystko wie i jaką pełni rolę w tej całej układance?

PN: Na to pytanie trudno odpowiedzieć w dwóch zdaniach. Od 35 lat żyję w Niemczech, a od ponad 20 w Berlinie. Od 10 lat interesuję się tematyką polonijną i Polską. Wynika to również z mojej działalności zawodowej. Pracuję w jednej z niemieckich kas chorych, w której zainicjowałem polskojęzyczny serwis, aby umożliwić Polakom łatwiejszy dostęp do świadczeń zdrowotnych. W ten sposób zbliżyłem się do polonijnych społeczności i organizacji. Od 2016 r. jestem członkiem senackiej Rady ds. Integracji i Migracji w Berlinie, do której zostałem wybrany na pięcioletnią kadencję jako jeden z siedmiu reprezentantów wszystkich organizacji migranckich z Berlina. Co ciekawe, koleżanka, która reprezentuje region Unii Europejskiej, również pochodzi z Polski. Tak samo jak nowa pełnomocniczka Berlina ds. integracji. Obecnie podczas wszystkich dyskusji na tematy imigranckie możemy częściej podnosić sprawy polskie. Zainteresowaliśmy naszymi problemami instytucje berlińskie, a one działają szybciej niż instytucje centralne. W międzyczasie wspólnie z żoną postanowiliśmy sprofesjonalizować nasze działania społeczne i założyliśmy stowarzyszenie Polki w Berlinie, które rok temu świętowało pięciolecie działalności. Przykład mojej żony pokazuje, że nie trzeba wchodzić do polityki, by skutecznie działać. Oczywiście większe organizacje są zawsze chętne, by przyciągnąć osoby realizujące ciekawe projekty. Dziś nadal pomagam żonie, ale nie wtrącam się do działań i spraw programowych, bo to organizacja kobieca. Stowarzyszenie Polki w Berlinie stara się być aktywne na tych polach, które są dla Polaków bardzo ważne, a na które najtrudniej zdobyć finansowanie. To często prawdziwa droga przez dżunglę biurokracji. Jeden z najciekawszych projektów to poradnik dla Polek przybyłych do Berlina. Po raz pierwszy udało się stworzyć opracowanie, które zostało zaprojektowane, napisane i złożone przez ekspertów polskiego pochodzenia mieszkających w Berlinie, zaś wydrukowane w Polsce. Całość została zrealizowana ze środków niemieckich. Ten poradnik to zupełnie nowa jakość w porównaniu z wcześniejszymi tego typu publikacjami. Stowarzyszenie Polki w Berlinie realizuje również projekt, który jest odpowiedzią na problemy wielu polskich rodzin w Berlinie związane z Jugendamtem. To instytucja, wokół której narosło wiele mitów i nieporozumień, zatem potrzebne jest informowanie i wspieranie. Dezinformacja powoduje, że wiele kobiet mających problemy z wychowywaniem dzieci lub będących ofiarami przemocy domowej wręcz boi się poprosić o pomoc społeczną. A według statystyk proporcjonalnie więcej dzieci zabiera się niemieckim rodzinom niż polskim, co nie pasuje do stawianych często tez o sprzedawaniu polskich dzieci Niemcom.

KB: Jaka jest recepta na sukces, gdy prowadzi się organizację w Berlinie?

PN: Trzeba działać zgodnie z tutejszymi regułami i oczywiście posługiwać się językiem niemieckim. Prowadząc taką organizację, trzeba również poświęcić sporo czasu i włożyć wiele pracy, za którą nikt nam nie zapłaci, a co za tym idzie, konieczna jest duża elastyczność zawodowa i finansowa. Niezbędne są cierpliwość, wytrwałość i zdolność komunikowania się z każdym środowiskiem. Jak widać, jest to ciężki kawałek chleba.

KB: Przełamuje pan pewną konwencję, która jest chyba bolączką Polonii na całym świecie, polegającą na zbyt słabym aspirowaniu do obejmowania stanowisk w administracji i polityce nowego kraju z myślą o tym, by pełnić – mniej lub bardziej formalnie – rolę rzecznika interesów polskiej społeczności.

PN: Podobnie jest w Niemczech. Również tutaj polskiej społeczności doskwiera brak reprezentantów w instytucjach, w partiach, na stanowiskach politycznych. Trzeba to zmienić. Kilka osób, z którymi współpracuję, wydaje się rozumieć potrzebę polskiej obecności w tutejszej polityce, ale za wcześnie, by mówić o konkretnych rezultatach.

KB: W zeszłym roku wszedł pan do zarządu organizacji Berpol, którą w latach 70. XX w. zakładał jeden z pionierów polskiego biznesu w Niemczech Henryk Kulczyk, ojciec nieżyjącego już, a chyba wciąż najbardziej znanego polskiego biznesmena, Jana Kulczyka.

PN: Tak, stowarzyszenie zostało założone w 1977 r. Zrzeszało polskich handlowców i przemysłowców w Berlinie i wspierało wszystkich, którzy chcieli prowadzić relacje gospodarcze między PRL-em a ówczesnym RFN-em. Były w tym stowarzyszeniu prawdziwe grube ryby, działano z dużym rozmachem. Na wystawnych balach razem bawili się polscy przedsiębiorcy i berlińska śmietanka towarzyska. W 2001 r. wydano pamiątkową publikację, która opisuje historię polskiego biznesu w Berlinie i prężnej działalności polonijnej. Przez lata ta działalność przygasła, może ze względu na bliskość Polski. Teraz planujemy jej reaktywację. Z tego powodu Berpol – Polish-German Business Club będzie uczestniczył w organizacji berlińskiej edycji Kongresu 60 Milionów.

KB: I tu dochodzimy do kwestii najbardziej aktualnej. Kongres 60 Milionów to wydarzenie polonijne coraz bardziej znane na świecie. Pan jest jego współorganizatorem i osobą odpowiedzialną za berlińską edycję.

PN: Kongres 60 Milionów został pomyślany jako marka wydarzeń polskich i polonijnych, która będzie rozpoznawalna na całym świecie. Powstał, aby ludzie identyfikujący się z polskością mogli się spotkać. I niekoniecznie przy mazurku i tańcach, co oczywiście też ma swój urok i jest potrzebne. Przez lata poznałem grono osób, z którymi realizowałem działania polonijne. Miały one jednak charakter projektowy i kończyły się wraz zakończeniem finansowania. W końcu wpadliśmy na pomysł, aby wykorzystać nasze różnorodne kompetencje i spróbować wspólnie zrobić coś trwałego. Oczywiście postrzegamy nasz projekt w kategoriach ekonomicznych, ale nie w takim sensie, by był sposobem na zarobek, lecz by sam się finansował. Wszyscy prowadzimy własną działalność i mamy z czego żyć. W zeszłym roku zorganizowaliśmy trzy edycje Kongresu – dwie w USA i jedną w Polsce. Wiadomo, że Polonię w USA łatwiej zainteresować tematem, ponieważ jest złakniona kontaktu z każdym przejawem polskości. Poszczególne edycje Kongresów mają swoją unikalną tematykę. W Miami skupiamy się na rynku nieruchomości (na którym działa wielu Polaków), transporcie i logistyce. Są już pierwsze efekty. Jeden z naszych polskich partnerów po udziale w zeszłorocznej edycji otworzył filię w Miami. Każdą edycję Kongresu budujemy wokół ludzi, którzy działają na miejscu i wiedzą, co w danym regionie jest potrzebne. Dlatego wziąłem na siebie organizację wydarzenia w Berlinie. Udało mi się skrzyknąć ludzi i namówić do współpracy, mimo że wcześniej ze sobą konkurowali. To pierwszy prawdziwy sukces związany z berlińską edycją Kongresu, mimo że wydarzenie jeszcze się nie rozpoczęło.

KB: Jakie tematy będą poruszane podczas edycji berlińskiej?

PN: Skupiamy się na branży technologicznej, czyli wszystkim, co ma przedrostek „e”: e-zdrowiu, e- finansach itd. W tych dyscyplinach Polacy są bardzo mocni, choć niestety często grają drugoplanowe role. Są świetnymi inżynierami, technikami lub wynalazcami, widoczna jest ich aktywność na scenie start-upowej, ale nie potrafią jeszcze przekuć swoich kompetencji w miliardowy biznes. Podczas Kongresu chcemy pokazać, że jest to możliwe. W Berlinie, jak i w całych Niemczech, wielu Polaków pracuje na wysokich stanowiskach, ale są rozproszeni i niewidoczni, bo nie podkreślają swojej polskości. Na Kongresie 60 Milionów będą mieli okazję się spotkać i opowiedzieć o swojej pracy i osiągniętych sukcesach. Taką przynajmniej mam nadzieję, bo naprawdę nie jest łatwo do nich dotrzeć.

KB: Nie da się ich rozpoznać po nazwisku?

PN: Właśnie w Niemczech to nie działa. Sporo ludzi nosi tu polskie nazwiska, nie mając równocześnie z Polską nic wspólnego. Amerykańska Polonia zawsze utożsamia się z krajem pochodzenia, natomiast tutaj osoby, których przodkowie 100 lat temu przyjechali z terenów obecnej Polski, naprawdę bardzo rzadko identyfikują się z polskością. Wystarczy wspomnieć o dziadku kanclerz Niemiec Angeli Merkel, który urodził się w Poznaniu jako Ludwig Kazimierczak, ale zmienił później nazwisko na Kasner i nie przyznawał się do swoich korzeni. Ta sytuacja pokazuje pewne różnice wynikające z uwarunkowań historycznych.

Wracając do tematyki Kongresu, zastanowimy się też, dlaczego warto pojechać do Polski, i poszukamy takich mniej oczywistych celów. Jednym z nich jest turystyka zdrowotna, którą cenią sobie głównie starsi obywatele Niemiec, ale również coraz częściej Polonia.

Uważam, że Polacy w Niemczech mają bardzo duży i dotychczas zbyt słabo wykorzystany potencjał w szeroko pojętej dziedzinie pośredniczenia między Polską a Niemcami. Znają języki i obyczaje obydwu krajów, więc są odpowiednio przygotowani. Mam nadzieję, że kiedyś polskie władze też to dostrzegą.

KB: Jakich innych ciekawych partnerów udało się państwu zaprosić na Kongres?

PN: Naszym partnerem jest Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), której przedstawiciel opowie o projektach telemedycznych w związku z kosmicznymi misjami załogowymi, np.na Marsa. W jednym z paneli będziemy rozmawiać o transporcie. Udało nam się zaprosić przedstawiciela Portu w Hamburgu, który prowadzi niestandardowe działania marketingowe, a mianowicie organizuje dla klientów i partnerów portu stowarzyszenie będące siecią networkingową. Cieszymy się, że nawiązaliśmy również kontakt z jedną z największych polskich firm z branży IT, spółką Comarch.

Podkreślam raz jeszcze, że zależy nam, aby pokazać, jak przebić szklany sufit i że jest to możliwe. W moim przekonaniu Polacy za tanio i zbyt szybko sprzedają swoje pomysły, swoją wiedzę i przede wszystkim swoją pracę. Za słabo aspirujemy do najwyższego poziomu. Długo czekaliśmy na Lewandowskiego, żeby zobaczyć polskiego zawodnika, któremu zależy, aby być najlepszym z najlepszych. Pokazał, jak się dochodzi na szczyt. Kongres 60 Milionów powinien uświadamiać, że sukces jest możliwy w wielu dziedzinach, a w jego osiągnięciu może pomóc Polonia.

KB: Wcześniej powiedział pan o roli przedstawicieli Polonii w pośredniczeniu między dwoma światami.

PN: Tak. Mogę posłużyć się swoim przykładem. Wiem, jak funkcjonuje niemiecki rynek, wiem, jak funkcjonują Niemcy, znam ich mentalność, bo tutaj się wychowałem, ale znam też polską mentalność i sporo osób w Polsce, więc niejako automatycznie przyjmuję rolę pośrednika. Szkoda tylko, że nasz potencjał nie jest odpowiednio wykorzystywany zarówno przez polskie instytucje rządowe, jak i sferę biznesu.

KB: Chciałbym w takim razie zapytać o kwestię światopoglądową. Jak fakt, że należy pan do dwóch światów, wpływa na pana tożsamość i jak taki wizerunek postrzegają Niemcy?

PN: Osoby polskiego pochodzenia, które utrzymują relacje z Polską i nie kryją się z tym, zawsze dla Niemców będą Polakami. Ja przez cały okres mojego życia w Niemczech jestem tu uważany za Polaka. Był czas, kiedy mi to przeszkadzało, ale obecnie jest to dla mnie raczej coś pozytywnego.

KB: Bo można czerpać korzyści z dwóch światów?

PN: Właśnie. Potrafię robić to samo co Niemcy i żyć jak Niemiec, ale potrafię też to, czego oni nie umieją. Czerpię z katalogu typowo polskich cech: elastyczności myślenia i działania, fantazji, odwagi w podejmowaniu decyzji, umiejętności chodzenia na skróty. Wszystkim naszym działaniom chcemy nadać nadrzędny przekaz: siłą Polonii może być umiejętność korzystania z tego, co najlepsze w obu światach. Oczywiście nic nie przychodzi samo – trzeba wydeptać swoje ścieżki w jednym i w drugim kraju, trzeba zapłacić frycowe, czasem cofnąć się w tył i spróbować raz jeszcze. Chciałbym zachęcić wszystkich przedstawicieli polskiej społeczności, aby znaleźli swoją drogę między dwoma światami. Chciałbym też, aby polskie firmy wykorzystały kompetencje Polonii. Zaś celem Kongresu 60 Milionów jest uświadamianie, że warto.


Peter Nowak

działacz polonijny w Niemczech, ekspert państwowych systemów ubezpieczeń zdrowotnych. Senior account manager w kasie chorych BKKVBU w Berlinie. Członek berlińskiej senackiej Rady ds. Migracji i Integracji, członek zarządu Polish-German Business Club Berpol, członek komitetu organizacyjnego Kongresu 60 Milionów i koordynator edycji w Berlinie.

 

Czytaj także