Staje przede mną człowiek i trzeba mu pomóc

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O systemie, który zamiast pomagać przeszkadza w pomaganiu, o postępującej dehumanizacji relacji społecznych i nadziei, którą dają oddolne inicjatywy, z siostrą Małgorzatą Chmielewską rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Ilu osobom siostra dzisiaj pomogła?

Siostra Małgorzata Chmielewska: Nie da się tego policzyć. Przewodniczę Fundacji Domy Wspólnoty Chleb Życia i Wspólnocie Chleb Życia, w których pracuje bardzo wielu ludzi – wszyscy pomagamy. Prowadzimy domy dla ludzi bezdomnych, w tej chwili mieszka w nich około 300 osób. Działamy też na wielu innych polach. Pomagamy osobom ubogim mieszkającym u siebie – nie bezdomnym, ale żyjącym w nędzy. Co roku remontujemy jedno lub dwa mieszkania czy domy ludzi, którzy żyją w koszmarnych warunkach. To są przeważnie osoby samotne, starsze, niepełnosprawne. Prowadzimy też świetlice dla dzieci na wsi, gdzie organizowane są zajęcia plastyczne, muzyczne, w tym indywidualna nauka gry na instrumencie, nauka języków. Rozwozimy żywność, prowadzimy również ogromny fundusz stypendialny, zarówno dla uczniów i studentów, jak i dla osób niepełnosprawnych. Trudno to wszystko zliczyć. Kiedy człowiek nie ma co jeść, nie ma w co się ubrać czy nie ma dachu nad głową, wsparcie materialne jest podstawą, ale to nie jedyna forma pomocy. Nie można od takiej osoby oczekiwać, że będzie natychmiast sprawna i gotowa, by wrócić do życia społecznego. Inna sprawa, że wielu naszych mieszkańców już nigdy do niego nie powróci – są zbyt starzy, chorzy lub niepełnosprawni, by żyć samodzielnie czy pracować.

KB: Skąd wiadomo, komu pomagać?

MCh: Nie jesteśmy panami i bogami ani też zbawicielami, wobec tego nie podejmujemy się zreperowania całego świata. Podjęliśmy się naprawiania go w granicach naszych możliwości – jako ludzie wierzący, ale też jako obywatele czy po prostu ludzie. Oczywiście nie robimy tego sami, tysiące osób wspiera nas w miarę swoich możliwości, a każdy gest jest ważny. W 2017 r. pewna pani przelała na nasze konto 20 zł i do dziś użera się z urzędem skarbowym, który każe jej przedstawić sprawozdania fundacji, mimo że można je pobrać ze strony internetowej. Chciała pomóc, ale myślę, że drugi raz już tego nie zrobi. To przykład gnębienia człowieka. A wracając do pytania – nie szukamy ludzkiej biedy, tylko ją spotykamy i staramy się na nią odpowiadać. Tak też było w 1989 r., kiedy zaczynałam działalność. Wraz z przyjaciółką Tamarą, z którą współpracuję do dzisiaj, spotkałam po prostu ludzi bezdomnych i postanowiłam się nimi zająć. Do założenia funduszu stypendialnego zainspirowała mnie dziewczyna, która chciała pożyczyć 50 zł na internat, bo groziło jej wyrzucenie, a była w klasie maturalnej. Wtedy przyszło mi do głowy, że być może nie ona jedna jest w takiej sytuacji. Kolejne budowane przez nas domy dla ludzi niemających dachu nad głową to obiekty, które odpowiadają konkretnym potrzebom, jakie napotykamy. Najpierw powstał dom dla ludzi bezdomnych. Później okazało się, że potrzebny jest osobny dom dla kobiet, kolejny dla osób chorych, następny – na wsi. Teraz znów okazuje się, że musimy mieć więcej miejsca dla ludzi starych i chorych. Pilne jest też wybudowanie schroniska dla ludzi bezdomnych w Warszawie. Są chętni, aby je wznosić, staramy się o działkę od miasta, ale na razie bezskutecznie. Sprawa jest nagląca, bo nieustannie przybywa ludzi starych, chorych, niepełnosprawnych – dotyczy to całego społeczeństwa, a ludzi bezdomnych w szczególności. Wielu z nich przepracowało całe życie, ale splot okoliczności spowodował, że wylądowali na bruku.

KB: Czy zwiększa się liczba ludzi proszących siostrę o pomoc?

MCh: Od 1989 r. tworzono w Polsce publiczny system pomocy ludziom bezdomnym, który obecnie jest zupełnie absurdalny, ponieważ wyklucza znaczną część z nich. System miał służyć całkowitemu uporządkowaniu, w związku z czym powstał kompletny chaos. Czy jest więcej ludzi bezdomnych? Myślę, że jest ich bardzo dużo. W każdym społeczeństwie, również w naszym, a jesteśmy społeczeństwem rozwiniętym i bogatym, jest grupa ludzi, którzy cierpią biedę. To są ci najsłabsi, czyli osoby starsze, niepełnosprawne, schorowane itd. Na nich nie chcemy dawać pieniędzy. Budżet państwa można porównać do tortu. W każdej normalnej rodzinie – a jest ich, mam wrażenie, coraz mniej – ten najsłabszy, stary, chory dostaje najlepszy kąsek. Tak przynajmniej mnie wychowano i jest to zgodne z etyką chrześcijańską. Natomiast w naszym kraju podział tortu wygląda tak, że największe i najgrubsze kąski dostają ci, którzy są silni i których potrzeby stale rosną. Nie jestem absolutnie wrogiem autostrad ani wieżowców, ani siłowni w parkach. Natomiast gdy mamy wybór i pula jest ograniczona, to powinniśmy się zastanowić, czy nie dać najsłabszym trochę więcej.

KB: Państwo jednak pomaga w jakiś sposób choćby ludziom bezdomnym, organizując dla nich noclegownie.

MCh: Jeśli chodzi o zajmowanie się ludźmi bezdomnymi, tendencja jest taka – również ze względu na zmianę wcześniejszego prawa – że najbardziej opłaca się otwierać ogrzewalnie i noclegownie. Do tego typu placówek duża część ludzi bezdomnych nie trafia i nie powinna trafiać. Sporo ludzi po prostu nie potrafi znieść trudnych warunków, jakie zazwyczaj tam panują, między innymi przemocy. Ona nie musi wynikać ze złego zarządzania takim obiektem, po prostu jeżeli zamyka się w jednym budynku 300 osób na noc, to będą tam zachodzić typowe procesy społeczne, czyli będą wygrywać najsilniejsi. Wiadomo, że ogromna część osób bezdomnych to ludzie starzy, chorzy, niepełnosprawni, wymagający pełnej opieki. Dużo kosztowniejszą formą pomocy jest zapewnienie ludziom dachu nad głową przez całą dobę, pomocy socjalnej, medycznej, ale także relacji międzyludzkich. Przepraszam za wyrażenie – absolutnie nie chcę obrażać ludzi bezdomnych – ale przez państwo są traktowani jak śmieci. Państwo ma czyste sumienie, bo dba, by bezdomny nie zamarzł nocą, a to, czy zamarznie w dzień, to jest już państwu obojętne. Co więcej, organizacje i stowarzyszenia, które całościowo chcą dawać ludziom nadzieję i szansę, w tej chwili są obciążone drakońskimi restrykcjami prawnymi. Aby się dostać do schroniska, trzeba uzyskać decyzję administracyjną, na którą można czekać w noclegowni na przykład trzy miesiące. Będąc na wózku, bo i takie przypadki mieliśmy, albo prosto po wypisie ze szpitala. A pamiętajmy, że decyzję wydaje cały zespół urzędników.

KB: Skąd takie rozwiązania? Czy prawo dotyczące pomocy bezdomnym nie jest z nikim konsultowane?

MCh: Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wydało 19 mln zł na ustalanie standardów w schroniskach dla ludzi bezdomnych. Oczywiście zarobili na tym wszyscy, tylko nie bezdomni, a jak wiadomo, na biedakach można świetnie zarobić. Jedna z reguł ustalonych przez MRPiPS mówi, że aby przyjąć bezdomnego chorego, trzeba prowadzić specjalną placówkę świadczącą tzw. usługi opiekuńcze, nie może on trafić do zwykłego schroniska. W całej Polsce takich placówek jest bardzo niewiele. Za przyjęcie człowieka bezdomnego chorego – oczywiście do schroniska współfinansowanego ze środków publicznych – grozi kara 20 tys. zł. U mnie 90 proc. ludzi bezdomnych to osoby chore – psychicznie, fizycznie, dwa w jednym, terminalnie itd. Pytałam nawet kiedyś panią minister, czy te kary są za pakiet, czy od łebka. Inna ciekawa norma – schroniska dla chorych bezdomnych muszą być wyposażone w pisuary. Proszę sobie wyobrazić, że jest tam 80 osób, z tego mniej więcej 60 nie wie, jak się nazywa, kilkanaście jest na wózku, większość musi stale leżeć i ja mam im zawieszać pisuary, których ludzie w życiu nie widzieli, nie potrafią z nich korzystać, a w ogóle to często siusiają na podłogę i kupą smarują ścianę. Mamy zatem w prawie idiotyzmy, które ktoś z niewiadomych powodów wymyśla. Kierownik schroniska musi mieć ukończony roczny kurs organizacji pomocy społecznej. Ta nazwa powinna brzmieć: kurs dezorganizacji pomocy społecznej. Ludzie, którzy pracują 20 lat z bezdomnymi, muszą iść na kurs, który kosztuje 3 tys. zł. Kto go organizuje? Oczywiście są specjalne firmy, które na tym zarabiają. Jeden z moich młodych współpracowników ukończył politykę społeczną na Uniwersytecie Warszawskim oraz ratownictwo medyczne. Mimo że ma dyplom z polityki społecznej, obowiązuje go kurs za 3 tys. zł, a jako ratownik nie może na przykład rozdawać leków, bo takie uprawnienia posiada tylko pielęgniarka. A przykładowo w Warszawie pielęgniarek nie ma. Zaś my w naszych schroniskach dla chorych tygodniowo musimy rozdać 5 tys. tabletek. Te idiotyzmy, które wymyśla ktoś siedzący na górze, wiążą ręce ludziom, którzy chcą rzeczywiście pomóc, i to w każdej dziedzinie życia. Niszczymy relacje społeczne, sprowadzamy ludzi do klientów, odbiorców usług, uczestników procedur. Mimo całej wiedzy i dobrych chęci lekarze nie mogą często naginać procedur, które ich obowiązują. Mieszkańcy naszych domów nie mieszczą się w żadnych systemach i nieraz są ich ofiarami. Są to często ludzie najsłabsi – źle się urodzili, popełnili jakiś błąd w życiu, stała się tragedia, wpadli w uzależnienie i tak dalej, i tak dalej. Mieszkają u nas profesorowie uniwersytetu, ludzie z doktoratami, osoby, które kiedyś prowadziły firmy. Tragedia może dosięgnąć każdego. A jak wypadniesz z systemu, to cię nie ma. Oczywiście my z tym walczymy, przyjmujemy ludzi, nie interesuje nas, ile kosztuje biuro, które dla każdego bezdomnego przyjętego do schroniska musi wydać decyzję administracyjną. W ubiegłym roku w jednym ze schronisk przyjęliśmy 400 osób, dla których wydano 400 decyzji administracyjnych. Absurdy oczywiście nie dotyczą tylko naszego kraju. W Szwecji pewna pielęgniarka została parę godzin dłużej – dobrowolnie i nieodpłatnie – u jakiejś staruszki, którą się opiekowała. I została ukarana, bo wyszła poza system. To są chore systemy, ale my i tak pomagamy. Nie ma innego wyjścia, jeżeli chcemy walczyć z ludzkimi nieszczęściami.

KB: Jeżeli zachodzi swoisty regres w kwestii podejścia do najuboższych i najsłabszych, a tak rozumiem wcześniejszą siostry wypowiedź, to co jest jego przyczyną?

MCh: Przyczyna tkwi w społeczeństwie. Problem dotyczy nie tylko Polski, ale też krajów zachodnich. Wiele lat temu w Paryżu zamknięto wiele schronisk dla bezdomnych, bo nie spełniały standardów. W następstwie takiej decyzji nad Sekwaną, pod mostami, pojawiły się namioty. I one nikomu już nie przeszkadzały. Przestrzegałam przed tym, ale nikt mnie nie słuchał, więc mamy, co mamy. W Krakowie żadne schronisko nie przyjmie człowieka, który nie miał ostatniego meldunku krakowskiego. Wobec tego starzy, schorowani ludzie mogą liczyć wyłącznie na noclegownię albo na ulicę. Mamy tam mały dom dla bezdomnych, który otworzyliśmy w październiku ubiegłego roku. Nie jesteśmy związani żadnymi umowami z samorządem czy rządem, co pozwala nam na większą swobodę. Jest w nim 15 miejsc, a gdy dostawimy materace, zmieści się 18 osób. Posiadamy też gabinet medyczny. W dramatycznych sytuacjach przewozimy chorych do naszych domów na wsi. W nich nie mamy żadnych zobowiązań wobec systemu, czyli krótko mówiąc, władza może nam naskoczyć. Opowiem panu pewną historię. Do ośrodka na wsi, w Jankowicach pod Sandomierzem, trafił pan, który wymagał całodobowej opieki medycznej, więc zgodnie z regułami nie powinien tam przebywać. W pewnym momencie ten człowiek zasłabł i wezwaliśmy pogotowie. W szpitalu spędził 24 godziny na izbie przyjęć, bez jedzenia i picia. W końcu karetka przywiozła tego pana z powrotem. Po pół godzinie przyjeżdża do nas znajomy policjant i mówi, że lekarz, który do nas odesłał tego człowieka, złożył zawiadomienie, że chory jest w schronisku, które nie może mu zapewnić opieki. Rozumie pan paranoję? Przewieźliśmy tego człowieka do Warszawy i tam się nim zaopiekowaliśmy. Pomijam fakt, że gdyby coś mu się stało w czasie naszego transportu, mielibyśmy na głowie prokuratora. I tak żyjemy, ryzykując i prowadząc ustawiczną walkę, między innymi ze szpitalami, które nie chcą przyjmować ludzi.

KB: Są błędy systemu, które siostra wskazała, dotyczące nie tylko sfery pomagania, ale też każdej sfery życia. Natomiast zadziwiać może zła wola.

MCh: Na szczęście nawet jeśli ktoś ma złą wolę, musi jeszcze chcieć sięgnąć po telefon czy wykazać jakąś inną aktywność, aby komuś zaszkodzić. Ale są też obcy ludzie, którzy potrafią stanąć na głowie, żeby pomóc bezdomnemu. Takich opowieści, trochę żałosnych, mogłabym panu opowiedzieć tysiące. Zostawiliśmy człowieka na izbie przyjęć z potwornymi, cuchnącymi ranami nóg. Wyjęliśmy robaki, ale chory nadal wymagał opieki medycznej, więc błagaliśmy, aby został przyjęty na oddział. Poprosiliśmy też, żeby ktoś nas powiadomił, gdy zostanie wypisany. Następnego dnia moi współpracownicy jadą do szpitala i… gościa nie ma. Szukaliśmy tego człowieka dwa tygodnie, w końcu znaleźliśmy go w jednej z noclegowni, gdzie siedział w odosobnieniu z gnijącymi nogami; zapewniano mu, zgodnie z ustawą, jeden posiłek dziennie. Zgarnęliśmy go, stoczyliśmy kilka awantur, aby przyjął go jakiś szpital. Wreszcie przyjęli go ojcowie bonifratrzy. Dziś wydaje się, że mimo wcześniejszej groźby amputacji uda się jakoś te nogi odratować. Miała też miejsce odwrotna sytuacja. Kiedyś ktoś ubłagał nas, abyśmy przyjęli człowieka bezdomnego z noclegowni do całodobowego schroniska. Zatem sytuacje są bardzo różne, wszystko zależy od człowieka. Trzeba dodać, że lekarze, postępując niezgodnie z procedurami, a mając nad sobą biurokratę ordynatora, ryzykują często awanturę i utratę pracy. Taki mamy system.

KB: Czyli gdyby podsumować działalność siostry, można powiedzieć, że jest to ciągła walka.

MCh: Tak, ciągła walka z dehumanizacją relacji społecznych, w imię porządku, wolności i demokracji.

KB: A jaką rolę w owej dehumanizacji odgrywa materializm?

MCh: Na pewno bardzo dużą, bo przekłada się na postawę wobec ludzi ubogich i bezdomnych. Dość powszechne jest przekonanie: dorobiłem się, bo jestem mądry, a biedny i bezdomny jest głupi, więc nic mu się nie należy. Szczególnie młodsze pokolenie tak myśli, choć nie chcę generalizować, bo jest też mnóstwo fantastycznych ludzi. Mamy zatem materializm, czyli gonitwę za pieniędzmi, dobrami, pozycją, w której wydaje nam się, że coś jest naszą zasługą. Do tego mówimy kilkoma językami i w ogóle jesteśmy dzielni i happy. Ja uważam, że powodzenie w życiu i majątek to nie zasługa, tylko zobowiązanie. Nie urodziliśmy się, jak mój przybrany syn, niepełnosprawni. Nie wydarzyło się nic, co by nas załamało. Jesteśmy silniejsi psychicznie, spotkaliśmy na swojej drodze odpowiednich ludzi, żyjemy w kraju, w którym nie spadają nam bomby na głowę, nie biją nas i nie torturują, mamy wolność, przynajmniej na razie. Więc wywyższanie się i przypisywanie sobie zasług wynika z niewłaściwej oceny sytuacji. Jest wielu ludzi, którzy to rozumieją i uważają, że mają coś, czym powinni się dzielić; i nie ma znaczenia, czy są to dobra materialne, wiedza, czy umiejętności. Nie twierdzę, że nie trzeba mieć satysfakcji z własnego dorobku. Trzeba. Ja też się cieszę, że udało się tyle zrobić. Pracujemy i powinniśmy czerpać satysfakcję, mając jednocześnie świadomość, że za chwilę możemy nie mieć nic. Powodzenie to coś, co jest nam dane w dzierżawę. W pewnym momencie trzeba będzie zdać z tego sprawozdanie. A jeśli okaże się, że zdobywamy dobra materialne kosztem ubogich i słabszych? Poza tym czemu owe dobra mają służyć? Jasne, że zaspokojeniu moich osobistych potrzeb czy potrzeb mojej rodziny, ale czy tylko temu? I czym są owe potrzeby? Dla kogoś bieda może oznaczać brak iPhone’a, a dla kogoś innego – dziurawe buty zimą. Zawsze, gdy trafiam na nastolatków, którzy żyją w bardzo trudnych warunkach bytowych, sprawdzam, czy mają smartfony. Dziś brak smartfona oznacza stygmatyzację i wykluczenie z grona rówieśników. Kupuję więc te smartfony nagminnie, gdy mam pieniądze, i oczywiście kupuję buty oraz porządną kurtkę czy jakąś bluzę. Przekazujemy też ubrania używane, z darów, ale zawsze staram się, by każdy dostał przynajmniej jedną nową rzecz. Czasami jest to pierwsza nowa rzecz tych ludzi.

KB: Powiedziała siostra o wykluczeniu. Czy społeczeństwo nie wyklucza dziś łatwiej i na szerszą skalę niż kiedyś? Taką postawę okazuje się nie tylko wobec uchodźców, co jest szeroko komentowane w mediach, ale też choćby wobec ludzi biednych.

MCh: Kryje się za tym prosty mechanizm. Lubimy mieć „swojego” biedaka, lecz musi on znać swoje miejsce, siedzieć na zgrzebnym stołku, jeść kaszankę wprost z gazety. Przechodząc obok biedaka, doznajemy pewnego poczucia radości i wyższości. Patrzymy i myślimy sobie: ha! można było, a ten, proszę, jaka szmata. Wydawało się to nierealne, ale w pewnym momencie historia zatoczyła koło. W 1990 r. w wiosce w Beskidach wybudowaliśmy pierwszy dom dla bezdomnych. Pewnego dnia nasze chłopaki wyszły grać w piłkę. I nagle pojawiło się wśród miejscowych ogromne oburzenie: „Jak to, bezdomne w piłkę grają? Bezdomne mogą co najwyżej żebrać”. Wydawać by się mogło, że wiele się od tamtego czasu zmieniło, ale to nieprawda. Dziś takie podejście do bezdomnych stosują instytucje. Uważa się, że bezdomny ma siedzieć w jednym miejscu, dostanie tyle, aby nie umarł, bo to jednak wstyd, ale nie tyle, aby mógł uczestniczyć w życiu ekonomicznym, społecznym, kulturalnym i duchowym. Obecnie stały zasiłek dla osoby niepełnosprawnej, która nie ma prawa do renty, wynosi 644 zł. To może być człowiek, który zachorował, przepracowawszy gdzieś na czarno 15 lat, ale też osoba, która zachorowała po skończeniu 18 lat i nie wyrobiła sobie prawa do renty, bo aby je zdobyć, trzeba przepracować pięć lat. Mamy więc 644 zł, proszę spróbować przeżyć za tę kwotę. Każda złotówka, którą przynosi ktokolwiek z rodziny, powoduje adekwatne odebranie tych pieniędzy. Czyli państwo mówi do niepełnosprawnego: masz, łajzo, żyć za te ponad 644 zł i nie wolno ci żyć lepiej. Renta socjalna wynosi 840 zł. Została podniesiona o 100 zł po dzikich awanturach i upokarzaniu ludzi przed Sejmem. Może ci, którzy się oburzają, powinni spróbować przeżyć za tę kwotę. Ludzie piszą w komentarzach w Internecie, że nie chcą, by ich podatki szły na niepełnosprawnych. Tacy jesteśmy, tak nam się udało budowanie społeczeństwa solidarnego, już nie mówię o wartościach chrześcijańskich. Brud wyłazi non stop i atmosfera jest taka, że on może wyłazić. Rasizm czy antysemityzm zawsze były w ludziach, ale nie było na to szerokiego przyzwolenia. Natomiast pogarda wobec osób niepełnosprawnych w czasie ich protestów była bardzo szeroka. Oczywiście wielu stanęło po stronie niepełnosprawnych, nawet nie deklarując tego publicznie.

KB: To nie napawa optymizmem.

MCh: Dla przeciwwagi powiem, że powoli zaczyna się oddolny ruch ludzi – głównie młodych, ale nie tylko – którzy nie chcą takiego świata. Oby nie stracili swojej wrażliwości. Ja też nie chcę takiego świata, ale jestem stara i niewiele mogę zrobić oprócz tego, co robię.

KB: Czy widzi siostra sens w namawianiu innych do pomagania?

MCh: Każdy dobry czyn buduje lepszy świat. Obojętnie, czy podamy obiad sąsiadce staruszce, czy weźmiemy na wakacje dziecko, którego rodziców na to nie stać, czy umożliwimy młodym ludziom na wsi naukę gry na instrumentach, naukę języków, wyjazdy na wycieczki, czy uśmiechniemy się do człowieka bezdomnego na ulicy. Każdy tego typu gest, większy czy mniejszy, ma ogromny wpływ na świat. Wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić. Nieprawda. Możemy przeciwstawić się, mówiąc w kategoriach marksistowskich, uciskowi słabszych. Dla dociekliwych: nie mam nic wspólnego z marksizmem. Ale tak naprawdę jest – na świecie trwa ucisk i wyzysk słabszych. Wygrywają silniejsi, bo słabsi nie mają dostępu do wielu sfer, pozornie oczywistych, na przykład edukacji czy opieki medycznej. Stąd też nasze działania ukierunkowane na ludzi młodych, w tym fundusz stypendialny. Tak się buduje lepszy świat. Zmiany w instytucjach są potrzebne, ale one nie zastąpią człowieka. Ja nie chodzę i nie namawiam ludzi, żeby się dzielili, ale wielu ludzi się dzieli, kiedy widzi naszą pracę. Oczywiście przyjmujemy każdą pomoc, bo potrzeb jest mnóstwo. Nie opływamy w pieniądze, każda złotówka liczona jest z dnia na dzień. Wielu ludzi, którzy do nas trafili, nie ma żadnych dochodów. W Warszawie otrzymujemy dotacje, jednak nie przekraczają one 50 proc. kosztów. Przede wszystkim musimy zatrudniać ludzi, pielęgniarki, lekarzy, pracowników socjalnych, opiekunów. Jeszcze do niedawna dużą część prac wykonywali sami mieszkańcy. W tej chwili w schronisku dla chorych wszyscy już wymagają opieki. To są ludzie, którzy nie są w stanie nic zrobić. Osoba na wózku może jeszcze nakarmić kogoś, kto leży, ale nic poza tym. Więc musimy zatrudniać kolejnych opiekunów i osoby sprzątające.

KB: Czy to tendencja do starzenia się społeczeństwa znajduje odzwierciedlenie w państwa domach?

MCh: To jest zjawisko, które obserwuję nie tylko w domach, które prowadzimy, ale też w rejonie, w którym mieszkam, w województwie świętokrzyskim. Po upadku komunizmu, w latach 90. i później, bardzo wielu ludzi w wieku 25–35 lat wyrwało się z wielkiej biedy, uzyskało lepszą lub gorszą edukację, wyjechało do miast lub za granicę. Młodzi pozostawili swoich rodziców, którzy dziś są starzy i schorowani, głównie są to matki. Ich dzieci nie czują się w obowiązku wesprzeć starych rodziców, nawet żyjących w nędzy. Ci zaś tłumaczą swoje dzieci, twierdząc, że muszą się dorobić. A przecież jeżeli kobieta ma pięcioro dzieci i każde z nich zrzuciłoby się po 100 zł, to matka dostawałaby 500 zł i miałaby szansę jakoś przetrwać. Oczywiście ona broni dzieci, a jeszcze dorzuci ostatni grosz, który jakimś cudem uda się jej odłożyć. W tym wszystkim ujawnia się prymitywizm duchowy naszego społeczeństwa. Nie twierdzę, że problem dotyczy wszystkich rodzin, ale dużej części. Obserwuję to z przerażeniem, a nawet czasem ośmielam się zapytać: kogo pani wychowała? Oczywiście nie tylko rodzice wychowują, ale też społeczeństwo, środki masowego przekazu, szkoła.

KB: Chciałem jeszcze zapytać o tę siłę, która jest widoczna w publicznym wizerunku siostry. Skąd ją siostra czerpie?

MCh: To, co robimy – nie tylko ja, ale cała wspaniała grupa ludzi, członkowie wspólnoty, pracownicy, wolontariusze, ludzie dobrej woli – to nie jest kwestia siły fizycznej czy psychicznej. Gdyby na nas spojrzeć, to wszyscy jesteśmy ludźmi bardzo słabymi, przeciętnymi. Natomiast siłę czerpiemy od Pana Boga. Jak napisałam ostatnio na swoim blogu – leci z nami pilot. To oczywiście nie zwalnia nas ani z pracy, ani z myślenia, ani też z wysiłku, który czasem przychodzi z trudem. Przecież jesteśmy tylko ludźmi. Właśnie w tej chwili ciężko chory jest mój najbliższy współpracownik, który od wielu lat prowadził wszystkie remonty i budowy – podczas ostatnich prac w Krakowie przechodził zawał. Nie wiemy, jak się to skończy, bo jest już po kilku operacjach. Można powiedzieć, że przynajmniej wiedział, dla kogo to robi i w jakim celu. To oczywiście nie zmniejsza naszej odpowiedzialności i szacunku dla niego. Siła pochodzi od Pana Boga, jednak w którymś momencie ona się dla każdego z nas kończy. Nie jesteśmy nieśmiertelni. A ludzie, którzy pomagają innym, to nie herosi. Mają swoje problemy, trudności, choroby. Natomiast Pan Bóg może się posłużyć czyjąś słabością, ale tylko pod jednym warunkiem: że będziemy go trzymać w tej słabości za łapkę.

KB: Jak siostra odnalazła swoje powołanie do życia duchowego, ale też do służby na rzecz cierpiących i potrzebujących?

MCh: Jeszcze go nie odnalazłam. Po prostu, jak mówił Mark Twain, nie boję się tego, czego nie rozumiem w Ewangelii, boję się tego, co rozumiem. To, co rozumiem, powinnam wprowadzić w życie, czego zaś nie rozumiem, tego z oczywistych względów nie wprowadzę. Ewangelia mówi: „cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci mniejszych…”, więc kiedy stawały przede mną kolejne dzieci, które nie miały nikogo, miałam wybór. Dziś mam pięcioro przybranych dzieci, już dorosłych, w tym jedno jest ciężko niepełnosprawne, autystyczne, z ciężką epilepsją lekooporną – ukochany Artur. Można było powiedzieć „tak” albo wysłać do bidula. Pan Bóg zadał mi pytanie, postawił przede mną proroków, podobnie było z ludźmi bezdomnymi. Tak to działa. Jeśli chodzi o powołanie chrześcijańskie, Chrystus mówi: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. I to jest życie – stoi przede mną człowiek i trzeba mu pomóc, po prostu, bez żadnej filozofii.


Małgorzata Anna Chmielewska

(ur. 20 marca 1951 r. w Poznaniu) – siostra zakonna, przełożona Wspólnoty Chleb Życia. Ukończyła biologię na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach i w duszpasterstwie niewidomych u ks. Stanisława Hoinki na ul. Piwnej w Warszawie. Organizowała także pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 r. wstąpiła do francuskiej Wspólnoty Chleb Życia i założyła pierwszy dom dla bezdomnych w Bulowicach koło Kęt. Śluby wieczyste złożyła we Francji w 1998 r. Obecnie prowadzi dziewięć domów dla ludzi bezdomnych, chorych, samotnych matek. W swoich działaniach i artykułach podkreśla znaczenie ekonomii społecznej. Z troską wyraża się o osobach wykluczonych z życia społecznego, próbuje przywrócić je do społeczeństwa.

 

Czytaj także