Sztuka to mój język komunikacji ze światem

O duchach dawnych twórców i ich wpływie na współczesną sztukę, urzekającej abstrakcji i o edukacji artystycznej z Kingą Nowak rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Spotykamy się w pracowni, która niegdyś należała do Jerzego Jarockiego.

Kinga Nowak: To prawda. Jerzy Jarocki mieszkał tutaj podczas pracy przy realizacjach sztuk dla Teatru Starego w Krakowie. Miejsce to wygląda teraz oczywiście inaczej, ale lubię myśleć, że jest z nim związany duch wielkiego artysty.

KB: A taki duch jest zobowiązaniem, napędem twórczym czy raczej obciążeniem?

KN: Jest zobowiązaniem i motywacją. Kiedyś podczas pracy słuchałam audycji radiowej Programu II Polskiego Radia o Jerzym Jarockim. Opowiadali o nim aktorzy i scenografowie, wspominali, jak spotykali się u niego w pracowni. Było mi bardzo miło, że teraz ja pracuję w tym miejscu.


„Całkiem możliwe”, widok wystawy, galeria Lokal_30, 2018 r. (Fot. Marcin Liminowicz)

KB: A gdyby ten kontekst tworzenia rozszerzyć, wszak w Krakowie tworzył choćby Jan Matejko… Czy myśląc o swojej genezie, sięga pani tak daleko, czy raczej odnosi się do tego, co tu i teraz?

KN: Tradycja sztuki artystów związanych z Krakowem – od wspomnianego Jana Matejki, Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera aż po Grupę Krakowską – silnie oddziałuje na dzisiejszych twórców. Nie można także pominąć osiągnięć Andrzeja Wróblewskiego, Tadeusza Kantora, Marii Jaremy czy Edwarda Krasińskiego, który wprawdzie nie tworzył w Krakowie, ale tu studiował. Każda z tych postaci – ale też wiele innych – miała wpływ na klimat artystyczny tego miejsca. Tworząc dzisiaj, mamy szeroki dostęp do informacji. Ja korzystam ze wszystkich możliwych źródeł. Kilka lat spędziłam w Düsseldorfie. Potem ponad dwa lata mieszkałam i studiowałam w Paryżu, byłam też na stypendium w Londynie. Dzięki temu miałam szeroki dostęp do kultury w Europie. Ale Kraków oczywiście jest szczególnym miejscem i ma szczególną wagę.

KB: Co wywiera obecnie najsilniejszy wpływ na pani sztukę?

KN: Teraz moje zainteresowania krążą wokół innych zjawisk w sztuce niż jeszcze kilka lat temu. To zmienia się z biegiem czasu. Najważniejsze było dla mnie dotarcie na nowo do awangardy, która w Krakowie była i jest bardzo istotna. Ten kierunek artystyczny, obecny krajach Europy i w Ameryce, właśnie tutaj wytworzył szczególną jakość. Bardzo ciekawa, prezentowana niedawno w Cricotece wystawa Marii Jaremy wydobyła właśnie ten wyjątkowy charakter jej twórczości, który wynika ze styku obrazu, teatru, obiektu i działania performatywnego. Ważne są też dla mnie realizacje artystów związanych z amerykańskim ruchem hard-edge painting (malarstwo ostrych krawędzi), którzy wywodzili się z malarstwa abstrakcyjnego, a przeszli do realizacji przestrzennych, malarskiego obiektu czy rzeźby. Szczególnie istotna wydaje mi się odkryta niedawno twórczość Carmen Herrery, która jako kobieta i emigrantka z Kuby nie mogła funkcjonować na równych zasadach w środowisku artystycznym Nowego Jorku lat 40. XX w. i długo pozostawała nieco na obrzeżach tego ruchu artystycznego. Cenię aktualne realizacje pochodzącej z Bangladeszu Rany Begum, które w bardzo interesujący sposób wchodzą w interakcję z architekturą. Ciekawe są dla mnie oparte na zestawieniu tkaniny i metalu obiekty niemieckiej artystki Evy Berendes, a także inspirowane formami odzieży rzeźby tworzącej w Chicago Diane Simpson. Niezwykłą ceramikę realizowała Betty Woodman, która dekonstruując ją, wniosła do tej techniki zupełnie nową wartość. Inspiracji jest dużo.


„Polski las”, widok wystawy, Galeria Biała, 2018 r. (Fot. Michał Bratko)

KB: U wielu artystów w całym okresie działalności twórczej można wyróżnić różne etapy. Czy tak też jest w pani przypadku?

KN: Zmieniam się, ale niezależnie od tego, czy sięgam po figurację, abstrakcję, czy formę przestrzenną, staram się mówić spójnym językiem, pochodzącym z jednego świata. Szczególnie istotny jest dla mnie cykl obrazów powstały w latach 2010–2015, kiedy nawiązywałam do kultury antycznej i inspirowałam się Afryką, w tym szczególnie wizualnym aspektem maski afrykańskiej. Moje prace z tego okresu znalazły się w publikacji „100 Painters of Tomorrow” wydawnictwa Thames & Hudson, co było ważnym wyróżnieniem. Jednocześnie pozwoliły mi w płynny sposób przejść do tego, co robię teraz. Sztuka afrykańska pojawiała się w moim życiu kilka razy. Jako dziecko mieszkałam w Olkuszu. W tym czasie otwarte zostało muzeum afrykanistyczne. Miałam możliwość obserwowania, jak ono powstaje, mogłam dotykać eksponatów, czuć ich bliskość. Następny kontakt ze sztuką afrykańską miał miejsce w Berlinie, gdzie pracowała moja mama. W Martin-Gropius-Bau odbywała się bardzo duża wystawa sztuki afrykańskiej. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim urzekła mnie prostota, która dominowała w tej sztuce. To zapoczątkowało moją późniejszą drogę w kierunku abstrakcji.

KB: Plakat tegorocznego Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena wydaje się kwintesencją owego abstrakcyjnego nurtu w pani twórczości.

KN: Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena poprosiło mnie o zaprojektowanie plakatu na tegoroczny Festiwal. To było dla mnie duże wyróżnienie. Obdarzono mnie całkowitym zaufaniem i miałam pełną swobodę twórczą. Odwołałam się do języka abstrakcji i do form, których pierwowzorami są litery. Za pomocą liter chciałam zilustrować rytm, instrumenty muzyczne i słowo „Beethoven”.


„Zanurzenie”, 150 × 210 cm, olej na płótnie, 2013 r., dzięki uprzejmości artystki oraz Sylwii i Piotra Krupów.(Fot. Michał Bratko)

KB: Jaka jest dzisiaj rola sztuki?

KN: Inna jest jej rola dla odbiorcy, a inna dla artysty. Przy czym dla każdego twórcy może być różna. Świadomie wybrałam drogę sztuki i nie wyobrażam sobie innej. Cieszę się, że mogę się zmieniać, w mojej pracy nie ma nudy. Sztuka to mój język komunikacji ze światem zewnętrznym.

KB: A jaka jest rola piękna w sztuce?

KN: Obok piękna nie sposób przejść obojętnie – tak silnie działa na nasze zmysły i nas wzbogaca. Zatem doświadczanie piękna jest bardzo istotne, choć zdarza się, że sztuka kwestionuje jego wartość.

KB: Czy to może oznaczać, że dzisiaj piękno stało się mniej oczywiste i dostrzegamy inne jego aspekty?

KN: Dawne kanony piękna nie dewaluują się. Kiedy stoimy przed renesansowym obrazem, widzimy wszystkie aspekty piękna, bo ono nadal jest wyznacznikiem naszej oceny sztuki. Tak było i jest. Być może nasze postrzeganie i rozumienie piękna dziś się zmieniło, w czym innym je odnajdujemy, ale pojęcie to stale określa najwyższą wartość.

KB: Środki masowego przekazu informują o sztuce zazwyczaj wtedy, gdy dochodzi do rekordowych wycen obrazu czy rzeźby. Czy nie jest to krzywdzące dla artystów, że w powszechnym odbiorze sprowadza się ich dzieło do aspektów merkantylnych?

KN: To przywilej mediów, że szukają sensacji, zresztą nie tylko w sztuce. Rynek rządzi się swoimi prawami, wykorzystuje fakt, że na człowieka oddziałują maksima. Cena nie jest oczywiście wyznacznikiem wartości artystycznej dzieła, ale działa w sposób symboliczny, bo może wpływać na pozycjonowanie zjawisk w sztuce.

KB: Czy tworząc obraz, myśli pani o wycenie?

KN: Kiedy tworzę – nie. Ale jednocześnie mam świadomość, że artysta funkcjonuje na rynku sztuki i jest jednym z jego elementów.


„Koty”, 130 × 150 cm, olej na płótnie, 2010 r., dzięki uprzejmości artystki i Marty Skłodowskiej. (Fot. Michał Bratko)

KB: Afisz dla Wielkich Pytań w Krakowie to już drugi przykład pani plakatu. Jak podchodzi pani do sztuki użytkowej?

KN: Tak, niedawno zrealizowałam plakat do wykładu „O odczytywaniu myśli i wolnej woli” Johna-Dylana Haynesa, który odbył się z inicjatywy Copernicus Center. Oba plakaty to dość specyficzne zamówienia, które nieczęsto się zdarzają, bo organizatorom zależało na autorskim projekcie, więc trudno traktować je w kategoriach sztuki użytkowej.

KB: Czy rozpatruje pani tworzenie sztuki komentującej, zaangażowanej społecznie?

KN: To ważna część sztuki, zwłaszcza współcześnie, w dobie mediów społecznościowych. Jest wiele ważnych i trudnych tematów, np. związanych z ekologią czy równouprawnieniem, które są podejmowane przez artystki i artystów. Jesteśmy częścią społeczeństwa, dlatego wielu twórców uważa za swój obowiązek mówić o tych sprawach, dotykać tematów niewygodnych, związanych np. z pamięcią historyczną. To jest bardzo istotna rola sztuki. Moja postawa wobec wielu zjawisk społecznych nie jest obojętna i manifestuję ją, jednak nie zawsze bezpośrednio za pomocą sztuki.

KB: Jest pani profesorem ASP w Krakowie i prowadzi zajęcia z młodzieżą. Jak można ją ocenić?

KN: Przedmiotem oceny jest dla mnie praca i świadomość, nie zdolności. Ludzie rozwijają się w różny sposób. Niektórzy dojrzewają szybko i są gotowi wejść w życie artystyczne od razu po ukończeniu studiów albo jeszcze w ich trakcie. Innym zabiera to znacznie więcej czasu. Szkoły artystyczne wiele lat żyły mitem artysty, który musi ponieść pewną cenę za uprawianie sztuki. Najczęściej tą ceną stawało się niedostosowanie społeczne. Obecnie artyści po ukończeniu szkoły powinni być dobrze przygotowani do funkcjonowania w rzeczywistości. Uczelnia powinna być pomostem do życia artystycznego. Na Wydziale Malarstwa ASP ten problem jest stale przedmiotem naszych dyskusji. Opublikowaliśmy niedawno najnowszy, 12. numer „Zeszytów Malarstwa”. Ich redakcję objęłam po prof. Jacku Waltosiu, z którym współpracowałam przy poprzednich numerach. Tematem aktualnego wydania jest właśnie dydaktyka. Teksty, często krytyczne, odnoszą się do sytuacji w wielu ośrodkach akademickich. Dydaktycy mogą wiele zmienić, jednak aby absolwentom uczelni było łatwiej, muszą zaistnieć do tego warunki. Mam tu na myśli zarówno odbiorcę, jak i rynek, który powinien być gotowy do przyjęcia nowych zjawisk w sztuce.

KB: Czy młodzieży jest trudno, bo choć ma swoją koncepcję twórczą, to w zderzeniu ze światem i tak przeżyje rozczarowanie?

KN: Istotą problemu jest to, czy młodzi ludzie będą w stanie żyć ze swojej pasji artystycznej. Łatwiej realizować marzenia, gdy rynek dobrze funkcjonuje. Kiedy środki są skromne i w dodatku pojawiają się doraźnie, to nie pozwalają na stabilny rozwój. A tylko ciągłość daje szansę rozwoju.


„Dziedzictwo”, 150 × 100 cm, olej na płótnie, 2019 r., dzięki uprzejmości artystki i Oskara Knuplerza. (Fot. Michał Bratko)

KB: Dziś ASP w Krakowie to również pani i wielu młodych dydaktyków, ale czy nie jest tak, że prawdziwe reformy wymagają swoistej masy krytycznej w kwestii zmiany pokoleniowej?

KN: Uczę w pracowni malarstwa, prowadzę gościnne wykłady na studiach doktoranckich, pracuję w redakcji „Zeszytów Malarstwa” i kwartalnika „Wiadomości ASP”, w którym ważne miejsce zajmują studenci i absolwenci. Stale publikujemy materiały dotyczące ich pracy i osiągnięć. Od trzech lat prowadzę także – wraz z artystą Michałem Bratko – niezależną i niekomercyjną przestrzeń działań artystycznych Widna, gdzie pokazujemy najnowsze zjawiska w sztuce współczesnej, twórców z pokolenia lat 80. i 90., niedawnych absolwentów. Widna jest naszym praktycznym wkładem w promocję młodych artystów. To jest właśnie zmiana pokoleniowa, o którą pan pyta. Ważne jest jednak, by uczelnia była środowiskiem wielopokoleniowym. Podejście starszego pokolenia lepiej pokazuje, że sztuka to dyscyplina długodystansowa. Najważniejsze, żeby różne postawy dochodziły do głosu i współistniały.


Kinga Nowak

artystka wizualna, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W latach 2000–2002 studiowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Paryżu. Była gościnnym wykładowcą w London College of Communication UAL. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa oraz stypendium z Programu Młoda Polska (2005 r.). W 2014 r. jej prace zostały opublikowane w albumie „100 Painters of Tomorrow” wydawnictwa Thames & Hudson. Swoje prace prezentowała m.in. w Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie, MODEM – Centrum Sztuki Nowoczesnej i Współczesnej w Debreczynie, Galerii Biała w Lublinie, Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, galerii Lokal_30 w Warszawie. Od trzech lat wraz z Michałem Bratko prowadzi niekomercyjną przestrzeń działań artystycznych Widna w Krakowie.

 

 

 

 

 

 

Czytaj także