Musimy wymyślić Polskę na nowo

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O utraconych szansach i niepewnych perspektywach polskiej innowacyjności, szkodliwym nadmiarze instrumentów wsparcia oraz o możliwości kreowania polityki europejskiej z Krzysztofem Guldą rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Czy można powiązać innowacyjność z dobrostanem człowieka, widzianym w szerszym kontekście, uwzględniającym poszanowanie środowiska naturalnego i praw obywatelskich?

Krzysztof Gulda: Z pewnością warto byłoby powiązać bieżącą politykę z modelami rozwoju innowacyjności i z poszanowaniem dobrostanu społeczeństwa i planety. Zapewne w niektórych krajach tak się już dzieje. Polska obecnie prezentuje inne stanowisko: kontruje aktualne trendy związane z dbaniem o planetę w obronie bieżącego interesu gospodarczego i ekonomicznego. Pytanie, czy jest to dobrze pojmowany interes i czy obrany kierunek jest jedynym, który pozwala go bronić. Z pewnością nie wpisujemy się dzisiaj w globalne trendy usprawniania gospodarki.

KB: Jak dzisiaj rozumie się innowacyjność?

KG: Innowacyjność jest pojęciem dobrze utrwalonym w języku naukowców i decydentów. Innowacje to nowe rozwiązania, które są wprowadzane na rynek i przysparzają komuś korzyści. Badania naukowe czy wynalazki to jeszcze nie innowacje. Są nimi efekty prac badawczych zamienione na produkty i usługi działające na rynku i przynoszące wymierny efekt ekonomiczny dla gospodarki czy przedsiębiorstwa lub korzyści dla środowiska czy społeczeństwa. Obecnie często innowacje nie stawiają na pierwszym miejscu rezultatu ekonomicznego, ale na przykład poprawę warunków życia całego społeczeństwa. Dobrym przykładem może być rosnąca popularność tzw. oszczędnych innowacji (ang. frugal innovation), w których dąży się do zaspokajania różnych potrzeb przez opracowywanie rozwiązań mało skomplikowanych, niezawodnych i tanich, działających na przykład w warunkach ograniczonego dostępu do energii elektrycznej, takich jak urządzenia do uzdatniania wody w Indiach czy Afryce. W takim przypadku ważne są masowość wdrożenia i niski koszt dla odbiorcy, a nie zarobek dla producenta. Inny obserwowany trend to rosnące znaczenie innowacji społecznych (ang. social innovation), które wprost realizują potrzeby rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.
Pojęcie innowacyjności jest intuicyjnie zrozumiałe dla wszystkich. Istotne jest przełożenie tego hasła z poziomu ogólności na konkretne regulacje prawne umożliwiające udzielanie ulg przedsiębiorcom, wsparcia naukowcom czy start-upom. Nadmierne skupianie się na definicji zawsze wyprowadza rozważania w kierunku akademickim. Jeżeli dopuścimy do dywagacji na ten temat, to wiele kreatywnych osób będzie starało się zaprezentować swój odrębny pogląd, trudno będzie dojść do konsensusu i pozostaniemy w chmurze pojęć, co nie da postępu.
Konkretów w działaniu nauczyła mnie praca w administracji publicznej i w roli doradcy, przy okazji której trzeba pokazać nie tyle dorobek akademicki, co twarde dowody i wymierne efekty. Warto zidentyfikować te procesy na świecie, które sprawdziły się w przeprowadzaniu firm czy gospodarek od punktu A do punktu B. To jedyna sensowna droga do zrozumienia, co można zrobić w naszym systemie, aby dokonać zmiany lub tej zmianie towarzyszyć. W ostatnich dziesięcioleciach dokonywały się w Polsce wielkie przemiany społeczno-gospodarcze i demograficzno-migracyjne. Innowacje mogą sprzyjać takim procesom, ale mogą też być przez nie blokowane. Najlepiej byłoby, gdyby innowacje zostały „wciągnięte” w owe przemiany, lecz w Polsce do tego nie doszło. Kraje postkomunistyczne w 1989 r. startowały z podobnego poziomu, bo miały podobny model gospodarczy. Oczywiście różniły się stanem gospodarki, liczebnością obywateli, wielkością PKB. Po 30 latach widzimy, że w wyniku podjętych decyzji i obranych strategii kraje te znajdują się na zupełnie różnych etapach rozwoju, zarówno jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy, jak i poziom innowacyjności.
W Polsce innowacje nie były siłą napędową zmian. Można nawet powiedzieć, że transformacja ustrojowa przerwała pewne zależności funkcjonujące w gospodarce. Odbudowa więzi pomiędzy gospodarką a sferą badawczą reprezentowaną przez instytuty badawcze i uczelnie jest jedną z naszych głównych bolączek. Elementem, o którym czasem zapominamy w bardzo stechnicyzowanym świecie, jest zaufanie. A to podstawowy warunek rozwoju innowacyjności. Jeśli nie zostanie spełniony – nie ma chęci do współpracy, podejmowania ryzyka i inwestowania w nowe rozwiązania.

KB: Co jeszcze hamuje dziś rozwój innowacyjności?

KG: W każdym kraju czy grupie krajów to mogą być bardzo różne czynniki. W mojej ocenie coraz częściej głównym problemem nie jest brak dostępu do finansowania czy technologii. W tzw. gospodarkach w fazie transformacji obecnie znacznie trudniejsze do pokonania są bariery kulturowe i społeczne. W krajach skandynawskich obywatele są połączeni wzajemnym zaufaniem i porozumieniem odnośnie wspólnych wartości. Dzięki temu można tam budować systemy oparte na współpracy. W Polsce i krajach postsowieckich mamy inny zasób kapitału społecznego i kulturowego, który determinuje inne zachowania. Oczywiście można moderować te zachowania poprzez edukację czy system zachęt, ale z pewnością Polska jest przykładem kraju, w którym trudno odbudować zaufanie na linii przedsiębiorca – przedsiębiorca czy przedsiębiorca – nauka.
Niestety, innowacja jest pojęciem, które już zdewaluowało się w debacie publicznej, choć zaledwie parę lat temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie ma potrzeby wprowadzania nowego słowa klucza, które by motywowało do podejmowania działań. Ten okres mamy już za sobą. Cóż z tego, że stworzymy najlepszą definicję, a dzieciom w szkołach każemy nauczyć się jej na pamięć? To nas nie rozwinie. Istotą postępu jest zrozumienie mechanizmów kryjących się za definicją, którą intuicyjnie wszyscy wyczuwamy. Innowacja kojarzy się nam z pojęciami: nowości, ryzyka, korzyści, start-upu, nowego miejsca pracy, czystego środowiska. Oczywiście czasem innowacja może być równoznaczna z redukcją miejsc pracy – zwłaszcza jeżeli wiąże się z robotyzacją procesów czy technologii. Ale i to nie do końca prawda, bo likwidacja określonych zawodów zwykle wiąże się z tworzeniem innych, wymagających nowych umiejętności. Teraz chłopcem do bicia jest sztuczna inteligencja. Prognozy Banku Światowego pokazują, jakie zawody znikną z rynku do 2030 r. Weźmy przykład autonomicznych pojazdów. Prace wdrożeniowe są już bardzo zaawansowane. Kiedy społeczeństwo będzie w stanie zaakceptować takie pojazdy na ulicach, to faktycznie rzesza kierowców ciężarówek, autobusów czy taksówek straci pracę. Ale w tym czasie powstaną inne miejsca pracy, niezwiązane z transportem. Dzisiaj z pewnością w żadnym kraju nie występuje strukturalne bezrobocie jako skutek procesów innowacyjnych. Co więcej, na rynkach wysokorozwiniętych, które implementują najwięcej innowacji, mamy do czynienia z niedoborem wysoko wykwalifikowanych kadr.

KB: Na czym polega zarządzanie innowacyjnością?

KG: Na poziomie polityk i gospodarek krajowych polega z pewnością na budowaniu systemów stymulujących określone proinnowacyjne zachowania wszystkich graczy: przedsiębiorców, naukowców, obywateli, a nawet administracji publicznej. Na bardziej praktycznym poziomie – na wyszukiwaniu dobrych rozwiązań systemowych (instrumentów wsparcia) i próbie ich adaptowania w nowych warunkach. Jest to działalność eksperymentalna, gdyż nie ma dwóch identycznych systemów prawno-społeczno-gospodarczych. Nawet jeśli dane rozwiązanie dobrze zadziałało w kilku krajach, to nie mamy pewności, że sprawdzi się w innych. To kontekst przesądza o sukcesie. Istotą innowacyjnego działania jest inspirowanie, a nie naśladowanie. Każde nowe rozwiązanie musi być uszyte na miarę. Trzeba zrozumieć, dlaczego dany mechanizm, np. ulga podatkowa, zadziałał w danym kraju i jakie przedsiębiorstwa z niego skorzystały. Należy ostrożnie wprowadzać nowe instrumenty wsparcia, aby nie powodować kanibalizacji już istniejących, co można było obserwować choćby w Polsce w ostatnich latach. Nadmiar instrumentów wsparcia powoduje, że ostatecznie żaden z nich nie osiąga masy krytycznej. Zaś przedsiębiorcy i tak wybiorą tylko te najbardziej dla nich korzystne. W rezultacie trudno oszacować skuteczność konkretnego instrumentu.
Kiedy kraj próbuje wdrożyć kompleksowe reformy podnoszące poziom innowacyjności, jak np. reformę szkolnictwa wyższego, konieczna jest systemowa zmiana prawa. Wtedy trzeba wziąć pod uwagę całokształt przepisów, również pozornie niezwiązanych z reformą. Trzeba też uwzględnić system ubezpieczeń społecznych i emerytur oraz zasady wynagradzania pracowników sfery publicznej, do której należy szkolnictwo wyższe. Kiedy 10–15 lat temu w krajach o wysokim poziomie zabezpieczenia społecznego próbowano stymulować zwiększanie liczby firm technologicznych, tworząc modę na start-upy oparte na wiedzy i wynikach prac badawczych, okazało się, że właśnie zbyt wysoki poziom zabezpieczenia społecznego demotywował do podejmowania ryzyka i tworzenia firm. Ludzie woleli pozostać na zasiłku dla bezrobotnych lub pracować na państwowych posadach.

KB: Jaka jest skuteczność adaptowania uniwersalnych warunków rozwoju innowacyjności w różnych krajach?

KG: Implementowanie ekosystemów innowacyjności jest niezwykle trudnym procesem, bardzo wrażliwym na każdą zmienną występującą w danym systemie. Jest obarczone wielkim ryzykiem niepowodzenia, podobnie jak sama innowacyjność. System wynagradzania pracowników sfery publicznej, system ubezpieczenia społecznego, otoczenie prawne, system zamówień publicznych – te wszystkie zmienne występujące w danym kraju determinują szanse powodzenia każdej, nawet najmniejszej proinnowacyjnej zmiany.
W krajach Unii Europejskiej, w których unifikacja przepisów jest zaawansowana, możliwość adaptacji rozwiązań prawnych z jednego systemu do drugiego jest znacznie większa. Obserwujemy europeizację polityki innowacyjnej, co ma pejoratywną konotację, bowiem zmniejsza konkurencyjność gospodarek państw mniejszych. Polityki innowacyjne homogenizują się między sobą, a państwa nowej Unii stanowią rezerwuar siły roboczej, zaplecza intelektualnego albo wytwórców podzespołów dla państw silniejszych gospodarczo, jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Hiszpania czy Włochy. Dlatego konieczne jest budowanie takich systemów, dzięki którym kraje nowej Unii mogą stać się konkurencyjne w pewnych obszarach, a nie tylko stanowić zaplecze gospodarcze dla krajów bogatszych.

KB: Jaką ocenę można wystawić polskiej innowacyjności?

KG: Od 20 lat obserwuję budowę ekosystemu polskiej innowacyjności i uważam, że nie wytyczyliśmy stabilnej ścieżki rozwoju. Ale też na pewno naszych działań nie można porównać do chaotycznych ruchów Browna. Nie ma wątpliwości, że przystąpienie do Unii Europejskiej wymusiło standaryzację procesów strategicznych. W UE mamy dobrze określone plany działania, do których przypisane są konkretne budżety. W Polsce największą słabością jest problem ze stabilnością prawa, ciągłością finansowania i długoterminową wizją rozwoju, wykraczającą poza perspektywę budżetową czy cykl polityczny. Ta zmienność odciska wielkie piętno na każdej polityce gospodarczej. Pewne działania są zaniechane, a niektóre pojawiają się nagle pod wpływem mody i trendów europejskich, co powoduje dyskontynuację wprowadzonych już instrumentów. Co jakiś czas system doznaje gwałtownej zmiany zasad gry. Podam przykład. W latach 2007–2013 gros środków z UE zostało przeznaczonych na rozbudowę infrastruktury badawczej w Polsce i na projekty badawcze jednostek naukowych. Powstało wiele laboratoriów i centrów zaawansowanych technologii. Kolejna unijna perspektywa budżetowa preferuje przedsiębiorstwa – teraz one mają dostęp do środków na badania i rozwój, a infrastruktura wybudowana przy ośrodkach naukowych jest wykorzystywana w niewielkim stopniu. Właściciele centrów naukowych muszą przeznaczać spore nakłady pieniężne na utrzymanie nowej infrastruktury badawczej, więc o pomoc zwrócili się ponownie do państwa. To poważna wada systemu unijnego wsparcia: podmioty, które były beneficjentami w jednej perspektywie i miały zagwarantowane środki na działanie, nagle tracą je i gwałtownie muszą szukać nowego źródła albo zmieniać swoją strategię rozwoju.
Rytm wydatkowania pieniędzy narzucony przez UE to jedno, ale u nas zasady zmieniają się też według cyklu wyborczego. Brakuje ponadpartyjnego konsensusu dotyczącego ogólnej wizji rozwoju innowacji w Polsce z uwzględnieniem oddziaływania społecznego. Najpierw powinniśmy ustalić, jakiej Polski chcemy za 20–30 lat. I nie chodzi tu o wartości patriotyczne czy nasze miejsce w Europie i na świecie. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcemy się stać: dostawcą nowych technologii w określonych obszarach czy dostawcą wysoko wykwalifikowanej kadry specjalistów, poszukiwanych w całej Europie. A może chcemy być rajem dla start-upów z całą infrastrukturą materialną i finansową, z zasobami technologicznymi i otoczeniem prawno-podatkowym sprzyjającym ponoszeniu wysokiego ryzyka w inwestowaniu w innowacyjne przedsięwzięcia? Potrzebna jest ogólnospołeczna debata, aby określić wspólną wizję rozwoju społeczno-gospodarczego. Następnie powinniśmy wytyczyć konkretne cele, które nie mogłyby być zmieniane przez każdą następną ekipę rządzącą. Musimy wymyślić Polskę na nowo, zdając sobie sprawę z tego, gdzie jesteśmy i co do tej pory osiągnęliśmy. Wykonano już ogromną pracę – stworzono bazę badawczą, mamy kompetentną kadrę. Sporadycznie pojawiają się takie dokumenty, jak „Strategia odpowiedzialnego rozwoju”, która w obszarze technologicznym pozornie dawała jasne cele. Niestety, po czterech latach niewiele z tego wynikło. „Plan rozwoju elektromobilności w Polsce” czy program „Luxtorpeda 2.0” zostały ogłoszone zbyt pochopnie i bez przeprowadzenia niezbędnych analiz. Ich realizacja nie postępuje nawet w minimalnym stopniu. Jak można przeznaczać wielomilionowe nakłady na elektromobilność, w rozumieniu produkcji samochodów elektrycznych, kiedy w kraju nie mamy żadnej fabryki samochodów osobowych?

KB: Czy mamy szansę, w warunkach określanych przez UE, kreować własną politykę innowacyjną?

KG: Jesteśmy sporym krajem, mamy wielkie ambicje, więc powinniśmy kreować własną politykę, która oczywiście będzie się wpisywać w wizję europejską. Ale powinniśmy też mieć moc sprawczą definiowania celów rozwojowych dla całej Unii Europejskiej. Trzeba znaleźć obszar, w którym jesteśmy dobrzy, i poszukać wszelkich możliwych synergii, aby pokazać korzyści dla UE wynikające z jego rozwoju. Tak postępuje duży gracz. Mamy pretensje do innych, że są lepiej przygotowani i potrafią swoje priorytety badawcze czy technologiczne wprowadzić do agendy ogólnoeuropejskiej. Naiwnie komentujemy, że obecne priorytety są korzystne dla interesów Francji, Niemiec, Włoch czy Hiszpanii, a nie dla nas. Dlaczego zamiast narzekać nie przygotujemy propozycji i nie wprowadzimy ich do debaty? Trzeba wykreować jeden czy dwa projekty, które umożliwią Polsce osiągnięcie sukcesu i czerpanie korzyści. Następnie należy zawiązać koalicję z tymi, których uda się przekonać, że realizacja owych projektów będzie korzystna dla całej Unii. Niestety, od 15 lat prowadzimy reaktywną politykę europejską; czekamy, aż inni stworzą plany, a my reagujemy na nie, często przyjmując rolę opozycji wobec wiodących sił. Rzadko sami wychodzimy z inicjatywą, a nasze pomysły są tak bardzo dalekie od głównego nurtu europejskiej debaty o innowacjach, że trudno nam wokół nich zbudować koalicję. Żaden rząd nie zdołał stworzyć dla Polski pozycji rozdającego technologiczne karty, ale obecny spowodował, że Polska dryfuje na arenie międzynarodowej daleko od czoła fali. Jesteśmy postrzegani jako wieczni oponenci każdego rozwiązania, jakie proponuje Europa.

KB: Brakuje skutecznych liderów z ponadpartyjnym autorytetem?

KG: Nie ma wątpliwości, że Europa przeżywa kryzys przywództwa i wizji. Rolę przywódców Europy przyjmują Angela Merkel lub Emmanuel Macron, ale czy są oni zdolni pociągnąć za sobą całą Unię? Innowacyjność to zarządzanie zmianą na poziomie przedsiębiorstwa i na poziomie kraju. Kwestia przywództwa jest niezwykle istotna – ktoś musi firmować tę zmianę, co oznacza wzięcie odpowiedzialności, promowanie i zachęcanie innych do podejmowania ryzyka. Reformy niezbędne do wdrożenia zmiany naruszają często status quo i czyjeś interesy, dlatego trzeba być odpornym na krytykę, ale też zajmować mocną pozycję w strukturach państwa, aby móc odeprzeć atak niezadowolonych. Najpierw trzeba mieć swojego narodowego lidera, aby móc wypromować go na forum europejskim.
Na pocieszenie wyjawię pewien sekret: nie zawsze potrzebny jest silny przywódca. Do sklepu z łakociami można też zakraść się tylnymi drzwiami. Unia jest królestwem technokratów, więc jeżeli projekt broni się merytorycznie, ma dobrze przygotowaną dokumentację i analitykę, to również bez wsparcia silnego lidera można uzyskać dla niego finansowanie. Dotyczy to pomniejszych tematów, jak choćby programów badawczych, które nie wymagają uruchamiania wielkiej narodowej machiny. Ale my nawet tego nie potrafimy zrobić, bo mamy problem z identyfikacją naszego interesu.

KB: Jak wygląda zarządzanie innowacyjnością w Chinach i w USA?

KG: To skrajne przykłady podejścia do zarządzania innowacyjnością. Chiny wyglądają na kraj otwartej gospodarki wolnorynkowej, jednak w istocie są oparte na strukturze hierarchicznej i są rządzone silną ręką. Panuje tam niedemokratyczny system zmonopolizowany i scentralizowany przez partię. Paradoksalnie w takich warunkach można łatwo realizować długoterminowe i wielkobudżetowe plany rozwoju. Pod względem nakładów na badania i rozwój Chiny w tej chwili wyprzedzają większość gospodarek na świecie. Jeżeli do tego dołoży się rzeszę inżynierów co roku kończących uczelnie, to widać, do czego Chiny mogą dojść w najbliższej przyszłości. Oczywiście bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jak długo będzie trwać tam dobra koniunktura. Jedno jest pewne: model chiński jest nie do odtworzenia w innych warunkach. Można go obserwować, można się na jego przykładzie uczyć, jak rozwiązywać pewne problemy z obszaru badań i rozwoju, ale nie da się go przenieść w inne realia gospodarczo-społeczne.
W USA sytuacja jest diametralnie inna. Nie tworzy się tam strategii rozwoju na szczeblu centralnym. Zadaniem administracji jest jedynie tworzenie ram prawno-finansowych do działania przedsiębiorstw. To firmy decydują, na co przeznaczają pieniądze. Środki prywatne dominują nad państwowymi w finansowaniu badań i rozwoju. A przynajmniej tak było przez ostanie 30 lat. Wraz z nową administracją Donalda Trumpa następuje powrót do modelu z lat 60., kiedy to państwo decydowało o nowych wyzwaniach. Wówczas narodowe programy, jak lot na Księżyc, stymulowały amerykańską gospodarkę. Dziś znów mówi się, że Ameryka potrzebuje spektakularnych projektów, które zmobilizują nowe zasoby i utworzą nowe obszary technologiczne. Celem jest zachowanie amerykańskiej dominacji.
W Chinach państwo decyduje o każdym etapie procesu innowacyjnego – wskazuje cel i sposób jego realizacji, dysponuje środkami i wyznacza przedsiębiorstwo do jego wykonania. W USA państwo kreuje ramowy plan rozwoju poprzez zamówienia publiczne. Realizacją tych wielkich wyzwań zajmują się prywatne przedsiębiorstwa. Podobnie postępuje Unia Europejska, która ostatnio również formułuje duże wyzwania i dla nich rezerwuje środki.
W latach 60. w USA państwo definiowało problem w zakresie obronności, diagnostyki medycznej czy lotów kosmicznych, a firmy i jednostki naukowe miały zaprezentować pomysły na ich rozwiązanie. Państwo finansowało te projekty etapowo. Najpierw płaciło za przygotowanie planów, następnie wybierało kilka z nich do opracowania prototypów. Najbardziej rokujące prototypy otrzymywały środki na wdrożenie do produkcji. Finalnie państwo kupowało gotową technologię i wdrażało ją w wybranych przedsiębiorstwach – jeżeli były to tajne projekty – lub zamawiało konkretne produkty.

KB: Może takie podejście przy rozdzielaniu środków przyczyniłoby się do zwiększenia liczby wdrożeń i generalnie większych sukcesów na polu innowacyjności.

KG: W UE i w Polsce panowała zasada bottom-up, czyli oczekiwano, że to naukowcy dostarczą projekty, które będą ubiegać się o finansowanie państwa. Z czasem zaczęły się pojawiać krajowe czy regionalne strategie innowacji, ale były tak pojemne, że każdy projekt mógł się w nich zmieścić i uzyskać finansowanie. Planowanie strategiczne nie oznacza określenia, co się zrobi, ale zadeklarowanie, czego się robić nie będzie. To jest ten bolesny aspekt zarządzania: zakomunikowanie całym grupom – biznesowi i naukowcom – że jakiś obszar nie jest priorytetowy i w związku z tym nie będzie finansowany. W Polsce dopiero od trzech lat Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza konkursy zawężone tematycznie, jak na przykład zapytanie o elektryczny autobus o określonych parametrach funkcjonalnych czy modernizację kotłów energetycznych o określonej mocy. Podpisano też ustawę o wirtualnych instytutach badawczych, w których państwo decyduje o obszarach, w jakich mają one funkcjonować. Wolałbym, aby państwo postawiło konkretne cele przed tymi zespołami badawczymi, a nie tylko określiło zakresy ich badań. Jeżeli dokonano wyboru obszaru, jakim jest onkologia, to następnie powinny zostać sformułowane konkretne cele, takie jak zmniejszenie kosztów diagnostyki danego schorzenia czy zwiększenie przeżywalności chorych na to schorzenie.
Polska dopiero uczy się zadaniowego myślenia o wydawaniu środków na badania i rozwój. Aby finansować rozwiązanie określonych problemów ze środków publicznych, konieczna jest akceptacja społeczna. Obecnie często mówi się, że żyjemy w epoce postracjonalnej, bo – głównie za sprawą mediów społecznościowych – szerzą się różne ruchy przeczące obiektywnej wiedzy naukowej, jak choćby ruch antyszczepionkowców. Łatwo tworzyć bańki informacyjne służące dezawuacji nauki, grając na emocjach nieprzygotowanych merytorycznie odbiorców. Trzeba do nich dotrzeć z pozytywnym przekazem, pokazując, że państwo jest w stanie zrobić dla społeczeństwa coś, co da odczuwalny i mierzalny efekt. Społeczeństwo powinno mieć poczucie wpływu i współuczestniczenia w decydowaniu. W odpowiedzi na straszenie szczepionkami trzeba uzmysławiać, jak badania współfinansowane przez UE czy polski rząd mogą się przyczynić do podniesienia poziomu opieki zdrowotnej, dobrostanu osób starszych, obniżania kosztów leczenia czy wydłużania długości życia. Ze społeczeństwem trzeba rozmawiać językiem korzyści.
Jeżeli miałbym wskazać innowacje, które poprawią jakość życia czy dobrostan środowiska, to szukałbym wyzwań, które oddziaływałyby pozytywnie na wyobraźnię społeczną i jednocześnie rozwiązywały konkretny problem. Dobrym przykładem jest obecność mikroplastiku w wodzie morskiej i śródlądowej. To idealny temat. Z pewnością społeczeństwo uzna ten problem za wart sfinansowania z publicznych pieniędzy, gdyż każdy może uzmysłowić sobie korzyści prozdrowotne z jego rozwiązania. Nie trzeba od razu lecieć na Marsa – na Ziemi jest wiele kosmicznych wyzwań.

 



Krzysztof Gulda

przedsiębiorca, strateg w sektorze publicznym i prywatnym, konsultant firm i organizacji międzynarodowych. Ukończył studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego oraz Podyplomowe Studium Własności Intelektualnej na Wydziale Prawa i Administracji UW. Współorganizator jednego z pierwszych w Polsce Ośrodków Transferu Technologii przy Uniwersytecie Warszawskim. Przez ponad 10 lat dyrektor w Ministerstwie Gospodarki, w którym odpowiadał za politykę innowacyjną, przemysłową, przedsiębiorczość i zrównoważony rozwój, a następnie w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie współuczestniczył w reformach systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Były wiceprzewodniczący Komitetu Europejskiej Przestrzeni Badawczej i Innowacji (ERAC) – ciała doradczego Rady Unii Europejskiej i Komisji Europejskiej, a obecnie członek Rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Przez wiele lat aktywny ekspert współpracujący z OECD, ONZ, KE i Bankiem Światowym, a także międzynarodowymi firmami doradczymi. Wielokrotnie zapraszany na misje eksperckie do krajów dawnego Związku Radzieckiego (Azerbejdżan, Kirgistan, Kazachstan, Mołdawia, Ukraina) i krajów powstałych po rozpadzie Jugosławii (Macedonia, Serbia).

 

 

Czytaj także