Woronin, Szczepłek, Person, Przybył o wolności i sporcie

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O wygranych i przegranych meczach ze Związkiem Radzieckim, geście Kozakiewicza i biegu wśród kałasznikowów rozmawiają: Marian Woronin, lekkoatleta, sprinter, srebrny medalista olimpijski, wielokrotny mistrz Europy, rekordzista świata w biegu na 100 metrów; Andrzej Person, dziennikarz sportowy i były senator RP; Stefan Szczepłek, dziennikarz i komentator sportowy; oraz Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, redaktor naczelny kwartalnika „Teraz Polska”.

Krzysztof Przybył: Panowie, w przeszłości nieraz bywało tak – i nie dotyczy to wyłącznie historii Polski – że w czasach opresji sfera sportu stawała się swoistą przestrzenią wolności. Znacie na pewno takie przykłady. Stefan Szczepłek: „Krew w wodzie” – pod taką nazwą znany jest mecz piłki wodnej pomiędzy Węgrami i ZSRR rozegrany w trakcie igrzysk olimpijskich w Melbourne. Mecz odbył się 6 grudnia 1956 r., niedługo po upadku powstania węgierskiego, i zakończył zwycięstwem Węgrów 4:0. Nazwa meczu związana jest z rozciętym łukiem brwiowym Ervina Zádora, który został uderzony przez radzieckiego zawodnika Walentina Prokopowa. Publiczność kibicująca Węgrom próbowała wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę i doszło do zamieszek na trybunach. Sędzia przerwał mecz i uznał zwycięstwo prowadzących Węgrów, którzy, nawiasem mówiąc, z igrzysk już nie wrócili do kraju, lecz wyjechali do USA.

Andrzej Person: W historii polskiego sportu jest również kilka takich wydarzeń. Choćby słynny mecz Polska – ZSRR w piłce nożnej na stadionie w Chorzowie, rozegrany w październiku 1957 r., czyli rok po wydarzeniach poznańskich. Reprezentacja Polski odniosła jedno z najważniejszych zwycięstw w swojej historii, pokonując Związek Radziecki 2:1. Bohaterem spotkania został Gerard Cieślik, strzelec dwóch bramek. Wtedy też Polacy po raz pierwszy zaśpiewali hymn narodowy na otwartym stadionie.

Drugi historyczny mecz ze Związkiem Radzieckim na chorzowskim stadionie miał miejsce 22 maja 1983 r., czyli w stanie wojennym, i zaliczał się do eliminacji do Euro 1984. Telewizja Polska puściła hymn Związku Radzieckiego ze studia, aby cała Polska nie usłyszała przeraźliwego gwizdu, jaki niósł się ze 100 tys. gardeł zgromadzonej publiczności.

Stefan Szczepłek: Był też mecz ze Związkiem Radzieckim, który decydował o awansie do półfinału mistrzostw świata w Hiszpanii w 1982 r. Polsce wystarczał remis. Była to nie tylko walka o półfinał, ale również polityczna manifestacja. Na trybunach Camp Nou w Barcelonie pojawiły się transparenty zdelegalizowanej Solidarności. Telewizja Polska transmitowała mecz na żywo, ale gdy tylko pojawiał się taki transparent, wstawiała na wizję stopklatkę innego fragmentu trybun. Remis 0:0 wywołał w Polsce euforię, zaś bohaterem spotkania był Włodzimierz Smolarek, który umiejętnie grał na czas, przetrzymując piłkę w narożniku boiska i ośmieszając radzieckich piłkarzy.

Marian Woronin: Warto też wspomnieć słynny gest Władysława Kozakiewicza podczas olimpiady w Moskwie w 1980 r. Jego zachowanie – obraźliwe, to prawda – było sprowokowane gwizdami publiczności, chcącej go zdekoncentrować przy skokach na wysokości 5,70 i 5,75 m. Później Władek oddał jeszcze skok na wysokość 5,78 m, który zagwarantował mu złoty medal olimpijski i rekord świata. Rosjanie stosowali wtedy różne zagrywki. Wiedzieli, że są trzy sztafety sprinterskie 4 × 100 m zdolne zdobyć złoty medal. Polaków ustawili na pierwszym torze, gdzie traci się na starcie pół sekundy, Niemców ustawili na ósmym torze, a siebie – na piątym, optymalnym. Nasza drużyna w składzie: Leszek Dunecki, Zenon Licznerski, ja i Krzysztof Zwoliński zdobyła wtedy srebro. Mimo nieczystych zagrywek działaczy przyjaźniłem się z radzieckimi zawodnikami, na przykład ze sprinterem Walerym Borzowem, od którego dużo się nauczyłem.


Od lewej: Siergiej Borowski, Włodzimierz Smolarek i Rinat Dasajew. Mecz Polska – ZSRR podczas mundialu w 1982 r. zakończył się remisem. (Fot. PAP/EFE)

Stefan Szczepłek: Zawsze nastroje polityczne przenosiły się na sport. Za czasów PRL-u konkurowaliśmy z Niemcami i Rosjanami, chcąc odegrać się za krzywdy historyczne. Nie mogliśmy tego robić na niwie gospodarczej, ale na płaszczyźnie sportowej rywalizowaliśmy z sukcesami. Bokser, piłkarz, biegacz – każdy walczył w imieniu całego narodu. Kiedy w maju 1953 r. (dwa miesiące po śmierci Stalina) w Hali Gwardii w Warszawie polscy pięściarze zdobyli pięć złotych medali w mistrzostwach Europy, kibice po raz pierwszy zaśpiewali „Mazurka Dąbrowskiego”. Prasa nie wiedziała, jak komentować to wydarzenie, więc pisano o tryumfie radzieckiej szkoły boksu.

Krzysztof Przybył: Marian, czy mógłbyś opowiedzieć o twoim słynnym biegu na 100 m? Marian Woronin: Na Memoriale Janusza Kusocińskiego w 1984 r. w biegu na 100 m osiągnąłem czas 10,00 s, ustanawiając nowy rekord Europy. Nikt go nie pobił przez cztery lata. Dokładny pomiar wyniósł 9,992 s, ale zgodnie z przepisami Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych dotyczącymi zaokrąglania czasu oficjalnie zapisano mi wynik 10,00 s. Gdyby ktoś na mnie wtedy naciskał, na pewno musiałbym się bardziej przyłożyć i dałbym radę urwać jeszcze 0,002 s, bardziej pochylając się na finiszu. I byłyby trzy dziewiątki. Ale był to start w trakcie przygotowań do olimpiady w Los Angeles, więc nie przykładałem do niego wielkiej wagi. Miałem po prostu zdobyć pierwsze miejsce, a wyszedł z tego rekord Europy.

Andrzej Person: Ważne w historii polskiego sportu, a także odzwierciedlające sytuację stanu wojennego było zdjęcie Mariana wykonane przez „Fidusa”, czyli Leszka Fidusiewicza. Było one nie mniej słynne, również na Zachodzie, niż „Czas apokalipsy” Chrisa Niedenthala.

Marian Woronin: Przygotowywałem się do mistrzostw Europy w Grenoble. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego nie bardzo było gdzie trenować, ale jako legionista miałem przewagę. Szef klubu sprawił, że mogłem biegać w hali AWF-u, gdzie akurat było zakwaterowane wojsko. „Fidus” zrobił mi zdjęcie, na którym widać, jak po dwóch stronach hali rozstawieni są żołnierze z karabinami, a ja biegnę środkiem. To zdjęcie zamieszczono później we francuskiej gazecie „Paris Match”. Gdy wylądowałem na lotnisku w Grenoble w lutym 1982 r., od razu doskoczyli do mnie dziennikarze, którzy mieli przy sobie tamtą gazetę. Pamiętam jak dziś: na okładce Elizabeth Taylor z okazji 50. urodzin, a na rozkładówce – Marian Woronin. Najmilej jednak wspominam czasy w Polonii Warszawa, gdzie tworzyłem drużynę lekkoatletyczną z takimi herosami, jak Irena Szewińska, Władysław Komar czy Zofia Bielczyk. Ale prawdą jest, że wszystkie medale halowego mistrza Europy zdobyłem jako legionista. Moim marzeniem był start i zwycięstwo w zawodach halowych w USA. Niestety działacze nie chcieli mnie wysłać, gdyż jako członek Legii byłem wojskowym. Zdobyłem halowe mistrzostwo Europy w latach 1978, 1980, 1981 i 1982, więc kiedy kolejny raz odmówiono mi startu w USA, powiedziałem, że więcej na hali nie startuję. Tak było przez pięć lat, ale w 1987 r. prezes klubu obiecał mi, że pojadę do USA, jeśli wystartuję na mistrzostwach Europy w Liévin we Francji. Wystartowałem, zdobyłem złoto, dwa razy pobiłem rekord Europy, a po powrocie prezes powiedział: „Marian, ja z tymi Stanami to żartowałem”.


Finał skoku o tyczce podczas olimpiady w Moskwie w 1980 r. Władysław Kozakiewicz nad poprzeczką na wysokości 578 cm. Za chwilę zdobędzie złoty medal, pobije rekord świata i wykona słynny gest pod adresem nieżyczliwej radzieckiej widowni. (Fot. PAP/ITAR TASS)

Krzysztof Przybył: W latach PRL-u Centralny Wojskowy Klub Sportowy Legia był klubem wielosekcyjnym i zdobył więcej medali olimpijskich – bo aż 87 – niż niejedno państwo. Najważniejsza była sekcja piłki nożnej z Kazimierzem Deyną, Robertem Gadochą i Lesławem Ćmikiewiczem oraz sekcja boksu z Andrzejem Gołotą, Januszem Gortatem (ojcem koszykarza NBA Marcina Gortata), Józefem Grudniem i Kazimierzem Szczerbą. W sekcji skoków przez przeszkody trenował Jan Kowalczyk, mistrz olimpijski z Moskwy z 1980 r. Sekcję kolarstwa szosowego reprezentowali Czesław Lang, wicemistrz olimpijski z Moskwy z 1980 r., i Stanisław Królak, pierwszy polski zwycięzca Wyścigu Pokoju z 1956 r. Silna była także sekcja lekkoatletyczna, w której wielkie sukcesy odnosił nasz dzisiejszy gość Marian Woronin – sprinter, wicemistrz olimpijski z Moskwy z 1980 r., mistrz Europy w sztafecie 4 × 100 m i rekordzista Europy. Niestety, od 1989 r., czyli od czasów przemian ustrojowych w naszym kraju, kolejne sekcje były od klubu odłączane, a ich działalność powoli wygaszana. Dzisiaj Legia Warszawa to klub piłkarski.

Andrzej Person: Niestety, po 1989 r. sport w Polsce był kojarzony z systemem komunistycznym i chociaż w czasach PRL-u odnosił wielkie sukcesy, w okresie transformacji ustrojowej został zupełnie pominięty. Odcięto państwowe finansowanie i dopiero po jakimś czasie zauważono, że sukcesy sportowe są bardzo przydatne do propagandy politycznej, bo pokazanie się obok mistrza sportowego zawsze budzi pozytywne skojarzenia wśród wyborców. Tak brutalne potraktowanie sportu przez nowych decydentów spowodowało jego zapaść na długie lata.

Stefan Szczepłek: W czasach PRL-u sport musiał być uprawiany amatorsko, choć wszyscy wiedzieli, że sportowcy byli zatrudnieni na fikcyjnych posadach. To budziło konflikty między nimi i niechęć społeczną, dlatego sportowcy stali się ofiarami przemian roku 1989. Kiedy przeszliśmy na gospodarkę rynkową i każdy grosz zaczął się liczyć, pierwsze cięcia kosztów nastąpiły w sporcie. I to nie jest przypadek, że Ruch Chorzów, potęga Śląska, ostatni raz zdobył tytuł mistrza Polski w piłce nożnej w 1989 r.; później zrestrukturyzowane huty i kopalnie przestały dotować drużyny sportowe. Jednak polski kibic nigdy nie odwrócił się od sportu. W PRL-u działacze sportowi, choć czynownicy partyjni, żyli sprawami sportu z pełnym zaangażowaniem. Dzisiaj ich miejsce zajęli biznesmeni i menedżerowie, którzy zapewne wiedzą wszystko o pieniądzu, ale nie zawsze wystarczająco dużo o sporcie, jego istocie i specyfice. Obecnie menedżer jednego dnia zajmuje się sprzedażą piwa lub działa w branży filmowej, a następnego dnia może zostać skierowany do klubu sportowego. I skąd ma wtedy wiedzieć, czy trener, którego kontraktuje dla klubu, jest optymalnym wyborem? Nie tęsknię za PRL-em – żeby było jasne – ale uważam, że dla polskiego sportu był to złoty okres. Powtórzę: sport jest wielką siłą propagandową i promocyjną, tylko trzeba umieć z tego skorzystać.

Marian Woronin: Warto tutaj wspomnieć Piotra Nurowskiego, który – jak to się kiedyś mawiało – został rzucony przez partię na odcinek sportu. W 1973 r. został najmłodszym na świecie szefem narodowego związku sportowego, czyli prezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Zaangażował się w tę działalność bez reszty i odnosił w niej sukcesy. W 2005 r. został wybrany na stanowisko prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego i funkcję tę pełnił społecznie. Podobnie wielką postacią polskiego sportu jest Stefan Paszczyk – trener lekkoatletyczny, kierownik wyszkolenia w PZLA i prezes PKOl w latach 1997–2005. Paszczyk doradzał nawet w hiszpańskim ministerstwie sportu w sprawie organizacji igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. Ówcześni działacze często po pracy, bezinteresownie, sędziowali na zawodach. Dzisiaj z trudem wyszukujemy chętnych do sędziowania podczas Czwartków Lekkoatletycznych dla dzieci i młodzieży, imprezy, którą organizuję od lat, aby ratować wydolność sportową nowych pokoleń i łowić nowe talenty lekkoatletyczne. Chciałem jakoś zapełnić lukę po spartakiadach młodzieży, które zostały wycięte w pień jako twór komunistyczny.

Leszek Fidusiewicz o okolicznościach powstania słynnej fotografii

Żeby Marian mógł przystąpić do treningu, żołnierze musieli wpierw podwinąć materace tak, by zwolnić dwa tory. Polecenie wykonali z wyraźnym grymasem na twarzy. Od trenera Cucha dostałem stoper, który trzymałem w jednej dłoni, a w drugiej ukryłem niewielkich rozmiarów aparacik. Następnie musiałem zadbać o odpowiednie oświetlenie. O tej porze roku, a był to początek lutego, w porze obiadowej na dworze robi się już szarówka, a co dopiero na hali. Zacząłem więc żądać, by zapalono światło, ponieważ nie widzę odczytu stopera. Miałem nawet przygotowaną odpowiedź, w razie gdyby ktoś rozsądny zapytał się, po co mi stoper na starcie. W takiej sytuacji bym odparł, że badam czas reakcji.

Zacząłem fotografować, trzymając obiektyw między palcami. Czas naświetlania wynosił 1/125 sekundy, przy pełnym otworze przysłony. Następnie z linii startu przeszedłem na metę. Dla lepszej widoczności, oczywiście stopera, wszedłem na parapet. Fotografowałem z biodra, w kierunku biegaczy. Trening dobiegł końca, a my, zadowoleni, wychodząc z hali, jeszcze usłyszeliśmy fragment wykładu politruka, który ostrzegał wystraszonych sytuacją żołnierzy, że za nimi pełza rewolucja pod postacią obrzydliwej Solidarności.

Po wywołaniu filmu okazało się, że pomimo fotografowania na wyczucie miałem materiał. Na niektórych zdjęciach widać było czarne plamy. To mój palec. Film za granicę przemycił nasz francuski łącznik Pierre Szałowski.

Dobrze przygotowany Marian Woronin udał się do Grenoble po kolejny sukces. Gdy otworzyły się drzwi samolotu, okazało się, że nasi zawodnicy są wyczekiwani przez tłum dziennikarzy. Cała ekipa była dumna, że stali się tacy popularni. Tymczasem przedstawiciele prasy otaczają Woronina, pokazując mu aktualny numer tygodnika „Paris Match”, w którym na rozkładówce jest jego zdjęcie z treningu. Fotografia była oczywiście bez podpisu autora i jedynie ci, którym dane było ją zobaczyć, skwitowali krótko: to mógł zrobić tylko „Fidus”.

Sprawie ukręcono łeb. Pomimo że nie było śledztwa ani wielogodzinnych przesłuchiwań, trener Cuch jeszcze przez dwa lata budził się w nocy spocony, bo myślał, że wiozą go w wagonie kolejowym na Daleki Wschód. A Marian wygrał zawody po raz piąty, przy okazji bijąc kolejny rekord.

Tekst pochodzi z bloga Leszka Fidusiewicza, wieloboisty i fotografika sportu (https://fotofidus.blogspot.com/2016/12/jak-wykiwaem-polska-rzeczpospolita_15.html).

 

Czytaj także