El-instrumentarium i sacrum. Niezwykła muzyczna podróż Józefa Skrzeka

  • Józef Skrzek podczas wręczenia tytułu
    Józef Skrzek podczas wręczenia tytułu "Promotor Polski". Fot. KAKA.media

Józef Skrzek, wybitny multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor, twórca legendarnej formacji SBB, laureat tytułu Promotora Polski, opowiada o swojej muzyce i życiu.

Kamil Broszko

Wszystko zaczęło się w domu, pod okiem mamusi. Kochana Maria, bardzo nas muzycznie przygotowywała – mnie, brata i siostrę. Sama też była od pianistów, wychowała wielu uczniów, pracowała w szkole muzycznej, więc nasz dom był od początku nasycony dźwiękiem, dyscypliną ćwiczeń. Instrument stał pośrodku pokoju, jak jeszcze jeden domownik.

Mały Józek. Fot. archiwum artysty

Tą drogą poszedłem do Szkoły Muzycznej im. Mieczysława Karłowicza w Katowicach. Najpierw pierwszy stopień, potem drugi, u znakomitych pedagogów. Grałem koncerty dyplomowe w Filharmonii Śląskiej pod batutą Konrada Bryzka, wspaniałego artysty i człowieka. Później trafiłem do Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Przez cztery semestry byłem tam jako pianista, uczyłem się dodatkowo organów piszczałkowych, kompozycji, różnych ciekawostek, które coraz bardziej ciągnęły mnie w stronę muzyki klasycznej, choć już wtedy co rusz spotykałem się z innymi rozdziałami w muzyce i w ogóle – w sztuce.

Jeszcze wcześniej, jako małolat, trochę malowałem. Dostawałem nawet nagrody w Pałacu Młodzieży. Ale muzyka była najważniejsza, wszyscy pchali mnie w jedną stronę – cała rodzina uważała, że ja, Józinek, ich pupil, powinienem być w muzyce, że będę przedstawicielem rodziny na scenie. I tak się stało.

Kopalnia i Breakout

Byliśmy jednak na Śląsku rodziną wcale nie bogatą, tylko wplątaną w zwyczajne, twarde śląskie życie. Tata, Ludwik, pracował jako sztajger na kopalni, był też ratownikiem. W pewnym momencie, podczas akcji, poszedł z ekipą pod ziemię – była awaria, gaz na dole. W wyniku tamtego zdarzenia pękło mu serce. A my nagle znaleźliśmy się w sytuacji dramatycznej.

Mama była załamana. Ślązaczka, która całe życie zajmowała się nami, wychowaniem, domem. Tata „robił na nas”, jak się tu mówi, by to wszystko utrzymać. I nagle ten fundament zniknął. Byłem już na studiach, pomyślałem więc, że wezmę dziekankę i będę się dokładał do rodzinnego budżetu.

Przez różne muzyczne kręgi poznałem Tadeusza Nalepę. W ciągu kilku tygodni nauczyłem się grać na gitarze basowej, bo Tadeusz bardzo tego chciał. Z Akademii Muzycznej przeniosłem się więc nagle na scenę – od fortepianu i organów do zespołu Breakout. Niesamowita metamorfoza, niezwykłe przejście. Ale okazało się, że jestem niezły, a może nawet więcej. Zaczęły się zupełnie inne scenariusze: inne sceny, dźwięki, dynamiki.

Silesian Blues Band, 1971 r. Fot. archiwum Romualda Skopowskiego

Breakout w tamtym czasie był bardzo ważnym zespołem . Rock progresywny – muzyka, która coraz śmielej wychodziła w świat. Nagraliśmy płytę „70a”, gdzie grałem trochę na fortepianie, głównie jednak na gitarze basowej, trochę też podśpiewywałem. I po jakimś czasie pomyślałem, że może potrafiłbym stworzyć coś własnego.

Narodziny SBB

Zacząłem więc myśleć o nowych pomysłach twórczych, bardziej uniwersalnych. Z jednej strony miałem za sobą całą drogę klasyczną, edukację, filharmonie, z drugiej – poznawanie muzyki śląskiej, melodii, które nas otaczały. Było harcerstwo, były śpiewki – niesamowite, witalne, zbliżające ludzi. Ten folklor, bardzo tu, na Śląsku, żywy, był i jest bliski wszystkim.

Koncert SBB, 1974 r. Fot. Zenon Keller / GAD Records

No i co? Mogę zrobić zespół. Ale z kim? Koledzy wyjechali w świat, bo wtedy po raz pierwszy od dawna można było dostać paszport. „Kurde, co teraz?” – myślałem. I właśnie wtedy ta aura płynąca z niebios spowodowała, że nagle spotkało się trzech muzyków: Apostolis Anthimos, Jerzy Piotrowski i ja. Z tego spotkania powstało SBB. Nazwaliśmy się Silesian Blues Band. Taki był wtedy trend, dużo było bluesa, a my spontanicznie w to weszliśmy.

Pierwszy rok był bardzo ciężki. Pracowaliśmy do upadłego, ale jeśli chodzi o promocję – właściwie żadnej konsekwencji. Tu kopalnia, tam jakieś chałtury, kombinacje sprzętowe. Coś nagrywaliśmy, gdzieś graliśmy i powoli docierało do nas, że ta muzyka ma „niesienie”, że są środowiska, które nas lubią i przychodzą na kameralne koncerty. Ale była bieda. Potężna bieda. Jeśli chcesz grać, musisz mieć perkusję, instrumenty, nagłośnienie. Wszystko opierało się na niesamowitych znajomościach, przyjaciołach, którzy nagle pojawiali się wokół nas i pomagali.

Józef Skrzek podczas nagrań w Polskim Radiu Opole, 1974 r. Fot. Zygmunt Drużbicki

Ćwiczyliśmy w domu, w piwnicy. Jakie larmo! Mama nas karmiła, „podciągała” domowym jedzeniem, a my, jesienią 1971 r., ciągle bidoki, zastanawialiśmy się, co tu robić. I wtedy nagle dostałem telegram od Czesława Niemena. Wow! Czesław napisał: „Przyjedź na próby, przygotujemy się do nagrania nowej płyty dla CBS”.

Spotkanie z Niemenem

Najpierw nic chłopakom nie mówiłem. Pojechałem do Warszawy, spotkałem znakomitych muzyków, którzy grali z Czesławem, i samego Niemena – okazał się wspaniałym człowiekiem. Po pierwszych próbach stało się jasne, że mam grać. Wspaniała wiadomość! Jednocześnie było mi nieswojo i żal, bo dziewięć miesięcy ćwiczyliśmy z SBB, a ja miałbym to nagle zostawić…

Poszedłem do Niemena i mówię: „Czesiek, jest jeszcze mój zespół”. A on, jako dobra dusza, powiedział, że nas posłucha. I mu się spodobało. Przearanżował cały swój materiał i powstał nowy skład: Apostolis, Jerzy, Helmut Nadolski i ja. W takim składzie pojechaliśmy do Monachium, a wcześniej w trasę z Jackiem Bruce’em z Cream.

Powstała Grupa Niemen – niesamowity, piękny skład, muzyka bardzo współczesna, a zarazem słowiańska i światowa. Byliśmy na swój sposób oryginalni i to zaczęło działać w kręgach europejskich. Zagraliśmy na wielkim festiwalu z absolutną czołówką świata: Mahavishnu Orchestra, Charlesem Mingusem… W ciągu mniej więcej pół roku przeszliśmy drogę z piwnicy na ważną europejską scenę. To jest po prostu szczęście. Trzeba mieć w życiu szczęście.

Najbardziej rasowy zespół

Oczywiście to szczęście było ściśle związane z pracą. Ćwiczyliśmy po 10 godzin dziennie, byliśmy przygotowani, graliśmy jak jedna, niesamowita całość. To spodobało się Czesławowi i podobało się na koncertach. Przez dwa lata powstały dwie produkcje dla CBS: „Strange Is This World” („Dziwny jest ten świat”) oraz „Ode to Venus”. W Polsce nagraliśmy „Marionetki” i „Requiem dla van Gogha”, z wielką rolą Helmuta Nadolskiego i muzyką aleatoryczną. Występy z Grupą Niemen były fantastyczną przygodą, również dlatego, że graliśmy w takich miejscach, jak gdański Żak, gdzie spotykaliśmy aktorów, artystów, fascynujące środowiska.

Kto wie, może gralibyśmy tak jeszcze dłużej, ale pojawiły się nowe wyzwania. Redaktor Franciszek Walicki – człowiek, który odkrywał różne talenty i organizował festiwale – usłyszał nasze trio, SBB.

Bardzo mu się spodobało granie, określił nasz zespół jako najbardziej rasowy i stwierdził, że chciałby się nami zająć. Z wielką wdzięcznością dla Czesława, uznaliśmy, że pora spróbować grać na własną rękę.

Zaczęła się nowa era. Nagraliśmy płytę koncertową w klubie Stodoła w Warszawie. Po kilku miesiącach pojawiła się ona na rynku – ewenement, bo dzięki redaktorowi Walickiemu nie trzeba było czekać dwóch lat na wydanie. Publiczność szalała, zaczęliśmy grać ważne trasy, między innymi z węgierskimi zespołami. Najpierw z Lokomotiv GT, którzy grali wtedy w Londynie, a gdy nas usłyszeli – natychmiast zaprosili do siebie.

CBS, disco na ranczo i Moog

Później zaproszono nas do grania dużych koncertów na Węgrzech, w Budai Ifjúsági Park, gdzie bywało po kilkanaście tysięcy słuchaczy. Zdobywaliśmy też kolejne kraje bloku wschodniego. Czasy żelaznej kurtyny – dziwna sprawa z punktu widzenia rocka i śpiewania o wolności. Ale kiedy grasz, kiedy lecisz przez dźwięki, kiedy ludzie cię kochają, to ty kochasz świat i reszta nie ma znaczenia. Tak SBB szło dalej. Nagraliśmy płytę koncertową w warszawskiej Stodole, potem „Nowy horyzont”. Pojawiła się możliwość nagrania czegoś dla CBS, ale pan dyrektor wytwórni chciał, żeby nowy młody zespół najpierw zaistniał na rynku z muzyką komercyjną. Zaproponował disco. Przekonywałem, że nie możemy grać innej muzyki niż nasza własna, niż to, co kochamy, czujemy. On na to: „Jak zagracie disco, zarobicie pieniążki, to później będziecie mogli grać swoje. Załatwię wam ranczo pod Frankfurtem, będziecie ćwiczyć granie disco do woli”. Spróbowaliśmy, owszem, ale wyszło co najwyżej śmiesznie…

A kiedy tylko dostaliśmy telegram z zaproszeniem na Jazz Jamboree, podziękowaliśmy panu Wolpertowi i pojechaliśmy do Warszawy. Interesowało nas tylko to, co płynie od nas szczerze, jest prawdziwe. Te wszystkie przymiarki do komercji były niezręczne. Dziś na komercyjną muzykę wpływa rynek, a twórczość ekstrawagancka, ciekawa jest elitarna – i całe szczęście. Nam to wystarczyło wtedy i wystarczy dziś.

W Wiedniu, grając na zaproszenie znajomych, poznaliśmy wspaniałą austriacką rodzinę Lauseggerów, zajmującą się techniką i instrumentami muzycznymi. Powiedzieli wprost: „Jesteście świetni, pomożemy wam”. Mieli kilka sklepów muzycznych i dystrybutora ze Stanów – między innymi instrumentów Moog – Polaka z pochodzenia, Vala Podlasińskiego. Mogliśmy nawiązać współpracę. Znowu mieliśmy szczęście.

Graliśmy wolność

Kiedy zaczęliśmy korzystać z nowych możliwości technicznych, pojawili się wokół nas ludzie, którzy założyli agencję muzyczną Aries z bazą w Getyndze. Zainwestowali w nas i dzięki nim nagraliśmy pierwszą zachodnią płytę SBB – „Follow My Dream”. Ruszyły koncerty klubowe, telewizje, promocja, afisze, nalepki, koszulki. Chwilę później powstało „Welcome”. Wielki ukłon dla Radia Opole i ludzi, którzy nam pomagali w przygotowaniu tej płyty. Jerzy i Apostolis zagrali na dwie perkusje. Później pojechaliśmy z tym materiałem do Conny Plank Studio pod Kolonią. Realizowaliśmy pierwszą międzynarodową koprodukcję między Polską a Europą Zachodnią. W rezultacie pojawiły się dwie edycje płyty „Welcome”, zachodnia i polska, a my szliśmy do przodu.

Cieszyliśmy się coraz większą popularnością w Europie Wschodniej – w Budapeszcie, Pradze, Berlinie. W ZSRR mieliśmy ogromną rzeszę fanów, tysiące listów w fanklubie, ale nie mogliśmy tam pojechać, choć organizator powtarzał: „Józek, zagralibyście na Łużnikach, spokojnie 100 tys. ludzi, a może i 200”. Mieliśmy zakaz, bo graliśmy o wolności. Freedom!

Dopiero później zrozumiałem, że to wszystko nazywa się polityką. W Brnie, na wielkim festiwalu dla 50 tys. ludzi, śpiewaliśmy: Freedom, I love freedom, you love freedom – prosty tekst wymyślony w kawiarni z kolegą z Londynu. Nagle okazało się, że dla nich to jest coś ogromnie ważnego, bo w Czechosłowacji była dyktatura. Ci młodzi ludzie pokochali nas tak, że staliśmy się dla nich synonimem wolności, i ta przyjaźń trwa do dziś. Tak samo było na Węgrzech, w Berlinie, w całym tym naszym wschodnim świecie.

Nagrywaliśmy kolejne płyty, między innymi dla czeskiego Supraphonu. Tam poznałem Karla Gotta, świetnie się rozumieliśmy. Naprawdę nie ma znaczenia, czy grasz rocka, czy pop. Na Wybrzeżu poznałem też Violettę Villas. A teraz moja córka Luiza kręci o niej film.

Właściwie coś nadzwyczajnego

Po nagraniach w Pradze agencja Aries od razu kupiła licencję od Supraphonu i wydała tę samą muzykę pod tytułem „Slovenian Girls”, z pięknymi zdjęciami słowiańskich dziewczyn. Potem były następne płyty, w tym „Memento z banalnym tryptykiem”, bardzo ważna, nagrywana już w kwartecie, kiedy dołączył do nas genialny Sławek Piwowar – Apostolis bardzo tego chciał, przyjaźnili się. Wspomniane wcześniej albumy „Follow My Dream” i „Welcome” były jednymi z pierwszych zachodnich wydawnictw SBB i otworzyły zespołowi drzwi na sceny Europy końca lat 70.

Sławek, Tomek Szukalski, Tomasz Stańko – tylu wspaniałych polskich muzyków przewinęło się przez lata. „Memento” powstało także dzięki tekstom Juliana Mateja – człowieka po prawie, który musiał używać pseudonimu z powodu skomplikowanego życiorysu, ale miał niezwykłą wyobraźnię.

Tak wyglądała ta droga – od domowego pianina i nagród w Pałacu Młodzieży, przez śląską piwnicę, po wielkie sceny Europy i nagrania dla zachodnich wytwórni – z której, jak mówią dziś krytycy, narodził się mój własny, rozpoznawalny język muzyczny.

„Memento” jest w pewnym sensie wyjątkowe. Ten tekst, ten utwór, ta płyta mają dla mnie ogromne znaczenie. Zaczyna się od słów: „Właściwie nie ma nic nadzwyczajnego”, a potem wszystko się rozrasta, nabiera wymiaru. Poszliśmy wtedy mocno w swoją stronę, graliśmy utwory 15-minutowe. Dziś nie do pomyślenia, a i wtedy budziło to na początku wątpliwości. Dopóki nie zaczęliśmy grać koncertowo. Przychodzi festiwal w Opolu, nocny koncert, gramy swoje, a ludzie nas uwielbiają.

--

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Rynki w stanie napięcia: wybitny analityk o polskiej gospodarce, globalnym kryzysie zadłużeniowym, wpływie algorytmów na pieniądze, fundusze, banki

Czy Unia Europejska może się rozpaść? Politolożka zdecydowanie o perspektywach głębszej integracji, wspólnym długu, presji USA i Chin

Tusk jak Mentzen, Konfederacja jak Razem? Kulisy decyzji, napięcia w koalicji i prawdziwa stawka sporów o aborcję, UE i wybory 2027 r.

Biznes w 2026 roku: 12 trendów, które zmieniają gospodarkę – od autonomicznej sztucznej inteligencji i robotyki po regionalizację produkcji, nowe modele pracy i rewolucję energetyczną

Przedsiębiorca i badacz AI o odpowiedzialności za algorytmy, dzieciach bez social mediów i kraju, który zniechęca przyszłe jednorożce

--

Marsjanie i czas na oddech

Oczywiście za tym wszystkim stoi ciężka robota. Mało kto jest w stanie zrozumieć, co się z człowiekiem dzieje po prawie dziewięciu latach ciągłego jeżdżenia, niedospania, studia, koncertów. Trzeba mieć kondycję wyczynowego sportowca. Ja trochę uprawiałem sport – jako Ślązak grałem w fusbal, czyli piłkę nożną – i to mi pomagało wytrzymać tempo, koordynować całość.

To ja w praktyce decydowałem – za zgodą reszty, po koleżeńsku – gdzie się pojawimy, z kim będziemy się zadawać, w którą stronę pójdziemy. Nie twierdzę, że to było idealne. Gdybym dziś tamte lata przeżył jeszcze raz, parę rzeczy zrobiłbym inaczej, szczególnie w sprawach prawnych i kontraktowych. Nie mieliśmy głównego menedżera, jakiego później widziałem choćby w Deep Purple – kogoś, kto podejmuje rozstrzygające decyzje za zespół. Nie mieliśmy też ochrony naszych interesów, rozbudowanych kontraktów, prawników. Ale żyliśmy w czasach żelaznej kurtyny. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej. A jednak, dzięki Bogu, powiodło się nam. Mieliśmy wielkie, naprawdę wielkie wsparcie Opatrzności.

W pewnym momencie trzeba było zrobić przerwę. Nagle wszystko w SBB się zawiesiło. Skoro od początku cechowało nas podejście totalne, granie na maksa, musiał przyjść czas na oddech. I wtedy nastał rok 1981. Piotrek Szulkin mówi: „Józef, gramy »Wojnę światów«”. Mówię: „Piotr, ale ja już nie mam SBB, bo musiało odpocząć. Co robimy?”. „Nowy skład” – odpowiada.

No to zaprosiłem brata Jana, Tomka Szukalskiego, Roberta i Janusza – młodych muzyków, sekcję rytmiczną. Wchodzimy na scenę Hali Gwardii i kręcimy „Wojnę światów – następne stulecie” z Piotrem Szulkinem. On swoją telewizję w filmie nazwał SBB. Fantastycznie. Akcje, Marsjanie, apokalipsa i groteska w jednym. Szulkin – znakomity przyjaciel, wiele mu zawdzięczam.

Najważniejsze kobiety

W międzyczasie muszę wspomnieć o Halinie Frąckowiak, pierwszej i jedynej kobiecie, z którą nagrałem longplay. Najpierw z SBB, a potem, kiedy SBB odpoczywało, nagrałem z nią „Ogród Luizy” do tekstów Wierzyńskiego. Z Tomkiem Szukalskim nagraliśmy w duecie „Ambitus Extended”. Graliśmy też z wieloma innymi muzykami, głównie ze Śląska. To był ważny moment wczesnych lat 80., czas niezwykle twórczy, wszystko było w ruchu.

Józef Skrzek z rodziną. Fot. Przemysław Pomarański / GAD Records

Tu jedna dekada, piękna i wielka, domykała się, a przychodziły nowe możliwości i nowe wyzwania. Latem spędziłem prawie dwa miesiące w studiu Radia Opole, nagrywając „Józefinę” oraz drugi materiał, „Singer”. Grali ze mną zaprzyjaźnieni muzycy; był w tym duch SBB, ale też Europa, różne wpływy. Dzieje się.

No i przychodzi ten wstrętny 13 grudnia 1981 r. Co jest? O co tu chodzi? Ale na szczęście wcześniej, 20 kwietnia 1980 r., poznałem Alinkę. Byłem po koncercie w Toruniu, wieczorem spotkaliśmy się w Bydgoszczy i od razu poczułem: to jest ta jedyna.

Ja, który przez całą poprzednią dekadę byłem właściwie samotnikiem – siedziałem tylko w tych moich instrumentach, rupieciach, kablach, nagraniach – nagle zrozumiałem, że mężczyzna powinien mieć partnerkę. Alinka była miłością od pierwszego wejrzenia. Od chwili, gdy poznaliśmy się w Bydgoszczy, była ze mną prawie pół wieku. Cały czas razem.

W końcu przyszedł moment, o którym nie umiem wciąż gadać – nieuleczalna choroba. Dziś znów jestem samotnikiem, ale mamy owoce naszej miłości: trzy córki – Karinkę, Luizkę i Elunię – oraz dwie wnuczki, Julię i Lenkę. Życie.

Dyktator, stan wojenny i dziecko

Przeskoczyliśmy w czasie, ale wróćmy. Rok zaczyna się dziwnie. Po 13 grudnia wszyscy czują jakby zbiorowy zawał. Niewielu rozumie, co się dzieje, do czego to prowadzi. A ja w tym wszystkim wciąż aktywny.

Alina i Józef Skrzek. Fot. Przemysław Pomarański / GAD Records

Na początku 1982 r. miałem zagrać w Teatrze Dramatycznym w Warszawie „Kaligulę”. Sztuka o dyktatorze w stanie wojennym! Aktorzy bojkotują media, a jednak wszyscy przychodzą zagrać: Piotrek Fronczewski, Gustaw Holoubek, Magda Zawadzka – fenomenalny skład.

Reżyser, Andrzej Chrzanowski, z którym już wcześniej pracowałem przy „Otellu”, mówi: „Zróbmy to na żywo”. Ustawiamy sprzęt na balkonie, mam scenę przed sobą, każdą akcję robię „na dotyk”. I to się sprawdza całkowicie.

Do dziś pamiętam moment, gdy Piotrek mówi ze sceny: „Od dziś będzie głód”. W Polsce był głód. Ludzie stoją po chleb, płaczą. Cisza na widowni – rozrywająca. To wszystko było ważne, osadzone w tamtej chwili.

W czasie prób i przedstawień rodzi się nasza córeczka, Karinka. Wody odchodzą wcześniej, pan ginekolog trochę się pomylił – mówił, że jeszcze jest czas. A to wszystko dzieje się w szpitalu wojskowym na Szaserów. Co za konfiguracja! „Kaligula”, dyktator na scenie, stan wojenny, a tu, w szpitalu wojskowym, rodzi się dziecko. Nagle zostaję ojcem. Genialna sprawa.

Tak się zaczął rok dramatyczny, niepewny. Na Śląsku ludzie się boją, emigrują, nie ustają pytania o to, co będzie dalej. A my, artyści, widzimy, że w naszym lokalnym parku jest leśniczówka, w której możemy grać. I tak robimy. Jest Zbyszek, mocny człowiek, jest paru innych. Robimy atelier „Leśniczówka”. Właśnie wtedy, kiedy wokół jest pustka i wielu myśli, że może lepiej wyjechać.

Miałem taką możliwość. Rok wcześniej robiłem współczesne dokrętki muzyczne do filmu Jerzego Skolimowskiego „Ręce do góry”. Jerzy bardzo chciał, żebyśmy byli w Londynie na premierze, a później mieliśmy razem polecieć do Los Angeles. Piękny sen. Może wtedy Karinka tam by się urodziła – kto wie…

Ale to się nie wydarzyło. Jakieś trudności formalne, papiery – nieważne. W gruncie rzeczy nawet mi to pasowało. Bo to, co działo się wtedy w Polsce, było z jednej strony okropne, z drugiej – jeśli byłeś przygotowany do działania – dawało ogromną siłę. Zostaliśmy. I wtedy zacząłem szukać nowych brzmień.

Leśniczówka i kościóły

Niezależnie od tego, że chłopaki organizowali „Leśniczówkę”, że atelier się rodziło, ja wpadłem na nowy koncept: przecież mogę grać na organach piszczałkowych i dołączyć elektronikę. Rozszerzyć brzmienia w niesamowitych akustykach, bo w kościołach, katedrach, przeróżnych przestrzeniach są fenomenalne warunki.

I tak pod koniec tego nieszczęsnego 1982 r., kiedy wszyscy się boją i żyją w napięciu, zagrałem w naszym parafialnym kościele premierowy koncert na organach piszczałkowych i elektronice. Dedykowałem go górnikom, którzy zginęli w kopalni Dymitrow. Tak tu u nas jest, na Śląsku ciągle giną ludzie pod ziemią.

Zagrałem i czekałem, co się stanie. Wychodzę, idą ciotki: „Józek, jak tyś grał, myśmy płakały”. „A co, tak fatalnie?” – pytam. „Nie, chopie, nas tak położyło”. Zastosowałem między innymi dźwięk bicia serca, który nagle się urywa.

Niedługo później, na początku 1983 r., zagrałem w Kościele Świętego Krzyża w Warszawie. Tak zaczęła się moja droga w stronę organów i elektroniki – połączenia sacrum, Śląska, historii i przyszłości, które do dziś jest dla mnie jednym z najważniejszych wymiarów muzyki. Kiedy zacząłem grać na Kalwarii Piekarskiej, u kultowej Matki dla Śląska, zrozumiałem sens wiary.

Pamiętam koncert na Jasnej Górze. Za przyzwoleniem ojców paulinów wprowadziliśmy instrumenty elektroniczne w mury sanktuarium, tworząc zupełnie nową, dźwiękową konstelację. Później nadszedł czas współpracy z Michałem Banasikiem, postacią dla śląskiej kultury wręcz pomnikową. Wspólnie budowaliśmy przestrzenne pejzaże dźwiękowe, które wybrzmiewały nie tylko w regionie, ale i w Europie, choćby podczas prestiżowego OrgelFestival w Wuppertalu.

Śmierć Michała zamknęła pewien rozdział. Zacząłem grać u boku wirtuoza Juliana Gembalskiego. W katowickiej katedrze rozbrzmiały wielkie organy i moja elektronika. Specyficzna akustyka tego wnętrza pozwalała nam na niemal mistyczne „łapanie fali”. Dziś tę artystyczną wędrówkę kontynuuję z prof. Henrykiem Janem Botorem z krakowskiej Akademii Muzycznej. Za nami już wspólne występy na Górze Świętej Anny oraz utrwalone na płycie i wideo owoce tej współpracy. Ta przygoda, będąca ciągłym poszukiwaniem nowego języka ekspresji, wciąż trwa.

Trzeba dalej być i grać

Moja droga to poznawanie nowych ludzi, natury, świata. Muzyka, która mnie otacza, obdarowuje, daje chęć do życia. Mam już swoje lata, a wciąż gram. Wczoraj byłem w naszym parafialnym kościele, po południu przychodzi tam niewiele osób. Poszedłem do organisty i mówię: „Słuchaj, chopie, ja tu zagram »Zmartwychwstanie« do słów Alinki”. Bo Alinka była moją ukochaną dziewczyną, ale także muzą; pisała wiersze, w tym tekst o Zmartwychwstaniu. I grałem w tym kościele, nie dla tłumów, oklasków, ale dlatego, że kocham grać. Dar Boży prowadzi mnie dalej.

Po utracie Alinki przeżyłem czas ogromnej rozpaczy. Dwie kobiety życia były dla mnie absolutnie kluczowe. Mama Maria prowadziła mnie do wieku Chrystusowego; razem z tatą Ludwikiem i całym rodzinnym sztabem przygotowali mnie znakomicie do tego, kim dziś jestem. A potem pojawiła się Alinka, która wprowadziła mnie w rodzinę, w męskie sprawy, w miłość. Te dwie kobiety życia gdzieś tam ciągle są ze mną. Bardzo mi ich brakuje.

Był taki moment, cztery lata temu, kiedy pomyślałem, że może pojadę na tratwę Michała Giera w Bieszczady, na Solinę, i tam już zamieszkam. Michał też w międzyczasie odszedł, a tratwa stoi. Ale nie, tak się nie da. Trzeba dalej być z rodziną, dawać przykład, prowadzić ją; córki, wnuczki, całe to nasze drzewo, ten sztambuch rodzinny. Ja jestem właściwie jedyny facet – stoję na czubku tego drzewa. Nasze tradycje i wartości rodzinne wciąż istnieją i są dla nas podstawą.

Zawsze mówiłem, że nie wystarczy mieć talent, trzeba nad nim pracować. Dużo robić, orientować się, słuchać wszystkiego, a przede wszystkim ćwiczyć. Teraz trochę mniej ćwiczę, ale po sześciu–siedmiu dekadach w trasie kosteczki mają prawo być nieco bardziej ociężałe. Ważne, żeby na scenie wracały do gry. Przy okazji zdradzę pewną tajemnicę: pianista musi być wyćwiczony, ale jak się gra na elektronice, to można i łokciem – instrument i tak zabrzmi, byle trafić w tonację. Organy piszczałkowe to z kolei inna bajka – trójwymiar. Ręce, nogi. Nogi też grają pierwszorzędnie.

Fot. Tomek Krufczyk

Ostatnio zagrałem dwa koncerty w Kościele Mariackim w Krakowie, niedługo wyjdzie płyta z tych występów. Występowałem też w cerkwiach w Bieszczadach z Chórem Cantanti do tekstów Jerzego Harasymowicza – i z tego też będzie płyta.

Apogeum dla Jana

Przygotowuję się do spektaklu „The Voyage” z obrazami Jana Sawki i tekstami Edwarda Stachury. Premiera odbędzie się 14 czerwca w katowickim NOSPR-ze. Duży skład: dwa chóry, około stu ludzi, kwartet smyczkowy Sonos, Apostolis Anthimos zagra na gitarze, Mirosław Muzykant na perkusji, Piotr Wojtasik na trąbce, Steve Kindler na skrzypcach dziewięciostrunowych, prof. Henryk Jan Botor na organach piszczałkowych, a ja zagram na fortepianie oraz el-instrumentarium z syntezatorami Mooga. Do tego trzy głosy żeńskie, bardzo różne: Elusi, najmłodszej córki; Kariny Trapezanidou-Skrzeszewskiej, sopranistki koloraturowej; Agi Zaryan, śpiewającej jazz.

Jan Sawka – współtwórca i mój przyjaciel. Barwny, niezwykle istotny w różnych środowiskach, w Polsce i na świecie. Los sprawił, że musiał emigrować, najpierw do Europy, później do Stanów, gdzie pracował z grupą Grateful Dead, która grała na stadionach dla setek tysięcy ludzi. Jan tworzył dla nich ogromne płachty, oświetlenie, wizuale. Pracował też z zespołem Traffic, ze Steve’em Winwoodem. Mieliśmy razem robić wielkie prezentacje audiowizualne na Pałacu Kultury w Warszawie. Podobny projekt planowaliśmy na katowickim rynku. Zawiesiło się – może przez politykę, może przez inne czynniki. Ale jako przyjaciele byliśmy sobie bardzo bliscy.

Jan urodził się w Zabrzu, pracował z wieloma środowiskami. Ludzie go znali i kochali. Emigracja była najprawdopodobniej znów spowodowana polityką. Musiał wyjechać niemal jak wygnany. A jednak dał radę. Jego dzieła przyjmowano znakomicie w Japonii, Europie, Stanach.

Teraz „The Voyage” jest czymś w rodzaju apogeum, honoris causa dla Jana. Ten koncert w NOSPR-ze miał być przygotowany wcześniej; miał go współtworzyć, w wersji sprzed lat, Czesław Niemen, potem Jerry Garcia z Grateful Dead. Ostatecznie rodzina Sawków – kiedy usłyszała mnie dwa lata temu na koncercie w NOSPR-ze podczas „Odysei miłości” dedykowanej Alince – powiedziała, że ta różnorodność barw jest adekwatna. No to robimy trójwymiar: obrazy Jana Sawki, chóry śpiewające Stachurę i muzyka, która to wszystko spina.

Być legendą

Odwaga na scenie jest podstawową cechą artysty. Nie możesz chować się za wzmacniaczem, bo cię i tak zobaczą. Musisz się otworzyć. To też trwało, zanim do tego doszliśmy. Spotkania z Mahavishnu Orchestra – kiedy byliśmy z nimi prawie dwa tygodnie – pokazały nam, że świat jest bliżej, niż myślimy. John McLaughlin podchodzi i mówi: Hey, my friend, you can do everything. A my, chłopcy z placu, patrzymy: „O kurde”. Okazuje się, że świat kocha cię wtedy, kiedy ty go też potrafisz kochać.

Józef Skrzek i Marcin Krupa, laureaci tytułu Promotor Polski ze Śląska. Fot. KAKA.media

Mój tata był górnikiem, sztajgrem na dole. Całe to śląskie życie, gawiedź, praca, śmiech, tragedia – można to zaakceptować albo odrzucić. Ja zostałem na ojcowiźnie. Urodziłem się w tym pokoju, w którym to wszystko panu opowiadam. Tak to wtedy wyglądało, nie było wielkich możliwości, nowoczesnych szpitali. Przyszła położna i na łóżku pod tą ścianą wynurzył się mały Józinek.

A potem życie, wiele możliwości, propozycji. Graliśmy z Deep Purple ich pierwszy koncert w Spodku. Zgodziłem się pod jednym warunkiem: że zagramy „Memento” dla tych, którzy zginęli w hali z gołębiami. I tak się stało. Zagraliśmy „Memento” dedykowane gołębiarzom. Cały Spodek wstał, zapaliły się świece. Purple pytają: What’s going on? What happened? Po prostu ich zamurowało.

A dziś nowe pokolenie już szturcha, upomina się o swoje, chce być zauważone. Może i chciałoby powiedzieć: „Ty jesteś legenda, to idź do hasioka albo do muzeum”. A my nagle wracamy i będziemy grać „The Voyage”. Modlę się, żeby nam dobrze poszło. Piszę dużo partytur chóralnych, wracam do źródeł, trochę jak kiedyś w akademii, ale po swojemu. Dwa chóry, stu ludzi, murmuranda, szeptane głosy. Wszystko, co dzieje się wokół mnie i co będzie się działo, jest niesieniem boskim.

Co naprawdę jest sztuką

Sztuką jest przede wszystkim życie. Musisz wiedzieć, jak odnaleźć się w rodzinie, jak reagować, odpowiadać na przeróżne sytuacje: czy wstać o piątej, czy pocieszyć córkę, która jest w stresie, czy zająć się inną, która ma swoje perypetie. To jest sztuka. Sztuką jest umieć przejść przez tę barierę dynamiki życiowej, która była, jest i będzie. Jeśli ją zrozumiesz – i jeśli nowe pokolenia ją zrozumieją – możesz iść dalej.

Od lewej: Krzysztof Przybył, Józef Skrzek, Piotr Wachowiak, Wojciech Kuśpik. Fot. KAKA.media

Sama muzyka, jeśli jest ci dana, to „ino pracuj, chopie”: ćwicz, pisz, graj. Natomiast cała reszta – życie – to jest dopiero robota. I przywilej. Przywilej, który trzeba pielęgnować.

Czytaj także

Najciekawsze artykuły i wywiady wprost na Twoją skrzynkę pocztową!

Administratorem Państwa danych osobowych jest Fundacja Best Place Europejski Instytut Marketingu Miejsc z siedzibą w Warszawie (00-033), przy ul. Górskiego 1. Z administratorem danych można się skontaktować poprzez adres e-mail: bestplace@bestplaceinstitute.org, telefonicznie pod numerem +48 22 201 26 94 lub pisemnie na adres Fundacji.

Państwa dane są i będą przetwarzane w celu wysyłki newslettera, na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora. Uzasadnionymi interesami administratora jest prowadzenie newslettera i informowanie osób zainteresowanych o działaniach Fundacji.

Dane osobowe będą udostępniane do wglądu dostawcom usług IT w zakresie niezbędnym do utrzymania infrastruktury IT.

Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie przez okres istnienia prawnie uzasadnionego interesu administratora, chyba że wyrażą Państwo sprzeciw wobec przetwarzania danych w wymienionym celu.

Uprzejmie informujemy, iż przysługuje Państwu prawo do żądania od administratora dostępu do danych osobowych, do ich sprostowania, do usunięcia, prawo do ograniczenia przetwarzania, do sprzeciwu na przetwarzanie a także prawo do przenoszenia danych (o ile będzie to technicznie możliwe). Przysługuje Państwu także możliwość skargi do Urzędu Ochrony Danych Osobowych lub do właściwego sądu.

Podanie danych jest niezbędne do subskrypcji newslettera, niepodanie danych uniemożliwi wysyłkę.