Tusk jak Mentzen, Konfederacja jak Razem? Kulisy decyzji, napięcia w koalicji i prawdziwa stawka sporów o aborcję, UE i wybory 2027 r.
*Donald Tusk wrócił do władzy jako polityk, który miał przywrócić sprawczość państwa — dziś jednak coraz częściej musi tłumaczyć się z ograniczeń. Czy strategia balansowania między oczekiwaniami wyborców a realiami koalicji i kohabitacji zaczyna wyczerpywać swój potencjał? I czy KO jest jeszcze w stanie utrzymać pozycję dominującej siły bez wyraźnego politycznego zwrotu?
*Nowa Lewica znalazła się w klasycznej pułapce mniejszego koalicjanta: współrządzi, ale nie zawsze może dowieźć własne postulaty. Czy lojalność wobec koalicji okaże się długoterminową strategią, czy raczej politycznym ryzykiem utraty tożsamości? A może to właśnie cierpliwość i przewidywalność okażą się jej największym kapitałem?
*Jeszcze niedawno traktowana jako partia protestu i politycznego outsidera, dziś coraz wyraźniej sygnalizuje ambicje wejścia do głównego nurtu. Konfederacja zmienia język, otacza się ekspertami i testuje nowe strategie komunikacyjne. Czy to początek drogi do realnej władzy, czy tylko rebranding, który zniechęci twardy elektorat?
*Prawo i Sprawiedliwość pozostaje największą siłą opozycyjną, ale jego pozycja nie jest już tak jednoznaczna jak jeszcze kilka lat temu. Z jednej strony liczy na potknięcia rządu, z drugiej — musi mierzyć się z rosnącą konkurencją po prawej stronie sceny politycznej. Czy PiS odzyska inicjatywę, czy raczej będzie zmuszone do redefinicji swojej roli?
*Partia Razem konsekwentnie buduje swoją pozycję poza rządem, kierując ofertę do młodszych, bardziej ideowych wyborców. W świecie „obłych” programów i politycznych kompromisów stawia na wyrazistość — ale czy to strategia na wzrost, czy raczej na trwałą niszę? I co oznacza rosnące zainteresowanie młodych wyborców partiami spoza głównego nurtu?
*Czy w Polsce skończyła się epoka wyrazistych ideologii politycznych, a zaczyna czas politycznego pragmatyzmu? Analiza mechanizmów rządzenia, strategii partii i zachowań wyborców pokazuje, że gra toczy się dziś nie tylko o władzę, ale o redefinicję samej polityki. W tle rosną nowe siły, a stare układy uczą się funkcjonować w zupełnie innych warunkach.
Z prof. Anną Pacześniak rozmawia Kamil Broszko.
Kamil Broszko: Pani Profesor, zacznijmy od pytania, o możliwie syntetyczną ocenę działań obecnego rządu. Z punktu widzenia politologii, ale też realnych uwarunkowań, w jakich ten rząd funkcjonuje — czy ma on powody, by być z siebie zadowolony? I czy obywatele powinni być zadowoleni?
Anna Pacześniak: Jeśli wrzucimy obywateli do jednego worka, to oczywiste jest, że opinie są podzielone. Jedni uważają rząd za efektywny, inni przeciwnie; jedni są przekonani, że realizuje obietnice wyborcze, inni — że robi to w stopniu dalece niewystarczającym. Z punktu widzenia wyborców partii tworzących koalicję rządzącą zapewne lepiej byłoby, gdyby tych obietnic spełniono więcej.
W pamięci wielu osób utkwiła zresztą pewna wypowiedź Donalda Tuska: że skoro koalicja otrzymała trzydzieści kilka procent głosów, to spełni trzydzieści kilka procent obietnic. Miało to być żartobliwe — lecz, niestety dla wizerunku rządu, wywołało raczej irytację. Zwłaszcza wśród tych wyborców, którzy uwierzyli, że to właśnie dzięki nim obecna koalicja wygrała wybory. Mówiło się wtedy — nie do końca zgodnie z rzeczywistością, ale jednak — że zwycięstwo zapewnili Donaldowi Tuskowi młodzi i kobiety.
Zacznijmy więc od kobiet. Nie jest tak, że w sprawach ważnych dla tej części społeczeństwa nie wydarzyło się nic. Choćby przywrócenie finansowania procedury in vitro — decyzja podjęta bardzo szybko po objęciu władzy. Oczywiście problem z dzietnością i posiadaniem potomstwa dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn, ale w stereotypowym ujęciu to właśnie kobiety postrzega się jako bardziej zainteresowane kwestią rodzicielstwa. Jeśli więc przyjmiemy tę konwencję, był to krok znaczący — i oceniany pozytywnie, nie tylko przez osoby o poglądach liberalnych czy lewicowych. Warto zresztą zauważyć, że w tej sprawie podział polityczny wcale nie przebiega wzdłuż prostych linii rząd–opozycja. Wystarczy przypomnieć wypowiedź pani prezydentowej Nawrockiej, którą trudno posądzać o liberalno-lewicowe poglądy, mówiącą w swoim głośnym wywiadzie telewizyjnym, że problem niepłodności istnieje i państwo powinno pomagać ludziom, choć – przyznaję – nie odpowiedziała na pytanie, czy należy to robić poprzez finansowanie procedury in vitro z budżetu.
Natomiast jeśli chodzi o kwestię aborcji, której legalizację obiecywała partia Donalda Tuska podczas kampanii wyborczej — tu sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Aborcja w Polsce jest uregulowana, ale w sposób bardzo restrykcyjny, a oczekiwania części elektoratu dotyczyły liberalizacji przepisów. W pierwszych miesiącach rząd mógł jeszcze wskazywać na ograniczenia wynikające z prezydentury Andrzeja Dudy: projekty były przygotowane, lecz wiadomo było, że mogą zostać zawetowane. Kiedy jednak wybory prezydenckie wygrał Karol Nawrocki, sytuacja się utrwaliła — i rządzący muszą dziś szukać innych sposobów realizacji przynajmniej części swoich zapowiedzi. Tyle, że kontekst polityczny w 2023 był jasny, a obietnice padały i tak. Dlatego można zrozumieć frustrację wyborców KO, dla których akurat ta kwestia była szczególne ważna.
Bo oczywiście kontekst w polityce zawsze ma znaczenie. Ale z drugiej strony można powiedzieć: żyjemy w demokracji, a wynik wyborów nigdy nie jest stuprocentowo przewidywalny. Jeśli więc rząd obiecuje daleko idące zmiany, wiedząc, że nie kontroluje wszystkich ośrodków władzy, to powinien brać pod uwagę ryzyko, że nie będzie w stanie ich przeprowadzić. W tym sensie rozczarowanie części wyborców jest zrozumiałe. Podobnie jest ze związkami partnerskimi. Projekty się pojawiają, pracuje nad nimi minister Katarzyna Kotula — i nie chcę oczywiście wchodzić w życie wewnętrzne polityków — ale domyślam się, że poziom frustracji tej polityczki musi być niemały. Tyle, że wyborcy nie oceniają rządu po staraniach, ale po efektach.
A skoro prosił Pan o syntetyczną ocenę, to pozwolę sobie podać jeszcze jeden przykład — dotyczący nas wszystkich: kwestię praworządności. Tu sytuacja jest jeszcze bardziej złożona, bo jednym z głównych oponentów zmian — obok opozycji — pozostaje prezydent. W praktyce oznacza to, że część ustaw jest wetowana, a część nawet nie trafia do procedowania, bo z góry wiadomo, że spotkałaby się z wetem. To niewątpliwie podcina skrzydła tym, którzy próbują reformy przygotować.
Z drugiej strony trzeba przyznać, że rządowi udało się poprawić relacje międzynarodowe Polski. Oczywiście Prawo i Sprawiedliwość odpowie: gdybyśmy rządzili, relacje ze Stanami Zjednoczonymi wyglądałyby inaczej, lepiej. Być może — tylko pytanie, czy byłyby to relacje ze Stanami Zjednoczonymi jako państwem, czy raczej osobista relacja z Donaldem Trumpem. To jednak nie jest to samo
Natomiast jeśli chodzi o Unię Europejską, to chyba niewielu obserwatorów ma wątpliwości, że relacje Polski z Brukselą w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy były napięte. Wystarczy przypomnieć, że przewodniczącą Komisji Europejskiej jest wciąż ta sama osoba, z którą rząd Mateusza Morawieckiego miał liczne konflikty. Dlatego dziś uruchomienie środków z KPO jest najbardziej namacalnym efektem poprawy relacji. Ale ważne jest też coś mniej spektakularnego: łatwość prowadzenia negocjacji — zarówno w ramach Unii, jak i w innych konfiguracjach, choćby z Wielką Brytanią. W tym sensie obecny rząd funkcjonuje w Europie znacznie swobodniej niż jego poprzednicy.
KB: Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy praworządności – rząd osiągnął pewien istotny efekt, przekonał Unię Europejską, że Polska zmierza w dobrym kierunku. W efekcie środki z KPO zaczęły płynąć. Jak dziś wygląda nasza pozycja w Unii Europejskiej w tym kontekście?
AP: Pamiętam bardzo dobrze moment po wyborach — obserwowałam to także z perspektywy europejskiej. Poczucie ulgi było naprawdę wyraźne. Miesiąc czy dwa po wyborach niemieccy konserwatyści związani z bawarską chadecją zaprosili mnie do Berlina na konferencję o charakterze polityczno-naukowym i tam również poczucie, że zmiana władzy w Polsce naprawi relacje w Unii Europejskiej było namacalne. Oczywiście — w Polsce irytuje to część środowisk politycznych, zwłaszcza tych po prawej stronie sceny, ipytają: „czy naprawdę jesteśmy pełnoprawnym członkiem Europy tylko wtedy, gdy rządzą siły liberalne?”. Jednak faktem jest, że wizerunek Polski w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy był za granicą niekorzystny. Zachodnie media niejednokrotnie mówiły o rządach „skrajnej prawicy”, choć w Polsce wielu z nas uważało to za przesadę.
Odsunięcie poprzedniego rządu od władzy było interpretowane szerzej — jako dowód, że w kraju, w którym rośnie popularność prawicy i populistów, możliwa jest demokratyczna zmiana. I wiele europejskich rządów obserwowało to z ogromnym zainteresowaniem, zwłaszcza tych, które same zmagają się ze wzrostem poparcia dla radykalnych ugrupowań.
Jeśli jednak chodzi o praworządność, to trzeba uczciwie powiedzieć: Prawo i Sprawiedliwość ma w jednym punkcie rację. Kiedy mówi, że: „nic się przecież realnie nie zmieniło, zmieniły się tylko deklaracje rządu”, to z formalnego punktu widzenia jest to prawda. Można zrozumieć ich irytację i zarzuty o polityczne uwarunkowania decyzji Komisji Europejskiej w sprawie odblokowania funduszy z Krajowego Planu Odbudowy.
KB: Dlaczego więc pieniądze z KPO płyną?
AP: Po pierwsze dlatego, że w Brukseli istnieje duże zrozumienie tego co się u nas w polityce krajowej dzieje. W instytucjach unijnych mają świadomość, że gdyby teraz podjęto decyzję, że skoro prezydent blokuje zmiany, to zakręcamy kurek z pieniędzmi — byłaby to woda na młyn dla eurosceptyków w Polsce.
Po drugie dlatego, że Unia Europejska nie jest wyłącznie technokratycznym projektem, jak czasem się ją przedstawia — czymś w rodzaju bankomatu, który wypłaca środki, gdy spełni się określone warunki. To przede wszystkim projekt polityczny. A decyzje polityczne zawsze podlegają interpretacji.
Nie bez znaczenia jest też skład samego rządu. Tworzą go partie należące do dwóch głównych rodzin politycznych w Europie: socjaldemokratycznej i chadeckiej. Nowa Lewica należy do pierwszej, a Koalicja Obywatelska i PSL do Europejskiej Partii Ludowej. To automatycznie sytuuje obecnie Polskę w głównym nurcie integracji europejskiej.
Dzięki temu łatwiej przekonywać partnerów, że rząd w kwestii przywracania praworządności robi wszystko, co może — przedstawia projekty ustaw, prowadzi dialog, a jednocześnie stara się minimalizować negatywne skutki wcześniejszych zmian w sądownictwie. Bo z punktu widzenia Unii ważna jest także pewność prawna inwestorów: że w razie sporu będą mieli dostęp do niezależnego sądu.
Dlatego nie widzę dziś dużego ryzyka zablokowania unijnych środków w obszarze samej praworządności. Większym problemem mogą być konkretne kamienie milowe. Dobrym przykładem jest dyskusja wokół ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Jeśli rząd nie osiągnąłby w tej sprawie porozumienia wewnątrz koalicji, część środków może zostać wstrzymana — a nawet utracona.
KB: Niedawno PiS głosował przeciwko rozszerzeniu uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. I to jest ciekawy przypadek, który pozwala przejść do kolejnego tematu: stabilności koalicji. Bo to, że w koalicji czasem trzeszczy, jest raczej oczywiste dla każdego, kto obserwuje polską politykę. Ale szczególnie interesująca była sytuacja z końca ubiegłego roku. Lewicowa minister wraz ze swoim zespołem przygotowała projekt zmian w prawie pracy, a premier — mówiąc wprost — zatrzymał go w zaawansowanej fazie procedowania. Gdybym był członkiem zespołu legislacyjnego, który włożył pewnie ogrom pracy, byłoby mi przykro. Czy tamten moment i zachowanie premiera wciąż może oddziaływać na przyszłość koalicji?
AP: Trzeba przypomnieć jeszcze jeden szczegół z tamtej sytuacji. Premier zasugerował wówczas publicznie, że pani minister z Nowej Lewicy „zaszyła” w projekcie jakieś rozwiązania, o których on nie wiedział. Innymi słowy — że poczuł się w pewnym sensie oszukany.
Trzeba przyznać, że te zarzuty premiera trafiły na polityczkę o naprawdę stalowych nerwach. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie chodziła po mediach, nie opowiadała o swojej frustracji ani rozczarowaniu. Podobnie zresztą zachował się lider Nowej Lewicy, który konsekwentnie mówi o współpracy w koalicji w sposób bardzo koncyliacyjny. Myślę zresztą, że zarówno Donald Tusk, jak i Włodzimierz Czarzasty doskonale rozumieją logikę tej sytuacji. Koalicja Obywatelska jest oczywiście silniejszym partnerem, ale Nowa Lewica pozostaje partnerem przewidywalnym i lojalnym.
A Donald Tusk — patrząc już czysto politologicznie — chyba zrozumiał, że strategia polegająca na wyniszczaniu lewicy i przejmowaniu jej elektoratu ma ograniczoną skuteczność. Nawet jeśli część wyborców Nowej Lewicy przejdzie do Koalicji Obywatelskiej, to część po prostu zagłosuje na inne ugrupowania lewicowe, choćby partię Razem. Z punktu widzenia Tuska byłoby to niekorzystne, bo wzmocniłoby siłę ugrupowania, które już raz zdecydowało się pozostać poza rządem i przyjąć rolę bardziej krytycznego obserwatora. I nie może zapominać, że lewicy już raz, w 2015 roku, podwinęła się noga w wyborach i na jedną kadencję utraciła reprezentację parlamentarną. Pragmatyzm nakazywałby więc przyjazną współpracę między KO i NL, bo każda z tych partii obsługuje inny elektorat.
Dlatego w kwestiach takich jak prawo pracy Nowa Lewica będzie robić swoje. To jest jej socjaldemokratyczne DNA: ochrona pracowników, a nie pracodawców. Donald Tusk z kolei chce pokazać, że rząd jest przyjazny także dla biznesu i przedsiębiorców. Dlatego będzie próbował równoważyć te oczekiwania. Nie spodziewałabym się jednak dramatycznych konfliktów. Owszem — koalicja od początku „trzeszczy”, ale w dużej mierze wynika to z naszej percepcji: przez osiem lat przyzwyczailiśmy się do rządu Zjednoczonej Prawicy, który — mówiąc wprost — był w praktyce rządem jednej partii z mniejszymi przybudówkami. Decyzje zapadały szybko, a jeśli Jarosław Kaczyński uznał, że coś ma zostać uchwalone, to zazwyczaj tak właśnie się działo.
Koalicja, taka prawdziwa, z natury rzeczy działa inaczej. Trzeba negocjować, przekonywać wewnętrznych oponentów, szukać kompromisów. I w Polsce wciąż traktujemy to trochę jak patologię, choć w większości europejskich demokracjach jest to po prostu norma.
Dodatkowo istnieje pewien mit przywództwa Donalda Tuska — ten dziennikarski obraz „kierownika”, który gdy się zdenerwuje, tupnie nogą i sprawa zostanie załatwiona. Czasem nawet słyszy się żartobliwe pytania: czy premier mógłby się wreszcie wściec na tę czy inną sprawę? Tyle że realna polityka tak nie działa, a Tusk nie może – jak kiedyś Kaczyński – działać bez oglądania się na swoich koalicjantów. W ich szeregach też jest świadomość, że stawianie swoich postulatów na ostrzu noża i grożenie wyjściem z rządu w razie ich nieuwzględnienia, nie byłoby ani skuteczne, ani rozsądne. Dlatego nie sądzę, by koalicja była bliska rozpadu. Opozycja oczywiście chętnie by to zobaczyła — choć paradoksalnie wcale nie jest pewne, czy przedterminowe wybory byłyby dla niej korzystne. Układ sił po prawej stronie sceny politycznej też się zmienia. A jeśli politycy działają racjonalnie — a w większości przypadków jednak tak jest — to wiedzą, że wcześniejsze wybory są ryzykowne dla obu stron: rządzących i opozycji. Niepewność wyniku i jego konsekwencji dla układu sił to argument, który powściąga brawurę w polityce.
KB: Wracając jeszcze na moment do tamtej sprawy — spróbujmy na chwilę wejść w buty premiera, zwanego przez publicystów „kierownikiem”. Dlaczego właściwie zareagował tak brutalnie? Czy była to chłodna kalkulacja polityczna? A może ktoś przekonał go, że żyjemy w tak turbulentnych czasach gospodarczych, iż wprowadzenie proponowanych zmian w prawie pracy mogłoby jednak wstrząsnąć gospodarką?
AP: Myślę, że w dużej mierze właśnie o to chodziło. Po pierwsze — ryzyko, że Nowa Lewica w reakcji na taką decyzję powie: „w takim razie wychodzimy z rządu”, było minimalne. Być może nawet zerowe. Premier wiedział więc, że może sobie pozwolić na zdecydowaną reakcję. Oczywiście było jasne, że Lewica będzie niezadowolona. Ale niezadowolenie w koalicji to nie to samo co realne zagrożenie rozpadem rządu.
Zresztą — jeśli dobrze pamiętam — było to już po tym, jak Włodzimierz Czarzasty odnowił swoje przywództwo w Nowej Lewicy, co oznaczało, że nie istniała też szczególna obawa, iż np. partia Razem, która konsekwentnie krytykuje swoją siostrzaną partię, za to, że weszła do rządu, w którym niewiele może osiągnąć, nagle dostanie politycznego wiatru w żagle i z impetem uderzy w marszałka Sejmu starającego się o reelekcję w wewnątrzpartyjnych wyborach.
Dlatego Donald Tusk mógł uznać, że jego decyzja nie zagrozi pozycji Włodzimierza Czarzastego w partii ani stabilności koalicji. Nie sądzę też, by była to kalkulacja polegająca na próbie zdobycia sympatii wyborców Konfederacji, bo to nierealny scenariusz. Ale z drugiej strony premier mógł uznać, że nie ma sensu dostarczać Konfederacji dodatkowych argumentów przeciwko polityce rządu. Bo przecież łatwo wyobrazić sobie ich reakcję: „widzicie, mówiliśmy — z Tuska to po prostu socjalista”.
Możliwe więc, że pomyślał: skoro ktoś ma być w tej koalicji socjalistą, to niech nim będzie Nowa Lewica. Ona zresztą sama określa się jako socjaldemokratyczna, więc jest to dla niej naturalna rola. A on sam — na tyle, na ile to możliwe — może nadal pielęgnować wizerunek gdańskiego liberała z lat dziewięćdziesiątych. Tego polityka, który patrzy również na interes przedsiębiorców i zastanawia się, czy nowe regulacje nie zahamują rozwoju firm.
Oczywiście pracodawcy zawsze reagują na tego typu zmiany bardzo gwałtownie. Drą szaty, mówią, że jeśli zmieni się prawo pracy, to wiele firm upadnie, ich biznesy przestaną się opłacać, a wielu pracowników straci pracę. To jest niemal rytuał. Ja akurat jestem zwolenniczką bardziej „zeuropeizowanego” prawa pracy i naszego zbliżania się do standardów zachodnioeuropejskich. W Europie istnieje przecież idea Europy socjalnej. Nie wszystkie siły polityczne ją podzielają, to prawda, ale jest to część europejskiego dorobku. A skoro Polska jest wciąż stosunkowo młodą gospodarką rynkową, to naturalne byłoby stopniowe zbliżanie się do europejskich standardów ochrony pracownika. To w dłuższej perspektywie działa to nie tylko na korzyść pracowników, ale także stabilizuje system gospodarczy.
Z doświadczenia wiemy zresztą, że pracodawcy ostatecznie zawsze się dostosowują. Na początku protestują, mówią, że rządzący szykują im katastrofę, ale później funkcjonują w nowych warunkach. Z punktu widzenia politologa to przeciąganie liny, naciski i lobbing na etapie tworzenia nowych regulacji są zupełnie zrozumiałe.
KB: Wspomniała Pani wcześniej, że elektorat prawicowy określa Koalicję Obywatelską mianem lewicy, oczywiście bezzasadnie. Ale czym ona faktycznie jest – ugrupowaniem szeroko centrowym? Czy może bezideowym?
AP: Odpowiedź zależy w pewnym stopniu od osobistych sympatii i wyznawanych wartości politycznych. Warto pamiętać, że dziś funkcjonujemy w zupełnie innej epoce niż jeszcze w połowie XX wieku. W latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych partie mogły być bardzo wyraziste ideowo: socjalistyczne, socjaldemokratyczne, chadeckie, ludowe — i mimo to zdobywać ogromne poparcie. Dziś jest rok 2026. Tamten świat już nie wróci — przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Partie, które chcą zdobywać około trzydziestu procent głosów lub więcej, muszą siłą rzeczy stać się bardziej „obłe” ideowo. To oczywiście nie jest termin z podręcznika politologii, ale w moim przekonaniu dobrze oddaje sens rzeczy. Nie chodzi o to, by partie podobały się wszystkim — to niemożliwe — ale żeby nadmiernie nie drażniły swoją wyrazistością.
Pamiętam, jak Mateusz Morawiecki opisywał kiedyś Prawo i Sprawiedliwość jako „partię dużego namiotu”, w którym zmieszczą się prawie wszyscy. Nie przepadałam za tą metaforą, ale jeśli ją na chwilę pożyczymy, to można powiedzieć, że Koalicja Obywatelska też w pewnym sensie takim namiotem jest. Zresztą już sama nazwa Platforma Obywatelska — od początku, od 2001 roku — była dość enigmatyczna. Właściwie wszystkie partie mówią o sobie, że są obywatelskie. Platforma nie deklarowała w nazwie konkretnej ideologii, tylko raczej zapraszała: „wejdźcie na platformę, zmieścimy się”. A gdy przekształciła się w Koalicję Obywatelską, ten sygnał stał się jeszcze wyraźniejszy: mamy tu kompromis różnych wrażliwości.
Ktoś może nazwać to bezideowością. Lub przejawem czystej technokracji, takiej trochę postpolityki, gdzie istnieją tylko „sprawy do załatwienia”, a idee są drugorzędne. Ja jednak uważam, że to złudzenie. Bo nawet w najbardziej technokratycznych dokumentach — wystarczy przejrzeć strategie rozwoju polskich miast — zawarte są pewne idee. Jedne bardziej liberalne, inne bardziej konserwatywne. Jedne kładą nacisk na wsparcie rodzin, inne na politykę mieszkaniową czy transport publiczny. A jeśli tak jest w dokumentach miejskich, to tym bardziej w wielkiej polityce. Pamiętam zresztą pewien wywiad z Donaldem Tuskiem, sprzed wielu lat. Pytano go o ewolucję jego poglądów. Odpowiedział wtedy, że z sentymentem wspomina czasy, gdy był trzydziestokilkuletnim gdańskim liberałem. Ale — żartował — będąc ojcem nastoletniej (wtedy) córki, siłą rzeczy poczuł w sobie więcej konserwatyzmu. A im dłużej funkcjonuje w europejskiej polityce, tym lepiej rozumie wrażliwość socjaldemokratyczną.
W rezultacie powstał ciekawy konglomerat: liberał, trochę konserwatysta, trochę socjaldemokrata. Jednego w tej mieszance raczej nie ma — nacjonalizmu. Ponieważ zaś Platforma — a później Koalicja Obywatelska — jest partią bardzo silnie związaną z osobą lidera, ta ewolucja poglądów Tuska wpływała również na ewolucję samej partii. Ci politycy, którzy tej zmiany nie akceptowali, z czasem odchodzili albo schodzili na dalszy plan. Dlatego dziś nie widzimy już tak silnego nurtu konserwatywnego, który na początku istnienia Platformy był w niej bardzo wyraźny.
KB: W jednym z podcastów Sławomir Mentzen powiedział, że jego zdaniem Donald Tusk, w aspekcie najgłębiej wyznawanych poglądów jest podobny do niego samego. Że jego prywatne poglądy – na rodzinę, gospodarkę czy role społeczne są bliższe prawicy — tyle, że przy uprawianiu polityki, kompletnie się nimi nie kieruje. Z drugiej strony pamiętam wpis w mediach społecznościowych, popularny przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych – autor twierdził, że pochodzi z małej miejscowości, w której ani wyborców ani lokalnych polityków zupełnie nie interesują najgłośniejsze spory ideologiczne, tylko konkretne sprawy, pieniądze na inwestycje, poprawa lokalnej prasy itp. Czy te przykłady rozdźwięku między ideologią i praktyką polityczną da się jakoś wspólnie wytłumaczyć – może istnieniem jakiegoś trendu?
AP: Zacznę od wspomnianej wypowiedzi Sławomira Mentzena. Nie słyszałam tego wywiadu, ale sama teza jest interesująca z punktu widzenia komunikacji politycznej. Może ona bowiem sygnalizować coś więcej: pewną strategię Konfederacji. W Polsce toczy się przecież nieustanna dyskusja o przyszłych koalicjach. Większość komentatorów skupia się na pytaniu, czy Prawo i Sprawiedliwość będzie kiedyś rządzić razem z Konfederacją — a może nawet z ugrupowaniem Grzegorza Brauna.
Ale czasem pojawia się też inna hipoteza: że Konfederacja nie chce być postrzegana jako skazana wyłącznie na PiS. Że chce pokazać, iż jest samodzielnym graczem. W tym sensie wypowiedzi sugerujące, że z Tuskiem „dałoby się dogadać”, mogą być elementem gry. Z jednej strony podważają wizerunek premiera w oczach jego wyborców — sugerując pewną dwulicowość. Z drugiej strony wysyłają sygnał: polityka to przestrzeń negocjacji. A kiedy już usiądziemy przy cygarach i whisky, to może się okazać, że jednak więcej nas łączy niż dzieli.
To zresztą trochę przypomina logikę samorządów, o której Pan wspomniał, przywołując w pytaniu wypowiedź mieszkańca małej miejscowości. Na poziomie lokalnym często współpracują ze sobą ludzie o bardzo różnych poglądach. Decydują nie tyle ideologie, ile relacje: kto z kim chodził do szkoły, kto z kim studiował, kto się z kim przyjaźni lub gra wieczorami w siatkówkę. Ekspertów od zarządzania przestrzenią publiczną czy inwestycjami mamy przecież po każdej stronie sceny politycznej.
Natomiast na poziomie ogólnokrajowym obrazy komitywy między politykami potrafią budzić ogromne emocje. Pamięta Pan zapewne głośne urodziny Roberta Mazurka. Okazało się wtedy, że politycy z różnych obozów spotykają się prywatnie, rozmawiają, żartują, piją alkohol. Dla wielu obywateli było to wręcz szokujące. Pojawiło się u nich poczucie bycia oszukiwanym, skoro w programach telewizyjnych te osoby kłóciły się i skakały sobie do gardeł, lecz chwilę później wspólnie bawiły się w kawiarnianym ogródku. Ci sami wyborcy, oceniając relacje na poziomie lokalnym, patrzą na takie ponadpartyjne dogadywanie się dużo spokojniej. Mówią: najważniejsze, żeby powstał chodnik, żeby była szkoła, żeby gmina dostała więcej pieniędzy z Warszawy.
Ale mimo wszystko nie powiedziałabym, że polityka jest całkowicie bezideowa. Owszem — istnieje warstwa komunikacyjna, marketingowa. Ale są też politycy, którzy przychodzą do polityki z realnym pakietem wartości. I to naprawdę widać. Wystarczy porównać decyzje rządu Zjednoczonej Prawicy z decyzjami obecnego rządu. Nie twierdzę, że jeden jest lepszy, a drugi gorszy, bo to w dużej mierze zależy od wyznawanych wartości tego, kto dokonuje oceny. Ale różnice są widoczne gołym okiem.
KB: Konfederacja twierdzi, że PiS i KO w swej istocie niezbyt się różnią. Z drugiej strony — podobną narrację słyszymy od partii Razem. Skoro mamy taką osobliwą symetrię, że z obu krańców sceny politycznej i krańców ideowych słyszymy podobne diagnozy i narracje, to czy powinniśmy być nastawieni na najbardziej fantazyjne scenariusze koalicyjne w 2027 roku? Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której Konfederacja i Razem znalazłyby się w jednym rządzie — oczywiście z jakąś dużą partią jako główną siłą?
AP: Tego akurat bym się nie spodziewała. Oczywiście — i to prawda — Konfederację i Razem zestawia się ze sobą w analizach politologicznych. Robią to zarówno badacze w Polsce, jak i na Zachodzie. Ale trzeba powiedzieć jasno: obie strony bardzo się na takie porównania złoszczą. I w pewnym sensie trudno się dziwić. Mówią wtedy: „to, że młodzi ludzie przyciągani są przez naszą ofertę, nie oznacza, że to są ci sami młodzi”. Bo w rzeczywistości to są zupełnie inne grupy wyborców. Łączy ich właściwie tylko wiek — czasem również płeć, choć i to nie do końca. Wiemy przecież, że oferta Razem przyciąga więcej młodych kobiet, natomiast Konfederacja wyraźnie mocniej rezonuje wśród młodych mężczyzn. To nie jest stereotyp, to po prostu wynik badań. Obie partie upodabnia także to, że operują daleko od centrum i są mocno krytyczne wobec dwóch największych partii politycznych: PiS i KO.
Ale różnice są znacznie głębsze. Inne jest wykształcenie wyborców i percepcja własnych życiowych możliwości, inne miejsce zamieszkania. No i przede wszystkim — zupełnie inne wartości. Dlatego właśnie partie spoza głównego nurtu, takie jak Razem czy Konfederacja, akcentują kwestie ideowe znacznie silniej niż ugrupowania centrum. Ich oferta polityczna jest bardziej tożsamościowa, bardziej ideologiczna.
I tu dochodzimy do sedna: nawet gdyby w jakiejś abstrakcyjnej sytuacji pojawiła się możliwość wspólnego rządu, to nie chodziłoby nawet o to, czy partie te byłyby w stanie spełnić swoje obietnice wyborcze. Problem jest głębszy. Ich wyborcy po prostu nie zaakceptowaliby takiego sojuszu.
Jeśli zatem mówimy o tych najbardziej egzotycznych konfiguracjach — takich, które regularnie pojawiają się w publicystycznych spekulacjach — to są dwie, które wykluczam absolutnie. Pierwsza to właśnie Konfederacja z Razem. Druga to wielka koalicja Prawa i Sprawiedliwości z Koalicją Obywatelską. Te dwa scenariusze uważam za praktycznie niemożliwe. Natomiast inne, mniej oczywiste układy — choć dziś wydają się egzotyczne — w polityce nigdy nie są całkowicie wykluczone.
KB: Kiedy Sławomir Mentzen i jego ludzie powinni ponownie „wsiąść na hulajnogi”, żeby osiągnąć najlepszy możliwy wynik w wyborach w 2027 roku? Od razu zaznaczę, że nie chodzi mi o suflowanie porad strategicznych dla jednej konkretnej partii. Bardziej interesuje mnie pytanie o to, w którym momencie powinna się rozpocząć optymalna, skuteczna kampania – i pytanie dotyczy każdej partii. Choć wyszedłem od Konfederacji, bo trudno odmówić im jednego: byli niesłychanie aktywni przy okazji wyborów prezydenckich. W pewnym sensie ustanowili nowy standard kampanijnej mobilności i obecności w terenie.
AP: Rzeczywiście, Sławomir Mentzen rozpoczął swoją pierwszą kampanię prezydencką bardzo wcześnie — właściwie natychmiast po tym, jak Konfederacja zdecydowała, że to on będzie kandydatem. A przypomnę, że sama decyzja nie była oczywista. W partii dyskutowano, czy powtórzyć model z 2020 roku, czyli prawybory. Wtedy w ich wyniku wyłoniono Krzysztofa Bosaka. Jednak w 2024 roku uznano, że prawybory mogłyby doprowadzić do wewnętrznych sporów, które tylko osłabiłyby partię. W efekcie — gdzieś w okolicach sierpnia — Konfederacja ogłosiła, że kandydatem będzie Mentzen. I wtedy właśnie zaczęła się ta słynna kampania objazdowa i pojawił się jej symbol – elektryczna hulajnoga.
To była też odpowiedź na zarzut często stawiany Konfederacji: że jest partią internetową. Że istnieje głównie w mediach społecznościowych, że pije piwo z wyborcami, ale nie prowadzi poważnej polityki.
Tymczasem oni pokazali coś bardzo ciekawego: że bezpośrednia komunikacja wcale nie jest anachronizmem. Że nie należy wyłącznie do lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Oczywiście nie była to klasyczna kampania „od drzwi do drzwi”. To były raczej krótkie spotkania, często bardzo podobne do siebie, z powtarzalnym przekazem. Dziennikarze trochę się z tego podśmiewali.
Ale w mediach społecznościowych działało to znakomicie. Rolki, krótkie filmy, fragmenty wystąpień — wszystko to zaczęło krążyć w sieci. I co ważne: ogromną część tej promocji wykonywali sami młodzi ludzie. Często nawet niepełnoletni wyborcy, tylko jeszcze młodsi sympatycy, którzy nagrywali materiały i wrzucali je do internetu.
To była kampania bardzo charakterystyczna dla trzeciej dekady XXI wieku. Natomiast powtórzenie dokładnie tej samej strategii nigdy w polityce nie działa. Nawet jeśli coś raz się świetnie sprawdziło. Trzeba też pamiętać o kwestiach finansowych. Konfederacja – delikatnie mówiąc – nie ma tu idealnej sytuacji. Oczywiście można liczyć na entuzjazm młodych ludzi, którzy pracują społecznie — ale mimo wszystko kampania kosztuje.
Jeśli więc pytamy, kiedy zacząć, to moja odpowiedź byłaby taka: nie za wcześnie, nie za późno. Nie za wcześnie, by wystarczyło zasobów: pieniędzy, energii, pomysłów. Nie z późno, żeby nie przespać czasu, kiedy konkurenci polityczni będą już od dawna agitować na swoją rzecz. Jasne, że nikt nie robi kampanii tylko przez czas przewidziany kodeksem wyborczym, tylko rozciąga ją na wiele miesięcy wcześniej.
Ponieważ kalendarz wyborczy w Polsce jest dość przewidywalny — wybory parlamentarne odbywają się jesienią — kampanię warto rozpocząć wiosną roku wyborczego. I bardzo ważne jest, żeby jej nie przerywać w wakacje. Tu akurat Konfederacja ma pewną przewagę. Wakacyjny styl polityki — spotkania przy piwie, mniej formalna atmosfera — dobrze wpisuje się w ich wizerunek. Nie grozi im na przykład sytuacja, którą pamiętam z dawnych lat, gdy w Platformie Obywatelskiej trwał wewnętrzny pojedynek o przywództwo między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Gowinem.
Tamta kampania przypadła na wakacje i Gowin jeździł po kraju w pełnym garniturze — można go było spotkać tak ubranym nawet na nadbałtyckiej plaży. A każdy, kto siedzi na plaży w kostiumie kąpielowym, wie jedno: człowiek w garniturze zapadający się w piasku i odskakujący od nadchodzącej fali wygląda co najmniej dziwnie. Konfederatom kampanijna śmieszność w lecie raczej nie grozi.
Jednocześnie oni sami myślą o polityce bardzo marketingowo. Ich „produkt” jest już rozpoznawalny, więc nie trzeba go od zera budować. Ale mam wrażenie, że szykują się do zmiany wizerunku. Coraz częściej otaczają się ekspertami od konkretnych dziedzin — gospodarki, energetyki, polityki zagranicznej. To sygnał: chcemy być postrzegani jako potencjalny przyszły rząd. Innymi słowy: koniec żartów, koniec politycznej draki. Jeśli na nas zagłosujecie, głosujecie na przyszłych ministrów — może nawet na przyszłego premiera.
Taka zmiana percepcji wymaga czasu. Zwłaszcza jeśli część elektoratu przyciągało dotąd w polityce przede wszystkim poczucie humoru i memiczność. Kiedy obserwuję studentów, widzę to bardzo wyraźnie. Są oczywiście tacy, którzy śledzą politykę bardzo poważnie. Ale jest też wielu, którzy co tydzień pokazują mi w telefonach nowe filmiki z mediów społecznościowych i mówią: „Proszę zobaczyć, co tym razem zrobił ten czy tamten polityk”. Z tym Konfederacja będzie musiała się zmierzyć.
---
Prof. dr hab. Anna Pacześniak jest absolwentką Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego. W 2005 roku uzyskała stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, a w 2014 roku stopień doktora habilitowanego. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda postanowieniem z 16 lutego 2022 r. nadał dr hab. Annie Pacześniak tytuł naukowy profesora nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce i administracji. Od 2005 r. pracuje na Wydziale Nauk Społecznych UWr, najpierw w Instytucie Politologii, obecnie w Katedrze Studiów Europejskich, gdzie jest kierownikiem Zakładu Europejskich Procesów Politycznych. W latach 2011 – 2018 była zatrudniona również jako wykładowca w Instytucie Studiów Europejskich na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli. Od wielu lat prowadzi zajęcia z najmłodszymi „studentami” na Uniwersytecie Dzieci we Wrocławiu.
Jest laureatką stypendium Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, stypendium Rządu Francuskiego, Scholarship for Excellence Wallonia-Brussels International oraz programu stypendialnego im. Bekkera Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. Zdobywa i realizuje granty Narodowego Centrum Nauki. Koordynowała polski komponent w kilku projektach finansowanych przez belgijski Fonds de la Recherche Scientifique oraz przez Parlament Europejski. Współpracuje badawczo z University of Houston w Teksasie.
Dorobek naukowy Pani Profesor obejmuje niemal 150 publikacji: książek, artykułów i rozdziałów na temat partii i systemów partyjnych w Polsce i Europie, procesu europeizacji, funkcjonowania europartii, kobiet w polityce. Publikuje w języku polskim, angielskim i francuskim, a jeden z jej artykułów ukazał się nawet po chińsku.
Prof. dr hab. Anna Pacześniak jest stałą doradczynią Komisji Spraw Zagranicznych i Unii Europejskiej Senatu Rzeczpospolitej Polskiej. Zasiada w Scientific Council w Foundation for European Progressive Studies w Brukseli. Jest laureatką tytułu Popularyzator Nauki Fundacji Uniwersytet Dzieci, który otrzymała za „odwagę w podejmowaniu trudnych tematów i przedstawianie ich w zrozumiały dla dzieci sposób, a także za optymizm, poświęcony czas, zaangażowanie i dbałość o każdy szczegół, tak aby zdobywanie wiedzy, bez względu na wiek odkrywców, zawsze było fascynującą przygodą”.













