Z dala od populizmu, propagandy, autodestrukcji

Fot. SABINE FELBER/CAMERIMAGE
Fot. SABINE FELBER/CAMERIMAGE

O przyciąganiu gwiazd światowego kina, postmodernistycznej katastrofie, korupcji w samorządach i najważniejszych polskich filmach z Markiem Żydowiczem rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Międzynarodowy Festiwal Filmowy Camerimage jest jedną z najważniejszych polskich marek, bowiem dociera ona do bardzo specyficznej grupy, mianowicie kreatorów światowej wyobraźni: filmowców, reżyserów, aktorów, operatorów – często największych gwiazd świata. Jak pan się czuje ze świadomością, że stworzył taką markę?

Marek Żydowicz: Radzę sobie. (śmiech) Nie popadam w samozachwyt. Pracuję, by rozwijać festiwal i to, co z niego kiełkuje, np. działania produkcyjno-filmowe czy wystawiennicze.

KB: W ciągu 25 lat tworzenia festiwalu zaprosił pan do Polski absolutną czołówkę światowych twórców kina. Jak się udało osiągnąć tak spektakularny sukces?

MŻ: Oryginalny pomysł festiwalu, odporność na biznesowo-polityczne naciski, obrona wartości artystycznych przed presją komercji i zdecydowana weryfikacja chwilowych mód festiwalowych lub światopoglądowych, odpowiedzialność za składane obietnice, zgrany, kreatywny i pracowity zespół – dzięki temu osiągnęliśmy sukces.

KB: Camerimage stworzył pan na długo przed wielką modą na spotykanie się i zbiorowe celebrowanie kultury. Czy obecnie daje to przewagę? A może fakt, że nie jesteście już najmłodsi, staje się ograniczeniem?

MŻ: Z każdym rokiem jesteśmy młodsi o energię, jaką dają nowe przyjaźnie i znajomości z najwybitniejszymi artystami filmowymi na świecie oraz spotkania z tysiącami adeptów sztuki filmowej z niemal 200 szkół filmowych z Europy, Azji, Afryki, Australii i obu Ameryk. Pomysły, jakie rodzą się ze zderzenia propozycji i pytań studentów szkół filmowych z opiniami i doświadczeniem luminarzy kina, a także dyskusje twórców z kreatorami technik i technologii filmowych nie pozwalają porosnąć mchem. Co roku nasze możliwości rosną. Ograniczeniem był brak infrastruktury i partnerów wśród decydentów środków publicznych i biznesowych. Niewiele osób w Polsce rozumie, że kultura to gigantyczne dobro naturalne, na którym można zarabiać, a jednocześnie tworzyć nowe wartości oraz nowoczesną tożsamość. Polsce potrzebne jest zrównanie prywatnych i publicznych podmiotów działających w dziedzinie kultury. Instytucje prywatne nie mają takich szans startu i rozwoju, jak państwowe, regionalne czy miejskie. Dopóki to się nie zmieni, dopóki nie zostanie stworzony system gratyfikowania tych, którzy osiągają wybitne wyniki artystyczne, są doceniani na świecie i przynoszą Polsce rozgłos, a nadal będzie obowiązywała zasada finansowania działalności kulturalnej bez rzetelnej oceny artystycznej – dopóty trudno będzie mówić o poprawie sytuacji kolejnych pokoleń polskich artystów czy menedżerów kultury. Nastąpi exodus talentów za granicę lub bezmyślne upodobnianie do globalnych modeli kreowania przeciętnego celebryctwa. Czy polscy skoczkowie narciarscy mieliby takie wyniki, gdyby dysponenci środków publicznych nie zareagowali inwestycjami na sukcesy Małysza i Stocha?

KB: W tym numerze naszego kwartalnika rozmawiamy z Kamilem Stochem, który podkreśla, że właściwe przygotowanie materialne jest jednym z czynników sukcesu.

MŻ: Kiedy porównamy, ile publicznych pieniędzy wpompowuje się co roku w sport, a ile w kulturę, to widać ogromną dysproporcję. Polakiem trzeba się czuć najpierw poprzez świadomość i przeżycie duchowe, a więc to, co dają nam kultura i nauka. Budowanie tożsamości w odniesieniu do osiągnięć sportowców to płytka identyfikacja, ważna, ale populistyczna i powierzchowna. W czasach największych transferów finansowych związanych ze wsparciem unijnym minister kultury Bogdan Zdrojewski chwalił się inwestycjami infrastrukturalnymi w kulturę na poziomie ok. 800 mln zł, a w tym samym czasie wybudowano kilka stadionów piłkarskich i tysiące boisk, tzw. orlików, zaś sam Stadion Narodowy kosztował ok. 2,5 mld zł! Ograniczeniem dla nas było zatem rutynowe traktowanie kultury jak piątego koła u wozu i preferowanie sportu przy podziale środków wsparcia publicznego i prywatnego. Mam nadzieje, że to się chociaż trochę zmieni.

KB: Wydarzenie musi mieć swoje miejsce, im ciekawsze i mniej przypadkowe, tym lepiej. W przypadku Camerimage lokalizacja festiwalu kilka razy się zmieniała, a wynikało to z różnych perturbacji.

MŻ: Za każdym razem wiązało się to z ofertami, które dla mnie nosiły znamiona korupcji, a które kierowali do mnie dysponenci środków publicznych, urzędnicy lub politycy oraz powiązani z nimi biznesmeni. W Toruniu jeden z wiceprezydentów zapytał mnie, co on prywatnie będzie miał z tego, że wesprze budowę centrum dla Camerimage. Gdy odpowiedziałem, że nie rozumiem pytania, obiecał, że doprowadzi do zablokowania tej inwestycji, i słowa dotrzymał. Camerimage przeniosłem do Łodzi. Tam także doszło do podobnej sytuacji. Tyle że prezydent miasta oczekiwała ode mnie, bym ujął w projekcie konkretnego biznesmena i jego firmę. Odmowa zakończyła się wielką akcją czarnego PR-u przeciwko mnie i zniszczeniem fantastycznego projektu Camerimage Łódź Center autorstwa Franka Gehry’ego. Niemal w peerelowskim stylu skomunalizowano także Centrum Davida Lyncha, które wykreowaliśmy w rozpadającej się dawnej elektrowni EC1. Stworzyliśmy z Davidem świetny program funkcjonalno-użytkowy dla tego miejsca. Przygotowaliśmy i złożyliśmy do Unii Europejskiej wniosek o dofinansowanie rewitalizacji EC1 zgodnie z projektem budowlanym, który powstał na nasze zamówienie i według naszych wytycznych. Zapłaciła za to nasza fundacja. Unia przyznała środki na realizację projektu i wtedy nastąpiła zmiana władz miasta. Pani Zdanowska zniszczyła projekty Davida Lyncha, Franka Gehry’ego i moje.

KB: Nieraz twierdził pan publicznie, że takie wydarzenie jak Camerimage jest niewłaściwie dowartościowane przez samorządy i politykę. Czy walka o zauważenie kultury i jej należyte traktowanie ma w ogóle sens? Czy nie jest z góry skazana na porażkę?

MŻ: Podobne pytanie kierowano do wielu ludzi Solidarności w latach 80. Wtedy wierzyliśmy, że możemy Polskę zmienić. Dlaczego dziś nie mielibyśmy wierzyć, że można zreformować podejście władz do polskiej kultury? Widzę, że Ministerstwo Kultury po raz pierwszy od 25 lat postępuje wobec Camerimage bardzo transparentnie, analizuje i docenia nasz potencjał. Niestety, zapóźnienia są ogromne. Mówiłem już, że od 1989 r. polska kultura nie doczekała się systemowej naprawy. Wierzę, że premier Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego, dokona tej zmiany. Proszę zwrócić uwagę, jak korzystna dla polskiej gospodarki stała się transformacja statusu prywatnych przedsiębiorstw. Tego samego oczekują prywatne podmioty kultury. Zmiany są konieczne także w publicznych instytucjach kultury, w których ciągle pokutują peerelowskie modele zarządzania. Przecież to oczywiste, że w kulturze potrzebne są pasja, pełna identyfikacja i kreatywność, nie zaś rutyna i naciągana sprawozdawczość. W przypadku podmiotów publicznych często występuje brak zrozumienia roli właściciela, jakim jest państwo czy samorząd lokalny. Tam trzeba realizować misję, jaka jest wpisana w cele działania muzeum, teatru, galerii itd. Twórcy prowokacji artystycznych, mających swe źródło w indywidualnych przekonaniach, a często nawet we frustracji, powinni się z tym liczyć. Prywatne instytucje w tym względzie mogą sobie pozwolić na więcej. Sprawa jest delikatna, ale każdy artysta powinien być humanistą i mieć szacunek dla osób o innych przekonaniach. Nie sądzę, że trzeba deptać w sztuce to, co stanowi dla wielu ludzi sacrum, by powiedzieć, że ma się inne poglądy. To jest niegodne humanisty. Niestety, artyści dają się wciągnąć w gry polityczne.

Mimo wszystko wierzę, że młodzi ludzie kultury, artyści zaangażowani w sztukę, a nie w politykę, przyniosą niezbędny kontekst społeczny dla zmiany, o którą pan pyta. W samorządach też potrzeba klarownego systemu wspierania i rozliczania wsparcia kultury. Zbyt dużo jest uznaniowości, kaprysów włodarzy miast, gry politycznej. Sztuka i kultura są traktowane instrumentalnie. Jak trafi się mądry burmistrz i ma mądrą radę, to jest lepiej. Jednak najczęściej mamy do czynienia z wyborami politycznymi i trafiają się burmistrzowie, którzy są politycznymi marionetkami, rozdają etaty ludziom mediów, by mieć dobrą prasę i pozytywny PR. W ten sposób eliminują krytykę i niszczą niezbędny w demokracji system zapobiegania patologii. Społeczeństwo nie wytworzyło mechanizmów jej eliminowania, bowiem w większości jest jeszcze zobojętniałe, ogłuszone dziesiątkami lat rządów partii socjalistycznej.

KB: Ostatnio w mediach powróciła sprawa Camerimage Łodź Center, zaprojektowanego przez Franka Gehry’ego. Zaproponował pan, w formie publicznego listu, by prezydent Zdanowska uwzględniła koncepcję w ramach starań o Expo Łódź 2022. Uważa pan, że ten niesłychanie wizjonerski, ale też kosztowny projekt zostanie kiedyś zrealizowany?

MŻ: Pani Zdanowska to osoba niewiarygodna, sam przekonałem się o tym wielokrotnie. Nie tylko kłamie w żywe oczy, ale nie dotrzymuje słowa. To zachowanie niegodne prezydenta miasta. Obraziła i okłamała także Davida Lyncha i Franka Gehry’ego. Dla Łodzi zbawieniem byłaby komisja ds. inwestycji miejskich, takich jak Nowe Centrum Łodzi z dworcem Łódź Fabryczna i Specjalną Strefą Sztuki (na niezgodne z prawem zlecenie projektu architektonicznego wydano ok. 37 mln zł i budynek nie powstanie), Camerimage Łódź Center, Trasa W-Z i inne. Mieszkańcy Łodzi powinni wreszcie zrozumieć, że właściwie każdy przeciętny samorządowiec, będąc na miejscu Zdanowskiej, w okresie największego wsparcia finansowego z Unii Europejskiej zrealizowałby o wiele więcej inwestycji, bardziej transparentnie i z większą korzyścią dla obywateli.

Zdanowska odmówiła włączenia projektu Gehry’ego do wniosku o Expo 2022. Torpedowała ten projekt od czasu, gdy odmówiłem współpracy mającej polegać na ujęciu w nim wskazanych przez nią i jej zastępcę biznesmenów. Łódź przegrała starania o Expo. Po raz kolejny arogancja i pycha zniszczyły ważną dla Łodzi ideę. Wcześniej mówiono, że Camerimage nie jest potrzebne, by uzyskać tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (ESK). Komisja, która przyznała ten tytuł Wrocławiowi, podkreśliła, że Łódź z lidera starań o ESK stała się outsiderem, gdy zrezygnowano m.in. z Camerimage. Łódź jeszcze będzie miała problemy z panią prezydent. Ale my idziemy swoją drogą, z dala od miejsc patologicznych.

KB: Jaka jest geneza pana zainteresowań filmem?

MŻ: Zdawałem do szkoły filmowej w Katowicach w pierwszym roku jej istnienia, ale zabrakło dla mnie miejsca. Zostałem historykiem sztuki, uzyskałem dyplom konserwatora i muzealnika na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zawsze jednak miałem poczucie, że w sztuce współczesnej film jest najbliższą mi formą ekspresji. Pracowałem na UMK jako wykładowca sztuki średniowiecznej powszechnej i sztuki nowoczesnej. Pisałem prace naukowe i organizowałem wystawy. Podczas jednej z nich, w 1991 r., spotkałem Volkera Schlöndorffa. Zaprosiłem go na pokaz jego filmu „Homo Faber”. Zorganizowałem chyba pierwszy w Europie przegląd filmowych koprodukcji europejskich. Towarzyszył on wystawie sztuki pt. „Droga ku nowej Europie”, w ramach której udało mi się sprowadzić do Polski, do Torunia, kolekcje sztuki lat 80. z kilku krajów Europy Zachodniej, by skonfrontować je z niezależną sztuką Polski, Czech, Słowacji i Rosji. Volker był pozytywnie zaskoczony tą wystawą i zapytał, dlaczego nie realizuję dużego wydarzenia filmowego, na jakie Polska zasługuje.

Zapytałem, co ma na myśli. Jest przecież na świecie kilkanaście tysięcy festiwali i przeglądów filmowych. Powiedział, że gdyby miał pomysł na coś oryginalnego, to sam by powołał do życia tego typu imprezę. Dodał, że jeśli uda mi się coś takiego wymyślić, to mam się z nim skontaktować. Po dwóch latach przedstawiłem mu pomysł stworzenia festiwalu sztuki ruchomych obrazów Camerimage. Volker powiedział, że to strzał w dziesiątkę, że artyści z chęcią będą uczestniczyć w takim wydarzeniu. Potem uzyskałem poparcie Federica Felliniego, Davida Lyncha, Roberta Redforda, Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Żuławskiego, Johna Schlesingera, Petera Weira, Normana Jewisona, Alana Parkera, Rolanda Joffé, a także najwybitniejszych autorów zdjęć filmowych: Svena Nykvista i Vittorio Storaro, Conrada Halla, Vilmosa Zsigmonda, Lászla Kovácsa, Haskella Wexlera, Witolda i Piotra Sobocińskich, Janusza Kamińskiego, Adama Holendra, Andrzeja Bartkowiaka, Josta Vacano, Robby’ego Müllera, Sławomira Idziaka… Długo by wymieniać.

KB: Spotkał pan na swojej drodze wielu najwybitniejszych twórców światowego kina. Z wieloma realizował długofalowe projekty. Proszę opowiedzieć o najbardziej inspirujących osobowościach.

MŻ: Powinniśmy wsłuchiwać się w każdego, z kim współpracujemy. Proszę zobaczyć, jak bardzo rozprzestrzenia się zwyczaj niesłuchania innych, nierozumienia tego, co mówią, zapatrzenia w siebie. Zjawisko to występuje nie tylko w polityce czy biznesie, gdzie pogarda dla ludzi o innych przekonaniach jest zabójcą zdrowego rozsądku, czyli tej „substancji duchowej” niezbędnej do pełnienia misji publicznej, ale niestety dotyczy także sztuki i szeroko pojętej kultury. Kiedyś autorytety nie epatowały swą przewagą intelektualną nad rozmówcą. A jeśli takie sytuacje się zdarzały, odbywało się to w oparciu o logiczny wywód, mądrą polemikę. Dziś dyplomy czy nagrody wystarczą, żeby kogoś uznać za autorytet. Żałosne są sytuacje, w których dochodzi do konfrontacji poglądów i tzw. autorytet nagle znika, widać pustkę za tytułami naukowymi – przyznawanymi zresztą dziś zbyt pochopnie – lub za nagrodami, wręczanymi nie za wartości artystyczne, ale za światopoglądowe zaangażowanie, za polityczną poprawność wobec korzystnych dla jakiejś formacji politycznej ideologii. Celebryci – wśród nich artyści i naukowcy – wyrzekli się wolności, choć krzyczą z trybun, że występują w jej obronie. Są często bezkrytyczni wobec siebie, próżni. I niestety wykorzystywani przez polityków. Mylą wolność z dowolnością. Bo dziś wielu polskich artystów nie rozumie różnicy między wolnością a swawolą, brakiem zasad, brakiem reguł. Ta postmodernistyczna katastrofa trwa i będzie jeszcze przez lata deformowała umysły ludzi uważających, że kształcą się na intelektualistów, będzie „produkowała” kolejne rzesze hochsztaplerów, którzy liznęli czegoś to tu, to tam i klecą z tego jakieś wtórne idee, wpisujące się w doraźne trendy myślowe. Tak powstają niby-dzieła sztuki, kompilacje form oderwane od ludzi, od rzeczywistości, od tradycji, niemające wartości ani intelektualnej, ani formalno-stylowej. Są po prostu hasełkami na potrzeby systemu, który jest gotowy z każdej dewiacji uczynić wartość tylko po to, by pozyskać rząd dusz lub na tym zarabiać. Przepraszam za tę przydługą dygresję, ale żeby moja odpowiedź była zrozumiała, musiałem od tego zacząć.

Spotkania z Krzysztofem Kieślowskim, Davidem Lynchem, Peterem Weirem, Andrzejem Żuławskim, Willemem Dafoe, Vittorio Storaro, Conradem Hallem, Lászlem Kovácsem, Vilmosem Zsigmondem dały mi bardzo wiele. Dzięki nim odzyskiwałem poczucie nadziei, że nie wszystko stracone. Że można odnaleźć niezależne, przyjazne duchy, które tworzą nowe idee i formy dzięki głębokiej refleksji sięgającej do różnych tradycji sztuki. Że możliwe jest pozostanie człowiekiem bardzo miłym i dobrym dla ludzi, trzymanie się z dala od populizmów, propagandy, autodestrukcji, celebryctwa czy narzucanych przez mistrzów sprzedaży mód. Pana pytanie dotyczy czegoś więcej niż uleganie wpływom osobowości lub sztuki któregoś ze spotkanych artystów. Dla mnie to sprawa pewnego rodzaju pokrewieństwa duchowego. Czasem, gdy objawia się ono w obu osobach, otwierają się nowe światy, w które można wejść, by wspólnie coś zrealizować. Zupełnie inaczej niż przy komercyjnym działaniu czy polityczno-biznesowych knowaniach. Mam szczęście, że mogę spotykać się z mądrymi artystami i humanistami. Współpraca z nimi to zawsze wspaniałe doświadczenie, ale odpowiedź na pana pytanie musiałaby zawierać coś, co jest dla mnie zbyt cenne, by się tym dzielić.

KB: Twórczość Davida Lyncha to w pewnym sensie kwintesencja artystycznej ekspresji, która ma swe źródło w ciemniejszych obszarach ludzkiej duszy. Jaki jest prywatnie ten wybitny amerykański reżyser i twórca?

MŻ: David jest zaprzeczeniem swoich filmów. Spotkania z nim dają mi spokój i mądrą refleksję. Współpracując i spędzając czas towarzysko, przeżyliśmy wiele zabawnych sytuacji.

KB: Podobno Lynch twierdzi w wywiadach, że od dawna nie ogląda żadnych filmów i seriali, tylko programy motoryzacyjne. Czy można zmęczyć się filmem?

MŻ: David jest niezależnym artystą, w pełnym tego słowa znaczeniu. Realizuje się w różnych dziedzinach sztuki. Kiedy chce i jak chce. Do tego z sukcesem. Widzę, jak ciążą mu oczekiwania producencko-biznesowe czy medialne. Proszę też nie traktować poważnie tego, co publikują media na jego temat. Sam byłem świadkiem, jak przeinaczono jego wypowiedź po pokazie w Wenecji dwóch odcinków najnowszego sezonu „Twin Peaks”. David powiedział, że nie będzie już robił filmów w systemie, w którym ktoś będzie mu narzucał ograniczenia artystyczne. Potem przeczytałem: „David Lynch zapowiedział, że już nie będzie robił filmów”. Film jest bardzo wyczerpującą formą działania artystycznego. David odpoczywa, tworząc grafiki, malując obrazy czy też fotografując. Myślę, że nie powiedział ostatniego słowa w sztuce filmowej. Na Camerimage czuje się dobrze, a studenci i filmowcy goszczący na festiwalu są zawsze zachwyceni rozmową z nim.

KB: Zmiany polityczne nieraz powodują zmiany oficjalnych preferencji w odniesieniu do dzieł kultury. Czy może pan wymienić polskie firmy, którymi powinniśmy się chwalić w świecie bez względu na barwę partyjnych sztandarów?

MŻ: Nie mnie układać listy lektur filmowych. Choć myślę, że warto byłoby stworzyć program prezentacji twórczości wybitnych polskich reżyserów z okresu międzywojennego. Nie mamy się czego wstydzić. Henryk Szaro, Józef Lejtes, Michał Waszyński, Ryszard Ordyński, Mieczysław Krawicz, Leonard Buczkowski czy Julisz Grodon zrealizowali naprawdę ciekawe filmy, o których właściwie zapomniano. Jest też wiele filmów polskiego kina powojennego dotykających naszej historii i realiów naszego życia, które według mnie są bardzo ważne i godne ciągłego przypominania (patrz ramka – przyp. red.).

KB: A najnowsze polskie kino?

MŻ: Jeszcze dojrzewa. Potrzebuje trochę czasu, by rzetelnie mogło mierzyć się z naszą historią i najnowszymi traumami.


Marek Żydowicz

(ur. 2 lipca 1959 r. w Świeciu) – historyk sztuki, organizator Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Camerimage, promotor działań artystycznych, producent filmowy i reżyser. Założyciel Fundacji Tumult. Zadebiutował na przeglądzie filmowym Droga ku Nowej Europie. W 1993 r. zorganizował pierwszy festiwal Camerimage w Toruniu. Kolejne edycje wydarzenia organizowane były również w Łodzi i Bydgoszczy. Autor scenariusza i reżyser filmu fabularnego „Owoce miłości”, nakręconego w 2001 r. Współproducent filmu „Kilka kromek chleba” (2005), producent wykonawczy filmu „Trzy spełnione marzenia” (2003) oraz reżyser i scenarzysta filmu dokumentalnego „Klik” (2001). Współpracował z Peterem Weirem przy doborze obsady filmu „Pan i władca: Na krańcu świata”, zaś w 2006 r. był współproducentem filmu Davida Lyncha „Inland Empire”. W 2003 r. uhonorowany Paszportem Polityki dla Kreatora Kultury, w 2005 r. laureat nagrody specjalnej prezydenta Łodzi. W 2006 r. otrzymał nagrodę ministra kultury i dziedzictwa narodowego za osiągnięcia w upowszechnianiu kultury. W 2011 r. laureat Złotego ArtKciuka, przyznanego na Interdyscyplinarnym Festiwalu Sztuk Miasto Gwiazd w Żyrardowie. W 2014 r. laureat konkursu Baba Roku. Odznaczony srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2005) i Srebrnym Krzyżem Zasługi. W 2018 r. wyróżniony tytułem Promotora Polski, przyznawanym przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

 

Czytaj także