Wojciech Kilar (1932–2013)

Fot. Bartłomiej Barczyk/Agencja Gazeta
Fot. Bartłomiej Barczyk/Agencja Gazeta

Ślązak ze Lwowa, związany z Katowicami, jeden z największych polskich kompozytorów współczesnych, czołowy przedstawiciel awangardy muzycznej lat 60. XX w. Z początkiem lat 70. uprościł swój język muzyczny i zaczął tworzyć dzieła inspirowane folklorem podhalańskim, które stały się przebojami sal koncertowych całego świata, („Krzesany”, „Kościelec”, „Siwa mgła”, „Orawa”). Kompozytor wybitnej muzyki sakralnej („Bogurodzica”, „Exodus”, „Angelus”), autor muzyki filmowej do ponad 160 filmów, m.in. Andrzeja Wajdy, Kazimierza Kutza, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Romana Polańskiego oraz Francisa Forda Coppoli. Odznaczony m.in. w 2012 r. Orderem Orła Białego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego w uznaniu znamienitych zasług dla kultury polskiej i za wybitne osiągnięcia w pracy twórczej. Laureat konkursu Wybitny Polak 2010, organizowanego przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego.

 

Wojciech Kilar

Bieg historii połączył trzy moje utwory w jeden. Mam na myśli „Bogurodzicę” napisaną w 1975 r., „Angelus” z 1984 r. oraz „Exodus”, który został ukończony w 1981 r. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy te trzy utwory wykonane razem jako jeden utwór podczas Wratislavia Cantans w 1997 r., uświadomiłem sobie, że stanowią one optymistyczny skrót naszej historii. „Bogurodzica”, śpiewana przed bitwą, opiewa triumfy naszego rycerstwa i potęgi naszego państwa. Rozpoczynający się odmawianiem różańca „Angelus” mówi o smutnym czasie zaborów, okupacji niemieckiej i komunistycznej. „Exodus” wyraża triumf, przejście przez Morze Czerwone i dobra przyszłość mojej ojczyzny.

Za moich czasów obowiązywał awangardowy rygor. Jeżeli nie wymyśliłeś niczego nowego, tylko stukasz w pudło skrzypiec lub grzebiesz we wnętrzu fortepianu, to jesteś konserwatystą skazanym na muzyczną śmierć. W tej chwili wszystko wolno i myślę, że to jest zaleta postmodernizmu. Należę do tych, którzy wyczuwają podświadomie nadejście zmian. Kiedy komponowałem „Krzesanego”, byłem przerażony, że zacząłem pisać tak zwyczajnie i tonalnie. Myślałem nawet przez chwilę, aby wycofać ten utwór i nie pozwolić na jego wykonanie. Dlatego nigdy nie zapomnę słów Jana Krenza, który dodał mi otuchy: „Wpuściłeś do zatęchłego pokoju awangardy świeże górskie powietrze”. 

Czasem w recenzjach widzę sugestie, że „Krzesany” był napisany pod wpływem moich górskich wycieczek. Tymczasem ja zacząłem chodzić w góry dopiero po jego ukończeniu. Dosłownie na drugi dzień wsiadłem w samochód, pojechałem do Zakopanego i wszedłem po raz pierwszy w życiu na wysoką górę. Był to Kościelec. I tak poprzez muzykę góralską „Krzesanego” pokochałem góry.

Krzysztof Zanussi

Po raz pierwszy spotkałem się osobiście z Wojciechem Kilarem przy pracy nad moim pierwszym filmem. Miałem wtedy bardzo dziwaczny pomysł, aby muzyka powstała jeszcze przed filmem. Pan Wojciech próbował przekonać mnie, że to zupełnie nie ma sensu, ale jeżeli ja się upieram, to gotów jest uwzględnić moją prośbę i muzykę napisać. Był już wtedy na tyle uznanym kompozytorem, że po prostu przyjął moje wariackie żądanie jako ekstrawagancję. Woziłem tę muzykę ze sobą na plan, używałem jej jako playbacku na zdjęciach. Wszystko oczywiście okazało się bezsensowne. Po zmontowaniu powstał efekt jak z filmu animowanego, gdzie  postacie przelatują przez ekran w wymuszonym przez muzykę rytmie. Wszystko było brzydkie i głupie. Pan Wojciech skwitował tylko, że był pewien takiego skutku, i napisał muzykę po raz wtóry. Tak oto powstała muzyka do „Struktury kryształu” – pełna, wspaniała i oczywiście kompletnie inna niż ta pierwsza. Przed klęską uratowała mnie dobroć doświadczonego artysty, który zniósł moje idiotyczne fanaberie i pychę.
 
Moja wdzięczność była tak wielka, że już nigdy nie chciałem żadnego filmu robić bez niego. Jest to jedyna w historii kinematografii tak długa i wierna współpraca. Co prawda ta wierność jest po mojej stronie, bo pan Wojciech „zdradza” mnie od lat z innymi reżyserami. Ja oczywiście robię sceny zazdrości o każdą piękną muzykę, którą napisze dla Coppoli, Wajdy czy Polańskiego, a  on z uśmiechem odpowiada: „Zrób taki film, to ci taką muzykę napiszę”. To prawda, że do moich filmów pisze się trudno, bo one nie są tak emocjonalne i nie dają takiej wizualnej zachęty jak na przykład obrazowe galopady i gorące emocje w filmach Wajdy. Muzyka pana Wojciecha potrafi wartościować wątki filmu (np. w „Iluminacji”), pokazując poprzez stopień komplikacji i bogactwa, które momenty są przełomowe, a które mniej ważne. Jest to najgłębsze wejście kompozytora w konstrukcję filmu i udział w procesie twórczym na równi z reżyserem.

Czasem rewelacyjna muzyka do filmu, który nie ma powodzenia, przechodzi niezauważona, a czasem zupełnie kiczowata muzyka do filmu, który zyskał zainteresowanie, niespodziewanie odnosi sukces. Dlatego uważa się, że kompozytor jest zakładnikiem reżysera, bo jak się reżyserowi uda i film „chwyci”, to również muzyka zyska popularność. Ale bywa też tak, jak w przypadku filmu „Dracula” Coppoli, że muzyka i film składają się na wspólny sukces i wzajemnie się dopełniają. 

Przez wiele lat byliśmy z panem Wojciechem bliskimi sobie ludźmi, na co wpłynęła zbieżność światopoglądu i zapatrywań. To ważna część mojego życiorysu i jedna z niewielu niezwykłych artystycznych przyjaźni, jakie były mi dane.

Andrzej Wajda

Muzykę do „Ziemi obiecanej” nagrywaliśmy w Łodzi. Kiedy Kilar przyjechał ze swoją ulubioną orkiestrą z Katowic, pobiegłem do studia posłuchać nagrań, ciekawy, jak się łączą z moimi obrazami. Kiedy usłyszałem muzykę maszyn tkackich, którą film się zaczyna, to od razu uderzył mnie jej dynamizm i atmosfera zapowiedzi wydarzeń. Stukot maszyn był odzwierciedlony w muzyce tak idealnie, że każdy mógł niemal usłyszeć słowa: bo coś będzie, bo coś będzie… Scenom miłosnym towarzyszył zaś niezapomniany walc. Muzyka do „Ziemi obiecanej” tak idealnie pasowała do filmu, że połączyła się z nim nierozerwalnie. Dzięki filmom Zanussiego Kilar stał się kompozytorem wyrazistym, silnym i gotowym na wszystko. Ale myślę, że po mojej „Ziemi obiecanej” poczuł prawdziwą swobodę i rozmach swojej muzyki. 

W przypadku „Pana Tadeusza” nie miałem żadnych wątpliwości, że to właśnie Wojciech Kilar powinien napisać muzykę, poprosiłem go o to jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Dostałem od niego fantastyczną, zaskakującą odpowiedź. Mianowicie kiedy jeszcze byliśmy w fazie przygotowań, otrzymaliśmy od Kilara płytę z nagranym polonezem i list z tymi słowami: „Drogi Andrzeju, przesyłam propozycję muzyki do filmu, abyś mógł zrozumieć, jaki zrobisz film”. To właśnie mnie zachwyciło, że jeszcze nie było filmu, ale już była jego dusza – zawarta w muzyce.

Opracowano na podstawie Wojciechkilar.pl (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 2012).

Czytaj także