Tajemnica sukcesu

Fot. Wojciech Wojtczak
Fot. Wojciech Wojtczak

Są niczym król Midas – czego nie dotkną, zamieniają w złoto, czego nie zapragną, realizują. Bez widocznego wysiłku, napięcia i lęku, który zwykle towarzyszy osiąganiu wyznaczonych celów. Jakby im wszystko łatwo przychodziło. Pewne siebie, ale nie zarozumiałe, dumne ze swoich osiągnięć, ale nie napompowane pychą. Swobodne w zachowaniu, uśmiechnięte, miłe dla ludzi. Szczęśliwe. Prawdziwe kobiety sukcesu.

Inne zaś, mając ku temu wszelkie predyspozycje, jednak chybiają celu. Postępują za radą rodziców, wychowawców i zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki. Wyznaczają sobie cele i konsekwentnie do nich dążą, nie poddając się przy byle porażce. Pracują ciężko, dobrze się uczą, robią wszystko najlepiej, jak potrafią, i zgodnie z wszelkimi normami, są zawsze punktualne, szefowie i współpracownicy mogą na nie liczyć… i nic. Albo niewiele. Głównie klapa i frustracja. Bo znowu nie wyszło. Jak nie w życiu zawodowym, to prywatnym. Albo – co gorsza – i w jednym, i w drugim. Mężczyzn dotyczy to w takim samym stopniu co kobiety, ale dziś zajmujemy się kobietami, zatem o nich piszę.

Spotykam kobiety odpowiadające jednej i drugiej charakterystyce. Długo zastanawiałam się, co łączy te, którym się wszystko udaje, i czego brakuje tym, które życie nieustannie zawodzi. Czy istnieje gen sukcesu? Tak, chyba go odnalazłam. Choć faktycznie nie o strukturę biologiczną chodzi, tylko zakorzenione głęboko w naszej świadomość (czy nawet podświadomości) przeświadczenie: „należy mi się!”. Tylko tyle i aż tyle.

Nie chodzi jednak o machinalne wmawianie sobie wspomnianej treści, nie chodzi o proste zaklinanie rzeczywistości. Jak jeszcze paręnaście lat temu, kiedy optymizm był obligatoryjny, a hasło „myśl pozytywnie!” (bo przecież ludzie sukcesu są optymistami) obowiązywało niczym kodeks.

Kobiety pragnące sukcesu przylepiały więc sobie uśmiech do twarzy i tak z nim trwały, przekonując siebie i wszystkich wokoło, że jest świetnie i będzie jeszcze lepiej – a w końcu lądowały na kozetce psychoterapeuty albo w kolejce po antydepresanty.

„Należy mi się!” to nie żądanie i nie uzurpacja, a raczej wewnętrzne uświadomienie sobie poczucia własnej wartości. To spokój płynący z pewnej racjonalności, a towarzyszą mu następujące myśli: dlaczego miałoby mi się nie udać, dlaczego miałabym tego nie zrobić lub nie zdobyć, dlaczego miałabym nie spróbować, dlaczego miałby mnie nie pokochać, dlaczego miałby mnie opuścić lub zdradzić. I oczywiście odpowiedzi: należy mi się, przecież na to zasługuję.

Sytuacja, w której kobieta jest przekonana, że się jej należy, niekoniecznie jest idealna. Może wywoływać dylematy, rodzić sprzeczności, wątpliwości, czyli prowadzić do niezadowolenia z siebie. Jednak mimo wszystko powtarzam: „należy mi się!”. Dlatego, że jestem taka, jaka jestem. Oto sztuka życia i tajemnica sukcesu.

Najlepiej jest się z tym darem urodzić. Bywają tacy wybrańcy i stają się pewniakami do sukcesu. Można także ćwiczyć – tak przynajmniej twierdzą psychologowie. To już jednak temat na inny felieton.


Barbara Stanisławczyk

ukończyła Politechnikę Warszawską i Podyplomowe Studium Dziennikarskie na UW. Stypendystka Agencji Reutera w Londynie. Autorka wielu książek, m.in.: „Matka Hłaski”, „Pajęczyna. Syndrom bezpieki”, „Czterdzieści twardych” (za tę książkę Polskie Towarzystwo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata przyznało jej Jubileuszowy Medal i legitymację Honorowego Członka Stowarzyszenia), „Miłosne gry Marka Hłaski”, „Ostatni krzyk”. Członek zarządu SPP. Była redaktor naczelna miesięczników „Pani” i „Sukces”. Obecnie współpracuje z tygodnikiem „W Sieci”. Wykładowca na Wydziale Dziennikarstwa UW i Podyplomowym Studium PR na UW. Doktorantka na Wydziale Dziennikarstwa UW.

 

Czytaj także