Teraz polska lekka atletyka, czyli 60 lat później

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

To był równie gorący sierpień. 60 lat temu, tak jak dzisiaj, cała Polska zakochana była w lekkiej atletyce. Na boiskach, ale również na podwórkach i skwerach, wszyscy biegali i skakali. Urządzaliśmy zawody: wyścigi odbywały się na ulicach, a skoki – na wiślanych skarpach. Wszystko za sprawą Wunderteamu. Rewelacyjna reprezentacja Polski podczas mistrzostw Europy w Sztokholmie w 1958 r. zdobyła aż osiem złotych medali!

Każdy chłopak chciał być Krzyszkowiakiem, Chromikiem, Sidłą czy Piątkowskim. Pamiętajmy, że działo się to raptem kilkanaście lat po wojnie. Sukces wywołał gigantyczną radość całego narodu. Zwłaszcza pamiętny mecz lekkoatletyczny z USA na Stadionie Dziesięciolecia. Makomaski, Swatowski, Foik, Piątkowski. Czy ktokolwiek w Polsce nie znał tych nazwisk? Sto tysięcy widzów i płonące gazety, które późnym wieczorem doświetlały stadion. Pomagaliśmy skoczkom dostrzec poprzeczkę. Kto tam wtedy był, ten nigdy nie zapomni owej niesamowitej scenerii.

Lekka atletyka zawsze była najważniejszym sportem, a piłka nożna – najpopularniejszym. Tak było na całym świecie, może z wyjątkiem USA. Tak też było i jest w naszym kraju. Od zarania sportowych dziejów. Dlatego nie sposób zapomnieć o pierwszym polskim złotym medalu olimpijskim, zdobytym przez posągową piękność Halinę Konopacką w rzucie dyskiem na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 r. Wielka patriotka i poetka we wrześniu 1939 r. ratowała polskie złoto, wywożąc ciężarówką wraz z mężem, ministrem, narodowe dobra do Rumunii.

Przed wojną był jeszcze jeden wielki bohater – Janusz Kusociński, mistrz olimpijski z Los Angeles w biegu na 10 tys. metrów. Został rozstrzelany przez hitlerowców podczas okupacji. Kolejna wielka mistrzyni to Stanisława Walasiewicz, najszybsza kobieta świata. Nie miała łatwego życia w USA, dokąd jej rodzina wyjechała spod Rypina za chlebem. Pracodawca zmuszał Polkę do startu w Los Angeles w 1932 r. pod amerykańską flagą, Stella odmówiła i straciła pracę…

Wszystko w sporcie zaczyna się od najbardziej naturalnej formy ruchu, czyli biegu. Potem są skoki i rzuty. Tak było i tak będzie. Nic dziwnego, że mimo ogromnego szacunku dla wielu sportowych dyscyplin sukces w lekkiej atletyce smakuje najbardziej i pamięta się go najdłużej. Montreal, rok 1976. Bieg na 400 metrów. Irena Szewińska tuż przed metą, samotna, zwycięska. Rywalka z NRD daleko z tyłu. To chyba najpiękniejszy obraz w historii polskiej lekkiej atletyki, a na pewno najważniejszy moment w życiu zmarłej niedawno „Irenissimy”. Albo Władek Kozakiewicz pokazujący całym Łużnikom, gdzie się zgina dziób pingwina. I Bronek Malinowski fruwający nad przeszkodami w Moskwie na dystansie 3 tys. metrów, zostawiający z tyłu rywali z Afryki „oddychających rękami”. Historia królowej sportu jest u nas wyjątkowa. Pełna gotowych scenariuszy, nadzwyczajnych postaw i zachowań, które powinno się przekazywać następnym pokoleniom.

Tegoroczne lekkoatletyczne mistrzostwa Europy w Berlinie to sukcesy kolejnego wunderteamu – siedem złotych medali, tytuł najlepszej reprezentacji na Starym Kontynencie. Kulomioci, młociarze, fantastyczny Adam Kszczot i bohaterska Justyna Święty-Ersetic. To wszystko natychmiast przywołało wzruszające wspomnienia sprzed ponad pół wieku. Dzisiaj możemy z radością i zgodnie z prawdą powiedzieć, że polska lekka atletyka żyje i ma się dobrze. Pamiętajmy jednak, że we współczesnym, tak bardzo profesjonalnym sporcie najlepszy nawet system bez wsparcia finansowego nie przetrwa długo. Kochajmy lekką atletykę i wspierajmy mistrzów!


Andrzej Person

Dziennikarz komentator i działacz sportowy, były senator RP.

 

Czytaj także