Radio na zimnej wojnie

Pracownik działu nasłuchu Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa podczas nocnej zmiany, Schleissheim, lata 50. XX w. (Fot. NAC)
Pracownik działu nasłuchu Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa podczas nocnej zmiany, Schleissheim, lata 50. XX w. (Fot. NAC)

To była najważniejsza operacja psychologiczna amerykańskiego wywiadu na froncie zimnej wojny i równocześnie nowoczesna i potężna rozgłośnia radiowa, która przekazywała informacje milionom ludzi mieszkającym w bloku wschodnim. Ukształtowała pokolenia dziennikarzy. O Radiu Wolna Europa z Andrzejem Mietkowskim rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Realizuje pan audycję telewizyjną pt. „Archiwum Zimnej Wojny”. Skąd zainteresowanie tematem?

Andrzej Mietkowski: Począwszy od stanu wojennego, 10 lat spędziłem na emigracji. Pracowałem m.in. w Radiu Wolna Europa, w BBC, współpracowałem z paryską „Kulturą”. Konfrontacja dwóch światów, rozdzielonych żelazną kurtyną, mocno splotła się z moim życiem. Poznałem niezwykłych ludzi, których powojenne losy na emigracji były tak naprawdę walką o Polskę niepodległą, wolną, niezależną od Związku Sowieckiego. Pracując w Radiu Wolna Europa, zainteresowałem się audycjami archiwalnymi. Te nagrania – realizowane od 1950 r., czyli od momentu powstania Głosu Wolnej Polski w Nowym Jorku – przedstawiały walkę Polaków na froncie zimnej wojny. W naturalny sposób temat zimnej wojny jest mi bliski.

KB: W swojej działalności publicystycznej koncentruje się pan na tym aspekcie zimnej wojny, który wiąże się udziałem Polaków?

AM: Takie były początki moich zainteresowań. Później zdobywałem kolejne doświadczenia jako korespondent RWE w Paryżu, redaktor w Monachium czy szef biura Wolnej Europy w Warszawie. Kiedy poznałem amerykańskich szefów RWE, zacząłem interesować się amerykańskimi początkami projektu. Radio Wolna Europa było przedsięwzięciem pomyślanym jako oręż wojny psychologicznej. Zainicjowano je pod koniec lat 40. w kręgach wywiadu wojskowego USA. Zacząłem dociekać, kim byli ludzie, którzy wymyślili ten fenomenalny instrument. To były najlepiej zainwestowane amerykańskie pieniądze w zimną wojnę. Radio z czasem nadawało w dwudziestu kilku językach – do wszystkich krajów bloku wschodniego. Wciąż zresztą nadaje.

KB: Ale Radio Wolna Europa było nie tylko projektem wywiadowczym, ale też środkiem masowego przekazu w rzeczywistości, w której kontrolowano przepływ informacji.

AM: Oczywiście. Spróbujmy sobie wyobrazić sierpień 1980 r. W Gdańsku wybucha strajk, władze odcinają Trójmiasto blokadą informacyjną. Jaki byłby los tego strajku, gdybyśmy się o nim nie dowiedzieli z Radia Wolna Europa czy z BBC? Zresztą stacji zachodnich, które przekazywały te informacje do Polski, było więcej: Głos Ameryki, Deutsche Welle, Radio France Internationale. Jak by się potoczyły losy naszego kraju, gdyby nie działały te rozgłośnie? Wcale nie jestem przekonany, że podpisane zostałyby porozumienia sierpniowe, może kolejny raz protest zostałby zdławiony siłą. Co byśmy wiedzieli o zdarzeniach, do których doszło w 1956 r. w Poznaniu albo w 1970 r. w Trójmieście, albo w 1976 r. w Radomiu i Ursusie? Jest taki świetny plakat, narysowany przez Czesława Bieleckiego, przedstawiający kardiogram z czerwoną linią i „pikami” wznoszącymi ją w górę. Te kulminacje opisano datami: 1956, 1968, 1970 itd. Na końcu linia przemienia się w napis „Solidarność”. Taka jest historia odzyskiwania naszej suwerenności. Gdyby wspomnianych rozgłośni nie było, z pewnością potoczyłaby się inaczej.


Konferencja programowa dyrektorów rozgłośni RWE w Monachium, lata 60. Od lewej: Milo Mileff (dyrektor Rozgłośni Bułgarskiej w latach 1957–1970), Gordon Davis (dyrektor programowy RWE w latach 1963–1967), Jan Nowak-Jeziorański (dyrektor Rozgłośni Polskiej w latach 1951–1975), Jaroslav Pecháček (dyrektor Rozgłośni Czechosłowackiej w latach 1965–1975). (Fot. NAC)

KB: Czy finansujący RWE mieli wpływ na ramówkę?

AM: Dzisiaj wydawcy starają się – przynajmniej, moim zdaniem, powinni – rozdzielać pion edytorsko-wydawniczy i redakcyjny. Na przykład interesy reklamowe nie powinny przekładać się na politykę redakcyjną. W praktyce, jak wiemy, bywa różnie.

RWE było niesłychanie kosztownym przedsięwzięciem. Rozgłośnia miała dwadzieścia parę biur w całej Europie Zachodniej – w Paryżu, Londynie, Sztokholmie, Wiedniu, Nowym Jorku, Waszyngtonie, Rzymie, Stambule itd. Urzędowali w nich korespondenci, którzy mieli za zadanie spotykać się z przyjezdnymi z Europy Wschodniej – Polacy z Polakami, Czesi z Czechami, Węgrzy z Węgrami – po to, by ich wypytywać, co się dzieje w kraju. Pozyskane informacje spisywano i wysyłano do Monachium do Biura Ewaluacji, gdzie następnie były selekcjonowane, weryfikowane i agregowane. Wolna Europa była fenomenalnie poinformowanym ośrodkiem, z którego czerpali wiedzę m.in. zachodni dyplomaci jadący na misję do Europy Wschodniej, ministerstwa spraw zagranicznych, media, służby specjalne. Te ogromne amerykańskie fundusze, o których wcześniej mówiłem, były przeznaczane na stworzenie tzw. surrogate radio, czyli radia zastępczego, mającego trafiać w potrzeby wszystkich grup odbiorców na terenie krajów objętych cenzurą. Nadawano audycję „List do komunisty”, adresowaną do działaczy partii, „Drogę przez wieś”, która zaczynała się słowami: „Tym, którzy żywią i bronią, chłopom polskim – szczęść Boże”, ale też programy religijne, kościelne oraz wywiady z gwiazdami, m.in. Beatlesami, Johnnym Hallydayem, Louisem Armstrongiem i innymi. Puszczano również świetną muzykę. Taki program określany był w komunistycznych wywiadach mianem ramówki sandwich: audycje muzyczne dla młodych były przeplatane „dywersją ideologiczną”, czyli po prostu publicystyką.

KB: W przypadku RWE, jak sam pan powiedział, mieliśmy do czynienia z projektem, u źródła którego leżała określona ideologia polityczna i myślenie o radiu w kategoriach instrumentu. Czy takie kwestie jak obiektywizm i bezstronność były przedmiotem wewnętrznej debaty w rozgłośni?

AM: Istniało porozumienie między Amerykanami i uchodźcami zajmującymi funkcje kierownicze w Radiu, że ci pierwsi się nie wtrącają w pracę tych drugich, ale nieprawdziwe byłoby stwierdzenie, że RWE było projektem całkowicie niezależnym. Codziennie rano odbywało się kolegium. Przy ogromnym stole w sali Jacksona, jednego z twórców Radia, siadali Jan Nowak-Jeziorański, obok niego jego zastępca, dalej szef czeskiej rozgłośni Pavel Pecháček, za nim Węgier, Bałtowie, przedstawiciele Radia Swoboda, nadającego do ZSRR, oraz amerykańskie kierownictwo stacji. Każdy po kolei relacjonował, co ważnego wydarzyło się w danym dniu w jego kraju. Dzięki temu Czesi, Węgrzy, Estończycy dowiadywali się na przykład, że w Radomiu czy w Ursusie trwają zamieszki, i mogli o tym opowiedzieć swoim rodakom. Amerykanie podczas kolegiów wszystkiego słuchali i następnie powstawały tzw. guidance, czyli wytyczne. One nie miały charakteru nakazów, raczej zaleceń odnośnie linii programowej radia. Szefowie redakcji, imigranci z poszczególnych krajów, pilnowali ze swojej strony treści przekazu. Ważne było, że to Polacy mówią do Polaków, nie zaś Amerykanie polskimi głosami.

KB: Zdarzały się poważne tarcia lub konflikty między Amerykanami i redakcjami krajowymi?

AM: Owszem, były takie sytuacje. Jedna z nich dotyczyła zachodniej granicy Polski na Odrze i Nysie. Amerykanie nie uznawali tej granicy, bowiem nie został podpisany pakt pomiędzy Polską a Niemcami. Relacje między PRL i NRD były przyjazne, ale dopiero porozumienie RFN-PRL w 1970 r. tę sprawę zamknęło. Tymczasem dla Polaków pracujących w RWE już w latach 50. i 60. granica zachodnia na Odrze i Nysie była czymś poza dyskusją. Amerykanie nie chcieli stawiać sprawy zbyt radykalnie, bo siedziba Radia znajdowała się na terenie Niemiec i istniały różne wzajemne interesy, więc amerykańska rozgłośnia nie mogła propagować stanowiska sprzecznego z oficjalną dyplomacją USA.

Inny przykład: w 1956 r. węgierska rozgłośnia RWE poszła „o jeden most za daleko”, mianowicie zasugerowała, że do zbuntowanego Budapesztu nadejdzie wsparcie z Zachodu. Uważa się powszechnie, że determinacja Węgrów w konfrontacji z Sowietami wynikała z przekazu Radia Wolna Europa. Amerykanie przeprowadzili wewnętrzne dochodzenia, wyrzucono prawie całą węgierską redakcję. To był czas, kiedy amerykańskie wytyczne nie nadążyły za wydarzeniami. Dzisiaj wiemy już, że w Wiedniu, czyli najbardziej zbliżonej do Węgier placówce amerykańskiego wywiadu, pracował tylko jeden człowiek, który jako tako znał węgierski. Sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Reasumując: partnerstwo zostało z grubsza zachowane, Amerykanie nie sterowali ręcznie redakcjami. Nowak-Jeziorański był najmocniejszym dyrektorem z całej rozgłośni. Wiemy od Amerykanów, którzy z nim pracowali, że potrafił bardzo „rozpychać” zakres swojej samodzielności. Podam przykład z połowy lat 60. Gdzieś we Włoszech doszło do sekretnego spotkania Nowaka-Jeziorańskiego z tajnym informatorem, którym – jak się okazało po latach – był Oskar Lange. „Traktuję pana jak amerykańskiego agenta, ale wiem, że był pan przed wojną przyzwoitym człowiekiem. Mam nadzieję, że mnie pan nie wsypie” – zaczął Lange, a następnie wyjawił, kto próbuje w Polsce dojść do władzy. Na zakończenie stwierdził: „Musicie zrobić wszystko, co w waszej mocy, aby tych gangsterów Moczara nie dopuścić do władzy”. Nowak-Jeziorański początkowo odniósł się nieufnie do tej relacji, lecz postanowił ją sprawdzić. I wszystko się potwierdziło. Okazało się, że moczarowcy tworzą szeroki front narodowego komunizmu. I on postanowił z tym walczyć. Wtedy ton audycji Wolnej Europy wykraczał daleko poza bezstronność, jednak nie z inicjatywy właścicieli, a redaktora naczelnego. Ówczesny ambasador amerykański w Warszawie, Jacob Beam, wysyłał do Departamentu Stanu USA dokument za dokumentem, w których pisał, że nie może prowadzić dyplomacji w Polsce, ponieważ amerykańska rozgłośnia uderza w ministra rządu PRL, co jest traktowane jako obca ingerencja. Odbywały się narady z udziałem zastępcy sekretarza stanu USA, szefa CIA Allena Dullesa oraz ambasadora Beama – w końcu zwyciężyła koncepcja Nowaka-Jeziorańskiego. Ambasador Beam po latach – gdy Wolna Europa miała kłopoty i chciano ją zamknąć – był jednym z jej najzagorzalszych obrońców.

KB: W pana opowieści Radio Wolna Europa jawi się jako wielki i – na miarę swoich czasów –nowoczesny kombinat medialny.

AM: Przytoczę wypowiedź Macieja Wierzyńskiego. To dziennikarz z wielkim doświadczeniem, który pracował w wielu mediach, w tym również w Radiu Wolna Europa. Stwierdził, że nie widział nigdzie drugiej tak doskonałej organizacji dziennikarskiej o charakterze publicznym. Bo trzeba wspomnieć, że RWE działało według modelu mediów publicznych. Finansowano je z pieniędzy publicznych, nie nadawano reklam, zaś dziennikarze wykonywali swoją robotę – zajmując się tematyką kulturalną, polityczną, religijną, chłopską, młodzieżową – najlepiej, jak potrafili.

W RWE były świetne warunki do pracy, niespotykane nigdzie indziej. To było medium odcięte żelazną kurtyną od swoich odbiorców, a jednocześnie, mieszkając w Paryżu, miałem poczucie, że nie ma miejsca, w którym mógłbym być lepiej poinformowany o tym, co się dzieje w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku. Nie było wtedy Internetu, Facebooka, smartfonów, połączenia telefoniczne nie działały tak jak dziś, a ja wiedziałem w zasadzie wszystko. Wszelkie gazety wydawane w Polsce, również regionalne, były abonowane w Monachium. W RWE pracowała armia ludzi zajmująca się czytaniem między wierszami i robieniem wycinków. Kiedy w „Trybunie Ludu” pojawiał się krótki artykuł, że Iksiński z Suwałk został mianowany sekretarzem zakładowej komórki partii w lokalnym szpitalu, natychmiast wycinano taki artykuł i tworzono kartotekę z hasłami: „Suwałki”, „Iksiński”, „komitet zakładowy”. Mijały trzy lata i okazywało się, że jakiś Iksiński ze wschodniej Polski pojawia się w ministerstwie jako partyjny reformator. Do kartoteki dokładano kolejne wycinki na jego temat. Po kilku kolejnych latach na zjeździe PZPR pojawiał się nowy zastępca sekretarza KC. Nikt na świecie nie wiedział, kim on jest. Poza nami, bo mieliśmy jego kartotekę z czasów działalności w Suwałkach. Takich fiszek w kartotece były tysiące. Niestety, wszystkie zniszczono podczas przeprowadzki Radia z Monachium do Pragi. Podkreślam, nie było wtedy komputerów, tylko siedzieli ludzie i tworzyli bazy nazwisk, zakładów, tematów, tnąc nożyczkami gazety. To była fantastyczna komórka białego wywiadu, z której przykład brały białe wywiady w strukturach CIA, DGSE czy w innych służbach specjalnych.

Nie ograniczano się oczywiście do wycinków z gazet. W Berlinie siedzieli emigranci ze słuchawkami na uszach i monitorowali audycje lokalnych rozgłośni radiowych. W ten sposób Wolna Europa w 1980 r. jako pierwsza na Zachodzie odebrała audycję Radia Gdańsk, w której mówiono o zamieszkach i wojsku na ulicach. Wszystkie agencje informacyjne świata – Associated Press, Reuters, Agence France Presse i inne – dzwoniły do Wolnej Europy, aby uzyskać informacje. Od razu było wiadomo, że trzeba wysłać naszych ludzi na dworce kolejowe w Malmö, Helsinkach, Berlinie czy Wiedniu, aby przepytywali każdego przyjeżdżającego z Polski. Spisywano te relacje i przekazywano do centralnego ośrodka agregowania informacji.

W monachijskiej centrali RWE pracowało ok. 1,5 tys. ludzi, a w terenie – drugie tyle. Pracownicy terenowi mieli za zadanie zbierać informacje we wszystkich stolicach. Ja się tą działalnością zajmowałem w Paryżu, znałem dobrze rosyjski, więc miałem wypytywać Rosjan. Trzeba było chodzić w określone miejsca, na przykład do tanich sklepów, w których Rosjanie pod koniec swoich delegacji robili zakupy. Musiałem czatować przy stoisku z radioodbiornikami. Kiedy jakiś Rosjanin pytał łamaną francuszczyzną o dany model radia, wtedy rzucało się od niechcenia, że świetnie odbiera Radio Swoboda. I wtedy albo on uciekał ze strachu, albo nawiązywało się rozmowę, nieraz nawet lądowało na kawie czy piwie. Dowiadywałem się, ilu ludzi słucha radia, gdzie słuchają, w jakich miejscach sygnał trzeba wzmocnić, bo zagłuszanie jest najbardziej skuteczne, ale także które audycje ich ciekawią, a które niekoniecznie.


Reklama prasowa Radia Wolna Europa (Fot. Biblioteka Kongresu)

KB: Informacje zdobywane i opracowywane przez RWE musiały działać na służby wywiadowcze jak magnes.

AM: Służby wschodnie chciały radio zniszczyć, więc infiltrowały – tego dotyczy jeden z odcinków mojego serialu dokumentalnego pt. „Archiwum Zimnej Wojny”. Ich celem było skłócać, destabilizować, zmniejszyć skuteczność oraz dowiedzieć się, kto z Polski jest informatorem radia. A przecieki następowały wszędzie, również na najwyższych szczeblach władzy. Dzisiaj możemy już wymienić nazwiska, byli to parlamentarzyści z klubu Znak, tacy jak Zawiejski, Stomma, Kisielewski. Kiedy wyjeżdżali na Zachód, spotykali się z przedstawicielami Radia i udzielali obszernych wypowiedzi. Dysponujemy też zdjęciami z dworca w Wiedniu, na których widać prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego odpowiadającego na pytania wysłannika Radia Wolna Europa. Wiadomo było, że prymas do Rzymu nie lata, tylko jeździ pociągiem, właśnie dlatego, że chce mieć trzy godziny postoju w Wiedniu. I tam spotykał się między innymi z Nowakiem-Jeziorańskim oraz jego zastępcą, Tadeuszem Żenczykowskim. Wschodnie służby marzyły o tym, żeby się dowiedzieć, kto się z kim spotyka. I tak wpadły na trop Władysława Bartoszewskiego, który też był informatorem Wolnej Europy. Część informacji zbieranych przez Radio była zresztą kolportowana na zasadach rynkowych. Przy RWE istniał ośrodek analityczny RFE/RL Research Institute, który przetwarzał wszystkie informacje i wydawał płatny biuletyn. Produkował analizy abonowane przez setki podmiotów: wszystkie ministerstwa zagraniczne Zachodu, wszystkie komórki NATO w Brukseli, służby specjalne.

KB: Wspomniał pan wcześniej o kryzysie w RWE, który omal nie doprowadził do zamknięcia rozgłośni w 1975 r.

AM: Do 1975 r. Radio Wolna Europa było finansowane tajnie przez CIA, było de facto komórką CIA na froncie zimnej wojny. Wiedziała o tym jedynie grupa kluczowych decydentów w Ameryce. Ta sprawa wypłynęła, prawdopodobnie wskutek inspiracji wschodnich służb, i trafiła na podatny grunt, bowiem w USA było wielu przeciwników Wolnej Europy. Zamknięcie RWE było życiowym celem wpływowego szefa senackiej komisji spraw zagranicznych, J.W. Fulbrighta. W latach 70. prawie mu się udało. Skończyło się na tym, że zmieniono sposób finansowania, powołano Board for International Broadcasting (BIB), czyli rodzaj rady nadzorczej. Składała się ona z szanowanych osobistości, zasiadali w niej m.in. redaktor naczelny „Reader's Digest” i milioner Malcolm Forbes jr. Od tego momentu środki na finansowanie Radia nie były transferowane z CIA, tylko przydzielane przez Kongres USA, więc rozliczano je oficjalnie i transparentnie. W ten sposób uratowano stację, natomiast perturbacje trwały przez dłuższy czas. Agenci peerelowskiego wywiadu, którzy infiltrowali stację, jak Czechowicz, Lach, Smoliński, byli szykowani na świadków oskarżenia w przygotowywanym przez kraje wschodnie międzynarodowym trybunale, który miał doprowadzić do zamknięcia Radia. Oskarżano RWE, że jest instrumentem międzynarodowej destabilizacji.

KB: Uważa pan, że ten kryzys RWE był inspirowany przez agentów służb wschodnich?

AM: Oczywiście, że tak. Wolna Europa była stale na ustach oficjalnych czynników. Można o tym przeczytać w dokumentach na stronie internetowej Wilson Center. Kiedy kierowałem portalem Polskiego Radia, uruchomiliśmy serwis Radia Wolności. Udostępniliśmy w nim wszystkie dźwięki, które ocalały po zamknięciu RWE – łącznie ponad pół miliona minut nagrań – oraz wiele innych dokumentów, m.in. zdjęcia powiązane z Wolną Europą czy odtajnione mniej więcej 10 lat temu dokumenty CIA dotyczące historii rozgłośni, które przetłumaczyliśmy na język polski. Ciekawy jest stenogram ze spotkania w sierpniu 1959 r. ówczesnego wiceprezydenta USA Nixona – który w drodze powrotnej z Moskwy do Stanów wylądował w Warszawie – z Gomułką i Cyrankiewiczem w Belwederze. Pierwsze 15 minut to wyłącznie awantura o Radio Wolna Europa. Nixon świetnie dał sobie radę podczas tej utarczki. Na każdy argument przeciwko Wolnej Europie odpowiadał kontrą o Radiu Moskwa. Sam byłem zdumiony, gdy natrafiłem na zapis tej rozmowy. Wydawało mi się, że jestem nieźle zorientowany w temacie rozgłośni, ale nie sądziłem, że pierwsza część spotkania polsko-amerykańskiego na najwyższym szczeblu dotyczyła Wolnej Europy. Niestety, większość archiwów została zniszczona w 1989 i 1990 r. Zatem prowadząc śledztwa dziennikarskie, idziemy po spalonych śladach.

KB: Czy zimna wojna to były zakulisowe rozgrywki superumysłów i starcia superszpiegów – jak w obrazie lansowanym przez literaturę i film – czy też raczej przeważał bałagan, nieprzemyślane decyzje, niegospodarność w zarządzaniu środkami na operacje specjalne i ludzka małość?

AM: Zapewne w jednym i drugim opisie jest trochę prawdy. Jak w życiu. Jednak na pewno plan utworzenia RWE, który powstał w ośrodku Biura Koordynacji Politycznej (Office of Policy Coordination), zapisał się na kartach historii jako posunięcie genialne. Amerykanie w 1946 r. wymyślili stację radiową, która będzie usytuowana w Niemczech. Żaden inny kraj by się na to nie zgodził, ale wtedy, w warunkach powojennych, Niemcy nie mieli wyboru. Zwrócono się do społeczności emigracyjnych krajów podbitych przez Sowiety, żeby wyłoniły reprezentacje, zaś redaktorom naczelnym polecono zachować równowagę poglądów poszczególnych środowisk.

To jest zresztą też ciekawy wątek. Nowak-Jeziorański miał bardzo sprecyzowane poglądy – nie znosił endecji przedwojennej. Ale w stacji, którą zarządzał, ludzie związani z Narodową Demokracją stanowili poważną reprezentację. Był tam Wiktor Trościanko, ale też inni, np. ostatni szef PSL-u na uchodźstwie Tadeusz Chciuk, ps. Marek Celt, a także przedstawiciele wszystkich liczących się ugrupowań. Stworzono zatem zrównoważony głos polityczny reprezentujący wszystkich Polaków na wygnaniu, ale też inne narody bloku wschodniego. Nie wszędzie się to udało w równym stopniu. Akurat polską emigrację tworzyło wiele wybitnych osobowości – przedwojenni dziennikarze, dyplomaci, uczeni. Pierwszy skład redakcji RWE był fantastyczny. Zaś Nowak-Jeziorański to był twardy facet, mówili o nim, że chodzi jak dziad z sękatym kijem i co rusz komuś przyłoży. Ale trzymał wszystkich w ryzach, co w przypadku Polaków, jak wiemy, nie jest łatwe.

Oczywiście zdarzały się różne wpadki, zamieszania. Agenci wschodni zbierali materiały kompromitujące, próbowali werbować. Ale nie udało im się wpływać na linię programową. Przydarzyła się m.in. wpadka z Andrzejem Czechowiczem, szpiegiem PRL, który pracował w RWE i był blisko kartotek informatorów krajowych. Po kilku latach pracy w rozgłośni wrócił do kraju i wykorzystywano go w celach propagandowych. Mógł zdekonspirować Bartoszewskiego i innych. Ale na program w polskiej rozgłośni agentura nie miała wpływu. W Radiu Swoboda było inaczej. Oleg Tumanow był jego pracownikiem przez 15 lat, a pod koniec tego okresu – redaktorem naczelnym. Wydało się, że jest szpiegiem, gdy na początku lat 80. uciekł do Moskwy. Wystąpił na konferencji prasowej i to był rzeczywiście cios dla Radia Swoboda. Wpadki zdarzały się też drugiej stronie, ale nie zawsze głośne, bo jeśli jakiś prominentny działacz uciekał ze Wschodu na Zachód, to raczej skrycie wyciągano z niego wszelką wiedzę, a potem próbowano „odwrócić”. Choć na przykład ucieczka Józefa Światły, jednego z wysokich oficerów stalinowskiej bezpieki, a potem jego audycja w RWE pt. „Za kulisami bezpieki i partii” wywołały w Warszawie polityczne trzęsienie ziemi.

KB: Wojna o umysły nie ograniczała się do działalności radiowej. Zetknął się pan z innymi metodami wpływu?

AM: Fantastyczny program, o którym do dzisiaj prawie nikt nie wie, został opisany w książce „Hot Books in the Cold War”. Był to projekt prowadzony od 1956 r. przez CIA. Polegał na przerzucaniu do Europy Wschodniej milionów egzemplarzy zakazanych książek. Wykupowano między innymi pozycje wydawnictw emigracyjnych, ułatwiając im w ten sposób działalność. Wydanie przez Jerzego Giedroycia trzech tomów „Archipelagu Gułag” było ryzykowne pod względem finansowym. Należało ponieść koszty druku, papieru, dystrybucji, a stałych subskrybentów miał kilkuset i płatności spływały powoli. Ryzyko inwestycyjne było dużo mniejsze, gdy pojawiał się przedstawiciel Wuja Sama i kupował na przykład tysiąc egzemplarzy. Był nim George Minden, rumuński emigrant, pracownik CIA, który miał biuro w Waszyngtonie. Od 1956 do 1990 r. kupował nakłady od wydawców emigracyjnych, m.in. od Giedroycia, od Rosjan, Czechów i Węgrów. Część książek pozostawiano u wydawców – dlatego wielu odwiedzających „Kulturę” paryską mogło otrzymywać książki za darmo – zaś część wysyłano do księgarni emigracyjnych albo do punktów rozdawnictwa. Ja prowadziłem taki punkt pod koniec lat 80. w Paryżu. Wynajmowałem mieszkanie z garażem, w którym stało kilkadziesiąt europalet, a na nich leżało równocześnie kilka tysięcy książek, może ze 100 tytułów. W tym moim garażu, przy świetle latarki, książki wybierała przyszła czołówka polskiej klasy politycznej, przyszli premierzy i ministrowie, którzy wtedy jako opozycjoniści, dysydenci, działacze niezależni znaleźli się na moment na Zachodzie.

Rosyjskie rozdawnictwo książkowe szło jeszcze dalej. Do lekarzy za żelazną kurtynę wysyłano najnowsze numery wybranych pism medycznych. Do fizyków wysyłano pisma z dziedziny fizyki. Wszystko po to, aby nie dopuścić do powstania cywilizacyjnej fosy, wynikającej z braku dostępu do aktualnych źródeł naukowych. W rosyjskim ośrodku rozdawnictwa w Paryżu widziałem egzemplarze pism modowych czy kolorowych – „Elle”, „Life”, „Vogue” – które były przeznaczone dla małżonek najwyższych partyjnych bonzów, żeby klasa rządząca mogła zobaczyć na zdjęciach, jak wygląda świat, i umiała się ubrać. I za coś takiego płaciła CIA! Czy to nie przemyślny program sabotażu żelaznej kurtyny?

KB: Wcześniejsze wojny toczono o zasoby, o ziemię. Zimna wojna była starciem ideologicznym?

AM: Z punktu widzenia Zachodu zimna wojna toczyła się o to, by zatrzymać postęp komunizmu, postawić opór sowieckiej ofensywie ideologicznej i militarnej. To była wojna z cenzurą, z kłamstwem, z bezprawiem. Amerykanie tuż po II wojnie światowej zorientowali się, że Europa i w ogóle świat są w tarapatach. A konkretnie zorientowały się służby wywiadowcze. Ważną rolę w diagnozowaniu ówczesnej sytuacji odegrały pojedyncze osoby. George Kennan, dyplomata, sowietolog, który był radcą ambasady amerykańskiej w Moskwie, w lutym 1946 r. przysłał do Departamentu Stanu tzw. long telegram, długą depeszę, w której wnikliwie opisał strategię sowiecką oraz postulował zmianę polityki USA wobec ZSRR. Na podstawie tej depeszy powstała strategia Trumana – tzw. doktryna powstrzymywania (ang. containment). Doszło do całkowitego zwrotu polityki USA. Kennan jako jeden z pierwszych zrozumiał, czym jest sowiecka ideologia i o co naprawdę chodzi Stalinowi. I od tego momentu wszystko się zaczęło.


Andrzej Mietkowski

(ur. 21 kwietnia 1956 r. w Moskwie) – polski dziennikarz, tłumacz i publicysta, działacz opozycji w okresie PRL. Pracuje w Bibliotece Narodowej, jest autorem cyklu dokumentalnego „Archiwum Zimnej Wojny” w TVP Historia. Należy do Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Współpracował z Komitetem Obrony Robotników, był członkiem krakowskiego Studenckiego Komitetu Solidarności, kierował poligrafią i pełnił funkcję rzecznika SKS. Był jednym ze współtwórców niezależnej Krakowskiej Oficyny Studentów. Wielokrotnie aresztowany z przyczyn politycznych.

Od 1981 r. do końca lat 80. przebywał na emigracji w Paryżu. Pracował w BBC, Deutsche Welle, Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Po powrocie do Polski kierował warszawskim biurem tego radia. Publikował m.in. w paryskiej „Kulturze”, „Pulsie”, „Zeszytach Literackich”. Tłumacz wielu książek z języka rosyjskiego i francuskiego. 

Był szefem działu zagranicznego w dzienniku „Życie”, dyrektorem programowym Inforadia, prezesem agencji Polish News Bulletin, kierownikiem redakcji „Wiadomości” w TVP i dyrektorem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Przekształcił TAI w Agencję Informacji TVP, a TVP3 – w TVP Info. W latach 2008–2016 kierował portalem PolskieRadio.pl.

Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, węgierskim Złotym Krzyżem Zasługi.

 

Czytaj także