Odpowiedzialność w nauce, medycynie i technice

Aula 1000, Uniwersytet Medyczny w Łodzi (Fot. Umed.pl)
Aula 1000, Uniwersytet Medyczny w Łodzi (Fot. Umed.pl)

W przyrodoznawstwie, tak jak w sztuce i w życiu, nie ma żadnej innej wierności naturze niż wierność kulturze.

Obaj mamy nadzieję niedługo złożyć przysięgę doktorską. Zawarto w niej fragment o uprawianiu nauki nie dla czczego zysku lub próżnej sławy, ale dla upowszechniania prawdy dla dobra rodzaju ludzkiego. Gdyby instytucje naukowe mogły mówić, być może składałyby podobną przysięgę: „Podatniku, jako instytucje nauki ślubujemy powierzone nam środki wydawać rozsądnie, zaufania powierzonego nie nadużywać. Ślubujemy prawdy szukać nie dla naszego zysku lub sławy, ale dla dobra ludzkości”.

Co było kiedyś?

Źródeł milczącego układu łączącego naukę i społeczeństwo można doszukiwać się w epoce oświecenia. Wtedy bowiem zauważono, że uniwersytet nie tyle jest federacją wolnomyślicieli czy filozofów przyrody, co raczej miejscem praktykowania metody naukowej i istotnym elementem polityki. Wraz z rozwojem struktur administracji publicznej kodyfikowano też naukę i szkolnictwo wyższe.

Zmiany najłatwiej dostrzec na przykładzie szkolnictwa politechnicznego. Założona w 1794 r. École Polytechnique miała tworzyć kadry inżynierów dla kolejnych republik Francji. Mariaż nauki i państwa był skuteczny, a lista osób związanych z tą uczelnią wygląda jak recepta na rewolucję przemysłową: André Ampère, Nicolas Carnot, Gaspard-Gustave de Coriolis czy Siméon Poisson.

Czasy oświecenia odmieniły również – dotychczas chłodny i pełen dystansu – związek społeczeństwa i szeroko pojętych nauk medycznych. Nowożytna medycyna wyłoniła się ze zbioru praktyk tradycyjnych za sprawą rozwoju mikroskopii i rosnącej roli uczelni świeckich. Zarówno rewolucjoniści, jak i zwolennicy króla coraz bardziej potrzebowali medycyny świeckiej.

Rewolucja przemysłowa na dobre i na złe zmieniła naukę, społeczeństwo i planetę. Mniej więcej wtedy nastąpiło sprzężenie zwrotne, które do dziś jest siłą napędową części prowadzonych badań. Rozwój produkcji fabrycznej napędzał urbanizację. Urbanizacja skutkowała epidemiami i koniecznością rozwoju medycyny. Na początku XIX w. para napędzała przeważnie urządzenia odwadniające w kopalniach. Pod koniec tego okresu pracowała również w autoklawach ze sprzętem chirurgicznym i szczepiennym.

Ówczesne obawy aktualne są również dziś. W jakim stopniu maszyny zastąpią człowieka? Gdzie sięga etyczna granica pracy lekarza? Kto powinien korzystać z owoców postępu? Jak minimalizować szkody ekologiczne inżynierii?

Nie brakowało naukowców świadomych zagrożeń związanych z rozwojem. Fizycy i inżynierowie zaangażowani w Projekt Manhattan w 1945 r. zaczęli wydawać „Bulletin of the Atomic Scientists”, który stał się istotnym miejscem debat o etyce i ekologii. Lekarze i badacze krytycznie patrzyli na dorobek medycyny III Rzeszy.

Obie wojny światowe zrewolucjonizowały medycynę, w szczególności traumatologię, protetykę i medycynę katastrof masowych. Skuteczniej leczono rannych, ale niestety eksperymentowano również na więźniach obozów koncentracyjnych, dzieciach, Żydach i osobach chorych psychicznie. Te pseudoeksperymenty medyczne, wykonywane na osobach pozbawionych wolności, bez ich zgody i bez względu na możliwe dla nich szkody, nie mogą być określone inaczej niż bestialskie wynaturzenia. W efekcie już w 1945 r. rozpoczęły się prace nad „Powszechną deklaracją praw człowieka”, która została uchwalona przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 1948 r. w Paryżu. Niedługo potem, w 1957 r., zaczął działać ruch ekologiczny i naukowy Pugwash, współtworzony przez polskiego badacza z brytyjskim paszportem, Józefa Rotblata. Rozwój tych i podobnych instytucji wyniósł dyskusję o etyce fizyków, lekarzy i innych zawodów naukowych na nowy poziom, a rozpoczęte wówczas debaty wciąż pozostają aktualne.

W tym samym okresie w Anglii John Desmond Bernal pytał o społeczne funkcje nauki i postulował aktywne zaangażowanie badaczy w poprawę warunków bytowych społeczeństwa. Wśród jego krytyków znalazł się między innymi Milton Friedman. Według ekonomisty zaangażowanie społeczne nauki miało prowadzić do totalitaryzmu i zaniku wolności badawczej. Wraz z rozwojem kolejnych odmian kapitalizmu pytania o służbę społeczeństwu, niezależność i zaangażowanie nabrały nowego znaczenia, zwłaszcza w kontekście rozwoju laboratoriów przemysłowych w naukach medycznych i komputerowych.

W latach 70. i 80. ubiegłego stulecia publiczny wizerunek nauki musiał poradzić sobie z narastającymi problemami. Rosły w siłę ruchy ekologiczne, inspirowane między innymi przez prace Rachel Carson („Cicha wiosna”, 1962). Zwiększała się też nieufność wobec nauk medycznych, gdy odkrywano kolejne karty medycyny nazistowskiej i ujawniano nieetyczne eksperymenty eugeniczne w krajach zachodnich. Jednym z nich było prowadzone w latach 1932–1972 badanie Tuskegee, w ramach którego intencjonalnie zarażono kiłą czarnoskórych mężczyzn i odmówiono im najlepszej ówczesnej terapii. Katastrofy przemysłowe w Bhopalu (1984 r.) i Czarnobylu (1986 r.) tylko wzmocniły erozję publicznego zaufania do nauki.

Wraz z postępowaniem zmian społecznych ewoluowały instytucje nauki. W 1945 r. amerykański inżynier i intelektualista Vannevar Bush opublikował manifest, w którym potwierdził podział na badania podstawowe i wdrożeniowe, stosowany również w polskim systemie. Badania podstawowe stały się jednym z obszarów wydatków publicznych. Rozwój wielkich zespołów naukowych i mechanizmów naukometrii dał impuls do rozwoju analiz ekonomicznych i socjologicznych nauki na długo przed cyfryzacją i przemianami ekonomicznymi lat 80. i 90.

Co z tego wynika?

Nauka i instytucje naukowe od zawsze były uwikłane w spory ekonomiczne, polityczne i społeczne. Nie jesteśmy więc pierwszymi, którzy próbują zabrać głos w debacie o społecznych aspektach nauki. Mamy też świadomość, że zadania i nadzieje przypisywane nauce były silnie uzależnione od nastrojów i układów sił w danej epoce. Z jednej strony oznacza to, że każde pokolenie akademii musi na nowo określić role i odpowiedzialności. Z drugiej – że każde rozwiązanie jest jedynie tymczasowe. Nie ma sensu mówić o niezmienności uniwersytetu, tak samo jak nie ma sensu konstruować prostych analogii na podstawie biografii Marii Skłodowskiej-Curie, Alfreda Tarskiego czy Rudolfa Weigla. Nie ma już tamtej nauki, tak samo jak nie ma już tamtych społeczeństw i państw.

Nie da się wrócić do XX w., kiedy sam fakt odwołania do nauki wystarczał do uzasadnienia danego działania. Bezkrytyczna wiara w postęp nie wydaje się nam powszechna ani w środowisku naukowym, ani w społeczeństwie polskim. Co więcej, wszystkie instytucje, z którymi nauka niegdyś zawierała sojusze, same znajdują się w kryzysie. Społeczeństwo nie wierzy już w dobrą wolę i sprawczość państw czy rzetelność instytucji rynkowych. W polskich warunkach kryzys zaufania do wymiaru sprawiedliwości, opieki zdrowotnej czy polityki stanowi tło, na tle którego notowania nauki i szkolnictwa wyższego wydają się wciąż względnie wysokie.

Dla nas, naukowców, nauka wciąż może być pełna oświeceniowej nadziei. Dla ludzi spoza środowiska ten wizerunek może być zupełnie inny. Choć prawa fizyki i biologii działają niezależnie od przekonań, nie sposób tego powiedzieć o skuteczności aplikacji i instytucji. Aby szczepionki odegrały swoją rolę w skali społeczeństwa, musimy mieć nie tylko poprawny mechanizm biologiczny, ale również sprawne instytucje sanitarne, które na bieżąco pracują z instytucjami medycznymi. Jeśli instytucje same nie wierzą w metodę lub sens procedur, to owa niewiara może się utrwalać wśród obywateli.

Stąd widzimy potrzebę, aby uczelnie i instytuty badawcze współpracowały z lokalnymi instytucjami eksperckimi, takimi jak inspekcja sanitarno-epidemiologiczna, kuratoria, inspekcja bezpieczeństwa pracy, szpitale czy urzędy dozoru technicznego. My jako naukowcy mamy więcej czasu na kontakt z literaturą lub badaniami podstawowymi, ale nasi koledzy i koleżanki z tych instytucji codziennie rozwiązują problemy, o których często nie mamy nawet pojęcia.

Najpoważniej traktujemy procedury związane z etyką, eksperymentami na zwierzętach i badaniami eksperymentalnymi z udziałem ludzi. Też czasami mamy wrażenie, że są żmudne i niepotrzebne. Uważamy jednak, że kontrola etyczna nie tylko odsiewa badania niemoralne, ale również nierzetelne. Nauki medyczne posiadają mechanizm kontrolny: każde badanie, w którym uczestniczą pacjenci, jest opiniowane przez komisje bioetyczne, oceniające metodologię badania, ryzyko związane z uczestnictwem i warunki zapewniane pacjentom przez badaczy. Komisja Bioetyki przy Uniwersytecie Medycznym w Łodzi rocznie opiniuje ponad 600 wniosków o badania na ludziach, a jest jedną z kilkudziesięciu działających na terenie kraju. Uczelnie medyczne, izby lekarskie i szpitale prowadzące badania naukowe same dbają więc zarówno o poziom naukowy, jak i etyczną zasadność prowadzonych badań – nadzorują pracę swoich badaczy. Naszym zdaniem niektóre z tych procedur powinny być traktowane równie poważnie w przypadku nauk społecznych, szczególnie w związku z rozwojem nauk poznawczych, socjobiologii czy ekonomii behawioralnej.

Pojawia się natomiast pytanie, kto strzeże samych strażników. Z tą kwestią współczesna nauka dopiero się mierzy. Kiedy zatwierdzone przez odpowiednie organy opiniujące badania zostają opublikowane, wycofanie ich i usunięcie z przestrzeni publicznej staje się niezmiernie trudne. Reakcja świata naukowego i instytucji na nieuczciwe praktyki naukowe i medyczne częstokroć nie nadąża za szybkością rozprzestrzeniania się informacji w społeczeństwie. Standardowym przykładem jest praca Andrew Wakefielda, w której autor powiązał stosowanie szczepionki MMR (odra, świnka, różyczka) z rozwojem autyzmu u dzieci. Badania nigdy nie zostały zreplikowane, a sam artykuł wycofano z czasopisma „Lancet”. Świat naukowy zareagował adekwatnie i podważył opisane wnioski. Niestety, informacja już zdążyła się rozprzestrzenić, trafiła bowiem na żyzną glebę ruchów proepidemicznych. Liczne nowe ogniska odry w Rumunii i na Ukrainie są efektem propagowania fałszywej informacji opakowanej w akademicką wiarygodność. Szybsza reakcja środowiska lekarskiego i uczelni brytyjskich po publikacji tego artykułu mogłaby zdusić sprawę w zarodku i ukrócić powtarzanie przez wiele lat pseudonaukowych argumentów wykorzystywanych przez ruchy proepidemiczne.

Odpowiedzialność jednostek naukowych nie może ograniczać się więc jedynie do zatwierdzania badań przed ich rozpoczęciem, ale musi obejmować aktywny i rzetelny nadzór nad ich publikacją i informowanie społeczeństwa o kontekście publikacji potencjalnie „wrażliwych”.

Naszym zdaniem nie sposób redukować społecznej roli nauki do decyzji indywidualnych badaczy. Powyżej przedstawiliśmy przykłady instytucjonalnych powiązań nauki, zatem naszym pierwszym postulatem jest, aby same instytucje traktowały swoją rolę poważnie. Rozumiemy przez to dążenie do polityki opartej na wiedzy, rozliczalności i przejrzystości. Porządna nauka jest otwarta na falsyfikację, podobnie powinna też działać porządna instytucja naukowa. Jeśli doktorantka prowadząca grant Preludium za 100 tys. zł musi składać raporty roczne, to tego samego oczekujemy od rektorów, dyrektorów agencji badawczych i ministrów, którzy zarządzają tysiąckrotnie większymi kwotami. Nie apelujemy o większą liczbę aktów biurokratycznych, ale o publikację przejrzystych i przystępnych sprawozdań rocznych i kadencyjnych na poziomie uczelni, agend grantowych i ministerstw. Rozliczalność to jeden z obszarów, w którym widzimy nie tylko zobowiązania etyczne, ale również interesujące problemy badawcze. Im lepsze repozytoria instytucjonalne i statystyka publiczna, tym więcej możliwości badań z użyciem wielkich danych (Big Data).

Jak widać, zarówno nasi poprzednicy, jak i my sami czasami stawiamy nauce i naukowcom trudne lub sprzeczne wyzwania. Mimo to pozostajemy optymistami. Nauka jest nie tylko najpiękniejszą przygodą w naszym życiu, ale też najlepszym narzędziem, jakie stworzyła ludzkość.

Nie wszystkie problemy mogą zostać rozwiązane wyłącznie w ramach nauki, techniki i medycyny. Sądzimy jednak, że mało który problem da się rozwiązać bez nich.


Bartłomiej Tomasik

doktorant w Zakładzie Biostatystyki i Medycyny Translacyjnej, absolwent Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (2014) i słuchacz studiów podyplomowych z zakresu biostatystyki w naukach biomedycznych. Autor i współautor kilkunastu prac znajdujących się na liście JCR, mający na koncie kilkadziesiąt wystąpień konferencyjnych. Laureat Diamentowego Grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz grantu Preludium finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki. Obecnie zajmuje się zagadnieniami dotyczącymi odpowiedzi komórkowej na frakcjonowane napromienianie całego ciała (techniki TBI – total body irradiation, TMI – total marrow irradiation). Kontakt: bartektomasik@gmail.com.

 

 


Marcin Zaród

socjolog nauki, wykładowca w Akademii Leona Koźmińskiego. Bada rolę nauki w społeczeństwie i nowe formy tworzenia wiedzy. W pracy doktorskiej analizował obieg wiedzy w środowisku hakerów, obecnie zajmuje się społecznymi uwarunkowaniami automatyki i robotyki oraz niektórymi problemami nauki obywatelskiej. Absolwent Politechniki Gdańskiej. Obecnie na stażu doktorskim na Uniwersytecie w Göteborgu. Kontakt: mzarod@kozminski.edu.pl.

 

 

 

 

 

 

 

Czytaj także