Moje zadanie to słuchać, nie tylko słyszeć

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

O tworzeniu reportaży, tropieniu szczegółów i niezwykłych kobietach z Angeliką Kuźniak rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: W swojej twórczości – mam na myśli nie tylko książki, ale też najważniejsze wywiady i reportaże publikowane w prasie – nie zachowuje pani parytetu płci.

Angelika Kuźniak: Kiedy pytają mnie, dlaczego piszę o kobietach, nie umiem odpowiedzieć. Przecież to jasne, że nie chodzi o płeć. Moje bohaterki są bardzo osobne, niezależne, silne, ale też kruche, wrażliwe i – przynajmniej na pewnym etapie życia – odrzucone przez swoich. Bohaterów i tematy wybieram intuicyjnie. Dla mnie pisanie jest za każdym razem spotkaniem z drugim człowiekiem. Długim spotkaniem, bo z bohaterami swoich książek spędzam zazwyczaj kilka lat. Papusza urzekła mnie wrażliwością, Stryjeńska – „nieomylnym chlaśnięciem pędzlem” i tym, co w jej obrazach najważniejsze, czyli szaleństwem barw: „czerwienią wyzywającą”, „czerwienią zawstydzoną” i „wyczerpaną”, „błękitami świątobliwymi” i „diabelskimi”. Z kolei książka o Marlenie Dietrich nie powstałaby, gdyby nie mały notes z kilkoma polskimi nazwiskami. Znalazł się wśród 25 ton rzeczy, które po śmierci Dietrich trafiły do archiwum w Berlinie. Teraz pracuję nad opowieścią o Oldze Boznańskiej. Nazywa się ją „szarą malarką”, a tymczasem w oczach słynnej „dziewczynki z chryzantemami” można znaleźć kilkanaście pigmentów! „Szczegół to palce olbrzyma” – mówił Philip Roth. I ja się z tym zgadzam. Ze szczegółów układam światy moich bohaterów. Tym bardziej że nie nazwałabym swoich książek biografiami, które rozumiem jako coś szerszego, bardziej wnikliwego. Mnie najbardziej interesują emocje.

KB: To się chyba teraz modnie nazywa biografią reportażową czy też reportażem biograficznym.

AK: Albo reporterską opowieścią. Kiedy powstawała „Marlene”, reklamowano ją jako fabularyzowaną biografię Marleny Dietrich. A nią na pewno ta książka nie jest. Mówiłam, że to reporterska opowieść, i tak się przyjęło.

KB: Jest pani autorką nazwy gatunku literackiego?

AK: Wtedy, w 2009 r., rzadko używano tego terminu, ale nie sądzę, żebym była pierwsza. Poza tym nie ma przecież znaczenia, jak nazwiemy te książki. To fakt jest święty. Ważny jest dla mnie również język opowieści. Po zebraniu materiału czytam go wielokrotnie i zastanawiam się, jak poprowadzić narrację. Często pomagają mi sami bohaterowie. Zarówno Papusza, jak i Stryjeńska używały języka, który określał ich osobowość. Myślę, że pisanie „z zewnątrz” nie pozwoliłoby nam być blisko bohaterek. A na tej bliskości mi zależało. Papusza, już i tak obca, bo Cyganka, do tego poetka, a pod koniec życia chora psychicznie, stałaby się jeszcze bardziej niedostępna. U Stryjeńskiej trudno byłoby uchwycić furię, energię. W przypadku Papuszy miałam dodatkowo jej głos, kilkanaście godzin archiwalnych nagrań. Z nich montowałam monologi. Trochę jak w reportażu radiowym czy przy układaniu puzzli. Zaś Marlene była zdyscyplinowana, konkretna, pruska. Stąd narracja prowadzona równoważnikami zdań. Przy „Krótkiej historii o długiej miłości” było jeszcze inaczej. Pamiętam, jak z Eweliną Karpacz-Oboładze – współautorką książki – zastanawiałyśmy się nad stylem pisania. Lapidarność narracji była świadomym wyborem. Opisywanie miłości wymaga precyzji. Pisze się o niej bardzo trudno, łatwo popaść w egzaltację. My w narracji starałyśmy się towarzyszyć emocjom bohaterów, czasem surowo, czasem z większą czułością. Nie tak oczywistą, bo ledwie zasugerowaną, ale uważni czytelnicy z łatwością ją zauważą.


Zofia Stryjeńska (wówczas jeszcze Lubańska), 1915 r. (Fot. Archiwum Rodziny Stryjeńskich)

KB: Powiedziała pani, że zainteresowanie Marleną Dietrich zaczęło się od fascynacji pewnym pruskim uporządkowaniem. To może się wydawać mało porywające…

AK: Wychowałam się w Słubicach, miasteczku na granicy z Niemcami, studiowałam w Niemczech i bliskie są mi polsko-niemieckie tematy. Któregoś dnia – jak już wspomniałam – dowiedziałam się, że do Berlina trafiło kilka kontenerów rzeczy, które kiedyś były własnością Dietrich. Pojechałam tam. Archiwa są dwa. Do jednego wjeżdża się windą towarową. W wielkim magazynie stały kufry, walizy, kilkanaście manekinów o twarzy Marleny – to było fascynujące. W drugim znajdowały się mniejsze rzeczy. Zapytałam o notes z adresami. I był – z napisem „Europa” i pociętą, pewnie żyletką, okładką. Na jednej z ostatnich stron znalazłam kilka polskich nazwisk, wśród nich Zbigniewa Cybulskiego. Zadzwoniłam do Małgorzaty Szejnert, aby zapytać, czy zna wymienione osoby. Ona powiedziała, że to świetny temat na reportaż.

KB: Jak się zaczęła pani przygoda z reportażem?

AK: Piszę dzięki Małgorzacie Szejnert. Był rok 1999. Któregoś dnia dotarłam rowerem do wioski Lubin, niegdysiejszego Wildenhagen. Na ścianie kościoła zobaczyłam tablicę, a na niej napis: „Z wielką miłością i żalem wspominamy tych, którzy w bezsensowny sposób postradawszy życie, na zawsze tu pozostali”. Zaczęłam pytać. Okazało się, że to właśnie w Wildenhagen przed wkroczeniem Armii Czerwonej w lutym 1945 r. Niemki popełniły masowe samobójstwo. Ze strachu, bo dotarła do nich wieść, że rosyjscy żołnierze gwałcą i mordują. Tamtego dnia gospodyni Ida Valentin biegła przez wioskę z długim kuchennym nożem i krzyczała: „Iwany idą, kobiety, musimy się zabić!”. Weszły więc do jakiejś izby, stało w niej kilka kaflowych pieców. Najpierw próbowały się powiesić na haczykach, na których zazwyczaj suszy się bieliznę. Sznury się zrywały, haczyki były za słabe. Wtedy Ida Valentin zarządziła, że wszystkie pójdą na strych. Tam rozegrała się największa tragedia. Przeżyła ją jedna dziewczynka, wówczas dziewięcioletnia Adelheid, którą próbowała powiesić jej własna mama. Dziś Adelheid mieszka we Frankfurcie nad Odrą. Czytywałam wtedy „Magazyn Gazety Wyborczej”, więc napisałam e-mail do Małgorzaty Szejnert (wówczas szefowej działu reportażu), w którym przybliżyłam bez szczegółów historię kobiet z Wildenhagen. Odpowiedź przyszła szybko: „Proszę pisać, ale jeśli będzie pani potrzebowała pomocy – mamy świetnego reportera”. I tak w moim zawodowym życiu pojawił się Włodzimierz Nowak. Razem opisaliśmy tę historię.

KB: Kiedy spojrzę szerzej na pani twórczość i książki o Marlenie Dietrich, Zofii Stryjeńskiej i Papuszy, widzę tryptyk, pewien program.

AK: Jaki?

KB: Widzę jedną opowieść o różnych aspektach życia wyjątkowych kobiet, których wybory są ciekawe i istotne z punktu widzenia dzisiejszych pytań o stan ducha, o naszą kondycję moralną, status naszej tożsamości i poszukiwanie życiowej drogi – nie tylko pytań zadawanych przez kobiety, ale przez wszystkich ludzi.

AK: To ciekawe. Wspominałam już o odrzuceniu. O nim tak naprawdę po raz pierwszy usłyszałam od dziennikarza radiowego podczas rozmowy o którejś z książek. Papusza wypowiedziała wstrząsające zdanie: „Z taboru byłam, teraz znikąd jestem”. Nigdy nie została skalana przez Cyganów, ale spotkał ją ostracyzm. Marlenę znienawidzili Niemcy za to, że podczas wojny opowiedziała się przeciwko Hitlerowi i śpiewała dla aliantów. A warto pamiętać, że to przecież oni zrzucali bomby na Berlin, w którym mieszkała jej ukochana matka. Stryjeńska była szaloną postacią w środowisku artystycznym, ale równocześnie bardzo osobną w sensie wnętrza, przemyśleń i decyzji. Może dlatego są mi bliskie. Bo i ja jestem jakoś osobna, kameralna, choć świetnie osadzona w dzisiejszym, nazwijmy to, nowoczesnym świecie.

KB: Spośród wymienionych historia Papuszy jest chyba najbardziej tragiczna. Zaryzykuję tezę, że Papusza przegrała. Wykluczenie ze społeczności było zgruchotaniem najważniejszych filarów jej tożsamości kulturowej.

AK: Przegrała? Nie. Dokonała wyboru. Możemy się oczywiście zastanawiać, czy była świadoma ceny, jaką przyjdzie jej zapłacić. Według mnie – nie. Wiadomo za to, że kiedy wydała tomik wierszy, była z niego bardzo dumna. Tak jak była dumna z tego, że nazywano ją poetką. Lekarzowi pod koniec życia pokazywała swoją legitymację ze Związku Literatów Polskich. Wiem, że dla czytelników ważna jest też książka o Zofii Stryjeńskiej. Jej wybory nie są nam obce, przed podobnymi stoimy i dziś. Robić karierę? Być matką? Kierować się pasją czy presją społeczną? Dla Stryjeńskiej początkowo najważniejsze było, żeby dać mężowi syna. A kiedy spełniła swoją rolę, nie potrafiła być matką. Ciągnęło ją do malarstwa.

KB: Właśnie. W „Stryjeńskiej” tworzy pani niemal powieściową bohaterkę, z którą się utożsamiamy i w której się odbijamy.

AK: Pokazać człowieka z krwi i kości – to dla mnie najważniejsze. Zawsze bardziej będzie mnie interesowała praca Stryjeńskiej nad „Bożkami słowiańskimi” niż samo dzieło. Poza tym zawsze staram się bohatera zrozumieć, a nie oceniać.

KB: Jakoś pani testuje oczekiwania czytelników?

AK: Mam grupę przyjaciół, którym daję książkę do przeczytania jako pierwszym. Im ufam. I nie jest to nikt związany zawodowo z literaturą.

KB: Czyli robi pani badanie marketingowe.

AK: Bardziej emocjonalne. „Krótką historię o długiej miłości” wysłałam mojej najbliższej przyjaciółce. Powiedziała: „Wiesz, myślałam, że będę płakała. Nie płakałam, ale zaczęłam się zastanawiać nad swoim związkiem”. W książce publikujemy listy. Są bardzo emocjonalne, więc pewnie z tego powodu mocniej zapadają w pamięć. Wykorzystałyśmy może kilkanaście, natomiast w rodzinnym archiwum zachowało się kilkadziesiąt i wszystkie, bez wyjątku, są o miłości. A miłość – jak powiedzieli bohaterowie innego mojego reportażu – nie jest dana na zawsze.

KB: Czy w tym przypadku również przetworzyła pani jakieś osobiste doświadczenia?

AK: Dla mnie „Krótka historia o długiej miłości” była z różnych względów bardzo ważna. Pisałam ją trochę na leżąco, w chorobie, kiedy przestałam chodzić. Wtedy mogłam się przekonać, że na miłości i przyjaźnie pracujemy przez całe życie. Nigdy bym się nie spodziewała, że ludzie nagle zaczną sami się organizować i mi pomagać. Nawet nie wiedziałam, że tyle osób jest wokół mnie. Bardzo się dziwiłam, że nawet ci, którzy się nie znali, zaczęli się umawiać, jak mi pomóc. I ktoś mi wtedy powiedział: „przecież ty na to pracowałaś”. A ja po prostu zawsze znajduję czas dla kogoś, kto jest dla mnie ważny. Uważam, że kluczem do budowania relacji, do zrozumienia jest rozmowa. Bohaterowie „Krótkiej historii o długiej miłości” spotkali się w więzieniu na Rakowieckiej. Zaczęli rozmawiać ze sobą alfabetem Morse’a, przez ścianę. Potem dopiero pokochali.

KB: W opowieści o Stryjeńskiej poruszyła pani wątek egzystencjalny, kwestię problemów finansowych, ale też postawy wobec pieniędzy i zarabiania. Czytała pani znów przeszłość i bohaterkę przez pryzmat obecnych problemów społecznych? Albo problemów swojego środowiska?

AK: Nie robiłam tego celowo, ale trudno nie dostrzec podobieństw. Kto z nas nie czekał na przelew i nie wydzwaniał do księgowych? „Już wyszedł, sprawdzimy” – słyszałam to wielokrotnie. Sama długo łączyłam pisanie z inną pracą – sprzedawałam prasy hydrauliczne. Gdy pracowałam nad książką o Marlenie Dietrich, na życie zarabiałam w teatralnej pralni. Nigdy nie bałam się pracy fizycznej, nie uważałam też, że osoba pisząca ma fruwać pięć centymetrów nad ziemią. Teraz, dzięki temu, że moje książki są czytane, mam komfort finansowy.

KB: Częściowo udzieliła już pani odpowiedzi na moje kolejne pytanie, ale mimo wszystko chciałbym postawić kropkę nad „i”. Bohaterem książek reporterskich jest również sam reporter, zatem bohaterką książek o Stryjeńskiej, Papuszy czy Marlenie jest również pani. Jest to dla pani obszar spełniania ambicji czy skutek uboczny wykonywanego zawodu?

AK: „Papusza” jest mi książką najbliższą, pisanie jej było jak operacja na otwartym sercu. Trzeba było pogadać ze sobą, odkopać dawno zapomniane emocje, żeby choć trochę zbliżyć się do jej wrażliwości, poczuć podobnie. Wiem, że jeśli komuś ta książka się spodoba, to prawdopodobnie dogadamy się także prywatnie.

KB: Rozpoznaję u pani metodę rezygnacji ze statusu wszystkowiedzącej autorki, usunięcia się w cień, pozostawienia pytań bez odpowiedzi. Czy to jest metoda stała, czy wynika z koncepcji opowiadania danego tematu?

AK: Przecież nie o mnie w tych książkach chodzi. Sam reportaż jest gatunkiem bardzo subiektywnym. Zbieram materiał, selekcjonuję, filtruję przez własne emocje. W końcu to zawsze będzie moja Papusza, moja Stryjeńska, moja Marlena. Pewnie gdyby napisał o nich ktoś inny, książki też byłyby inne. Nie chcę nikomu sugerować, jak ma odbierać postacie. Mam zaufanie do czytelników.


Papusza, lata 40. XX w. (Fot. Muzeum Etnograficzne w Tarnowie)

KB: Przygotowując „Krótką historię o długiej miłości”, myślała pani o kontekście politycznym? W końcu rzecz jest o uczuciach, ale dzieje się w stalinowskim więzieniu, a to w Polsce gorący temat.

AK: Kiedy zaczynałyśmy pracę, w ogóle o tym nie myślałyśmy. Pierwszy raz natknęłam się na tę historię, czytając książkę Małgorzaty Szejnert „Śród żywych duchów”. Pojawiła się w niej krótka wzmianka o państwu Śmiechowskich. Kiedy kilka lat później usłyszałam w radiu reportaż Eweliny Karpacz-Oboładze „Literka po literce” o ich miłości, byłam już pewna, że to świetny pomysł na książkę. Od początku oczywiste było dla mnie, że napiszemy ją wspólnie. Ewelina już wtedy przyjaźniła się z państwem Śmiechowskimi, dużo z nimi rozmawiała. Ja poznałam jedynie panią Wiesławę. Oczywiście wiemy, że dziś wątki zawarte w książce można różnie interpretować. Lecz jest to opowieść o miłości. Ona jest tym mocniejsza, że zdarzyła się w czasach stalinizmu, rozgrywała w okrutnych dekoracjach. Wiedziałyśmy, że musimy pokazać tło historyczne, bo i ono bardzo bohaterów tej opowieści określa. Chciałyśmy pisać o miłości, ale wątek różnych podziałów jest obecny. Ewelina pracuje w Polskim Radiu, ja jestem kojarzona z „Gazetą Wyborczą” – w której zresztą nigdy nie pracowałam, ale tam dano mi możliwość publikowania reportaży. Bywa, że o tym, którą z nas zaproszą do studia, decydują sympatie polityczne redakcji. Historię, a szczególnie historię miłości, można opowiadać bez opowiadania się po jakiejś stronie i bez oceniania motywacji politycznych. Znajomi żartują: „Zobaczysz, że ta książka wyląduje na biurku ministra kultury i film będzie”.

KB: A gdyby padła konkretna propozycja finansowa, sprzedałaby pani prawa?

AK: Nie tylko ja o tym decyduję, ale na pewno bym się zastanowiła. Doświadczenia mam rozmaite. Ktoś kiedyś chciał zagwarantować sobie prawo do książki, nie płacąc nic. Ktoś inny, już po wstępnych rozmowach, zdecydował się „obejść” autorkę, co akurat przy książkach biograficznych nie jest trudne, bowiem nie posiadamy praw do postaci. Bardzo dobrze wspominam współpracę z Joanną Kos-Krauze i śp. Krzysztofem Krauze przy ich „Papuszy”. Śmieję się, że jestem jedyną biografką na świecie, która ze swoją bohaterką siedziała w więzieniu, pojawiam się bowiem na dwie sekundy w filmie – jestem z Papuszą w celi.

KB: Ktoś kiedyś powiedział, że jedyne, co człowiek może dać drugiemu człowiekowi, to jest czas i słowo. Pani przychodzi do ludzi i prosi o jedno i drugie. Jak udaje się sprawić, by spełniali te prośby?

AK: Chyba dobrym przykładem będzie moje spotkanie z Hertą Müller. Spotkałyśmy się wiosną 2009 r., kilka miesięcy przed tym, jak dostała Nagrodę Nobla. Wcześniej w mailu poprosiłam o dwa spotkania – zgodziła się tylko na jedno. Uprzedziłam ją, że przyjedzie też Anka Bedyńska, znakomita fotoreporterka, z którą często pracowałam. Herta Müller zastrzegła, że nie lubi zdjęć. Spotkałyśmy się w Berlinie w Domu Literatury. Pogoda była zmienna, więc najpierw Anka poprosiła o możliwość zrobienia zdjęć. Wróciły po pięciu minutach. Herta była roztrzęsiona i miała łzy w oczach, a Anka wyglądała niewiele lepiej. Wiedziałam, że przede mną trzy zadania: uspokoić Hertę Müller, uspokoić siebie i przeprowadzić rozmowę. Może ratuje mnie to, że nie jest dla mnie szczególnie istotne, czy mój rozmówca jest politykiem, czy pisarzem. Umawiam się na spotkanie ze zwykłym człowiekiem. Tamtego dnia pomogła mi sama Herta. Zaczęła się usprawiedliwiać, że za każdym razem, kiedy widzi błysk flesza, przypomina sobie aparat oficerów Securitate.

Ludzie, z którymi się spotykam, wiedzą oczywiście, że przyjeżdżam po coś. I zgadzają się z różnych powodów; często chcą ocalić pamięć o tym, co się zdarzyło, zrozumieć. Tak było z Mathiasem Schenkiem, podczas wojny niespełna osiemnastoletnim saperem, który pacyfikował Powstanie Warszawskie. Tak było z Adelheid Nagel, czyli Heidchen ze strychu w Wildenhagen. Słuchać, a nie tylko słyszeć – to moje zadanie. Rozmówcy nie dadzą się oszukać.


Angelika Kuźniak

reporterka, autorka bestsellerów: „Marlene”, „Papusza”, „Czarny Anioł”, „Stryjeńska. Diabli nadali”. Trzykrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press, laureatka Nagrody im. Barbary Łopieńskiej. W 2016 r. nominowana do Nagrody Literackiej Nike.


Krótka historia o długiej miłości

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze

Niezwykła historia dwojga ludzi, których uczucie zaskoczyło w najmniej oczekiwanym momencie i miejscu – w stalinowskim więzieniu. Tam poznali się i pobrali Wiesława i Jerzy Śmiechowscy. Na początku rozmawiali przy użyciu alfabetu Morse’a. Kawałkiem metalu lub zgiętym palcem stukali w dzielącą ich ścianę. Pewnej nocy ona opowiedziała mu całą historię Tristana i Izoldy. Gdy przeniesiono ich do innych więzień, pisali do siebie listy. W jednym tak Ju pisał do Małej: „Cóż za radość szalona – otrzymałem dwa listy od Ciebie. Dwa nowe strumienie otuchy…”. Pierwszy raz – bez krat, siatek i zasuw – zobaczyli się na swoim ślubie. Mała i Ju to pseudonimy konspiracyjne Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego – dwojga żołnierzy Polski Podziemnej walczących z niemieckim okupantem. Za działalność niepodległościową po II wojnie światowej zostali skazani na lata stalinowskiego więzienia. Właśnie tam się w sobie zakochali.

 

 

 

 

 

 

 

Czytaj także