Nie ruszam z posad bryły świata

Fot. Jan Bogacz/TVP
Fot. Jan Bogacz/TVP

O krytyce politycznej, hipokryzji środowisk twórczych i nieroztropnych celebrytach z Iloną Łepkowską rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Jak pani odebrała hejt na serial „Korona królów”? Chodzi mi szczególnie o fakt, że wiele negatywnych opinii pochodziło od ludzi, którzy nie oglądali serialu ani nawet nie mieli ochoty go zobaczyć.

Ilona Łepkowska: Bardzo duża część hejtu nie dotyczyła samego serialu, lecz Telewizji Publicznej, jej związku z obecnie rządzącą koalicją oraz jej deklaracji dotyczących polityki historycznej. Wielu ludzi uznało, jeszcze przed emisją pierwszego odcinka, że wie, czemu służy ten serial, i że go nie znosi. Jak zawsze, kiedy pojawiają się ostre oceny, dochodzi równocześnie do przekłamań. W serialu nie ma bowiem polityki historycznej lansowanej przez jakąkolwiek partię. Kiedy królowa Jadwiga mówi do Kazimierza Wielkiego: „Licz tylko na Węgrów”, to – wbrew opinii wielu internautów – nie jest to ukartowane przez Jarosława Kaczyńskiego. Prawda jest taka, że Węgry były wtedy wielkim i silnym krajem, Karol Robert był szanowanym władcą, Elżbieta, siostra Kazimierza, miała silną osobowość, a ich małżeństwo służyło zawarciu sojuszu między naszymi krajami. Spojrzenie na tamtą historię przez pryzmat stosunków Kaczyńskiego z Orbanem można więc traktować tylko w kategoriach humorystycznych. Jeżeli czyjeś negatywne założenia wynikające z polityki są tak silne – nie musi „Korony królów” oglądać.

KB: Krytyka – mniejsza o to, czy zasadna – krępuje twórcę?

IŁ: Spodziewałam się szerokiego zainteresowania serialem, jednak zaskoczyła mnie jego skala. Negatywne opinie i dyskusje wokoło produkcji to nie tylko darmowa reklama – mają również inne pozytywne skutki. To trochę jak w przypadku niedawnej akcji ratunkowej na Nanga Parbat. Okazało się, że wszyscy Polacy są himalaistami, i można było przeczytać wiele drastycznych wypowiedzi. Ale również bardzo dużo się dowiedzieliśmy o chorobie wysokościowej, o warunkach pogodowych na 8 tys. metrów, o wytrzymałości ludzkiego organizmu. Dowiedzieliśmy się, że w Himalajach nie chodzi się jak po Giewoncie i że nie jest tam tylko trochę zimniej niż u nas. Na podobnej zasadzie dzięki naszemu serialowi wzrasta wiedza na temat średniowiecza. Widać to choćby po wynikach popularności wyszukiwania haseł „Kazimierz Wielki” czy „Aldona Giedyminówna” w Google. Wiedza zostaje, nawet jeżeli ktoś czyta hasła z Wikipedii tylko po to, aby wytknąć błąd twórcom „Korony królów”.

KB: W toku nabywania doświadczenia skóra robi się twardsza czy mięknie?

IŁ: Pisząc scenariusz, nie można myśleć o tym, co będzie. Robiąc rzeczy popularne dla szerokiej widowni, pracując dla stacji, która ma negatywną opinię wśród sporej części społeczeństwa, muszę zdawać sobie sprawę z potencjalnych reakcji. Jeżeli człowiek nie jest gotowy na przyjęcie takich ciosów – ich zignorowanie albo odparcie – to nie powinien się w to w ogóle bawić. Nie lubię udawać. Mogłabym powiedzieć Jackowi Kurskiemu, że zrobię swoją pracę, ale pod pseudonimem. Chyba by się zgodził. Gdybyśmy pracowali w dość wąskim gronie, mój udział mógłby nawet nie wypłynąć. Autorka, która pisała pierwsze odcinki, występuje pod pseudonimem – nie z powodu wstydu, ale dlatego, że miała równolegle inne zobowiązania. I nic się nie stało. Bywa na spotkaniach towarzyskich, w trakcie których odbywają się rozmowy na temat „Korony królów”, i nikt nie wie, że jest jedną z autorek. Ja generalnie nie lubię się kryć po krzakach, używać pseudonimów. Podpisuje się pod tym, co robię. Dodatkowo jako kierownik projektu biorę na siebie wszystkie winy. Jeżeli pojawia się uzasadniona krytyka, zawsze staram się bronić zespołu lub przyznaję, że zawaliliśmy. Przy okazji muszę powiedzieć, że trudno znaleźć scenarzystę do takiego projektu jak „Korona królów”, bo to nie jest typowa telenowela, w której się pije herbatę i dyskutuje, czy Mania zdradza Franka i odwrotnie. Zatem potrafię przyznać, że jest zbyt dużo wyrażeń współczesnych, kostiumy powinny być bardziej spatynowane, a peruki mogłyby być lepiej dobrane. Ale cała furia i uderzenie nie wynika z realnych i zmyślonych błędów, tylko z faktu, że miałam odwagę się przyznać do pracy dla Kurskiego. Byłoby lepiej widziane, gdybym działała po cichu, niezauważenie.


Marta Bryła i Mateusz Król, „Korona królów” (Fot. Marcin Makowski)

KB: Wtedy również reakcja pani środowiska byłaby słabsza?

IŁ: Myślę, że tak. Ale nie będę się wstydzić i uważać za kolaborantkę. Od ponad 20 lat pracuję dla telewizji publicznej i nadal będę to robić.

KB: Trzeba dodać, że jego część – nawet osoby, które krytycznie wypowiadają się o obecnej telewizji publicznej czy rządzie – ujęła się za panią.

IŁ: Tak. I było to dla mnie bardzo budujące.

KB: Niejednokrotnie twórczość historyczna ciągnie za sobą ogon krytyki wynikający z zaangażowania w przedmiot miłośników dawnych dziejów. Wyobrażam sobie, że takie wynajdywanie nieścisłości i błędów autorowi może przynieść nawet pewną satysfakcję, pod warunkiem że nie jest podszyte nienawiścią.

IŁ: Są zachodnie strony internetowe czy grupy na Facebooku, które skupiają się na wychwytywaniu błędów w filmach historycznych. Dotyczy to rozmaitych dzieł, np. nominowanej ostatnio do Oscara „Dunkierki”. Nam zarzucono między innymi, że nie dochowaliśmy wierności językowej, bo Aldona całe życie mówiła po litewsku, a w „Koronie królów” posługuje się językiem polskim. Wzorem zgodności z historią miała być dla nas „Królowa Bona”. Tylko że serialowa Bona wypowiada jedynie pojedyncze włoskie zwroty, chociaż w rzeczywistości nie używała polskiego! Wracając do pana wcześniejszego pytania: hejt czasem pęta twórców. W jednym z pierwszych odcinków jest scena polowania. Wprowadziliśmy ją do filmu bezproblemowo. Niedawno, gdy pracowaliśmy nad kolejną sceną polowania, redaktorzy telewizyjni kilka dni zastanawiali się, czy aby nie musimy pokazać łowczego, tego, co robił, czy szedł za nagonką, czy przed nagonką. Tak się jednak pracować w telenoweli nie da. Jeżeli zaczniemy zastanawiać się, ile ukłonów musiała wykonać dwórka, gdy podchodziła do królowej, to będziemy filmowali wyłącznie zgodny z faktami ceremoniał, na akcję nie starczy czasu. Nam ta scena polowania jest potrzebna, aby pokazać próbę zamachu na Kazimierza. Nie robimy filmu edukacyjnego o urzędach w Polsce w XIV w. oraz obowiązkach i powinnościach łowczego. Nie daję się czymś takim skrępować. Staram się uważać na rzeczy istotne. Na przykład w jednym z odcinków nie zostały właściwie spatynowane kostiumy królewien, które spędziły całą noc w lesie. Rozumiem takie zarzuty i staram się wpływać na poprawę jakości produkcji, nie tylko w obszarze, za który jestem odpowiedzialna, czyli w scenariuszu.

KB: Socjologowie nie ustają w próbach odkrycia, co takiego zadziało się w społeczeństwie, że z łatwością przychodzi mu nienawidzić przy komputerach i smartfonach. Ja chciałbym to pytanie zadać pani, osobie, która powinna społeczeństwo znać, skoro opowiada mu od kilkunastu lat, i której społeczeństwo słucha.

IŁ: Hejt nie jest zjawiskiem polskim. Jest obecny choćby w USA. Choć, niestety, u nas osoba, która odniosła sukces, z definicji jest podejrzana, zaś tam – zazwyczaj godna szacunku i podziwu. W Polsce nie ma dobrej zazdrości, która wyzwala ambicję i motywację. U nas czyjś sukces wywołuje zawiść. To jedno ze źródeł nienawiści do celebrytów, ale nie jedyne. Celebryci trochę sobie na niechęć do siebie zapracowują. Niestety, gwiazdy w dużej mierze są oderwane od rzeczywistości. Wielu moich znajomych z branży zdumiewa, że przyznaję się do latania tanimi liniami. Nie ma w tym kokieterii. Po prostu uważam, że to racjonalny wybór, gdy trzeba się przemieścić z Warszawy do Londynu. Dość dawno temu mówiłam w wywiadzie, że kupowanie sukienki za 6 tys. zł jest czymś głupim i niemoralnym. Mój pogląd się nie zmienił. Zazdrość jest uczuciem brzydkim, ale naturalnym. Oczywiście zdarzają się też w Internecie wypowiedzi, w których poziom nienawiści jest dla mnie zupełnie niezrozumiały i przerażający. Mogę kogoś nie lubić, ale nigdy w życiu tej osobie, jej dzieciom czy mężowi nie życzyłabym czegoś złego.

KB: Jak pani odebrała zmianę sprzed paru lat, kiedy to wzrosła ranga serialu w popkulturze?

IŁ: Pozytywnie. I nie chodzi tylko o pracę – lubię też oglądać seriale. Cieszy mnie, jako widza, duża konkurencja na rynku. Fantastyczne są współczesne seriale wysokobudżetowe, ale też platformy cyfrowe, które pozwalają za nieduże pieniądze obejrzeć świetne rzeczy. Seriale zostały dowartościowane pieniędzmi, ale także zainteresowaniem opinii publicznej. Kiedyś wielu oglądało seriale, ale oficjalnie nikt się do tego nie przyznawał. Teraz w dobrym tonie jest pochwalić się na Twitterze, że spędziło się cały weekend, oglądając nowy sezon „Gry o tron” czy „Dark”. Sama mam takie doświadczenia. Nie potrafiłam przestać oglądać pierwszego sezonu „House of Cards”! Kiedy idę do kina, po dwóch godzinach seansu czuję się nieswojo i pytam: gdzie jest dalszy ciąg? Jesteśmy nienasyceni w swoim hedonizmie, zamiłowaniu do fantastycznie opowiedzianych historii. Chyba dlatego też dobry sezon serialu z kilkunastoma odcinkami wygrywa często z pełnometrażowym filmem. Chciałam przy okazji zwrócić uwagę na specyficzną pozycję rodzimej telenoweli w naszych polskich warunkach. Wygraliśmy konkurencję z Zachodem w tej dziedzinie popkultury. W muzyce oddaliśmy pole, rodzimy film po latach odbudował swoją popularność. Natomiast polskie seriale w Polsce zawsze były na topie.

KB: Współczesny biznes rozmiłowany jest w badaniach, sięga nawet do monitorowania pracy mózgu, aby przewidywać, czy produkt spotka się z zainteresowaniem odbiorcy. Czy podczas pracy nad serialem również stosuje się podobne metody?

IŁ: Myślę, że wkrótce tak będzie. Na razie zaczęliśmy robić badania fokusowe, ale oczywiście jesteśmy jeszcze daleko za innymi krajami. Nie zdziwię się, jeżeli przeczytam, że producenci amerykańskich seriali przy pomocy encefalografu sprawdzają, w której sekundzie emocje widza sięgają zenitu.

KB: Pani patent na kreowanie bohaterów i historii jest skuteczny w 100 proc.? Wie pani, kiedy telewidzowie zareagują uwielbieniem, kiedy złością, a kiedy zaczną się bać?

IŁ: Kiedyś może tak było. Teraz widownia jest bardziej zróżnicowana, bardziej oswojona z różnorodnością opcji, czyli trudniej ją zaskoczyć. Trudniej też wywołać przywiązanie do postaci, do serialu. Oferta jest tak wielka, że zainteresowanie i uczucia się rozpraszają. Straciłam już trochę kontakt z widownią, zapewne także z powodu wieku. Duża część widzów to ludzie młodzi, których sposób myślenia mogę próbować przewidywać, ale na pewno z nimi nie współodczuwam, bowiem jesteśmy na innym etapie życia. Kiedyś wiedziałam, co Polacy chcą oglądać, potrafiłam przewidzieć ich tęsknoty, przykładowo za udanym życiem rodzinnym. Obecnie nic już nie jest takie proste. Myślę, że są robione badania – choć nie u nas – odpowiadające na pytanie, czego ludzie potrzebują. Może tego, aby się mocno przestraszyć i rozładować swoje prawdziwe lęki? Jest mnóstwo seriali z dziedziny parapsychologii, zjawisk paranormalnych. Musi być jakaś przyczyna.

KB: Na fali globalnego sukcesu serialu „Zagubieni” do opinii publicznej dotarła informacja, że seriali nie tworzy już dziś mityczny pojedynczy scenarzysta, a całe zespoły scenariuszowe. Czy podobnie pracuje się w Polsce?

IŁ: Oczywiście. W tej chwili nie ma chyba serialu, który jest pisany przez jedną osobę. Autor pomysłu może być jeden, ale w toku pracy dołączają kolejne osoby. Wiele głów daje szansę, by coś, co trwa przed dłuższy czas, było dłużej świeże.

KB: Telewizja kształtuje gust odbiorcy czy odpowiada na potrzeby wynikające z tego gustu?

IŁ: W Polsce nadal chyba w większym stopniu staramy się odpowiadać na potrzeby. W stosunku do świata jesteśmy trochę do tyłu. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że dzięki sile serialu możemy te potrzeby kształtować.

KB: Ale taki jest kierunek ewolucji?

IŁ: Wydaje mi się, że za chwilę tak będzie. Naprawdę poprzez serial można mnóstwo rzeczy wywołać. Mody, lęki, rozmaite zachowania. Telewizja może kształtować pewne postawy i serial może być w tym pomocny. U nas w okresie największej popularności polskie seriale kształtowały modę na wnętrza, ubrania, styl. W efekcie w każdym sklepie jubilerskim pytano, czy jest taki wisiorek, jaki pani Lubiczowa nosiła w „Klanie”. Przypadkowa decyzja kostiumografa wywołała jakąś modę. Oczywiście w następstwie takiego mechanizmu pojawiło się tzw. lokowanie produktu, a nawet zachowań. Klasycznym przykładem wpływu na audytorium jest „Wojna światów” H. G. Wellsa – po emisji sugestywnego słuchowiska radiowego pełnego apokaliptycznych opisów doszło do rozruchów społecznych, ponieważ ludzie uważali, że to dzieje się naprawdę. Robiąc kulturę dobrze, można mieć moc sprawczą.

KB: Telewizja czasami brnie w ślepy zaułek. Mam na myśli formaty, które wykorzystują psychomanipulację, aby skłaniać uczestników show do jedzenia robaków, zawierania małżeństw z osobami, których nie kochają, itp. Czy odczuwa pani rodzaj solidarności zawodowej z autorami tego typu przedsięwzięć?

IŁ: Przeciwnie. Może nie potępiam tego typu pomysłów, ale uważam je za głupie. Widziałam kiedyś fragment amerykańskiego programu, w którym uczestników skłaniano do podejmowania ekstremalnie ciężkich wyzwań, np. zakopywano ich w grobie. To niczemu nie służy, może jedynie osobie, która wygra sporą sumę, kiedy już jej się uda zjeść szerszenia, spędzić dwie doby w błocie itp. To głupie. Niestety, głupiej rozrywki w telewizji jest coraz więcej. Niebawem TVN zaprezentuje program „Hipnoza” oraz audycję, w której Perfekcyjna Pani Domu będzie wraz z mężem odwiedzać najodleglejsze zakątki świata i podejmować niezwykłe wyzwania. W Las Vegas będą uprawiać wrestling, czyli kopać po głowie, a w Tajlandii śpiewać po tajsku z miejscowym zespołem. Zarobili na tym na pewno masę pieniędzy, przejechali się po świecie, mieli zapewnione bezpieczeństwo. Ludzie będą się śmiali albo będą ich podziwiać, ale głębszego sensu w tym nie ma za grosz. W taką stronę idzie dziś TVN, co mnie trochę bawi, bo w założeniach miała to być telewizja dla inteligencji.

KB: Dużo się obecnie mówi o misyjności telewizji.

IŁ: Misyjność polega na pokazywaniu w telewizji rzeczy ważnych, których przeciętny Polak inaczej by nie zobaczył, a jej cechą jest oderwanie od kryteriów ekonomicznych – zysk nie jest najważniejszą wartością. Rolę misyjną pełnił i nadal pełni Teatr Telewizji, ale także dobry dokument. Dla mnie w jakimś stopniu misyjna jest również „Korona królów”, bo jednak wiedza historyczna w społeczeństwie jest mizerna. Znamy się trochę na Powstaniu Warszawskim i Żołnierzach Wyklętych, ale na dawniejszej historii – niekoniecznie. Teatr Telewizji miewa często oglądalność na poziomie 300 tys. Tęsknię za czasami, gdy sięgała miliona, ale obecne produkcje również szanuję. Kiedyś Teatr Telewizji poszukiwał swojego unikalnego języka. Dziś jego niektóre przedstawienia mogą się wydawać manieryczne, nudne. Ale mimo wszystko uważam, że są ważne.

KB: Proszę uchylić rąbka tajemnicy odnośnie swojego warsztatu. Pisze pani rano czy wieczorem? W domu czy w kawiarni?

IŁ: Piszę, kiedy trzeba. Generalnie w domu, ale mogę pracować wszędzie. Zaraz jadę do fryzjera i jak mi nałożą farbę na głowę, na pewno coś napiszę, może poprawię jakiś odcinek. Mogę pracować w pociągu, w samolocie, w hotelu. Pracuję, kiedy jest to potrzebne. Być może dlatego, że nie piszę traktatów filozoficznych i nie ruszam z posad bryły świata.

KB: Nie czuje pani bólu twórczego? Nie miewa kryzysów?

IŁ: Oczywiście, że mam. W moim przypadku głównym problemem jest znużenie, które przeszkadza w efektywnej pracy. Drugim problemem jest czysto fizyczne zmęczenie, które pewnie wynika z faktu, że nie jestem już osobą młodą. Innych problemów raczej nie mam. Może źle to brzmi, ale trochę tak jest, że w tych granicach, w których realizuję swoją pracę, nie narzekam na brak pomysłów. W tej chwili jestem jedynie rozdarta między wolą pracy i pragnieniem spokoju. A tymczasem projekty się rozrastają i wszystko zaczyna pędzić. Wolałabym, żeby było już inaczej. Nieoczekiwanie wpadła mi „Korona królów”. Myślę, że w następnym sezonie moje zaangażowanie w tę produkcję będzie mniejsze. Praca nad telenowelą właściwie nigdy się nie kończy: albo trzeba sprawdzić strukturę odcinka, albo go przeczytać, albo zobaczyć gotowy odcinek, albo obejrzeć casting i wybrać aktora. Kiedy się robi serial, który ma kilka odcinków, to jest spory wysiłek, ale w pewnym momencie projekt się kończy. Przy telenoweli pracuje się na okrągło. Obecnie pracuję jako szef literacki nad serialem trzynastoodcinkowym, który zostanie wyemitowany w przyszłym roku. Miałam tyle zapisanych wersji dokumentu z komentarzami, że już mi się Word zaczął wieszać. Plik był tak ciężki, że nie byłam w stanie na nim pracować.

KB: Proszę opowiedzieć o nowym projekcie. Jaki to będzie gatunek?

IŁ: Przygotowujemy serial historyczny, realizowany na podstawie bestselerowej książki. Na razie planujemy pierwszy sezon, 13 odcinków. Akcja zaczyna się w czasie pierwszej wojny światowej, sezon zamyka wybuch kolejnej wojny. Serial będzie emitowany wieczorem, a każdy odcinek będzie trwał ok. 50 minut.


Ilona Łepkowska

(ur. 1954 r.) scenarzystka i pisarka. Stworzyła najpopularniejsze polskie filmy i seriale, m.in. „Och, Karol 2” (2011), „Nie kłam, kochanie” (2007), „Komedię małżeńską (1993), „Galimatias, czyli kogel-mogel II” (1989), „Jemiołę” (1988), „Kogel-mogel” (1988), „Kocham kino” (1987), „Och, Karol” (1985), „Wakacje z Madonną” (1983), „Koronę królów” (2018), „Barwy szczęścia” (2007), „M jak miłość” (2000–2007), „Na dobre i na złe” (1999–2001), „Klan” (1997–1999).

 

Czytaj także

  • Fot. Kamil Broszko

    Współdziałanie mimo różnic, czyli cud pojednania

    O nastrojach roku 1918, wielkim dziele państwotwórczym Polaków i o tym, że nie można przypisywać sobie win ani zasług czasów minionych, z prof. Tomaszem Nałęczem rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko

    Sztuka scalała Polskę

    O młodej sztuce w odradzającym się państwie, polskim sukcesie w Paryżu i o genezie rodzimego designu z prof. Joanną M. Sosnowską rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko

    W zdrowym ciele zdrowe jelita

    O tajemniczym mikrobiomie, dietach i chorobach przewodu pokarmowego z prof. Grażyną Rydzewską rozmawiają Kamil Broszko i Marzena Tataj.

    WIĘCEJ
  • Portret prof. Ewy Łętowskiej wykonany przez artystę malarza Andrzeja Okińczyca (Reprodukcja: Jacek Gulczyński)

    W polskim kotle różni szatani mieszają

    O złych ustawach, aberracji trójpodziału władzy i o tym, dlaczego zgasł zapał protestujących w obronie konstytucji, z prof. Ewą Łętowską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ