Literackie salony, nagrody, panteony – niech należą do innych. Mnie wystarczy bycie autorem kryminałów

  • Marek Krajewski. Fot. KAKA.media
    Marek Krajewski. Fot. KAKA.media

*W szkole moimi ulubionymi przedmiotami były… łacina i matematyka. Nie zapowiadałem się więc na typowego humanistę.

*W 1991 r. pojawił się pomysł, który wszystko zmienił.

*Moje zainteresowanie literaturą kryminalną i sensacyjną zaczęło się od Chandlera. A obok niego byli jeszcze Frederick Forsyth i Alistair MacLean.

*Psychologia, relacje między ludźmi, kwestie tożsamościowe są zakorzenione w źródłach historycznych i socjologicznych, ale równie mocno wyrastają z moich obserwacji i wyobrażeń.

*Gdy słyszę, że ktoś „aktualizuje” Szekspira, usuwa z niego oryginalne passusy, bo uznał, że są niepoprawne politycznie, to reaguję sprzeciwem. To jest gwałt na autentyczności.

*Młody człowiek, 20-letni, nie jest w stanie napisać wielkiej, epickiej powieści. Może pisać poezję, opowiadania, owszem, ale żeby stworzyć prawdziwie wiarygodne postaci, trzeba coś przeżyć. Trzeba być przez życie trochę „przeczołganym”.

*Jest w moim pisaniu pewien element życzeniowy – bardzo bym chciał, żebyśmy z Ukraińcami byli sobie bliscy, żebyśmy potrafili mówić jednym głosem o wspólnej historii.

*Czy autor piszący o złu nie powinien odczuwać dyskomfortu na myśl o potencjalnej inspiracji? Ja się tego nie boję.

Z Markiem Krajewskim rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Pamiętam doskonale z przeszłości doniesienia prasowe o tym, że rezygnuje pan z kariery akademickiej na rzecz pisania powieści. Takie decyzje nie były w owych czasach popularne. A jak w ogóle narodził się pomysł, by pisać, i to właśnie kryminały? Z wykształcenia i zawodu był pan przecież filologiem klasycznym.

Marek Krajewski: Wszystko zaczęło się bardzo wcześnie, właściwie w dzieciństwie. Kryminały czytam, odkąd pamiętam. Gdy byłem nastolatkiem, zaczytywałem się Chandlerem – Raymond Chandler był i pozostaje moim mistrzem. Do dziś mam poczucie, że jestem jedynie bladym cieniem tego wybitnego twórcy, na którym zresztą nieraz próbowałem się wzorować.

Chciałem stworzyć podobnego bohatera do jego Philipa Marlowe’a – postaci znakomitej, fascynującej, pełnej sprzeczności. Marlowe to ktoś, kto z jednej strony bezkompromisowo walczy ze złem, z drugiej – wie, że ta walka nigdy nie przyniesie trwałych efektów. To rozdarcie neutralizuje ironią, która jest jego zbroją i sposobem przetrwania.

Próbowałem tej ironii Chandlerowskiej się nauczyć, naśladować ją, choć – przyznaję – nigdy nie udało mi się osiągnąć finezji oryginału. Tak czy inaczej, to od Chandlera zaczęło się moje zainteresowanie literaturą kryminalną i sensacyjną. A obok niego byli jeszcze Frederick Forsyth i Alistair MacLean – autorzy powieści sensacyjnych, szpiegowskich, którzy mnie ukształtowali. Od nich uczyłem się nie tylko budowania fabuły, ale też rytmu opowieści, napięcia, konstrukcji. Można więc powiedzieć, że mojego rzemiosła literackiego uczyłem się, czytając od dziecka.

---

---

KB: Sama fascynacja Chandlerem nie wystarcza, żeby nauczyć się pisać. Zastanawiam się więc, jak to się stało, że z czytelnika stał się pan twórcą i powstała pana własna jakość?

MK: To rzeczywiście było dla mnie samego zaskoczenie. Nie zapowiadałem się na pisarza. W liceum dostawałem z polskiego raczej przeciętne oceny. Na marginesach moich wypracowań nauczyciel dopisywał: „Krajewski, staraj się opanować myśli i pióro”.

Nie próbowałem wtedy swoich sił w literaturze – nie pisałem wierszy, nie tworzyłem opowiadań. Choć bywały chwile, gdy marzyłem o czymś takim. Planowałem krótkie historie o moich kolegach, koleżankach, nauczycielach. Chodziłem do niezwykłej szkoły – IX Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu – wspaniałej, liberalnej, pełnej życia. Panowała tam wyjątkowa atmosfera, chciałem ją kiedyś opisać, ale to były tylko mgławicowe pomysły.

Co więcej, moimi ulubionymi przedmiotami były… matematyka i łacina. Nie polski, nie historia. Nie zapowiadałem się więc na typowego humanistę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy w 1991 r. – pracowałem wtedy w Ossolineum, w dziale starych druków, jako młodszy bibliotekarz – pojawił się pomysł, który wszystko zmienił. To był upalny lipcowy poranek. Skończyłem już dzienną normę katalogowania książek i wyszedłem na dziedziniec, aby usiąść pod ogromnym kasztanowcem. Paliłem papierosa i myślałem o różnych rzeczach, gdy nagle przyszło olśnienie: może by napisać powieść? Rzecz, która połączyłaby dwie moje fascynacje, czyli stary Wrocław i horror. Uwielbiałem też literaturę grozy. I choć „Śmierć w Breslau” nie jest w gruncie rzeczy horrorem – ma tylko jeden element nadprzyrodzony – to te dwa motywy właśnie, czyli historia miasta i mrok ludzkiej duszy, stały się jej osią.

Wtedy, pod tym kasztanowcem, który niestety został wycięty kilka lat temu – przyjąłem to z wielkim bólem – w ciągu kilku godzin wymyśliłem całą fabułę. Nie spisałem jej od razu, ale nosiłem w głowie, układałem. Nie miałem czasu. Byłem młodym ojcem, miałem dwoje dzieci, trzeba było zarabiać na życie. O literackich planach nie było mowy.

Minęło sześć lat. W 1997 r. pojechałem na wakacje, zostawiłem we Wrocławiu materiały do doktoratu. I nagle, z braku zajęcia, wyjąłem zeszyt, długopis i zacząłem pisać. W dwa tygodnie powstała jedna trzecia „Śmierci w Breslau”. Po powrocie do domu dokończyłem książkę. Tak się to zaczęło.

Przez kolejne lata prowadziłem podwójne życie – nauczyciela akademickiego i pisarza. Aż wreszcie, w 2006 r., przyszedł moment decyzji. Trudnej, dramatycznej, ale koniecznej. Zrezygnowałem z pracy na uczelni i poświęciłem się wyłącznie literaturze. Ku uldze, przyznam, wielu moich studentów, bowiem byłem surowym wykładowcą.

---

---

KB: Czyli, jeśli dobrze rozumiem, nie parł pan do kariery pisarskiej. Zdecydował przebłysk chwili, który otworzył dla pana świat literatury.

MK: Były to właściwie przebłyski. Pierwszy pojawił się jeszcze w liceum, kiedy, jak wspomniałem, marzyłem o napisaniu opowiadań o moich kolegach i nauczycielach. Ale były to tylko szkice w wyobraźni, bez literackiej konsekwencji. Drugi, już poważniejszy, przyszedł w czasie studiów. Wtedy zaczęła się moja fascynacja przedwojennym, niemieckim Wrocławiem. Czytałem o nim wszystko, co w tamtych czasach było dostępne, i myślę, że już wtedy zaczęła we mnie kiełkować myśl, by kiedyś napisać książkę o tamtym mieście, o jego duchu, o jego cieniu. To oczywiście było mrzonką, bo w połowie lat 80., w epoce cenzury, nikt by mi nie wydał powieści o niemieckim Breslau. Ale sam pomysł pozostał. To był drugi przebłysk.

Trzeci, najważniejszy, to tamten lipcowy poranek w Ossolineum, w 1991 r. Nie miałem nigdy szczególnego pociągu do literatury pięknej, nie uważałem się za humanistę z krwi i kości. Zawsze bardziej pociągały mnie nauki ścisłe: matematyka, logika, porządek. I właśnie im poświęciłem swoje badania naukowe, które koncentrowały się na gramatyce.

Ktoś mógłby dziś powiedzieć, że ta moja „ścisłość umysłu” znalazła odbicie w strukturze kryminału: w jego precyzji, logice, konstrukcji. Być może tak. Ale nie mnie to osądzać. Ja sam wolę o tym nie orzekać, zostawiam to czytelnikom.

KB: A czy przeżywał pan coś w rodzaju wewnętrznego rozdarcia między klasycznym etosem filologa, dążącego do doskonałości formy, a wkraczaniem w Chandlerowski świat miękkich okładek?

MK: Tak, to było bardzo wyraźne rozdarcie. Gdyby żył mój mistrz, prof. Herbert Myśliwiec, wybitny filolog klasyczny, u którego pisałem doktorat, myślę, że nie odważyłbym się na pisanie kryminałów. Profesor był dla mnie kimś więcej niż nauczycielem. Był uosobieniem etosu pracy naukowej: skupionej, analitycznej, mozolnej, opartej na drobnych krokach ku prawdzie o języku łacińskim.

Zmarł w 1998 r., niestety przedwcześnie. A ja moją pierwszą książkę napisałem rok wcześniej, w 1997, i nie zdążyłem mu o tym powiedzieć. Zmarł, zanim wyszła drukiem w 1999 r. Nie chciałbym, by to zabrzmiało tak, jakbym coś zawdzięczał jego śmierci – broń Boże! Ale po jego odejściu coś we mnie pękło. Zniknęła ta wewnętrzna bariera, która powstrzymywała mnie przed pisaniem. Ta obawa, że literatura popularna to coś niegodnego uczonego.

Po moim debiucie w środowisku filologów klasycznych faktycznie pojawiły się głosy dezaprobaty. Pamiętam słowa pewnej szacownej pani profesor, która powiedziała mniej więcej tak: „Nie przystoi, by ktoś, kto ma nieść święty ogień starożytności klasycznej, zniżał się do kryminalnego bagna”.

Uśmiechnąłem się wtedy i odpowiedziałem: „Proszę pozwolić mi uprawiać moje hobby”. Bo tak właśnie traktowałem pisanie – jako hobby, odskocznię.

Na uczelni starałem się pozostać rzetelnym pracownikiem naukowym. Pisałem niewiele, ale dokładnie. Starałem się każdy artykuł dopracować, przemyśleć do końca. A w czasie wakacji akademickich pisałem powieści. Tak wyglądało moje podwójne życie: w roku akademickim byłem surowym wykładowcą gramatyki łacińskiej, w wakacje – autorem kryminałów. To było wyczerpujące. Nie miałem w zasadzie żadnych wakacji, żadnego prawdziwego odpoczynku. Chaos – to słowo najlepiej opisuje tamten czas. A ja chaosu nie znoszę. Jestem człowiekiem porządku, symetrii, harmonii. Prowadzenie podwójnego życia – akademika i pisarza – temu porządkowi zupełnie nie sprzyjało. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że muszę wybrać. Zwłaszcza że jako pisarz stawałem się coraz bardziej rozpoznawalny – książki sprzedawały się dobrze, byłem zapraszany na spotkania autorskie, pojawiały się wywiady, recenzje. To był rok 2006, może 2007, czas największej popularności. Nie miałem wówczas zbyt wielu konkurentów w Polsce, rynek był dopiero w fazie rozwoju. Nie chciałem zdradzić czytelników, tych, którzy pytali, kiedy będzie nowa książka, którzy okazywali tyle sympatii. Gdybym przestał pisać albo pisał rzadko, byłoby to wobec nich nie fair. Dlatego zdecydowałem: zostaję przy literaturze.

KB: W pana biogramie pojawia się imponujący zestaw nagród, przekładów, osiągnięć. Ale, co chyba ważniejsze, jest też ogromny zasięg – rzesze czytelników, których pana książki wciągają i zarazem uczą. Czytałem ostatnio jedną z pana książek akurat w dniu ogłoszenia wyników nagrody Nike. Miałem wrażenie, że nie ustępuje ona wielu nominowanym tytułom pod względem intelektualnej oferty, konstrukcji, języka. Czy recepcja pana twórczości w tych tzw. literackich gremiach nie jest nieadekwatna do jej rzeczywistej wartości?

MK: Nigdy tak nie myślałem. Nie zależy mi na tym, by znaleźć się w panteonie polskiej literatury, obok pisarzy, którzy są omawiani w szkołach i stawiają społeczne czy historyczne diagnozy. Nie mam takich ambicji. Ja naprawdę uważam się za człowieka skromnego, który ma jeden cel: dostarczyć czytelnikowi godziwej rozrywki. Tylko tyle i aż tyle.

Fakt, że ta rozrywka bywa, jak pan uprzejmie zauważył, intelektualnie ugruntowana, wynika po prostu z mojej natury. Taki jestem. Jeśli fascynuje mnie matematyka – piszę „Władcę liczb”, powieść o matematycznej obsesji i logice zbrodni. Tak samo eksploatuję moje zainteresowania filozofią czy historią Wrocławia. Wszystko wypływa z moich osobistych fascynacji i doświadczeń.

To, co pan dostrzega jako „intelektualne podminowanie” moich książek, to po prostu ja sam: moje zainteresowania, mój sposób myślenia, mój świat. Nie mam więc żalu, że nie otrzymuję wielkich, elitarnych nagród. Cenię te, które już mam, i są one dla mnie naprawdę ważne: tytuł Honorowego Obywatela Wrocławia, Nagroda Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, wyróżnienia, które płyną z miejsca, w którym żyję. Bo ja w tym mieście jestem zakorzeniony. Tu się urodziłem, wychowałem, tu mieszkam i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Wrocław to nie tylko sceneria moich powieści, ale też część mojej tożsamości. A literackie salony, nagrody, panteony – niech należą do innych. Do tych, którzy piszą w „głównym nurcie”. Ja pozostanę autorem kryminałów. I to mi zupełnie wystarcza.

KB: Wrocław stał się jednym z ważnych bohaterów pana twórczości. Czy to wyniknęło z jakiegoś poczucia misji, chęci, by pokazać Polsce, a może i światu, przestrzeń, która zbyt długo pozostawała w cieniu wielowymiarowej historii?

MK: Nie, wcale nie. Nie miałem ambicji, by pisać powieści z przesłaniem, które miałyby „nauczyć Polaków historii Wrocławia”. Mój cel pozostał zawsze ten sam: dostarczyć czytelnikowi godziwej rozrywki, skrócić podróż pociągiem, uprzyjemnić wieczór. Nie zamierzałem wygłaszać wykładów o historii miasta, jego złożonej przeszłości narodowościowej czy kulturowej. Tym bardziej że po roku 1989 to zainteresowanie dawnym, niemieckim Wrocławiem pojawiło się samo, spontanicznie. Upadła cenzura, runęły tabu i nagle ludzie zaczęli odkrywać przeszłość swoich miast.

Wrocław, Gdańsk, Szczecin – wszędzie zaczęto mówić o historii miejsc, które wcześniej jakby wymazano z pamięci. Wtedy pojawiło się nawet pojęcie literatury małych ojczyzn. Paweł Huelle pisał o Gdańsku, Stefan Chwin stworzył swojego Hannemanna, działającego w tymże mieście, a Olga Tokarczuk w „E.E.” z 1994 r. sięgnęła po Wrocław. A ja? Ja po prostu wpisałem się w ten nurt. W 1999 r., gdy ukazała się moja pierwsza powieść, to zainteresowanie było już duże. Wystarczyło wejść do wrocławskiej kawiarni czy restauracji – wszędzie wisiały stare zdjęcia miasta, ludzie szukali dawnych śladów, porównywali ulice, nazwiska, historie. Więc nie byłem prekursorem, raczej uczestnikiem tej fali, tyle że opowiedziałem o Wrocławiu za pomocą formy przystępnej i lubianej – kryminału. I to wszystko.

KB: Domyślam się, że pisanie książek głęboko osadzonych w historii wymaga solidnego researchu, a praca nad kolejnymi powieściami poszerzała pana wiedzę o wielokulturowości, relacjach Polaków, Niemców i Ukraińców. Czy ta wiedza nie kusi, by formułować szerszy komentarz społeczny, zajmować stanowisko wobec współczesnych napięć, ksenofobii, podziałów społecznych?

MK: Zdecydowanie nie, i mówię to z pełnym przekonaniem. Jestem zwolennikiem starego, dziewiętnastowiecznego kodeksu dżentelmeńskiego, który obowiązywał w Anglii: dżentelmen nie zabiera publicznie głosu w sprawach kontrowersyjnych. Nie mówi o polityce, religii ani o pieniądzach. I ja się tego trzymam. Mam własne poglądy – nawet dość wyraziste, przyznaję – ale znają je tylko moi bliscy. Publicznie o nich nie mówię. Nie dlatego, że się ich wstydzę, tylko dlatego, że nie uważam, bym miał do tego prawo.

Nie widzę w sobie kompetencji do formułowania politycznych czy społecznych diagnoz. Jak powiedział Tadeusz Parnicki: „Niech szewc nie ocenia szewca, a pisarz pisarza”. Ja dodam: niech pisarz nie udaje polityka. Czułbym fałsz, gdybym wypowiadał się o czymś, na czym się nie znam. A żeby znać się na polityce, trzeba śledzić wydarzenia dzień po dniu, przebijać się przez tę, jak pisał Herbert, „czarną pianę gazet”. Dziś dodalibyśmy: przez morze krzykliwych, clickbaitowych tytułów, które często okazują się puste. Ja wolę mówić o tym, na czym się znam. Na przykład o gramatyce łacińskiej. Tam czuję się pewnie. Nawet jeśli popełnię błąd, wiem, gdzie go szukać i jak go poprawić.

Natomiast jeśli ktoś czyta moje książki i dostrzega w nich coś dobrego, na przykład sympatię wobec Ukraińców, która rzeczywiście tam jest, to bardzo się cieszę. Jeśli ktoś dzięki temu spojrzy na naszych wschodnich sąsiadów z większym zrozumieniem, to wspaniale. Dla mnie ogromną radością było choćby to, że mer Lwowa, Andrij Sadowy, przyznał mi medal za popularyzowanie tego miasta. To było piękne wyróżnienie. Ale nie znaczy, że będę komentował relacje polsko-ukraińskie. Lubię zabierać głos tylko w tych sprawach, na których się znam. Koniec, kropka.

KB: Czy bierze pan udział w publicznych dyskusjach o swojej literaturze? Mam na myśli przede wszystkim media społecznościowe. Gdy ktoś pyta, co pan miał na myśli, dlaczego coś zostało opisane tak, a nie inaczej – czy reaguje pan na takie komentarze, czy raczej zachowuje dystans?

MK: Kiedyś częściej angażowałem się w takie dyskusje. Na moim profilu na Facebooku – który zresztą wciąż prowadzę, choć nie zawsze osobiście, bo często wpisy zamieszcza wydawnictwo – pojawiały się różne pytania i komentarze czytelników. To bardzo dobry kanał kontaktu, nie nazwałbym go tubą, ale miejscem wymiany myśli. Od czasu do czasu publikuję tam swoje własne teksty, głównie o moich nowych książkach, ale też o wydarzeniach dla mnie ważnych. Na przykład ostatnio zamieściłem wpis dotyczący wykładu inauguracyjnego, który miałem przyjemność wygłosić na Uniwersytecie Wrocławskim. Napisałem go z wielkim sentymentem i wzruszeniem.

Pod tymi postami często pojawiają się komentarze, niekiedy są to pytania. Jeśli ktoś pyta o coś organizacyjnego, na przykład kiedy będzie audiobook, wtedy odpowiada wydawca. Ale gdy czytelnik dopytuje o kwestie literackie, sens czy znaczenie jakiejś sceny, wtedy to ja reaguję i robię to z przyjemnością. Nawet jeśli słyszałem to samo pytanie tysiąc razy. Bo dla tego konkretnego czytelnika to pytanie jest świeże, jego własne. Byłoby grubiaństwem, gdybym zniecierpliwiony powiedział: „Proszę przeczytać mój wywiad w »Newsweeku«”. Tak zachowuje się pyszałek. Staram się nim nie być.

Zatem cierpliwie, z sympatią odpowiadam, mówię na przykład o podobieństwach między mną a bohaterami („Tak, jestem pedantem jak Popielski”) czy o inspiracjach. Natomiast na pytania o poglądy polityczne czy sprawy prywatne nie odpowiadam. Tu obowiązuje, jak lubię powtarzać, kodeks angielskiego dżentelmena.

KB: A gdyby ktoś sformułował wobec pana zarzut, powiedzmy, motywowany poprawnością polityczną czy jakimś rodzajem wrażliwości społecznej, to jak pan reaguje?

MK: To zależy, co pan rozumie przez taki zarzut. To bardzo szerokie pojęcie.

KB: Na przykład: w pana powieściach pojawiają się postacie różnych narodowości czy kobiet, w relacjach choćby z Popielskim. Dla mnie są one zarysowane z równowagą – bez stereotypów, zgodnie z prawdą psychologiczną i historyczną. Ale ktoś mógłby powiedzieć, że kobiety są w podrzędnej roli wobec bohatera. Co wtedy?

MK: Rozumiem. Tylko czy pisarz naprawdę powinien spełniać oczekiwania wszystkich? Moim zdaniem nie. Każdy twórca naturalnie przyciąga pewną grupę odbiorców – swoją publiczność. W moim przypadku, co ciekawe, około 75 proc. czytelników to kobiety. Kobiety wykształcone, wymagające, które znają moją twórczość i przychodzą na spotkania autorskie. One nigdy nie powiedziały mi: „Panie Marku, dlaczego pan przedstawia kobiety w sposób uprzedmiotowiony?”. Wręcz przeciwnie, a to bardzo uważne rozmówczynie. Jeśli więc takie głosy się nie pojawiają wśród moich czytelników, to dlaczego miałbym się przejmować opinią kogoś, kto mojej książki nie czytał albo wyrwał z niej fragment i ocenia całość na tej podstawie?

Często są to zarzuty formułowane z dzisiejszej perspektywy wobec rzeczywistości sprzed stu lat. A przecież jeśli akcja powieści toczy się w latach 30., to muszę zachować prawdę epoki. Nie mogę powołać do życia kobiety komisarza, jeśli w tamtym czasie w polskiej Policji Państwowej nie było żadnej kobiety w tej roli. To nie kwestia uprzedzeń, tylko wierności realiom historycznym. Gdyby dziś ktoś zarzucił mi mizoginię dlatego, że takich postaci nie ma, byłoby to klasyczne argumentum ex silentio – wniosek z milczenia.

Każdy czytelnik ma prawo do własnej interpretacji, ale jeśli ktoś zarzuca niepoprawność polityczną powieści historycznej, to – mówiąc wprost – popełnia anachronizm. Literatura historyczna musi być osadzona w prawdzie epoki, a nie w oczekiwaniach współczesnych ideologii.

Weźmy przykład z mojej ostatniej książki „Głos z piekła”. Pojawia się tam niemiecki arystokrata, który pogardliwie mówi o polskich robotnikach jako o „podludziach”. Ktoś mi zwrócił uwagę, że dziś nie powinno się tak pisać o chłopach. Ale to nie jest mój pogląd – to pogląd postaci! Tymczasem niektórzy czytelnicy wciąż utożsamiają autora z bohaterem, co jest nieporozumieniem. Każdy, kto zna choć podstawy teorii literatury, wie, że to błąd. Pisarz opisuje świat – niekoniecznie taki, jaki akceptuje.

KB: A z drugiej strony – czy nie przeszkadza panu, że współczesna popkultura nie ma żadnego problemu z kreowaniem światów historycznych całkowicie wbrew realiom tamtych czasów? Że dziś, gdyby ktoś tworzył serial dla platformy streamingowej, to komisarz policji w latach 30. jak najbardziej mógłby być kobietą i nikogo by to nie dziwiło?

MK: Nie, absolutnie mi to nie przeszkadza. Wie pan, nie jestem doktrynerem. Wcześniej powiedziałem, że zarzuty niepoprawności politycznej wobec moich powieści są anachroniczne, ale to nie znaczy, że potępiam tych, którzy do realiów historycznych podchodzą z większą swobodą. Uściślijmy: w moim przypadku chodzi o wierność epoki, ale rozumiem też twórców, którzy świadomie od niej odchodzą.

Szczerze mówiąc, takie zabiegi raczej mnie bawią, niż oburzają. Może lekko rozśmieszają, ale to nie jest śmiech złośliwy – raczej uśmiech starego pisarza, który swoje już widział i swoje przeżył. Uśmiech lekkiego politowania nad potrzebą przypodobania się każdemu widzowi. Ale jeśli powstaje z tego dobra literatura czy dobre kino, nie mam z tym żadnego problemu.

Przytoczę przykład książki „Alienista” Caleba Carra, na podstawie której powstał serial; zdaje się, że dostępny był na Netfliksie. I tam mamy całą grupę prowadzącą śledztwo: czarnoskórego mężczyznę, kobietę emancypantkę, dwóch żydowskich współpracowników, psychiatrę o bardzo nowoczesnych poglądach, a nawet nastolatka – słowem, cały przekrój społeczny przełomu XIX i XX w. Carr prawdopodobnie chciał w ten sposób odpowiedzieć na oczekiwania współczesnych odbiorców. To naturalne – jest Amerykaninem, więc czuje tamtejszy kontekst kulturowy. Czy mnie to raziło? Nie. Uśmiechnąłem się, owszem, ale książka była znakomita, a film – bardzo dobry. I to jest dla mnie najważniejsze.

Jeżeli opowieść jest dobrze napisana, a świat przedstawiony wciąga, to nie interesuje mnie, czy autor postawił tam, w XIX w., kobietę komisarza czy czarnoskórego detektywa. Liczy się jakość, a nie zgodność z archiwalnym rejestrem ludności. Mówię to wyłącznie jako czytelnik, jako autor natomiast jestem zawsze wierny realiom historycznym.

KB: A jak pan ocenia pomysły „przepisywania” klasyki literatury, dostosowywania jej do współczesnych standardów poprawności, wrażliwości? Bo przecież takie praktyki już się pojawiają.

MK: Mam do tego jednoznacznie negatywny stosunek. Jako filolog klasyczny całe życie spędziłem na tym, by dotrzeć do najwierniejszej, najbardziej autentycznej wersji tekstu. Do tego, co naprawdę wyszło spod ręki autora. Dla mnie literatura to nie pole do kosmetycznych poprawek, lecz dokument ducha epoki.

Dlatego, gdy słyszę, że ktoś „aktualizuje” Szekspira, usuwa z niego oryginalne passusy, bo uznał, że są niepoprawne politycznie, to reaguję sprzeciwem. To jest gwałt na autentyczności. Ale już to, że w inscenizacji Szekspirowskiej występuje czarnoskóra aktorka, w ogóle mi nie przeszkadza. Jeżeli gra dobrze, jeżeli w jej interpretacji jest prawda psychologiczna, a rola współbrzmi z tekstem, to wszystko w porządku. Kolor skóry w tym momencie staje się przezroczysty. Liczy się tylko kunszt i wierność duchowi dzieła, a nie powierzchowna zgodność z kanonem czy oczekiwaniami ideologicznymi.

KB: Postaci pierwszoplanowe w pana literaturze są bardzo złożone, wciągają nas w historię. Natomiast na drugim czy trzecim planie postaci też są barwne, osadzone w realiach społecznych i historycznych międzywojnia. Ich psychologia i tożsamość są bardzo sugestywne. Czy to efekt studiowania źródeł, literatury historycznej, czy raczej pana autorskiej wyobraźni i znajomości ludzkiej natury?

MK: I jedno, i drugie. Korzystam z prac historyków i socjologów, którzy analizują ludzkie postawy – to dla mnie bardzo ważne źródła. Na przykład książka „Wielka trwoga” Marcina Zaremby. Opisuje ona powojenne losy ludzi na podstawie listów i wspomnień. Bardzo mi się przydała przy pracy nad kilkoma powieściami. Poza tym mam znakomitego współpracownika, Mikołaja Kołyszkę. Od lat wyszukuje mi źródła historyczne, socjologiczne, różnego rodzaju materiały opisujące daną epokę.

Ale oczywiście druga strona to moje własne doświadczenie. Mam prawie 60 lat, wiele widziałem, wiele przeżyłem. Widziałem różne ludzkie postawy, zmiany – i te dobre, i te złe. Uważam, że młody człowiek, 20-letni, nie jest w stanie napisać wielkiej, epickiej powieści. Może pisać poezję, opowiadania, owszem, ale żeby stworzyć prawdziwie wiarygodne postaci, trzeba coś przeżyć. Trzeba być przez życie trochę „przeczołganym”. Ja to wszystko mam za sobą, dlatego sądzę, że potrafię oddać psychologiczną prawdę bohaterów.

Weźmy choćby Leokadię Tchórznicką. Nigdy nie spotkałem kobiety dokładnie takiej jak ona, ale powstała z połączenia moich wyobrażeń – damy z przedwojnia, eleganckiej, ironicznej, dyskretnej, inteligentnej. Wszystko to zebrało się w jedną postać. Zatem ta psychologia, relacje między ludźmi, kwestie tożsamościowe są zakorzenione w źródłach historycznych i socjologicznych, ale równie mocno wyrastają z moich obserwacji i wyobrażeń.

KB: Myślę, że często czytelnicy odnajdują w pana książkach echa współczesnych pytań o relacje polsko-ukraińskie, które – jak wiemy – wciąż potrafią budzić emocje. Czy buduje je pan na podstawie źródeł historycznych, czy raczej życzeniowo, z myślą o tym, jak chciałby, żeby te relacje wyglądały?

MK: Trudno to rozdzielić. Oczywiście jest w tym pewien element życzeniowy. Bardzo bym chciał, żebyśmy z Ukraińcami byli sobie bliscy, żebyśmy potrafili mówić jednym głosem o wspólnej historii.

Znam wielu Ukraińców, byłem wielokrotnie we Lwowie, rozmawiałem z ludźmi o różnych poglądach. A jednocześnie ogromną satysfakcję dawały mi momenty, kiedy na spotkaniach autorskich przychodziło do mnie wielu Ukraińców, często mówiących, że mają polskie korzenie. To było dla mnie bardzo poruszające.

Podobnie było w Szwajcarii, gdzie byłem na stypendium. Wielu uczestników spotkania autorskiego wrzucało Polskę do jednego worka z napisem „Ostblock”. Dopiero kiedy opowiadałem im o naszej historii, o Dolnym Śląsku jako regionie wielokulturowym, zrozumieli, że Polska jest czymś zupełnie innym.

Takie reakcje – czy to w Szwajcarii, czy na Ukrainie – budzą we mnie myślenie życzeniowe. Marzę o tym, żeby nasi sąsiedzi, bliżsi i dalsi, patrzyli na Polskę z sympatią. Dlatego w moich książkach staram się podkreślać raczej to, co nas łączy, niż to, co dzieli. Nie piszę książek rewizjonistycznych, nie rozdrapuję ran. Inni autorzy robią to świetnie, ja idę inną drogą.

KB: To bardzo ciekawe, bo właśnie taka rola literatury, która pokazuje dobre oblicze ludzi i kraju, może działać jak most między narodami.

MK: Czytelnicy, ukraińscy czy niemieccy, często zwracają uwagę, że moje książki pokazują te lepsze momenty w relacjach sąsiedzkich, na przykład współpracę Popielskiego z ukraińskim bohaterem, człowiekiem honoru, czy postać doktora Iwana Pidhirnego z Uniwersytetu Jana Kazimierza, wzorowaną na autentycznych osobach.

Pidhirny ma trzech synów: jeden się spolonizował, drugi związał z komunizmem, a trzeci poszedł w stronę radykalnego nacjonalizmu. W ich historii widać dramat i złożoność ukraińskich losów. Chciałem to pokazać bez potępienia, bez dydaktyzmu.

Nie miałem ambicji pedagogicznych ani misji pojednawczej, to po prostu wynika z mojej natury. Jestem człowiekiem, który raczej łączy, niż dzieli. Nie toczę sporów przy wigilijnym stole, nie mam w sobie potrzeby udowadniania racji.

Na spotkaniach autorskich w Niemczech też słyszałem różne głosy. Jeden pan z Drezna zapytał mnie z wyrzutem, czy nienawidzę Niemców, bo w moich książkach wszyscy są źli. Odpowiedziałem mu: „Drogi panie, gdybym akcję umieścił na Kamczatce, to proszę mi wierzyć, wszyscy Czukcze i Itelmeni też byliby źli. To po prostu kryminał!”. Niektórzy tego nie rozumieją, patrzą zbyt dosłownie. Ale to w porządku. Książka jest bezbronna wobec interpretacji. Innym razem pewna starsza pani zarzuciła mi, że Wrocław w moich powieściach nie przypomina jej wspomnień z dzieciństwa. Powiedziała: „To był cudowny, wspaniały Breslau, a u pana to Babilon – miasto grzechu i rozpusty”. Odpowiedziałem jej z szacunkiem: „Ma pani prawo do swoich wspomnień, ale ja mam prawo do mojej autorskiej wizji”.

KB: Wracając do nagród, niedawno z rąk Krzysztofa Przybyła otrzymał pan Promotora Polski, nagrodę przyznawaną przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego, wydawcę naszego magazynu.

MK: To dla mnie wielki zaszczyt, że ktoś dostrzegł, iż moja twórczość może w jakimś stopniu przyczyniać się do promowania Polski za granicą. To naprawdę duże wyróżnienie. Moje książki zostały przetłumaczone na 21 języków – to pewnie też argument, który stał za tą decyzją. Ale przyznam szczerze: to nigdy nie był mój cel.

Chciałem po prostu pisać dobre powieści, dostarczające czytelnikowi przyjemności i emocji. Natomiast jeśli ktoś w tym zobaczył dodatkową wartość, to tylko powód do wdzięczności. Wie pan, to trochę jak z pszczołą: jej celem jest zebrać nektar, ale przy okazji zapyla kwiaty. Ten efekt uboczny przynosi korzyść całemu światu. Tak samo tutaj. Moim „nektarem” jest tworzenie dobrej rozrywki, a jeśli przy okazji ktoś widzi w tym coś więcej – promowanie kraju, budowanie wizerunku Polski – to ja mogę się tylko uśmiechnąć i powiedzieć: dobrze, niech tak będzie.

KB: Na koniec chciałbym powrócić do kryminału i zapytać, jak pan radzi sobie z owym zaglądaniem w otchłań, w mrok. Czy po pracy nad takimi historiami trzeba się w jakoś oczyszczać?

MK: Ja tego nie potrzebuję. Mam, powiedzmy, naturę dość osobliwą – potrafię się odciąć grubą kreską od wszystkiego, co wiąże się z moim literackim światem. Od siódmej rano do szesnastej piszę – siedzę w świecie zbrodni, zła, podejrzeń, ciemnych zaułków ludzkiej duszy. A potem stawiam kropkę, zamykam komputer i wychodzę. Wracam do normalnego życia. Idę na obiad, spędzam wieczór z żoną, słucham muzyki, czytam książki. To mnie oczyszcza w zupełnie naturalny sposób.

Z pana pytania wynika jednak inna ciekawa kwestia: czy autor piszący o złu nie powinien odczuwać dyskomfortu na myśl o potencjalnej inspiracji? Ja jednak się tego nie boję. To, co piszę, to w dużej mierze wyobraźnia, czasem wsparta wspomnieniami czy anegdotami, ale nie instrukcja obsługi przestępstwa. Pamiętam spotkanie autorskie w ciężkim więzieniu w Wołowie, widziałem się tam z 12 osadzonymi. Sam ich zapytałem, czy ich zdaniem ktoś mógłby się wzorować na moich opisach. Odpowiedzieli zgodnie, że oni sami siedzą w więzieniu, bo coś nagle w nich pękło, że o ich czynie zdecydował zły impuls. I mieli rację. Impuls oczywiście potrzebuje jakiegoś podłoża, ale sama zbrodnia nie rodzi się z lektury. Rozmawiałem z wieloma policjantami, prokuratorami, sędziami. Wszyscy mówili to samo: 90 proc. zbrodni w Polsce to czyny popełnione pod wpływem alkoholu, a dziś coraz częściej również narkotyków. Zapalnikiem jest kłótnia, urażona duma, a nie skomplikowany plan rodem z thrillera. Seryjni mordercy, tacy „z powołania”, to w Polsce absolutny margines – pół promila wszystkich spraw. Zatem nie obawiam się, że ktoś mógłby traktować moje książki jak podręcznik zbrodni. Wiem, że niektórzy mogą uznać to za przejaw beztroski – że piszę o złu bez lęku, że się nim nie przejmuję. Ale tak po prostu wygląda moje doświadczenie.

---

Marek Krajewski – pisarz, autor kryminałów oraz filolog klasyczny, specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego, doktor nauk humanistycznych, były wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.

Czytaj także

Najciekawsze artykuły i wywiady wprost na Twoją skrzynkę pocztową!

Administratorem Państwa danych osobowych jest Fundacja Best Place Europejski Instytut Marketingu Miejsc z siedzibą w Warszawie (00-033), przy ul. Górskiego 1. Z administratorem danych można się skontaktować poprzez adres e-mail: bestplace@bestplaceinstitute.org, telefonicznie pod numerem +48 22 201 26 94 lub pisemnie na adres Fundacji.

Państwa dane są i będą przetwarzane w celu wysyłki newslettera, na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora. Uzasadnionymi interesami administratora jest prowadzenie newslettera i informowanie osób zainteresowanych o działaniach Fundacji.

Dane osobowe będą udostępniane do wglądu dostawcom usług IT w zakresie niezbędnym do utrzymania infrastruktury IT.

Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie przez okres istnienia prawnie uzasadnionego interesu administratora, chyba że wyrażą Państwo sprzeciw wobec przetwarzania danych w wymienionym celu.

Uprzejmie informujemy, iż przysługuje Państwu prawo do żądania od administratora dostępu do danych osobowych, do ich sprostowania, do usunięcia, prawo do ograniczenia przetwarzania, do sprzeciwu na przetwarzanie a także prawo do przenoszenia danych (o ile będzie to technicznie możliwe). Przysługuje Państwu także możliwość skargi do Urzędu Ochrony Danych Osobowych lub do właściwego sądu.

Podanie danych jest niezbędne do subskrypcji newslettera, niepodanie danych uniemożliwi wysyłkę.