Bralczyk, Person, Przybył, Szczepłek o wartościach i sporcie. Cz. I

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

Czy sport jest spoiwem narodowym i wpływa na myślenie polityczne? Czy Churchill przedkładał nadeń cygara i whisky? I czy kolarz Stanisław Królak podczas Wyścigu Pokoju bił Rosjan pompką, torując sobie drogę do zwycięstwa? Na te i wiele innych pytań odpowiadają prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca, specjalista z zakresu języka mediów, reklamy i polityki, sympatyk sportu; Andrzej Person, były senator RP i dziennikarz sportowy; Stefan Szczepłek, dziennikarz i komentator sportowy; oraz Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, redaktor naczelny kwartalnika „Teraz Polska”.

Krzysztof Przybył: Dzisiejsza rozmowa zapoczątkowuje cykl dyskusji pt. „O wartościach i sporcie”. Raz na kwartał Fundacja „Teraz Polska” i kwartalnik „Teraz Polska” będą organizowały kameralne spotkanie intelektualistów, sportowców i przyjaciół sportu. Chcemy zachęcić naszych gości do rozważań na temat roli sportu, jednak w zupełnie nowy sposób. Sport jest niezwykle istotną i wpływową dziedziną życia. Ze względu na swoje kanony, idee, ale także swą dynamikę sport generuje wiele treści i staje się przez to źródłem wartości życia społecznego. Naszym celem jest przeanalizowanie owych wartości. Na pierwszym spotkaniu, ze względu na 100-lecie niepodległości Polski, chciałbym poprosić o rozpatrzenie następującego problemu: czy sport wpływa na nasze myślenie polityczne i czy może być rozpatrywany jako spoiwo narodowe?

Jerzy Bralczyk: W ostatnim czasie polityka zastępuje sport. W polityce, jak w sporcie, najważniejsze jest, którzy to nasi i kto kogo. Kiedy w „Klubie Pickwicka”, pierwszej powieści Karola Dickensa, ścierają się dwa stronnictwa – niebieskich i żółtych – i zapytano pana Pickwicka, z kim krzyczeć, poradził: „Krzyczcie z silniejszymi”. Rywalizacja dla samej rywalizacji jest wprawdzie pewną wartością, ale musi mieć podbudowę, która obiektywizuje i legitymizuje nasze zaangażowanie. Jesteśmy za „nimi”, bo są słuszniejsi albo piękniejsi.

Andrzej Person: Albo wyżsi. Nie wiem, czy zwrócili panowie uwagę, że po II wojnie światowej każdy następny prezydent USA był wyższy od kontrkandydata.

Stefan Szczepłek: Podobna sytuacja ma miejsce w „Podróżach Guliwera”, gdzie również napotykamy dwie frakcje, spierające się, z której strony należy jeść jajko: od okrągłego czy spiczastego czubka.

JB: Szukamy różnic, a w gruncie rzeczy chcemy znaleźć podobieństwa, wokół których możemy się zintegrować. Przy czym owa integracja następuje wyłącznie w opozycji do innych. Szukamy przeciwieństw nie dla kosy, ale dla zgody.

SS: Radę „krzyczcie z silniejszymi” można odnieść do sytuacji klubów o dużej liczbie kibiców i do polityków, którzy zabiegają o głosy wyborców. Zauważmy, że w Warszawie politycy zawsze zwracają się do legionistów, bo Legia jest silniejszym i większym klubem niż Polonia i zapewnia większy elektorat.

JB: Warto przytoczyć również zdanie Talleyranda, który obserwując zamieszki, zwrócił się do stojącej obok damy: „Nasi górą”. „A którzy są nasi?” – zapytała dama. „Ci, którzy są górą, oczywiście” – odpowiedział Talleyrand.

AP: Czy człowiek nie rodzi się z przekonaniem, że powinien „krzyczeć z silniejszymi”? Mój sześcioletni wnuczek kibicuje z ojcem Realowi Madryt, nawet zakłada koszulkę Realu. Kiedyś oglądał ze mną mecz Realu z Barceloną. Kiedy zobaczył, że na boisku źle się dzieje i Barcelona wygrywa, zapytał mnie: „Dziadku, a ty za kim jesteś?”. „Zawsze za Barceloną” – odpowiedziałem. „To ja też” – zadecydował.

JB: Przytoczę przypowiastkę Mikołaja Rodocia-Biernackiego, poety i satyryka, która pokazuje, że mamy naturalną skłonność do pomagania słabszemu, w myśl zasady „bij mistrza”:

Pan Ambroży jest mocny, pan Barnaba słaby,
Walczą, ale ja stoję po stronie Barnaby.
Może los Ambrożego na ziemię położy,
Dobrze, wtedy tam stanę, gdzie leży Ambroży.
Mówią, że tym sposobem można dostać w skórę,
Cóż, kiedy taką głupią mam naturę.

AP: Kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy uważają czwarte miejsce za najgorsze. Być czwartym na stu startujących to przecież wyczyn.

SS: A o zdobywcy srebrnego medalu Amerykanie mówią „pierwszy przegrany”. Zaraz wytłumaczę na swoim przykładzie. W 1967 r. brałem udział w Varsoviadzie, która po dziś dzień jest rozgrywana jako igrzyska studentów pierwszego roku uczelni warszawskich. Wydarzeniem kulminacyjnym był bieg na jedną milę, w którym zająłem czwarte miejsce na ponad stu startujących. Było to dla mnie bardzo bolesne doświadczenie, bo widziałem, jak trzej koledzy, którzy dobiegli przede mną, wchodzą na podium, odbierają dyplomy i nagrody rzeczowe. Na przykład zdobywca trzeciego miejsca dostał koszulę, której bardzo mu zazdrościłem, bo sam miałem wtedy może ze dwie.

AP: Znana jest historia o Churchillu, który – pytany o swoją długowieczność i dobrą kondycję – zwykł odpowiadać: „No sports, just whisky and cigars”. Mijał się przy tym nieco z prawdą, gdyż w młodości zwyciężył w szkolnych zawodach szermierczych. Uprawiał też pływanie, jazdę konną, a do 51. roku życia grywał w polo. Codziennie też grał w golfa na polu w Walton Hills, na którym nawet mimo wojny odbywały się posiedzenia rządu. Zatem zasada „zero sportu” była tylko chwytliwym hasłem marketingowym.

SS: Co więcej, w 1943 r. Churchill razem ze starszą córką monarchy, czyli obecnie panującą królową Elżbietą II, poszedł na mecz na Wembley. Chciał pokazać narodowi, że choć w 1940 r., kiedy obejmował urząd premiera, obiecywał mu „krew, znój, łzy i pot”, to również doceniał funkcję sportu w jednoczeniu narodu i podniesieniu go na duchu.

JB: Zatem zgadzamy się na rywalizację w kategoriach klasowych i sportowych. Jedni walczą o podium, inni o jak najlepsze, punktowane miejsce.

AP: Ciekawa historia wydarzyła się na olimpiadzie w Salt Lake City w 2002 r. podczas zawodów w short-tracku na 1000 metrów. W kategorii najbardziej szczęśliwie wywalczonych złotych medali startujący w łyżwiarstwie na krótkim torze Australijczyk Steven Bradbury bije wszystkich na głowę. W ćwierćfinale Bradbury (znany wcześniej jedynie z osiągnięć w rywalizacji drużynowej – brąz z 1994 r. w Lillehammer) zajął trzecie miejsce, ale awansował dalej, bo rywala zdyskwalifikowano. W półfinale jechał ostatni, ale trzech przeciwników przewróciło się, więc dostał się do finału. Przed decydującą rozgrywką uznał, że nie ma szans wyprzedzić mocnych konkurentów i lepiej jechać trochę z tyłu, liczył bowiem, że przynajmniej dwóch z czterech rywali zderzy się i upadnie. I tak właśnie się stało. Jakieś 50 metrów przed końcem biegu komplet konkurentów wylądował na lodzie, a zdumiony Bradbury przejechał pierwszy linię mety. Nawet sędziowie nie do końca wiedzieli, co począć w tej sytuacji, i naradzali się wyjątkowo długo. Ostatecznie uznali, że złoto należy do Bradbury'ego.

Ciekawa sytuacja miała też miejsce na igrzyskach w Moskwie. Do kobiecych zawodów hokeja na trawie zgłosiło się tylko pięć drużyn. Wobec tego władze polityczne zdecydowały, że pojadą tam nasze laskarki, choć były o kilka klas słabsze od swoich rywalek. Naszą reprezentację tworzyła drużyna z Krapkowic. Janek Ciszewski ze swadą podsumował zawody, siedząc w moskiewskim studiu telewizyjnym: „Niestety, nasze wspaniałe laskarki przegrały z czarnoskórymi pięknościami z Zimbabwe”. W ogóle nie widział meczu, więc nie mógł zaobserwować, że w drużynie z Zimbabwe… nie było ani jednej czarnoskórej zawodniczki.

SS: Sport był niewątpliwie spoiwem narodowym zarówno w okresie zaborów , jak i PRL, kiedy trzeba było pokazać jedność narodu i jego istnienie na arenie międzynarodowej.

AP: Antoni Słonimski mówił: „Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową! Głową!”. Sport ma dzisiaj ogromne znaczenie. Istnieje sportowa polityka państwa, a pozytywny wizerunek kraju najłatwiej i najtaniej tworzy się przy pomocy sportu.

JB: W czasie stanu wojennego szukano obszaru, w którym można byłoby budować wspólnotę. Wtedy takim obszarem okazało się dbanie o język. Wydaje się, że dzisiaj sport – przy całej agresji, którą czasem wywołuje – mógłby być przestrzenią budowania wspólnoty. Zapewne wszyscy zgodzą się, że dobrze jest wygrywać. Niestety, jeżeli wygrywamy, kiedy rządzą „nie nasi”, to cieszymy się, ale jednocześnie trochę martwimy, że owo zwycięstwo może pomóc „nie naszym” rządzącym. Zatem sportowe zwycięstwo może zostać upolitycznione, zamiast pozostać jedynie płaszczyzną jednoczenia.

SS: Tak właśnie było podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1982 r. Do awansu do czołowej czwórki wystarczał Polakom remis z drużyną radziecką. Z uwagi na trwający stan wojenny mecz ten miał również wymiar polityczny. Dodatkowo atmosferę podgrzewały wywieszane transparenty Solidarności. Z tego spotkania w pamięci kibiców zapisał się głównie Włodzimierz Smolarek, który w końcowych minutach nieco niesportowo przetrzymywał piłkę w narożniku boiska, zyskując w ten sposób cenne sekundy, aby utrzymać „zwycięski” remis, kwalifikujący do półfinału. Historię tamtej reprezentacji Polski przedstawia film dokumentalny z 2012 r. w reżyserii Michała Bielawskiego zatytułowany „Gra o wszystko”. Pokazano w nim wypowiedzi piłkarzy, trenerów i siedzących w więzieniu na Białołęce opozycjonistów. Wszystkim zależało na zwycięstwie drużyny, każdy się identyfikował z piłkarzami. Orzełek na piersi przepełniał dumą i chęcią pokazania jak najlepszej gry. Naród ucieszył się z trzeciego miejsca na świecie, ale liczył na spektakularną demonstrację piłkarzy po powrocie do kraju, na przykład nieprzyjęcie orderów państwowych. Niestety, nic takiego się nie stało. To już okazało się za trudne.

JB: Każde zwycięstwo tworzy nastrój wewnętrznej radości. Potencjał optymizmu, nawet odłożony w czasie, może owocować w innych, zupełnie niespodziewanych sferach. Cieszymy się, że nie jest tak źle i damy radę. A może z tego zwycięstwa narodzi się coś innego pozytywnego? Choć wiemy, że już samo uczestnictwo uszlachetnia, to jednak sukcesy pomagają i za nimi tęsknimy.

AP: Baron Pierre de Coubertin, założyciel nowożytnego ruchu olimpijskiego, nawoływał do uczestnictwa w walce o zwycięstwo, a nie do przejażdżki autobusem z napisem „koniec wyścigu”. Baron mawiał: „Istotą igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze”.

KP: Społeczeństwo dzieli się na spolaryzowanych, zaangażowanych politycznie i na pozostałych, których jest większość, a którzy kochają Polskę i cieszą się z każdego zwycięstwa, niezależnie od tego, czy zostało wywalczone w koszulce z orzełkiem w koronie, czy bez. Siła tej drugiej grupy jest najcenniejsza.

JB: Od razu przypomniał mi się spór o stylizowanego orzełka na koszulkach piłkarzy i sposób śpiewania hymnu. Jaka gorąca wtedy była dyskusja! Ostatecznie i bezapelacyjnie okazało się, że orzeł to ma być nasz orzeł, bez udziwnień, a hymn to ma być nasz hymn – nuta w nutę.

AP: Czasami narzekamy na kibiców z „żylety” i ich zachowanie na meczach, ale nie ma większych od nich purystów, jeżeli chodzi o hymn. Wiele osób śpiewa: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”, podczas gdy poprawną formą jest: „kiedy my żyjemy”. Kibice Legii przygotowali wielki baner wyjaśniający tę kwestię. Akcja #kiedymyżyjemy i jej oprawa jest wkładem kibiców Legii Warszawa w celebrowanie obchodów Święta Niepodległości.

SS: Władysław Komar, kiedy grał w piłkę w drużynie dziennikarskiej FC Publikator (założonej w 1973 r. przez Macieja Petruczenko), każdego nowego zawodnika przepytywał z hymnu, i to z pełnej, pięciozwrotkowej wersji. Kto nie znał – nie miał prawa grać.

JB: Rzadko kto zna całość, a jeszcze rzadziej rozumie znaczenie. Ojciec Basi z czwartej zwrotki hymnu nie był zapłakany – to Basia była zapłakana. „Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej”. W wielu gwarach końcowe „-ej” było wymawiane i zapisywane jako „-y”, stąd i taka pisownia użyta w hymnie.

SS: Kiedy w 2012 r. odbywały się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, prezydent Komorowski przyjął w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu naszą reprezentację i wręczył Franciszkowi Smudzie, ówczesnemu trenerowi-selekcjonerowi, biało-czerwoną flagę z prośbą, aby towarzyszyła piłkarzom w szatni podczas każdego meczu reprezentacji. Ten zwyczaj jest nadal kultywowany, mimo że zmienił się i prezydent, i trener.

AP: Kiedy zwiedzałem Stadion Narodowy z prezydentem Bronisławem Komorowskim, wysłuchałem jego wspomnień. Opowiadał, jak niegdyś przybył na Stadion Dziesięciolecia, aby zobaczyć Stanisława Królaka, który podczas Wyścigu Pokoju bije Rosjan pompką, torując sobie drogę do zwycięstwa. Ta legenda przylgnęła do Królaka, choć wiele razy ją prostował. Przede wszystkim nie miał przy rowerze pompki, a poza tym nigdy nie wygrał etapu na Stadionie Dziesięciolecia. Prezydent Komorowski był umiarkowanym kibicem, ale Wyścig Pokoju utkwił mu w pamięci. Z kolei prezydent Lech Kaczyński wspominał kiedyś legendarny mecz lekkoatletyczny Polska – USA, rozgrywany w 1958 r. również na Stadionie Dziesięciolecia. Był na nim razem z ojcem.

JB: Sport powinien być spoiwem narodowym, ale degeneruje go wszechobecna komercjalizacja. Dla kibiców czasem ważniejsze jest, kto ile zarabia, niż jaki wynik osiąga. Coraz mniej jest satysfakcji z przeżywania sukcesów polskich sportowców, a coraz więcej zainteresowania pieniędzmi, jakie pojawiają się w sporcie. Bicie rekordów zaczyna być równoznaczne z biciem rekordów finansowych.

SS: W sporcie powinniśmy szukać romantyki, autentycznej rywalizacji, tego, co było tak bliskie Bohdanowi Tomaszewskiemu. Z jednej strony nie interesują mnie zarobki Roberta Lewandowskiego, a z drugiej… dobrze byłoby wiedzieć.

AP: Z perspektywy obecności za kulisami piętnastu igrzysk olimpijskich i prawie stu mistrzostw różnych dyscyplin sportu widzę, że sportowiec, stając na boisku, bieżni czy na macie, myśli wyłącznie o jak najlepszym wyniku. Nie zapomnę łez Zosi Klepackiej, chuliganki z Marszałkowskiej – jak sama mówi o sobie – podczas odbierania brązowego medalu na igrzyskach w Londynie. Była wzruszona, bo miała zaszczyt reprezentować Polskę i dla niej zdobyła upragniony krążek.

SS: Ja jednak wątpię, aby piłkarz, wychodząc na murawę boiska, nie myślał o zarobkach. Mam nadzieję, że w trakcie gry o nich nie myśli. Ale na pewno po meczu liczy premie i bonusy.

JB: Wszystko zaczyna się psuć dużo wcześniej. Dziecko z predyspozycjami fizycznymi nie wybiera sobie dyscypliny sportu, która je interesuje, ale tę, w której będą największe możliwości finansowe. I to pewnie się dzieje pod wpływem rodziców.

AP: Kiedy zapytałem pływaka Bartosza Kizierowskiego, który zawsze wychodził na pływalnię z biało-czerwoną flagą, czy nie zamieniłby jej na medal olimpijski pod innym sztandarem – bo miał takie propozycje – zawsze twardo odpowiadał: „Nie, bo dla mnie najważniejsza jest biało-czerwona”. Bez takiej wrażliwości nie ma szans na wielkie sukcesy.

Boniek nie miał korków, nie mógł korzystać z orlików, a został fantastycznym piłkarzem. Kiedyś ze wsi można było się wyrwać poprzez sukcesy sportowe. Popatrzmy choćby na kariery Ryszarda Szurkowskiego czy Czesława Langa. Obecnie rodzice myślą raczej o dobrym wykształceniu i dobrej pracy, bo nie wierzą, że można zarabiać, uprawiając na przykład skok o tyczce. Tak więc niezależnie od liczby uruchomionych orlików trzeba będzie jeszcze trochę poczekać na polskiego Messiego.

KP: Dziękuję za dzisiejsze spotkanie i ciekawe rozważania. Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

 

Czytaj także

  • Pracownik działu nasłuchu Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa podczas nocnej zmiany, Schleissheim, lata 50. XX w. (Fot. NAC)

    Radio na zimnej wojnie

    To była najważniejsza operacja psychologiczna amerykańskiego wywiadu na froncie zimnej wojny i równocześnie nowoczesna i potężna rozgłośnia radiowa, która...

    WIĘCEJ
  • Ochotnicza Legia Kobiet we Lwowie (Fot. Biblioteka Narodowa)

    Orężem, piórem i pazurem

    Stulecie uzyskania przez kobiety w Polsce praw wyborczych to doskonała okazja, aby opowiedzieć o bohaterkach i historii ich walki.

    WIĘCEJ
  • Przybysze z Zaleszczyk przed swoim domem w Radówku na Ziemi Lubuskiej, 1947 r. (Fot. Instytut Zachodni)

    Już jesteśmy stąd

    Przesunięcie w 1945 r. granic Polski pociągnęło za sobą konsekwencje polityczne, gospodarcze, ale przede wszystkim społeczne.

    WIĘCEJ
  • Fot. Krzysztof Bieliński/TW-ON

    Brawa po spektaklu są owocem mojej pracy

    O zarządzaniu kulturą, międzynarodowych sukcesach i znaczeniu opery z Waldemarem Dąbrowskim rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ