Byłem snajperem GROM-u

Fot. Jarosław Rybak
Fot. Jarosław Rybak

O operacjach specjalnych, wykonywaniu rozkazów i dylematach snajpera z Karolem Soyką rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Czasem ludzie pytają żołnierza, czy kogoś zabił. W przypadku snajpera takie pytanie trochę traci sens, bo zabijanie to właściwie meritum jego pracy.

Karol Soyka: Odpowiedź na to pytanie zawarłem w swoich książkach, które polecam. Oczywiście były sytuacje, w których musiałem pociągnąć za spust, i tyle mogę powiedzieć. Gdyby owe sytuacje się powtórzyły, nie miałbym problemu, żeby znów strzelić do przeciwnika. Poznałem osobiście Chrisa Kyle’a, amerykańskiego snajpera (postać została odwzorowana w filmie „Snajper” Clinta Eastwooda). To, co w nim podziwiałem i lubiłem, to fakt, że był bardzo odważny, pewny w działaniu, precyzyjny i przede wszystkim był żołnierzem z krwi i kości. Jego opowieść przebiła się w świecie. Natomiast w polskich warunkach wyznań o liczbie zabitych na polu boju nie powinno się nagłaśniać. Można mówić o wyszkoleniu czy precyzji, powiedzieć, że z odległości 2 km udało się zdjąć cel. Ale nie można opowiadać, ile osób się zabiło, nie można się tym chwalić. Polskie społeczeństwo nie jest przygotowane na takie wypowiedzi.

KB: Inaczej niż amerykańskie?

KS: Tak. Tam mamy inną kulturę, inny styl. Dziki Zachód, przywiązanie do broni – to wszystko powoduje, że w USA inaczej się opowiada o byciu snajperem. W Polsce powoli sytuacja się zmienia, ponieważ obecnie politycy postulują szerszy dostęp do broni, ba, pojawiają się nawet hasła sugerujące, że broń powinna być w każdym domu. Póki co ten ostatni kierunek uważam za niewłaściwy ze względu na nasz charakter i temperament.

KB: A rozwijanie kultury strzeleckiej, np. postulat strzelnicy w każdym powiecie? Jak z perspektywy żołnierza ocenia pan takie pomysły?

KS: Sympatyzuję z nimi. Nie wiem, czy strzelnica powinna być dokładnie w każdym powiecie, choćby ze względu na koszty pozyskania i przygotowania terenów pod kątem bezpieczeństwa. Weźmy przykładowo strzelnicę 200-metrową, czyli nie snajperską, ale już porządną, bo pozwalającą na prowadzenie strzelań z karabinka szturmowego na słusznym dystansie. To jest spory teren. Natomiast generalnie popieram rozwój kultury łączącej strzelectwo, sport i patriotyzm. Ten moment, kiedy Rosjanie najechali na Krym i zaczęła się wojna w Donbasie, był momentem przełomowym, w którym wielu polityków i spora część społeczeństwa uświadomiła sobie, że nie żyjemy w pacyfistycznym świecie. Od tego czasu coraz popularniejsze są ćwiczenia bojowe różnych grup paramilitarnych, a także zmienia się podejście społeczne do potrzeby wojska i obronności. Wcześniej dominowało naśmiewanie się z kamaszy, a służba wojskowa była powodem do wstydu. Oczywiście to wynikało z degrengolady w peerelowskim wojsku. Nie wszystko było wtedy złe, ale sporo było idiotyzmów i absurdów. Dziś nawet niektórzy studenci chcą uczestniczyć w zgrupowaniach wojskowych i odbyć podstawowe przeszkolenie. Byłoby dobrze, gdyby każdy człowiek je przeszedł – nawet ten, który kiedyś za wszelką cenę chciał uniknąć wojska. Zmienia się sposób myślenia. Sądzę, że duży wpływ miał udział Polski w misjach w Afganistanie i Iraku oraz w misjach pokojowych w Libanie, na wzgórzach Golan itd. Pewną rolę w zmianie wizerunku wojska odegrał też sam GROM. Braliśmy udział w misjach, ale też pośrednio współuczestniczyliśmy w wyrywaniu Polski z ówczesnej sfery wpływów oraz we wchodzeniu polskiego wojska i generalnie całego kraju do struktur cywilizowanego świata NATO oraz Unii Europejskiej.


Pierwszy zawodowy zespół snajperów w Wojsku Polskim (Fot. Archiwum Karola Soyki)

KB: Snajper nie strzela, kiedy chce, tylko na rozkaz, a ten nie bierze się znikąd. Jaka jest procedura poprzedzająca naciśnięcie spustu?

KS: U nas ten proces działa trochę inaczej, niż widzimy to w filmach. Generał nie wzywa snajpera i nie wysyła go z tajną misją do Panamy. Odpowiem na podstawie mojego doświadczenia, więc trzeba uwzględnić, że mówię o przeszłości, bo jestem już siedem lat na emeryturze… Zadania specjalne, w tym zadania snajperów, wykonuje się w określonych celach. Są cele strategiczne, operacyjne i taktyczne. U nas decyzje o użyciu snajperów nie zapadały na szczeblu Ministerstwa Obrony czy Sztabu Generalnego, dlatego że my jako państwo nigdy nie byliśmy w takim stopniu zaangażowani w konflikty, jak przykładowo Amerykanie czy byłe państwa kolonialne. Mało tego, byliśmy zduszeni przez Układ Warszawski. Nikt nam nie pozwalał uczestniczyć razem z Rosjanami w operacjach na całym świecie. Nie spotkałem się zatem z tym, że ktoś na szczeblu strategicznym, czyli najwyższym, przekazuje informację o konieczności zlikwidowania celu, bo ma to dla Polski strategiczne znaczenie. Tak mogło być na przykład podczas II wojny światowej. Amerykanie lub Brytyjczycy wysyłali w góry Szwajcarii dwóch czy trzech snajperów, aby zlikwidować Hitlera. Tak więc u nas działania snajperów nie wynikają bezpośrednio z decyzji podejmowanych na najwyższym szczeblu władzy w kraju. Natomiast mogą wynikać z decyzji podjętej na szczeblu operacyjnym. Ten poziom obejmuje całą operację, w której biorą udział polskie siły specjalne, np. w Iraku czy w Afganistanie. W przypadku tych operacji szczebel strategiczny to NATO i generałowie sojuszu. Zaś szczebel operacyjny to dowódca operacji, który może wezwać i bezpośrednio rozmawiać z zespołem snajperów czy z pojedynczym snajperem. Żołnierz mający podobne zadanie jak snajper działa też na trzecim (najniższym) szczeblu, czyli taktycznym; jest to strzelec wyborowy. Najczęściej jednak snajper działa na szczeblu operacyjnym. W przypadku sił specjalnych jest to połączony sztab, który realizuje na miejscu zabezpieczenie i dekonfliktację z różnymi rodzajami sił, np. siłami powietrznymi czy marynarką wojenną, i ostatecznie jest wykonawcą operacji. W dowództwie operacyjnym z reguły decyzje podejmuje pułkownik, czasem major, zaś dowództwo strategiczne to generałowie i ich sztab. Snajper ma bezpośredni kontakt z dowódcą operacyjnym. Razem stacjonują w jednej bazie, żyją w tym samym miejscu, w odległości kilkuset metrów. Każdy snajper wolałby dostać zadanie ze szczebla operacyjnego, a nie taktycznego, bo to jest szczebel, który mu zapewnia dekonfliktację – daje pewność, że podczas działań w rejonie nie zostanie zestrzelony przez samolot albo predatora własnego wojska, wszak cały teatr działań wojennych to wiele zdarzeń w jednym czasie i w jednym miejscu. Wymaga to pełnej koordynacji ze strony dowództwa operacyjnego.

KB: A jak wyglądały typowe zadania snajpera podczas misji w Iraku czy Afganistanie?

KS: Przykładowo wrodzy snajperzy nie dawali nam żyć w bazie, ostrzeliwali naszych wartowników i pododdziały, które wyjeżdżały z bazy. Wobec tego naszym zadaniem było osłaniać naszych i likwidować jak najwięcej snajperów wroga. Były to zatem raczej zadania typu snajper przeciwko snajperowi, a nie snajper przeciwko żołnierzowi czy przeciwko cywilom.

KB: Rozkaz jest główną wytyczną do działania w wojsku. Jak żołnierz sił specjalnych odbiera rozkaz? Wykonuje go bez dylematów czy do decyzji dołącza własną ocenę?

KS: Od początku dołącza własną ocenę, a im jest dłużej w służbie, tym dogłębniej analizuje rozkazy, zastanawiając się, czy mają sens, są możliwe do wykonania i czy nie przyniosą więcej szkody niż pożytku. Ale koniec końców trzeba zapomnieć o dylematach. Chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, mianowicie rozkaz może mieć różną formę: słowną (czasem bardzo krótką), pisemną, elektroniczną, formę jakiegoś sygnału. W sytuacji, gdy pojawia się jakaś wątpliwość, czasem po otrzymaniu rozkazu następuje etap potwierdzenia, czy pochodzi on od przełożonego (tzw. double check). Ostatecznie nigdy jako żołnierz nie myślałem, żeby go podważyć. Rozkaz to rozkaz, choćby się waliło i paliło – trzeba go wykonać. I żaden ze znanych mi żołnierzy sił specjalnych nie miał z tym problemu. Same rozważania o rozkazie wyglądałyby może trochę inaczej, gdyby dotyczyły żołnierzy działających w warunkach pokojowych. Wtedy obowiązują inne regulacje, priorytet mają czynniki finansowe albo związane z bezpieczeństwem. I z tego punktu widzenia można zastanawiać się, czy rozkaz jest właściwy lub czy nie łamie obowiązujących regulacji prawnych. Natomiast GROM to zawodowcy. Od początku pracowaliśmy z pełną świadomością, byliśmy szkoleni do ochrony ludzi i do działań przeciwterrorystycznych. Mieliśmy do czynienia z materiałami wybuchowymi i amunicją bojową (ostrą). Tworzyliśmy własne strefy śmierci. Polegało to na tym, że budowaliśmy świadomość i kulturę maszyn do zabijania. Tak nas szkolono. Najlepiej by było, gdyby człowiek, przeciwko któremu występujemy, był terrorystą, owiniętym kominiarką, wyposażonym w kałasznikow i czyniącym krzywdę cywilom. Nigdy nie wywołała naszej refleksji część rozkazu, która mówi, że trzeba kogoś zlikwidować. Co innego część dotycząca tego, gdzie i jak mamy to zrobić. Tę sprawę trzeba przemyśleć, aby się przygotować. Nigdy nie podważyliśmy punktu, który mówi o misji, o samym zadaniu – z reguły w pięciopunktowym rozkazie jest to punkt drugi. Czasami cel jest w nim wskazany z imienia i nazwiska (tak było w Iraku), czasami zaś jedynie opisany jako zagrażający życiu (inny żołnierz lub snajper).

KB: To może niedługo ludzi sił specjalnych zastąpią roboty?

KS: Można przyjąć, że kiedy snajper składa się do strzału i widzi cel, to staje się robotem. Czas na przemyślenia jest w bazie (często po akcji, bo wspomnienia wracają) – albo w momencie wstąpienia do sił specjalnych. Natomiast te kilka minut czy sekund, w czasie których oddaje się strzał, zmienia człowieka w robota. A gdy tak się nie dzieje, to jest źle, ponieważ po to się nas szkoli, aby zadziałała pamięć mięśniowa, pewne nawyki i automatyzm. Uważam, że jest jeszcze długa droga, dla mnie niewyobrażalna, aby można było z robota uczynić pełnoprawnego snajpera. Snajper ma swój rejon, który monitoruje. Musi kontrolować manewrowość i pozycyjność. Ma często dużą swobodę przemieszczania się, sam podejmuje decyzje, może zmieniać stanowiska. Przy okazji dodam, że popularny w filmach obraz snajpera wiszącego na drzewie przez wiele godzin jest głupotą. Nikt tego nie wytrzyma, nogi ścierpną po 15 minutach. Wracając do pytania. Sporo różnych czynników trzeba analizować przed i po oddaniu strzału. Ktoś mógłby powiedzieć, że robot też to potrafi. Ale czy będzie umiał odpowiedzieć na element zaskoczenia? Zanim snajper zajmie pozycję, musi pokonać jakąś drogę. Najpierw jest wyprostowany, później idzie chyłkiem, następnie się czołga. Musi unikać nie tylko przeciwnika, ale też wykrycia przez siły własne, lokalną ludność; przekracza bagna, druty kolczaste, teren. Operatywność mózgu ludzkiego ma zasadnicze znaczenie dla manewrowości snajpera, który musi dostosować prędkość, maskować się, uwzględnić warunki pogodowe, porę dnia, porę roku. Czy robot potrafi zmienić kolor swojego korpusu z zielonego na żółty albo czarny? A co, jeśli włączy mu się niechcący tryb odblaskowy. (śmiech) Wydaje się, że roboty nie są jeszcze gotowe, by być „specjalsami”.

KB: Przy całej złożoności operacji specjalnych większe znaczenie dla ich powodzenia mają procedury i szkolenie czy kreatywność snajpera?

KS: Kreatywność jest potrzebna, kiedy działamy na tyłach przeciwnika, w mało opanowanym przez nasze wojska terenie, pod dużym przykryciem operacyjnym (również w aspekcie politycznym i strategicznym). Sama nasza obecność nie może zostać ujawniona, nikt nie może nas zauważyć czy zrobić nam zdjęcia, bo będzie to miało negatywne konsekwencje dla całej misji. Trzeba unikać ujęcia, identyfikacji, przesłuchania itd. Działania na takim polu muszą być przemyślane, trzeba dokładnie ułożyć całe zadanie snajperskie. Kiedy rozkaz pochodzi ze szczebla operacyjnego, przedstawia się dowódcy sposób wykonania zadania. Zanim przełożony go zaakceptuje, pada zazwyczaj wiele pytań o różne warianty sytuacji, które mogą nastąpić przed i po oddaniu strzału. Kluczowe jest zatem przygotowanie i planowanie. Często jedna para snajperska nie wie o zadaniu innej pary snajperskiej.

KB: Od dawna pojęcie wojska, być może również wojny, jest jakoś skorelowane z pojęciem patriotyzmu. Czy pan też się do niego odwoływał w swoim systemie wartości? A może wojsko, a szczególnie siły specjalne, powinien cechować niezabarwiony ideami profesjonalizm?

KS: Najlepiej by było, aby każdy Polak spędził kilka chwil na strzelnicy i strzelał. Gdyby przyszła taka potrzeba, jak w Polsce w 1939 r., kiedy podczas ataku Niemców przez megafony wołano: „Wszyscy jesteśmy żołnierzami, więc chwytajmy za broń!”, społeczeństwo mogłoby jakoś odpowiedzieć. Niezbędne są umiejętność obsługi broni i kontakt z bronią. Idea budowy wojsk obrony terytorialnej jest dobrym pomysłem, tylko trzeba uważać, aby nie narzucić im zbyt wielu zadań i za dużo od nich nie wymagać. Raczej powinny to być zadania taktyczne, a nie operacyjne. Żołnierze muszą mieć dużą dozę elastyczności, ale także poczucie, że są zawodowcami na swoim terenie, bo najlepiej go znają i mogą dobrze – poniekąd jak partyzanci – wesprzeć wojska operacyjne. Jestem zwolennikiem budowania patriotyzmu militarnego, kultury, wojskowości, ale nie zmuszania wszystkich, jak w Izraelu, do wyczerpującej, zasadniczej służby wojskowej. Dobrze by było, żeby każdy z nas wiedział, jak się chwyta za broń i strzela.

KB: Niekiedy powiada się, że celem wojny jest pokój, albo nawet że celem wojny jest wojna.

KS: Jest jeszcze przysłowie: „Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę”. Myślę, że ludzki mózg ma tak niespotykaną możliwość tworzenia, że wymyśli świetne hasło, aby opisać lub skomentować każdą sytuację. Musi być ono jednak aktualizowane. Dobre hasła z okresu średniowiecza czy kultury antycznej dziś niekoniecznie będą trafne. Wracając do przysłowia z początku mojej odpowiedzi – uważam, że ostatnio trochę odżyło. Jeszcze niedawno uważaliśmy, że nic nam nie grozi ze wschodu, więc hasło nie było aktualne. Jednak działania Rosji we wschodniej Ukrainie i zajęcie Krymu zupełnie zmieniają perspektywę. I to nie jest wyłącznie nasz polski punkt widzenia, podobnie myśli się w innych krajach na całym świecie.

KB: GROM to ważna polska marka.

KS: Obecnie jednostka GROM ma 27 lat. Ja służyłem w niej niespełna 20 lat. Przez pierwsze 10 lat w MSWiA funkcjonowała słynna nazwa GROM. W 1999 r. przeszliśmy do MON, pod Sztab Generalny. Nazwa została oficjalnie wycofana, funkcjonowaliśmy jako jednostka wojskowa JW2305. Natomiast kilka lat później, po Iraku, zatwierdzona została przez Sztab Generalny pełna nazwa: Jednostka Wojskowa Sił Specjalnych nr 2305 – GROM.

KB: Wiele firm korzysta z waszej renomy. Mamy buty Grom, kurtki, agencje ochrony, które nie mają z wami nic wspólnego.

KS: Tak. Są nawet papierosy Grom. Natomiast jeszcze przed powołaniem naszej jednostki funkcjonowały rakiety Grom. Faktycznie GROM jest marką, ale państwową, czyli nie trzeba mieć zgody na użycie znaku towarowego. Nazwa naszej jednostki została stworzona przez pułkownika (później generała) Sławomira Petelickiego z uwzględnieniem różnych perspektyw. Niektórzy mówią, że w geście wdzięczności wobec Gromosława Czempińskiego, ale nigdy tego nie potwierdziłem. Inni rozwijają skrót jako Grupa Reagowania Operacyjnego-Manewrowego.

KB: GROM spełnił specyficzną rolę w najnowszej historii Polski, nie tylko w aspekcie militarnym. W dobie powszechnych aspiracji, by doszlusować do Zachodu, pokazaliście, że coś, co powstało w Polsce, może reprezentować najwyższy światowy poziom.

KS: Tak. Jednostka została założona w 1990 r. W tamtych latach na Okęciu lądowali Amerykanie i przywozili nam najnowocześniejszy na owe czasy sprzęt oraz szkolenia. To był wówczas poziom niewyobrażalny. Jednak w latach 90. świadomość istnienia naszej jednostki nie była tak powszechna. Byliśmy małą grupą (ok. 30 szturmowców). Kilka lat później wysyłano nas na niezliczone konferencje i treningi dla sił specjalnych. Naszą przewagą było to, że uczono nas języków i wysyłano, gdzie tylko się dało (m.in. do Holandii, Norwegii, Portugalii, Szwecji, oczywiście do USA i Wielkiej Brytanii), abyśmy się uczyli rzemiosła od najlepszych. I wydawało się, że GROM jest wszędzie. Znano nas w najważniejszych siłach specjalnych na całym świecie. Po ataku na World Trade Center 11 września 2001 r. Amerykanie „oszaleli”. Ułatwiło to tamtejszym politykom wysłanie kontyngentu do Afganistanu i Iraku. Na tej fali Amerykanie zaczęli zapraszać do koalicji. Mieliśmy kontakty, więc zapytali nas, czy nie wzięlibyśmy udziału w operacjach. Dowódca jednostki przyjął propozycję, a po uzgodnieniach w sztabach stwierdzono, że Amerykanom nie można odmówić. Generał Roman Polko zdecydował o wysłaniu w 2001 r. około 30 osób do Kuwejtu. Gdy już tam byliśmy, nagle Amerykanie rozpoczęli przygotowania do wojny i oczywiście zaproponowali nam większe zaangażowanie. W efekcie GROM uczestniczył w słynnej akcji w porcie Umm Kasr, gdzie szturmował i zabezpieczał węzeł przeładunkowy i platformę olejową KAAOT w Zatoce Perskiej. Znów zrobiło się o nas głośno w mediach (pierwsze artykuły o naszej jednostce opublikowano po naszej misji na Haiti w 1994 r.). Społeczeństwo dowiedziało się, że istnieje w Polsce jednostka specjalna, która realizuje działania bojowe, jest na linii ognia, działa zaczepnie i ofensywnie. Wcześniej działania polskich żołnierzy na misjach odbywały się w ramach kontyngentu ONZ i polegały na unikaniu prowokacji. GROM stał się modny. Nasz sprzęt i wyposażenie Ludowego Wojska Polskiego dzieliła przepaść. Byliśmy trochę jak szturmowcy z kosmosu. Młodzi ludzie zobaczyli, że wojsko może być dynamiczne, nie nudne, męskie, ale też dla kobiet. To tchnęło ducha w młodych. Od tej pory staliśmy się darmową reklamową dla polskiego wojska. Nastąpił skok jakościowy w tym temacie.

Natomiast mało się mówi o tym, że GROM również był niszczony. Zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie – politycznie. Od początku kłuło w oczy, że to jednostka, w której żołnierze chodzą ubrani, jak chcą, nie idą idealnie w szeregu. W której sierżant może wprost rozmawiać z generałem, mieć swoje zdanie na temat sprzętu, taktyki. To się nie mieściło w głowie. Wielką niechęć budził także fakt, że odnosiliśmy sukcesy w świecie oraz zostaliśmy zauważeni przez media.


Karol Soyka w 1992 r. (Fot. Archiwum Karola Soyki)

KB: Wypowiedział pan kiedyś takie zdanie, że głównym problemem współczesnego wojska jest humanizacja. To ostra teza. Czy może ją pan rozwinąć?

KS: To jest taki sąd, za który łatwo mnie „ustrzelić”. Na pewno każdy filozof, psycholog, humanista udowodniłby mi, że się mylę. W pewnym sensie przekonałby mnie, że z punktu widzenia wartości zabicie człowieka to bardzo zła rzecz. Zgodzę się z tym, rozumiem samą ideę, że człowiek jest najważniejszy. Ale to mówimy wyłącznie na dużym poziomie ogólności. Natomiast kiedy zaczniemy się zastanawiać, czym jest wojsko, dojdziemy do przekonania, że wojsko ćwiczy, aby rozwalać. Czasem pomaga w sytuacjach kryzysowych, ale przede wszystkim jednak niszczy. Armia jest przygotowywana do obrony i walki, zatem idea wojska jest przeciwieństwem humanizacji. Nie ma tu miejsca na przemyślenia o człowieczeństwie wroga i wartości jego życia. Nie o to chodzi. Wojsko z założenia powinno być agresywne, kiedy jest taka potrzeba. Tę agresję należy budować i wyzwalać. Ale im bardziej zawodowa armia, tym lepiej żołnierz wie, kiedy być agresywnym, a kiedy eleganckim. Ma ogładę, potrafi być towarzyski i wytworny, potrafi sprzedać siebie i wypowiedzieć się na ważne i ciekawe tematy. Pewne proporcje muszą być zachowane. Nie należy się wyzbyć całkowicie humanizmu. Skala owych proporcji pewnie zależy od formacji. W przypadku takiej formacji jak GROM, czyli bardziej wyszkolonej do walki bezpośredniej i kontaktu, stopień humanizacji będzie niższy niż w wojskach, które działają w warunkach mniejszego zagrożenia życia, słowem: mniejszego ryzyka. Moja wypowiedź ma jeszcze jeden aspekt. Kiedy rozpoczynała się transformacja ustrojowa, polityczni wojskowi na szczeblach batalionów mieli świadomość, że dotychczasowy system upada. Przestawali mieć wpływ na dowódców im podwładnych. Dowódcy taktyczni – siłą rzeczy – skoro nie mieli nacisku z góry, rozluźniali atmosferę. A jeśli się rozluźnia atmosferę w wojsku, w plutonie, i mamy do czynienia z wojskiem mało karnym, to przestaje się nad nim panować, pojawiają się kradzieże, rozboje, szaleje tzw. fala. Podważono celowość zgrupowań na poligonach oraz istnienie realnego przeciwnika, a to wszystko spowodowało, że armia stała się „rozwodniona”. Na ten stan wojska nałożyła się humanizacja, czyli reguły, które nie pozwalają „przeczołgać” żołnierza, nie pozwalają na niego krzyknąć czy wysłać do lasu, bo mogą go pogryźć osy. Postępowało dalsze rozluźnianie dyscypliny. Żołnierze przestali wracać na czas z przepustek do koszar, bo wiedzieli, że dowódca nic im nie może zrobić. Zlikwidowano areszty, nie było cel, więc nie było haka na żołnierza, nie można go było ukarać. A gdy po tygodniu żandarmeria znalazła go na mieście pijanego, pisała raport na dowódcę, który dostawał po łbie. Żołnierz służby zasadniczej, który nie awansował, tylko się cieszył. Wojsko przestało wyjeżdżać na poligon. Dlaczego? A to potrzeby nie było, a to paliwa zabrakło. Z czasem poligony pozarastały, bo leśniczy nie pozwalał wyciąć drzew. Na poligon zaczęli przyjeżdżać cywile, aby zbierać łuski i sprzedawać je na złomie. Jeżeli przykładowo zmotoryzowany batalion strzela z pojazdów podczas ćwiczeń nocnych, to łuski zbiera się następnego dnia rano. Tylko że na drugi dzień żołnierze żadnych łusek nie znajdowali, bo nad ranem poligon spenetrowali cywile. Przecinali płoty, wchodzili na strzelnice i zbierali łuski, a żandarmeria ganiała ich po lesie. Jak kogoś złapali, to spisali. Ale co cywilowi może zrobić żandarm? Może nałożyć karę za wykroczenie w wysokości 50 zł. Dziś myślę, że mówiąc o humanizacji, może nie dotknąłem istoty problemu. Borykamy się po prostu z brakiem reguł w wojsku i w relacji wojska z innymi podmiotami administracji publicznej. Przez dekady podważano też szacunek do żołnierza.

KB: Czy legendarna lojalność między żołnierzami sił specjalnych jest faktem, czy kolejnym popkulturowym mitem?

KS: W każdej grupie, która ma wspólne cechy i zainteresowania, a dodatkowo żyje razem, bierze udział w akcjach i znajduje się w sytuacji zagrożenia, występuje jakaś więź i szacunek. W zależności od świadomości te więzi są silniejsze lub słabsze. W siłach specjalnych funkcjonują dodatkowo specyficzne reguły. Rekruci są dobierani przez starszych kolegów. Zaś u Amerykanów jest tak, że gdy oficer ma awansować, jest oceniany przez sierżantów, czyli młodszych stopniem żołnierzy. Integracja w takiej grupie jest naturalna. To wszystko się przekłada na zagadnienia związane ze szkoleniem do pracy zespołowej, która jest niesłychanie modna w ostatnich latach. Dziś jednak mówi się, że nie należy niszczyć podejścia indywidualistycznego i zabijać kreatywności. Odpowiada mi to, bo ja jestem indywidualistą. Ale kiedy na początku lat 90. przylecieli Amerykanie, aby nas szkolić, to hasło pracy zespołowej powtarzali jak mantrę. Inna sprawa, że generalnie moim zdaniem snajperzy są częściej indywidualistami. Może właśnie dlatego wielu snajperów, którzy od początku byli w GROM-ie, zajmowało podczas służby stanowiska dowódcze: od majorów do podpułkowników (wysoki szczebel). Praktycznie każdy z nas dowodził dużym zespołem ludzi. W każdej grupie, w tym w siłach specjalnych, istotna jest jeszcze rola silnej jednostki. Taki był generał Petelicki. Miał słabości, jak każdy, ale był silnym facetem. Dał radę.


Karol K. Soyka

podpułkownik, dowódca, żołnierz sił specjalnych, snajper. W GROM-ie od początku istnienia jednostki. Jako pierwszy Polak ukończył szkolenie Zielonych Beretów. Brał udział w ekstremalnie trudnych misjach w Iraku, Zatoce Perskiej i na Haiti. Autor książek „Cel za horyzontem” i „Krew snajperów”.

 

Czytaj także