Więzi między ludźmi przetrwały wojnę

Halina Górka-Grabowska (Fot. Kamil Broszko/Broszko.com)
Halina Górka-Grabowska (Fot. Kamil Broszko/Broszko.com)

Urodziła się nieco ponad rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jej losy naznaczyła wojna, podczas której była żołnierzem, partyzantem, szpiegiem. Po wojnie poświęciła się pomocy tym, z którymi związało ją braterstwo broni i bój o ojczyznę. Z Haliną Górką-Grabowską rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Jest pani niemal równolatką odrodzonej Polski. Chciałem zapytać o pani losy, szczególnie o doświadczenia wojenne.

Halina Górka-Grabowska: Jako dziecko byłam pod opieką kobiety, która bardziej poświęcała się żołnierzom przebywającym w czasie wojny w szpitalach aniżeli własnym dzieciom. To pierwsze moje wspomnienie i atmosfera, która mnie ukształtowała.

KB: To była pani mama?

HGG: Tak.

KB: Była lekarką czy pielęgniarką?

HGG: Wolną sanitariuszką. Zostawiała dom, rodzinę i opiekowała się żołnierzami. Spełniała rolę dodatkowej pielęgniarki. I uważała, że to jest jej obowiązek, również dlatego, że jej bracia byli wówczas na wojnie, byli legionistami. A na Wołyniu, gdzie w miejscowości Równe przyszłam na świat, walk było sporo. Później pamiętam szkoły, podstawową, średnią… i znów wojnę. Lecz zanim wybuchła, wezwała mnie do siebie pewna pani, która była żoną generała. Zapytała mnie ściszonym głosem, czy w razie działań zbrojnych będę wspomagać wojsko. I ja powiedziałam, że oczywiście zgadzam się na taką rolę. Miałam wtedy 17 lat.

KB: Została pani agentką wywiadu wojskowego?

HGG: Dokładnie tak. Tamta pani odebrała ode mnie przysięgę wojskową, z zastrzeżeniem, że nikt się o niej nie dowie. O tej przysiędze zawiadomiła dowództwo dywizji, potem dowództwo armii. Moje nazwisko zawędrowało przez Kowel do Lublina i w stosownych aktach odnotowano istnienie młodej żołnierki. Oczywiście nie miałam prawa nikomu o tym mówić, ale gdy nastała wojna, uważałam się za pełnoprawnego żołnierza, na równi z tymi, którzy walczą na froncie. Wypełniałam normalne rozkazy. O mojej roli i przysiędze wiedział dowódca 23 Pułku Piechoty we Włodzimierzu, natomiast pozostali oficerowie czy żołnierze nie orientowali się.


Pułkownik Jan Wojciech Kiwerski, dowódca 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (Fot. Archiwum Haliny Górki-Grabowskiej)

KB: Skoro działalność miała charakter tajny, musiała mieć pani przykrywkę. Rozpoczyna się wojna, mieszka pani na Wołyniu, w miejscowości Włodzimierz, i pracuje w…

HGG: Kiedy rozpoczęła się wojna, pracowałam w starostwie. Zaś moje pierwsze tajne zadania polegały na organizowaniu i wysyłaniu paczek dla osób wywiezionych na Syberię. Powiązany z nami pracownik poczty otrzymywał paczki w różnych godzinach dnia, a następnie nieoficjalnie dołączał je do transportu. Dostarczałyśmy z koleżanką na pocztę 10 takich paczek dziennie. Oczywiście wszystko to w konspiracji. Co ciekawe, kierownikiem tej poczty był Ukrainiec, który z nami współpracował. Niedługo później Niemcy postanowili zająć większe tereny i rozpoczęła się okupacja naszych ziem. Moja rola polegała na wykorzystaniu Niemców, którzy wykazywali ludzkie odruchy w stosunku do nas. Zgłosiłam się do pracy w przedsiębiorstwie zajmującym się ubojem, przetwórstwem i sprzedażą mięsa, które realizowało dostawy dla armii niemieckiej. Jego szef, Niemiec, w swojej młodości był jeńcem na terenie Anglii, tam zresztą wyuczył się zawodu. Uważał – i mówił nam o tym – że to, co czynią Niemcy na naszych terenach, jest zbrodnią. Niemiec, były jeniec angielski, doszedł do wniosku, że on nie ma prawa postępować tak, jak wielu przedstawicieli jego narodu. Namówiłam go, by wystawił mi kartę swobodnego poruszania się. To mi dawało praktycznie nieograniczony dostęp. Pod pozorem załatwiania spraw niemieckich wchodziłam do różnych urzędów, przedsiębiorstw, ale także do getta.

KB: Lawirowała pani między Niemcami i Ukraińcami, a na dodatek odwiedzała getto?

HGG: W tym kontekście przypomina mi się ciekawa historia. Kiedy odbywały się niemieckie łapanki, Ukraińcy chętnie w nich uczestniczyli. Odpowiadało im, że mogą wywrzeć na Polakach jakąś presję albo zemścić się za traktowanie ich jako naród trochę niżej ustawiony w hierarchii ludów. Ale to nie jest jedyna prawda. Byli też tacy Ukraińcy, którzy mówili: „Halinka, idziesz do getta? Zanieś im jakieś mięso”. Ponieważ Żydzi nie jadali wieprzowiny, dostawałam kawały wołowiny; wrzucałam je do torby i zabierałam ze sobą. Szłam z karteczką od mojego niemieckiego szefa, żeby oficjalnie coś w getcie załatwić, np. ostrzenie noży. A od kolegów Ukraińców dostawałam mięso, aby podrzucić je głodującym Żydom. Oczywiście te kilka kilogramów, zabrane przez drobną dziewczynę, to była kropla w morzu potrzeb. Ale Żydzi wiedzieli, że jeżeli ja wchodzę na teren getta, to nigdy nie mam pustych rąk.

KB: Ilu Żydów było we Włodzimierzu?

HGG: Na początku wojny tysiące, ale później ta liczba bardzo szybko rosła. Przyjeżdżali Żydzi ze Śląska, z Krakowa, Warszawy, Gdańska, Poznania – z całej Polski. Naprawdę to, co się działo we wschodniej części kraju, jak wielu Żydów tam się ukrywało, trudno dziś sobie wyobrazić. W pewnym momencie było ich we Włodzimierzu 60 tys. I tak kolejno Niemcy ich mordowali.

KB: Który to był rok?

HGG: Początek lat 40. Kiedy w 1943 r. poszłam do getta, Żydów zostało już tylko 6 tys. Mówię do przełożonego w getcie: „Srul, wyznacz jakąś grupę mocniejszych ludzi i daj mi ich pod opiekę. Zorganizuję ich w lesie. Mamy tam lekarzy, pielęgniarki, ziemianki, zapasy. To nie będzie łatwe, ale przynajmniej jest cień szansy, że przeżyją”. A on mówi: „Słuchaj, jest nas 6 tys. W jaki sposób mam z tych 6 tys. wybrać 150? Zginę razem z nimi”. I zginął, razem z większością. Natomiast niektórzy sami zdecydowali się wcześniej opuścić getto, znaleźli drogę ucieczki i przeżyli w lasach. Gdy w 1944 r. mieliśmy już zorganizowane oddziały w lesie, oni się zgłosili i było ich sporo.


Halina Górka-Grabowska, czasy powojenne (Fot. Archiwum Haliny Górki-Grabowskiej)

KB: Zanim jednak znalazła się pani w lesie, trafiła do więzienia.

HGG: Zdecydował o tym nieszczęśliwy przypadek. Jeden z oficerów, który miał pewne kłopoty z pamięcią, zafundował sobie pas rupturowy i w nim przechowywał wszystkie dane siatki wywiadowczej z całego Wołynia. Ten człowiek wracał ze swojej misji, z Równego do Łucka, i władował się na ciężarówkę wypełnioną handlarkami. Każda z nich coś wiozła ze wsi do miasta, na przykład kury albo słoninę, aby trochę pohandlować. Kierowca ciężarówki chętnie zabierał te starsze kobiety, bo na nich zarabiał. Kiedy już dojeżdżali do Łucka, mijali ciężarówkę z niemiecką wartą. Niemcy chętnie podjęli kontrolę, głównie po to, aby trochę okraść handlarki. I podczas sprawdzania natrafili na mężczyznę, który wydał im się podejrzany, bo nie wiózł żadnych towarów. Zabrali go do Łucka, tam rozebrali do naga, wykonali szczegółową rewizję, sprawdzili też oczywiście pas rupturowy. A tam wszystko – dane ludzi z Łucka, Kowla, Włodzimierza, a nawet z odleglejszych obszarów Wołynia… Wtedy zaczęły się aresztowania.

KB: Ten człowiek miał przy sobie rozpisaną całą siatkę konspiracyjną?

HGG: Tak, nazwiska, hasła – wszystko w jednym pasie rupturowym. Później dobrze władający językiem polskim Niemcy wchodzili do domów ludzi działających w podziemiu i aresztowali w sumie 200 osób z całego Wołynia, w tym również mnie. Zgromadzili nas w Równem, w świetnie strzeżonym więzieniu. Były tam czujki sowieckie, ale też Ukraińcy czy Niemcy skazani za szabrowanie. I oczywiście Polacy, w tym cała nasza siatka. Przebywałam tam przez trzy miesiące. Zostałam wypuszczona w listopadzie 1942 r. A na przełomie lat 1942 i 1943 w tym więzieniu nastąpił bunt.

KB: Co było bezpośrednim impulsem do jego wybuchu?

HGG: Głodzenie, maltretowanie, poddawanie dzikim badaniom medycznym i znęcanie się nad więźniami. Notorycznie zabierano z celi więźniów i po kilku godzinach albo dniach przynoszono ich z powrotem, niemal martwych, pobitych do nieprzytomności. Nieraz zastanawiałam się tam, gdzie jest granica zła, jakie można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

KB: Każde więzienie wymusza pewne adaptowanie się do warunków. Jak radziła sobie pani w więzieniu w Równem?

HGG: Byli tam osadzeni również niemieccy więźniowie. Karano ich za pospolite przestępstwa, najczęściej kradzieże. Oczywiście Niemcy byli traktowani inaczej niż Polacy czy inne nacje. Najczęściej pełnili
jakieś funkcje, na przykład nosili kotły z kawą. Podawano nam tam kawę zbożową, lurę, bez żadnych wartości, tyle że była ciepła. Więźniami funkcyjnymi nigdy nie byli Polacy, jedynie Ukraińcy i właśnie Niemcy. Oni również podlegali presji więziennej, więc czasem odczuwali w stosunku do Polaków coś w rodzaju koleżeństwa. I ja to wykorzystywałam. Ponieważ więźniowie niemieccy pełniący funkcje mogli poruszać się po całym więzieniu, w zamian za cebulę czy paczkę papierosów przekazywali informacje pomiędzy osadzonymi w różnych celach. Kobiety były przetrzymywane na drugim piętrze, zaś w piwnicach byli mężczyźni. Gdy chodziłyśmy po spacerniaku, mogłyśmy do otwartych cel na parterze czy w piwnicy – gdy tylko okienko było uchylone, a pilnujący Niemiec udawał, że nie widzi – coś wrzucić. Chociażby cebulę czy jabłko. Oczywiście, żeby Niemiec nie widział, musiał swoją dolę dostać.

KB: Proszę jeszcze opowiedzieć o wspomnianym buncie. Choć wyszła pani już wcześniej z więzienia, z pewnością zna jego przebieg.

HGG: Nasi koledzy zdobyli drabiny, przystawili je do muru na podwórku więziennym i po prostu go przeskoczyli, a następnie uciekli na teren Równego. Ale tych, którzy mieli siłę, aby tego dokonać, było niewielu – co najwyżej jedna trzecia spacerujących wówczas po terenie więzienia. Niemcy bardzo szybko opanowali sytuację. Zaczęli ginąć ludzie, najpierw na drabinach, potem na podwórku więziennym. W końcu Niemcy zdecydowali się „oczyścić” całe więzienie – nikogo nie pozostawili przy życiu. Wszyscy więźniowie zostali rozstrzelani, a później przez jakiś czas na pola pod Równem ciężarówki wywoziły trupy.

KB: Trzy miesiące po pani wyjściu?

HGG: Wyszłam w listopadzie, a ta makabra w więzieniu była w styczniu. Zginęło wtedy na pewno co najmniej tysiąc osób. Bo to jednak były dwa piętra, parter i piwnice. W jednej celi siedziało 10 osób, a w salach żydowskich – kilkadziesiąt. Żydzi byli straszliwie stłaczani, prawie na stojąco tam przebywali. Kiedy Niemcy ich łapali, nieraz mieli przy sobie naprawdę pokaźne sumy. Jedna z pań, chyba ze Śląska, miała w takim małym pudełeczku z kremem zatopione brylanty. Myślała, że jak Ukrainkę – która była funkcyjną – tym pudełeczkiem przekupi, to ona jej ułatwi przejście do celi dla Polaków. A Ukrainka wzięła pudełeczko, dowiedziała się, co w nim jest, i oddała gestapowcom, żeby wcześniej wyjść z więzienia, bo też była oskarżona o jakieś kradzieże. I w ten sposób wykupiła się i ją zwolniono. A z zawartości pudełeczka któryś tam z gestapowców skorzystał. Inni do więzienia szli tak, jak ich chwytano. Ja na przykład byłam w odwiedzinach u koleżanki i gdy wróciłam, to gestapo już czekało na mnie w domu. Więc to, co miałam w ręku i na sobie, mogłam zabrać do więzienia. Jeżeliby mi nie przyniesiono odzieży, tobym nie miała nawet w co się przebrać. Ale rodzina dostarczyła mi ciuchy.

KB: Wspomniała pani o sowieckich czujkach w więzieniu.

HGG: Była przykładowo jedna Rosjanka z Dalekiego Wschodu, która została na Wołyń przysłana jako agent, a dokładnie ktoś, kto miał organizować ludzi przeciwko Niemcom. I ona wpadła. Ale umiała kłamać, udawać, miała kontakt z agentami na terenie Równego, którzy dostarczyli do gestapo odpowiednie zasoby, dzięki czemu ona wyszła. Oczywiście ktoś z wywiadu sowieckiego musiał nią sterować, ale też organizować dla niej wszelkie wsparcie. Opiekunowie i agenci ją uratowali.

KB: Jaką linię obrony przyjęła pani w więzieniu?

HGG: Udawałam – że się tak wyrażę – głupa. Co mogę mieć z tym wspólnego? Jestem za młoda, nie znam się, nic nie wiem. W końcu takie podejście zaowocowało i wypuszczono mnie z więzienia. Przekonałam Niemców, że jestem po prostu niekumata – tak to można nazwać językiem młodych ludzi. Gdy wróciłam do domu z Równego, oczywiście nie zamierzałam przerywać mojej działalności w podziemiu i w dalszym ciągu konspirowaliśmy na terenie Włodzimierza i poza nim.

KB: Do kiedy została pani we Włodzimierzu?

HGG: Do kiedy można było. Z tym wiąże się ciekawa historia. Ojciec był z zawodu zegarmistrzem, ale też naprawiał instrumenty muzyczne, głównie organy i trąbki. Był człowiekiem wszechstronnym, zarówno jeśli chodzi o umiejętności, jak i rzemiosło. Z tego powodu był znany lokalnie. Pewnego dnia przyszedł do niego Ukrainiec i powiedział: „Niech pan zabierze córkę, bo ona jest podejrzana, są na jej tropie”. Wysłano mnie na daleką wieś i tam działałam w konspiracji, pomagałam łącznikom kursującym między miastami. A co jest ciekawe w tej historii? Ukrainiec, który mnie uratował, wraz z rodziną przedostał się za Bug. I tu pozostał, z żoną Rosjanką. Polacy uznali ich za krajan i do końca swoich dni żyli spokojnie w Gdańsku. Zatem więź pomiędzy ludźmi, którzy sobie pomagali, pozostała również po wojnie.

KB: Jak podczas wojny polscy uciekinierzy, ale też szpiedzy, przemieszczali się na dużych odległościach?

HGG: Korzystali z tajnych ścieżek. Wiodły one z Syberii do Paryża, Wiednia czy Londynu, a powstały jeszcze w czasach carskich. Taką ścieżkę tworzyły powiązane ze sobą rodziny, różnych narodowości: Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie. Ukrywający się trafiał do kolejnych domów, w których się nim opiekowano. Kolega mojego męża uciekł z likwidowanego obozu spod Kijowa. Wzięto go na ciężarówkę, żeby pracował przy przewożeniu żywności do obozów jenieckich. On jednak skorzystał z okazji i gdy ciężarówka miała postój, zawieruszył się i trafił właśnie na taką ścieżkę. Jako jeniec musiał chodzić w mundurze i początkowo uciekał tak właśnie ubrany. Zobaczyła go jakaś starsza kobieta, wciągnęła do chałupy i powiedziała, że w takim mundurze to on daleko nie zajdzie. Przebrała go i podała mu następny namiar, gdzie się ma skryć. A on, korzystając z jej wskazówek, szedł od jednej naszej czujki do następnej, spod Kijowa aż do granicy z Polską. W Szepetówce powiedziano mu, że teraz musi liczyć na swoich, ale wcześniej przez całą drogę był prowadzony. Korzystał też z jedzenia, które Ukraińcy i Rosjanie pozostawili na cmentarzach dla swoich zmarłych.

KB: Czyli to były polskie ścieżki?

HGG: To były stare polskie ścieżki, pochodzące z czasów carskich. O tych sprawach niewiele osób wie. Kolega męża zupełnie przypadkowo się uratował – dzięki temu, że ta stara niewiasta, Ukrainka, wciągnęła go do swojej chałupy i dała mu ciuchy. I wskazała następny etap. W ten sposób, idąc od domu do domu, dotarł aż do Szepetówki.

KB: Wracając do pani losów, jest rok 1943 i co dzieje się dalej?

HGG: Wróciłam do pracy i robiłam to, co trzeba było. Firma, w której pracowałam, zajmująca się zaopatrzeniem, wystawiała faktury dla armii niemieckiej za dostarczone dobra. Moją rolą było zdobywanie informacji zawartych w tych fakturach i przekazywanie ich łącznikowi polskiego wywiadu. Na podstawie tego, ile jednostka zamawiała zaopatrzenia, można było po prostu obliczyć, ilu jest żołnierzy w danej jednostce i w mieście. Te wszystkie informacje zbierałam, spisywałam i wysyłałam do kolejnej łączniczki, zresztą mojej kuzynki. Przyjeżdżał do niej łącznik od pułkownika z Hrubieszowa, oficjalnie podający się za handlarza sodą albo drożdżami. W jej domu zbierano i opracowywano dane nie tylko ode mnie, ale z całego Wołynia; w ten sposób w skondensowanej formie trafiały do dowództwa.

KB: Była pani na Wołyniu, miejscu trudnej historii, opowiedzianej choćby w filmie pod tym samym tytułem.

HGG: To prawda, ale proszę pamiętać, że wtedy Ukraińcy też ginęli. Komendantem milicji we Włodzimierzu był kolega z mojej matury. Jako Ukrainiec zorganizował oddział wyzwalający Wołyń dla Ukrainy – policję, która niszczyła Polaków. Ale banderowcy ten oddział zlikwidowali. To było stu kilkudziesięciu ukraińskich policjantów, którzy pod przewodnictwem Andrija Melnyka chcieli wyzwalać Ukrainę. Banderowcy uznawali ich za zbyt łagodnych.

KB: Ten oddział zlikwidowali poprzez rozformowanie czy jego członków wymordowano?

HGG: Banderowcy rozstrzelali cały oddział, z moim kolegą na czele, za to, że nie chcieli się przyłączyć. Melnykowcy nie zgadzali się na likwidację całych miejscowości zajętych przez ludność polską. Uważali, że to jest działanie przeciw Ukraińcom.


Halina Górka-Grabowska z mężem Zygmuntem w mieszkaniu w Warszawie. (Fot. Archiwum Haliny Górki-Grabowskiej)

KB: Inny bolesny temat związany z Wołyniem dotyczy relacji polsko-ukraińsko-żydowskich. Dała pani wcześniej wspaniałe świadectwo pomocy Żydom w getcie…

HGG: Staram się w ogóle o tym nie wspominać i nie oczekuję żadnych pochwał. Są tacy, którzy pragną drzewka w Instytucie Jad Waszem. Ja nie chcę drzewka. Mam przyjaciółkę Żydówkę, dużo młodszą ode mnie, która ma ponad 80 lat. Grywam z nią w brydża. Kiedyś jej opowiedziałam o moich przygodach w getcie, ale z zastrzeżeniem, że to wszystko ma pozostać tajemnicą.

KB: Ale jest pani świadkiem historii, która wciąż domaga się kolejnych głosów, relacji, wyjaśnień.

HGG: Jest już dużo tych głosów, mój nie jest potrzebny.

KB: Na początku 1944 r. dołączyła pani do 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Jakie miała tam pani obowiązki?

HGG: Obowiązki wywiadowcze i obowiązki łączności.

KB: Którą akcję zapamiętała pani najlepiej?

HGG: Była cała masa różnych zajść, w których musiałam brać udział. Wymienię jedno. Polecono nam nawiązanie kontaktu z partyzantką sowiecką. Przeszliśmy na jej teren, a mój dowódca został zaproszony na uroczysty obiad do wodzów tamtej partyzantki. Był zauroczony ich przyjacielskim przyjęciem. Po powrocie opowiadał nam o tym. Ale kiedy on biesiadował, ja obserwowałam. I mówię do niego: „Panie poruczniku, w nocy wszystkich nas rozbroją i wywiozą w głąb Związku Radzieckiego. W tej chwili wszystko, co ze sobą przywieźliśmy, jest grabione. Pański koń został już zabrany. Musimy się wymknąć o zmroku”. Nie wierzył mi. Więc poprosiłam, aby nie rzucając się w oczy, sprawdził nasze tabory i żołnierzy. Miałam rację. Zaleciłam żołnierzom, aby udawali, że śpią, a w nocy wymknęliśmy się niepostrzeżenie. Natrafiliśmy na wartę na granicy terenu tamtej partyzantki, lecz musiała nas puścić, bo mieliśmy wielokrotną przewagę. Oczywiście dowódca batalionu skontaktował się z moim dowódcą, gdy dowiedział się o sprawie, i groził oskarżeniem po wojnie o zdradę i złamanie rozkazu. Ale tamten dowódca nie przeżył wojny, a mojemu dowódcy się udało. Zresztą podobna była historia z „Bombą”.

KB: Z materiałem wybuchowym?

HGG: Nie, „Bomba” to człowiek – był dowódcą 600-osobowego oddziału partyzanckiego po drugiej stronie Wołynia, bliżej dawnej granicy Polski. Gdy wyniszczona grupa radzieckich partyzantów z południa Polski przeniosła się na Wołyń, on się nimi zaopiekował. Chorzy byli, wyczerpani, wygłodzeni. „Bomba” ich ubrał i nakarmił, lekarze zajęli się chorymi i po tygodniu stanęli na nogi. Pod pretekstem rewanżu dowódcy sowieckiej partyzantki zaprosili „Bombę” wraz z trzema strzelcami, lekarzem i księdzem na przyjęcie. W trakcie toastu zalali „Bombie” oczy i skuli mu ręce. Okazało się, że już czekała na niego awionetka. Zabrali go do Kijowa. Zwracam uwagę, że warto było wysłać stamtąd samolot, aby go porwać i aby oddział bez dowódcy, kapelana i lekarza przestał istnieć. A z Kijowa zabrali go na Łubiankę i tam dwa lata męczyli. Oskarżono go o działalność na rzecz wywiadu brytyjskiego. A potem wysłano do kopalni, nad Ocean Spokojny. Kopał węgiel przez 10 lat. W końcu, po wielu latach starań, udało się go ściągnąć z powrotem. To była ciekawa historia. Pani, która kochała go już przed wojną, zgłosiła, że go wykupi. Była bardzo zamożna i zaproponowała, że zapłaci każdą cenę, aby tylko wrócił. Przeznaczyła na ten cel ogromną ilość biżuterii i wykupiła go. I dopiero po powrocie „Bomba”, czyli Władysław Kochański, mógł się z nią ożenić. A w czasie wojny nie chciał nikomu głowy zawracać. Tym bardziej że był „zrzutkiem”. Najpierw tajnymi szlakami uciekł do Anglii. Tam został świetnie przeszkolony przez brytyjski wywiad, a następnie zrzucony na spadochronie w celach dywersyjnych. Był jednym z pierwszych cichociemnych, został zrzucony na przełomie lat 1942 i 1943. Ciekawa postać, bardzo przystojny facet. Po powrocie do Polski skończył studia i pracował jako ekonomista. Ze względu na sytuację polityczną w kraju do wojska się oczywiście nie nadawał. Nieraz przyjeżdżał tu, do tego mieszkania, bo kontaktowaliśmy się w sprawie Wołynia i 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Miał ogromnej grubości łydki, opuchnięte i oropiałe, zaś palce u nóg miał tak odmrożone, że niektóre były szczątkowe. Te 12 lat w Związku Radzieckim uczyniło go wrakiem w sensie fizycznym, do końca miał jednak bystry umysł i znakomitą pamięć. Tutaj, w tym mieszkaniu, rozmawialiśmy nieraz do rana. Pomagałam mu przy myciu i do końca życia będę pamiętała te jego umęczone nogi.

KB: 26 lipca 1944 r. 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK została rozformowana. Co się dalej z panią działo?

HGG: Jeszcze wcześniej część naszej dywizji została rozdzielona na odrębne pułki. Ja znalazłam się w 25 Pułku Piechoty. Rozkazano nam przedostać się na wschód, przejść przez Prypeć na tereny zajęte przez Armię Czerwoną i dołączyć do armii Berlinga. Kiedy już tam dotarliśmy, przez miesiąc namawiano nas, abyśmy weszli w jej struktury. Nasi żołnierze odmawiali, twierdząc, że dowództwo jest w Londynie. Wyobraża pan sobie wściekłość NKWD-zistów, gdy zwykły żołnierz, taki w wieku 15–20 lat, mówił, że dowództwo jest w Londynie? W końcu z tej armii Berlinga przyszedł do mnie oficer, który był moim krewnym. Wcześniej sześć lat spędził na Syberii, tam znalazł się w grupie Polaków, która nie zdołała się wydostać do Persji, więc został automatycznie wcielony do wojsk na terenie Związku Radzieckiego. Zabrał mnie do siebie na trzy dni, żeby mnie odżywić, i mówi: „Halinka, powiedz temu swojemu dowódcy, żeby się przestał wygłupiać, bo Berling i tak żołnierzy sobie weźmie, a z oficerami zrobi to, co robił do tej pory”. Bo niepokorni oficerowie w armii dowodzonej przez Berlinga znikali. Choćby byli najbardziej wartościowymi żołnierzami. Zawsze znalazł się donosiciel.

KB: Rozumiem, że pani krewny przekonał panią i innych. Czym się pani zajmowała w armii Berlinga?

HGG: Uczyłam polskich oficerów polskiego języka.

KB: To żart?

HGG: Bynajmniej. Tamtejsi polscy oficerowie dopiero musieli się nauczyć języka. Jeden z takich oficerów, mojego wzrostu i mojej ówczesnej tuszy, tzn. 50 kg żywej wagi, który notabene był Żydem, zapytał mnie, po co ja ich uczę polskiego. Stwierdził, że przecież ten język nie będzie potrzebny. Że w Warszawie czy w Krakowie będzie się pisać i mówić po rosyjsku. A ja męczę 30 oficerów, ucząc ich na siłę! I tak ich uczyłam od końca czerwca do połowy sierpnia. Dwóch moich uczniów z tej grupy spotkałam później na ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Poznali mnie, ucieszyli się, mówili płynnie po polsku, ubrani byli w cywilne ciuchy. Znałam też innych. Jeden ożenił się z Polką i długo tutaj żył, na Białostocczyźnie, pracował w polskim wojsku. Dochował się dwójki dzieci i nagle armia radziecka zaczęła wycofywać oficerów sowieckich z armii polskiej. Kazano mu jechać na drugą stronę Bugu. Powiedziałam mu, że nie ma prawa wyjeżdżać, straci wszystko i zostanie wysłany na Syberię. Lecz on zdecydował poddać się dyscyplinie. Jego żona nigdy nie dowiedziała się, co się z nim stało. Ona odmówiła wyjazdu do Związku Radzieckiego. Pozostała w Białymstoku ze swoimi dziećmi. A ja mu mówiłam: „Zmień nazwisko z Oriechiwski na Orzechowski, zmień datę urodzenia, wyprowadź się na drugi kraniec Polski, to cię nie znajdą”. Ale pojechał i słuch po nim zaginął. Widywałam jeszcze kilka razy tych radziecko-polskich oficerów w Łodzi. Mówiłam im, że dobrze zrobili, wskakując w ubrania cywilne i zostając w Polsce. Ale nigdy nie podałam im swojego adresu, a gdy po spotkaniu wracałam do domu, zawsze szłam specjalną trasą, aby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Nikomu nie wierzyłam. Wiedziałam, że nie mogę być pewna dnia ani godziny.

KB: W armii Berlinga zastał panią koniec wojny?

HGG: Rozstałam się z wojskiem wcześniej, dlatego że mój dowódca, a późniejszy mąż, został ciężko ranny na Wiśle, pod Puławami. Wykonywał tam próbę zwiadu, aby sprawdzić, jakie siły znajdują się po drugiej stronie rzeki. Okazało się, że stacjonuje tam ogromna armia niemiecka. Sprawiła wtedy polskim oddziałom krwawą łaźnię. Trzy bataliony ludzi z trzech pułków zostały dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi, a batalion to są setki. Dowódcą jednego z tych batalionów, 5 Pułku Piechoty, był mój mąż. Ostrzał go podziurawił, ale jakoś dopłynął resztką łodzi do brzegu. Nawet uratował kilku ciężej rannych. Najpierw powiedziano mi, że nie żyje, później – że jednak mu się udało, ale jego stan jest bardzo zły. Zgłosiłam się więc do opieki nad rannym dowódcą i jakimś cudem zwolniono mnie z armii. Przyjechałam do szpitala w Lublinie, w którym on się znajdował, i codziennie czuwałam przy jego łóżku. To, co on wypił czy zjadł, było podawane moimi rękami. Był całkowicie zabandażowany, tylko oczy było widać i usta. Nie wszystkie odłamki udało się wtedy usunąć z jego ciała, nosił je aż do śmierci. Kiedy zobaczyłam takiego truposza, nogi się pode mną ugięły. Przed wyjazdem do męża otrzymałam zaświadczenie, że jestem żołnierzem i mam się zgłosić do wojska w Lublinie. Usunęłam część dokumentu i pozostawiłam fragment, który ułatwiał mi zarejestrowanie się jako były żołnierz. I to wszystko. Nigdy już nie zgłosiłam się do armii, bo wiedziałam, czym to się kończy.

KB: Pani dowódcą, a później mężem był Zygmunt Górka-Grabowski ps. „Zając”. Jakie były jego losy, nim się państwo poznali?

HGG: Podczas wojny był w warszawskiej kompanii saperów, pełnił również funkcję instruktora i opiekuna młodzieży z ramienia Armii Krajowej, był wykładowcą i prowadził tajne kursy wojskowe w różnych prywatnych mieszkaniach. W konspiracji uczył młodych ludzi specyfiki wojsk piechoty. Oczywiście brał również udział w boju, wraz z saperami, w tym w tzw. akcji na 100 milionów oraz w likwidacji jednostek i zasobów niemieckich. Mąż trwał w Warszawie do 1944 r.

KB: A co się działo, gdy pani mąż wyszedł ze szpitala w Lublinie?

HGG: Z chwilą, gdy mąż wyszedł ze szpitala i trochę lepiej się poczuł, zabrano go do kwatermistrzostwa i został dowódcą zaopatrzenia polskiej armii w Lublinie. Wykorzystano fakt, że był fachowcem, saperem. Niestety komuniści wsadzili pięć osób z mojej rodziny do więzienia na zamku w Lublinie. Taka to była rodzina – co drugi służył w Armii Krajowej, niektórzy od 15. roku życia. To nie podobało się nowym władzom. Mąż zgłosił się w sprawie moich krewnych do generała Bukojemskiego, który dużo wiedział, dużo widział i sporo mógł. Znali się jeszcze sprzed ataku na Wiśle. Generał kazał mu zameldować o tym dowódcy. Mój mąż to uczynił i w ciągu 24 godzin przestał być oficerem armii polskiej, stracił dostęp do zaopatrzenia, stracił źródło zarobkowania. Pamiętam, jak po jakimś czasie z więzienia wyszedł mój wuj. I nagle mówi nam: „Zmywam się, nie mogę tu być. Zostawiam wam mieszkanie, a sam umykam na Śląsk”.

KB: W czasie powstania warszawskiego pani mąż był w szpitalu?

HGG: Kiedy mąż był w szpitalu, granica wciąż przebiegała na Wiśle, jeszcze nie przeszliśmy na drugą stronę. Dopiero po upadku powstania warszawskiego armia zajęła się wyzwalaniem, bo przedtem nie można było pomóc Warszawie. Były oczywiście jednostki, które „przypadkiem” trafiły na powstanie warszawskie. Miałam z tymi ludźmi do czynienia po wojnie – wszyscy zmienili nazwiska, daty urodzenia, pochodzenie.

KB: Jak można przypadkiem trafić na powstanie?

HGG: Żołnierze byli wysyłani na zwiad, ale decydowali się dołączyć do powstańców. Jednak później żaden z nich nie zdradził swojego prawdziwego nazwiska ani przynależności do wojska. To byli koledzy najpierw z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a potem z 1 Armii Wojska Polskiego, czyli armii Berlinga. Spotkałam się z nimi po wojnie, bo odszukali mnie i mojego męża. Okazywało się, że pan, który nazywał się przed wojną Zacharczuk, po wojnie ma na nazwisko Wojciechowski, Wiśniewski itd., kiedyś mieszkał w Warszawie, teraz – pod Wałbrzychem. Wcześniej z zawodu był saperem, a teraz uprawia kapustę.

KB: Mieliby problemy z ówczesną władzą?

HGG: Nie mogliby przyznać się do dawnego nazwiska. Przecież ilu z nich w dziwny sposób się rozpłynęło. Właśnie tak, jak mnie uprzedzano. „Zamknij buzię i pilnuj się, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie”. To, że mojego męża zwolnili z wojska, uchroniło go przed śmiercią i umożliwiło ucieczkę.

KB: Dokąd dokładnie?

HGG: Pojechaliśmy do Łodzi i pracowaliśmy w urzędzie miejskim. Najpierw zatrudnił się mąż. Dostaliśmy na miejscu mieszkanie. Potem, po spotkaniu z kolegami z przedwojennej podchorążówki, rozpoczął pracę w firmie, a ja weszłam do tego urzędu jako jego następczyni. Mąż zarabiał nieźle, ja trochę zarabiałam w urzędzie i jakoś zaczęliśmy żyć. Ale wszędzie spotykałam się z wtyczkami ubeckimi. Po wojnie zmieniłam pracę 13 razy, dlatego że nie pasowałam do ówczesnej koncepcji. Ale udało mi się przetrwać, bo miałam węch i byłam nastawiona na milczenie, nie zdradzałam się przed nikim i z niczym.

KB: Jak znaleźli się państwo w Warszawie?

HGG: Zmieniła się sytuacja w pracy męża, przeniesiono jego firmę, zmienił się dyrektor. Część przyjaciół mojego męża przeniosła się do Warszawy i on do nich dołączył. Zajął na początku mizerne stanowisko, ale był szczęśliwy z powodu powrotu do Warszawy. Oczywiście nie mógł wrócić do armii, ale przynajmniej znalazł się wśród swych towarzyszy broni, byłych saperów. Pomagali zarówno sobie nawzajem, jak i tym, którzy wracali z obozów sowieckich, nieraz po długotrwałym internowaniu.

KB: Jak wyglądały państwa warunki lokalowe na początku pobytu w Warszawie?

HGG: Mąż dostał miejsce w hotelu robotniczym – 27 m kw. na pięć osób. Sąsiadka za ścianą miała psa, który był strasznie zapchlony, i te pchły przechodziły do nas. Jedna z pań wepchała do wspólnego sedesu poświąteczną sosenkę, jakby liczyła, że w nim zniknie. W końcu wydzieliliśmy jedną z ubikacji, dorobiliśmy klucz i sąsiadka nie miała tam wstępu. W takich warunkach przemieszkaliśmy trzy lata. Mieliśmy jednak dozgonną przyjaciółkę, która była żoną wpływowego człowieka, prof. Aleksandra Jackiewicza. Dopiero on wymógł na władzach przedzielenie nam tego mieszkania, w którym się teraz znajdujemy. Przenieśliśmy się do niego w 1957 r.

KB: Czy można powiedzieć, że od tego symbolicznego momentu państwa życie potoczyło się już spokojniej?

HGG: Zależy, jak na to spojrzeć. Powiem panu, że wszystko, co po wojnie udało się zrobić dla żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, przechodziło przez nasze mieszkanie. Zdarzały się tu spotkania 30 byłych oficerów, partyzantów. Zaś człowiek, który reprezentował po wojnie ową dywizję jako dowódca, w swoim mieszkaniu nikogo nie przyjmował; ja się z nim spotykałam w samochodzie.

KB: Czyli w pewnym sensie nadal działała pani w konspiracji?

HGG: Można tak powiedzieć. W miejscu, w którym teraz siedzimy, pod podłogą jest druciana siatka – instalacja podsłuchowa. Działała do 1987 r. Gdy wyjechaliśmy z mężem na dwa miesiące za granicę, syn spowodował, że siatkę odłączono. Taką samą instalację miał Jerzy Albrecht, mieszkający pod nami minister finansów. Skoro więc władza podsłuchiwała swoich ministrów, to co dopiero takich „wywrotowców” jak my?! Oczywiście wiedzieliśmy o tym podsłuchu. Odkryliśmy go podczas remontu instalacji kanalizacyjnej. Wszystkie drażliwe sprawy personalne, najgorsze i najcięższe tematy omawialiśmy w łazience. Z naszego mieszkania wysyłano wszystkie spisy, nazwiska, pseudonimy, napisane przeze mnie na maszynie. Nasza łączniczka, która dużo podróżowała w celach służbowych, zabierała naszą korespondencję do Londynu, a stamtąd od władz na uchodźstwie przychodziły zawiadomienia o przyznanych odznaczeniach. Całe nasze powojenne życie było podyktowane pragnieniem pomocy towarzyszom broni.


Por. w st. sp. Halina Górka-Grabowska 

z domu Holc (ur. 29 stycznia 1920 r. w Równem) – żołnierz, partyzant, agentka wywiadu Armii Krajowej. Pseudonim w partyzantce: „Katarzynka”. Po zakończeniu wojny zaangażowana w pomoc i wsparcie żołnierzy. Otrzymała wszystkie najważniejsze odznaczenia wojskowe, m.in. Krzyż Walecznych i Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami. Dama Orderu Virtuti Militari.

 

Czytaj także