Teraz światem rządzi populizm

Rafał Olbiński w pracowni (Fot. Kamil Broszko/Broszko.com)
Rafał Olbiński w pracowni (Fot. Kamil Broszko/Broszko.com)

O nonsensach we współczesnej sztuce, polskich elitach i polityce schlebiającej najniższym gustom z Rafałem Olbińskim rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

Marzena Tataj: Mamy pełnię lata, a spotykamy pana w pracowni na Starym Mieście w Warszawie, gdzie pędzle nie mają czasu wyschnąć.

Rafał Olbiński: Faktycznie dużo się u mnie zawodowo dzieje. Nie dalej jak tydzień temu odbył się wernisaż wystawy „The Virtue of Ambiguity” w Pałacu Sztuki w Krakowie, gdzie pokazałem ponad 90 obrazów z ostatnich lat. Zakończyłem też pracę nad albumem „Olbiński. Ars picturae”, zawierającym 70 sonetów napisanych przez Iana Davida Lukinsa pod wpływem moich obrazów. Całość będzie wydana w językach angielskim i polskim przez Wydawnictwo Bosz, a premiera odbędzie się 11 października w gościnnych wnętrzach Teatru Wielkiego w Warszawie.

Chciałbym zabrać się za sztukę teatralną lub scenariusz filmowy, bo mam kilka pomysłów, ale niestety brakuje czasu. Poza tym nie za dobrze sprawdzam się w pracy zespołowej, gdyż jestem za bardzo autorytarny. Tak przynajmniej twierdzą inni. Natomiast niewątpliwie prawdą jest, że wszelkie prace organizacyjne i zajęcia formalne mnie męczą. Byłem wprawdzie przed laty redaktorem artystycznym pisma „Jazz Forum”, ale tam miałem swobodę twórczą i nikt do mojej pracy się nie wtrącał. Oczywiście w dzisiejszych czasach nie ma już przyzwolenia na takie eksperymenty. A wtedy tym właśnie byłem – eksperymentem Jana Byrczka, pomysłodawcy i redaktora naczelnego „Jazz Forum”. Nic dziwnego, Byrczek był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, kontrabasistą, członkiem zespołów Komedy i Kurylewicza, więc jako artysta rozumiał prawo do eksperymentu. Jako absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej bawiłem się zatem czymś, o czym nie miałem pojęcia, ucząc się przy okazji. A skoro nie miałem pojęcia i nie znałem reguł, to podchodziłem do nowej materii bardzo nieortodoksyjnie. Taka idea przyświeca mi przez całe zawodowe życie. Miałbym więc teraz chęć napisania scenariusza, ale po prostu nie mam czasu, bo przygoda z malarstwem, którą rozpocząłem 20 lat temu, zaczęła zupełnie niespodziewanie przynosić obfite owoce i obecnie maluję tylko na zamówienie. Obawiam się, że będę skazany na nawał pracy do końca życia. A lata lecą… Ale nie narzekam. Dbam o kondycję fizyczną, robiąc codziennie 100 pompek. Poza tym mieszkam na trzecim piętrze w budynku bez windy, co też siłą rzeczy wpływa korzystnie na moją formę.


„Weather Forecast”

MT: A nie myślał pan o scenografii teatralnej?

RO: Może panią zaskoczę, ale i to mam już za sobą. W 2002 r. zrobiłem scenografię do „Don Giovanniego” dla Opery w Filadelfii i miałem nawet bardzo dobrą prasę w „New York Timesie” i w „Philadelphia Inquirer”. Wprawdzie była to praca zespołowa, ale dyrektor Robert Driver dał mi wolną rękę i dlatego dobrze się to skończyło. (śmiech) Przyznam także – może nieco cynicznie – że praca w teatrze jest satysfakcjonująca, ale niezbyt godziwie płatna. Krótko mówiąc, mogę dostać te same pieniądze za mały obraz, który wymaga pracy przez trzy dni, co za scenografię, która zajmie mi trzy miesiące. Nie jest to bez znaczenia, kiedy ma się dzieci na studiach.

Kamil Broszko: Czy pana ciągoty do filmu i teatru nie wynikają z potrzeby odnalezienia nowych środków artystycznego wyrazu, bo treści, które chce pan przekazać, nie mieszczą się w dotychczasowych formach?

RO: Całe moje malarstwo jest literackie. Na przestrzeni wieków malarstwo służyło opowiadaniu historii poprzez obrazy. Dopiero na początku XX w. wymyślono abstrakcję, która nie wiadomo do czego nas doprowadzi. Kiedy studiowałem architekturę, uczyłem się różnych form kompozycji, co polegało na zestawianiu na przykład czerwonego kwadracika z czarnym patyczkiem. Nagle takie ćwiczenia pojawiają się w malarstwie i od razu są nazywane sztuką. Jest ona z założenia arbitralna, bo jak się narysuje czerwony kwadrat i czarną kreskę z jego lewej strony, to uznaje się to za wielkie dzieło, natomiast gdyby ta kreska pojawiła się po prawej stronie – dziełem już nie jest. W 1918 r. Kazimierz Malewicz namalował „Białe na białym”, a 50 lat później Frank Stella maluje czarne na czarnym. Widzę w tym wielkie oszukaństwo, niczym w „Nowych szatach cesarza”. Wszyscy wiedzą, że król jest nagi, ale boją się o tym powiedzieć. Jeżeli w Whitney Museum of American Art widzę ustawione rzędem walizki, to nie odbieram tego jako sztuki, tylko przypominam sobie, że muszę kupić walizkę. Nie wydaje mi się, żeby o taki odbiór dzieła chodziło artyście. Nonsens i pretensjonalność większości instalacji sztuki współczesnej są przygnębiające, bo żerują na głupocie społeczeństwa i wykorzystują cynizm manipulatorów – kuratorów, agentów, pośredników – którzy zarabiają ogromne pieniądze. Dlaczegóż by nie wydać kilku milionów dolarów na kropki namalowane przez Hirsta? Owe kropki oczywiście niczego do sztuki nie wnoszą, ale ponieważ są podpisane „Damien Hirst” – kosztują miliony. Do tego sprowadza się sedno sztuki współczesnej. Dlatego ja uciekam w swoje opowiadania obrazami, metafory, które potrafią zainspirować wyobraźnię odbiorcy, jak choćby Iana Davida Lukinsa. Ut pictura poesis (z łac. jak w malarstwie, tak i w poezji) – ta sentencja Horacego stawia znak równości pomiędzy poezją i obrazem. Zatem nie ma nic dziwnego w tym, co robię, bo kontynuuję antyczną tradycję ludzi, którzy mieli poczucie estetyki i wiedzieli, na czym polega rola sztuki. Jest nią zaspokojenie zupełnie podstawowej potrzeby człowieka, jaką jest poczucie piękna. Obecnie dochodzi do paradoksu, że za kicz uważa się obraz z piękną kobietą lub wschodem słońca. A przecież te zjawiska istnieją w przyrodzie. Cegła zaprezentowana w muzeum jest dziełem sztuki, ale już ta sama cegła na budowie jest po prostu cegłą. To paranoja, która ogarnęła cały świat i na którą się nie godzę. Zatem z uporem uprawiam swoje literackie malarstwo, łatwo przekładalne na plakat czy ilustrację, bo poprzez metaforę przenosi treści, które każdy może odczytać na swój sposób.


„Viva Espania”

MT: Czy rozpoczynając malowanie nowego obrazu, ma pan gotowy pomysł i przesłanie?

RO: Podstawowe kryterium twórcy to być zauważonym. Twist intelektualny czy formalny na obrazie powinien powodować, że widz się przed nim zatrzyma. Wtedy mam szansę przekazać w sposób metaforyczny treści, które tak naprawdę są dostępne w bibliotece naszej cywilizacji. Jeżeli mój zamysł widz odczyta – jestem szczęśliwy. Jeżeli tak się nie stanie, jest to moja wina, bo sztuka czy piękno powstaje w oczach oglądającego. Gdy widz jest prymitywny, to piękno jest prymitywne, a gdy na sztukę patrzy człowiek wysublimowany, o dużej wrażliwości, to piękno też ma takie przymioty.

MT: To sprytne podejście, bo w ten sposób całą odpowiedzialność za odbiór sztuki przenosi pan na widza.

RO: Nie całą, bo pierwszym widzem i oceniającym jestem ja sam. I to swoją uwagę muszę najpierw przyciągnąć i siebie zaskoczyć. Dopiero później moja praca jest oceniana przez innych i ich ocena wcale nie musi się zgadzać z moją. Problem w tym, że widz jest coraz gorzej wykształcony i przygotowany do odbioru sztuki. Kiedyś piękno płynęło z góry. Najbardziej wykształceni i najpotężniejsi, jak królowie czy papieże, zamawiali dzieła u najwybitniejszych artystów. Następnie arystokracja, magnaci i biskupi starali się ich w tym naśladować, a na biskupach wzorowali się proboszczowie i mieszczanie. Każdy chciał się wznieść na wyższy poziom. Teraz światem rządzą rynsztok i populizm, które windują na wyżyny popkulturę. A resztka, która stara się chronić potrzebę prawdziwego piękna, została zepchnięta na margines. To wina polityków, bo to oni zabiegają o głosy obywateli. Jesteś chamem – świetnie! Bądź chamem, bo potrzebujemy twego głosu. Chama nie można denerwować.

KB: Kultura popularna zapewnia artyście spełnienie kryterium bycia zauważonym.

RO: Oczywiście, ale jest ono ustawione na niezwykle niskim poziomie. Wystarczy zrobić kupę na środku ulicy i już mamy wydarzenie, które oddziałuje na ludzi, oczywiście tych prymitywnych. Tutaj nie jest spełnione drugie kryterium sztuki, mianowicie kryterium moralne, zgodnie z którym sztuka powinna starać się czynić nas lepszymi. Historia sztuki to historia odradzania. W starożytnej Grecji okres mykeński obfitował w wielkie dzieła, po czym nastąpiło 900 lat posuchy, aż do okresu hellenistycznego. Podobnie po ciemnocie średniowiecza nastąpiły czasy renesansu. Kultura fluktuuje, rozkwita, gaśnie i odradza się. Teraz znów jesteśmy w czarnej dziurze. Jak długo to potrwa? Oczywiście nie wiadomo, ale wierzę, że podstawowa potrzeba człowieka, jaką jest poczucie piękna, zwycięży raz jeszcze z populizmem.


„Justice”

MT: Dlaczego polska ziemia zrodziła tak mało artystów najwyższej próby?

RO: Sztukę tworzy cywilizacja miejska, czyli klasa średnia. Na polskich terenach jedynie Kraków był prawdziwym ośrodkiem miejskim, zalążkiem klasy średniej, wymieszanej narodowo i wyznaniowo. Kiedy Wazowie przenieśli stolicę do Warszawy, Kraków podupadł, a Warszawa, położona na terenach należących do zubożałych książąt mazowieckich, nie zdołała wykreować klasy średniej. Magnateria z pobudek snobistycznych zamawiała dzieła u włoskich mistrzów. Bernardo Bellotto został sprowadzony na dwór Stanisława Augusta, a Jean-Pierre Norblin do posiadłości książąt Czartoryskich. Strukturę ówczesnego polskiego społeczeństwa dobrze oddaje „Pan Tadeusz” Mickiewicza. Szlachta zajmowała się polowaniem i grzybobraniem, robiła także zajazdy od czasu do czasu. Kiedy hrabia miał ochotę obcować ze sztuką, wyjeżdżał do Włoch. Chłopstwo zapewniało państwu świeży chleb, zaś mieszczaństwa nie było w ogóle. Czy w takich warunkach mogła powstawać polska sztuka? Od stuleci żyjemy na pustyni kulturalnej. Czasem pojawiają się prawdziwe perełki, ale nikt o tym nie mówi. Na przykład ważną rolę w kształtowaniu się nurtu sztuki op-art odegrali polscy artyści tworzący w Stanach Zjednoczonych. Czołową postacią był Julian Stańczak. Uważa się nawet, że to od jego pierwszej indywidualnej wystawy „Optical Paintings” w Marth Jakson Gallery w Nowym Jorku w 1964 r. ukuty został termin „op-art”. W kontekście op-artu trzeba również wymienić Richarda Anuszkiewicza, mającego polskie korzenie i – podobnie jak Stańczak – związanego z Cleveland Institute of Art. Jego prace można podziwiać w Museum of Modern Art oraz Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku. Kto o nich mówi w Polsce? Wybitnym przedstawicielem tego nurtu był również Wojciech Fangor, jednak dołączył zbyt późno, aby odnieść sukces finansowy. Mieliśmy też wielkiego rzeźbiarza Igora Mitoraja (zmarł w Paryżu w 2014 r.), znanego na całym świecie. Niestety, na jego pogrzebie nie było nawet przedstawiciela naszej ambasady… Tak więc są polskie nazwiska w panteonie sztuki nowoczesnej i dzięki nim powinna rodzić się tradycja.

KB: A jak widzi pan w tym kontekście rolę elit?

RO: Elita jest taka, jakie społeczeństwo. W Polsce elita jest mała i na dodatek ciągle jest niszczona – kiedyś przez siły zewnętrzne, teraz przez wewnętrzne. Nigdy elita nie będzie wygodna dla populistycznego rządu. Przed drugą wojną światową prawdziwa elita niemiecka opuściła kraj, a ci, którzy zostali, nie byli elitą, tylko de facto tubą propagandową. Władza próbuje tworzyć elitę z nadania, ale to nie ma racji bytu w dłuższej perspektywie, gdyż cechą immanentną elity jest jej ładunek intelektualny, poprzez który powinna oddziaływać. Musi też istnieć odbiorca gotów wykonać pewien wysiłek i ze zrozumieniem odebrać ten przekaz. Ludzie jednak wolą iluzję od prawdy, bowiem prawda wymaga zmierzenia się z konsekwencjami. Czyż nie prościej jest łudzić się i domagać na przykład redystrybucji przychodów według potrzeb, a nie według zasług? A przecież takie postępowanie demoralizuje społeczeństwo. Plutarch powiedział, że największym szkodnikiem dla wolności jest ten, który rozdaje przywileje i pieniądze za darmo. Syty niewolnik jest największym wrogiem wolności. Tak więc rozdając pieniądze, demoralizujemy społeczeństwo i niszczymy demokrację. Jedyną szansą dla Polski są miasta. W ostatnim czasie bardzo się rozwinęły i nadal muszą się rozwijać, aby krzewić nowoczesne, postępowe myślenie elity. Argumenty prawdziwej elity trafiają do kilku osób. Można się pocieszać – mówiąc za Oliverem Cromwellem – że paru dzielnych ludzi tworzy większość. Faktycznie, jednostki tworzą historię, a masami się manipuluje.


„Oko Meduzy”

KB: Ale może owe wyjątkowe jednostki dopadło rozleniwienie?

RO: Każde status quo, które trwa długo, powoduje rozleniwienie. Dlatego trzeba cały czas się kontrolować. W tym celu w demokracji potrzebna jest konstruktywna opozycja. Musimy też być przygotowani do konkurowania. O rynek walczy wiele silniejszych ekonomicznie państw i firm, więc nie powinniśmy się obrażać, ale wygrywać intelektem i sprytem. Myślenie, że jesteśmy Chrystusem narodów, powinno dawno odejść do lamusa. Historia Polski to historia przegranych szans. Najgorzej, że nie uczymy się na swoich błędach. Mieliśmy szansę jedną na stulecie, aby wejść do zjednoczonej Europy, która jest rajem na ziemi w porównaniu z innymi państwami na świecie. Obserwowałem z Nowego Jorku, jak podziwiano nas za przyspieszenie gospodarcze dokonane w niezmiernie krótkim czasie. Polska zaczynała być postrzegana jako przyjazny, sympatyczny kraj uśmiechniętych obywateli. Teraz poruszamy się na salonach Europy jak cham w gumiakach. Więc drzwi zaczynają być przymykane, choć jest to czynione stopniowo, powoli, bo to kulturalni gospodarze…

KB: Czy będzie pan świętował rocznicę odzyskania niepodległości?

RO: Mam ambiwalentny stosunek to tego typu świąt. Patriotą się jest, nie mówi się o tym. Podoba mi się sentencja Edmunda Burke’a: To make us love our country, our country ought to be lovely (z ang. abyśmy pokochali nasz kraj, powinien on być cudowny). Chciałbym, żeby Polska była piękna, przyjemna, uśmiechnięta. Żebyśmy wszyscy byli życzliwi i serdeczni dla innych. To jest mój patriotyzm. Niestety w ciągu ostatnich lat pojawiły się na ulicach sztandary narodowców, wrogie twarze pełne nienawistnych haseł. Próbuje się usuwać ze świadomości publicznej ikony naszej historii. I robi się to dla doraźnych, politycznych celów. W ten sposób można zniszczyć samo pojęcie niepodległości jako czegoś ważnego i wyjątkowego dla każdego narodu. Łatwiej jest skierować myślenie obywateli na symbolikę biało-czerwoną, aby przez to unikać rozwiązywania prawdziwych problemów stojących przed tym narodem, wystarczy wspomnieć o zapaści demograficznej czy nadejściu epoki sztucznej inteligencji.

MT: À propos miast, pan jest prawdziwym zwierzęciem miejskim, z przekonania i wyboru.

RO: Jestem produktem cywilizacji miejskiej. Jestem liberałem, otwartym na kompromisy i tolerancyjnym, a tego nas uczy miasto. Najdłużej, bo 33 lata, mieszkałem w Nowym Jorku, ale ważne są dla mnie również Warszawa i Kielce – miasto mojego dzieciństwa. Wróciłem do Warszawy z powodów osobistych, ale także dlatego, aby zwolnić tempo, bo Nowy Jork jest dla młodych ludzi, gotowych na codzienną, morderczą konkurencję. Chciałem też być częścią rozkwitu, jaki jeszcze kilka lat temu dokonywał się w Warszawie i w Polsce. Poza tym lubię Europę, która ma do zaoferowania o wiele więcej niż Stany Zjednoczone. Nie mówię tu oczywiście o Nowym Jorku, który jest zupełnie innym tworem niż reszta USA. Kilka razy byłem w Kalifornii, ale czułem się tam zagubiony, jakbym wylądował na Marsie. Podobne odczucia miałem w Houston w Teksasie. Dobrze odnalazłem się w San Francisco, bo to trochę europejskie miasto. W USA mogłem żyć tylko w Nowym Jorku, który jest pełen ludzi utalentowanych, energicznych, przybywających do tego miasta z własnym bagażem doświadczeń, własnym talentem i przeświadczeniem, że odniosą sukces. Nowy Jork został w pewnym sensie stworzony przez Europejczyków, a renesans kulturalny tego miasta rozpoczął się przed drugą wojną światową, kiedy osiedlili się w nim Żydzi uciekający z Niemiec, tworząc elitę kulturalną całego kraju. W Polsce przedwojennej również tygiel polsko-żydowski wpłynął niezwykle twórczo na dokonania w dziedzinie filmu, literatury czy malarstwa. Niestety, druga wojna światowa pozbawiła nas tych artystów, a reszty dokonały wydarzenia 1968 r. Teraz stawiamy tak silne akcenty na jednolitość narodową, że za chwilę staniemy się XIX-wiecznym skansenem kulturalnym. Nie tędy droga.


„Valentine’s Night”

MT: Lubi pan Warszawę?

RO: Lubię. Za piękny widok z okna pracowni na praski brzeg Wisły, za przyjaciół i ciekawych adwersarzy. W Polsce jest wielu ludzi otwartych i twórczych, niektórzy mają kompleksy, zupełnie niepotrzebnie. Ja zresztą kiedyś byłem taki sam, ale po 33 latach życia w Nowym Jorku wyzbyłem się całkowicie kompleksów i zdaję sobie sprawę, że przez to jestem wrogiem numer jeden dla niektórych środowisk. Lubię sobie przypomnieć takie powiedzenie, że pioruny krytyki zawsze walą w najwyższe drzewa. (śmiech) Jeżeli ma się osiągnięcia zawodowe w Nowym Jorku i w konkursie na plakat „Nowy Jork stolicą świata” pokonuje się artystów, których uważało się za swoich mistrzów czy ikony fachu, to mimo woli nabiera się pewności siebie.

MT: Stanisław Zagórski, wielki polski grafik, wieloletni dyrektor artystyczny wytwórni płytowej CBS, autor okładek płytowych największych muzyków amerykańskich, przytoczył taką historyjkę: „Któregoś dnia przed moimi drzwiami stanął duży mężczyzna w wielkim futrze. A pod pachą trzymał teczkę swoich prac. Wybitnych. Jak je zobaczyłem, to wybaczyłem mu to futro”. Mówią o panu „książę surrealizmu”.

RO: Stanisław Zagórski to wyjątkowa postać, absolutna czołówka grafików nowojorskich, twórca okładek magazynu „Time” i płyt Rolling Stonesów czy Milesa Davisa. Świetny nauczyciel w School of Visual Arts, gdzie ja zresztą również wykładałem. Wynajmowałem od niego pracownię na Manhattanie, więc mieliśmy bliskie kontakty przez wiele lat. A jeżeli chodzi o futro, to działałem w myśl zasady „wyróżnij się lub zgiń”. W latach mojej młodości w Polsce wszyscy nosili się na szaro lub brązowo, bo niczego innego w sklepach nie było. Już wtedy skombinowałem poniemiecki wojskowy płaszcz skórzany – tak bardzo chciałem się wyróżnić.

KB: Co odbiorca może dostrzec w pańskim malarstwie?

RO: Jeżeli sztuka ma być uczciwa, to musi być w pewnym sensie odzwierciedleniem i sumą naszych przeżyć czy wrażeń po przeczytanej książce, obejrzanym filmie, wysłuchanej muzyce. Dlatego też przeszedłem ze sztuki komercyjnej do sztuki pięknej, aby oddać to, co się nagromadziło we mnie przez wszystkie lata, i odkryć siebie na nowo. Całe nasze życie jest poszukiwaniem siebie. Moja twórczość jest taką wędrówką w głąb własnego ja. Określamy się poprzez swoją pracę, swoje dokonania. Ja szukam balansu pomiędzy rzeczywistością i jej wyobrażeniem.

KB: Na pana obrazach widzimy wiele kobiet, co nie jest niczym dziwnym. Ale też jest wiele wody…

RO: Chyba dlatego, że urodziłem się w Kielcach i morze zobaczyłem dopiero w wieku 15 lat. Pełna piratów literatura młodzieńcza sprawiła, że w młodości chciałem zostać marynarzem. Jedną z największych przyjemności mojego życia jest pływanie w morzu. Teraz mam swoje morze – na Martynice. Mówi się, że dziecko jest ojcem mężczyzny. Mam dom nad brzegiem oceanu, więc mogę się napawać jego pięknem i z niego korzystać.


Rafał Olbiński

Rafał Olbiński (ur. 1943 r. w Kielcach) – malarz, grafik i twórca plakatów. Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Był dyrektorem artystycznym magazynu „Jazz Forum”. W 1981 r. wyemigrował do USA; wykładał na Temple University w Filadelfii i w School of Visual Arts w Nowym Jorku. Zdobył uznanie na całym świecie, a jego prace zdobiły okładki czasopism: „Newsweek”, „Time”, „Business Week”, „New York Times”, „Der Spigel”, „Stern”. Jest twórcą z ogromnym dorobkiem. Stworzył liczne plakaty dla amerykańskich oper (New York City Opera, Utah Opera, Pacific Opera San Francisco, Philadelphia Opera), a także scenografię operową do przedstawienia „Don Giovanni” w Filadelfii. W Polsce regularnie tworzył okładki dla miesięcznika „Charaktery”. Jego prace prezentowane były na wielu wystawach w Stanach Zjednoczonych, Japonii, Francji, Niemczech, Włoszech, Meksyku, Chile, Tajlandii i w Polsce. Można znaleźć je m.in. w kolekcjach tak prestiżowych instytucji, jak The National Arts CIub w Nowym Jorku, Library of Congress w Waszyngtonie, Suntory Museum w Osace. Za swoje prace otrzymał ponad 150 nagród, w tym złote i srebrne medale przyznane przez Klub Dyrektorów Artystycznych w Nowym Jorku oraz Towarzystwo Ilustratorów w Nowym Jorku i Los Angeles. W 2006 r. nagrodzony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, a w 2012 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury polskiej i światowej. W 2013 r. otrzymał tytuł Wybitnego Polaka, przyznawany przez Fundację „Teraz Polska”.

 

 

 

Czytaj także