Wartościowa i nowatorska sztuka prawdopodobnie zapisze się w historii

Katarzyna Stanny
Katarzyna Stanny

O dorastaniu w środowisku bohemy, pasji twórczej i dydaktycznej, relacji z ojcem oraz o polskiej szkole plakatu i Banksym z Katarzyną Stanny rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

Marzena Tataj: Czy jako córka wybitnego grafika i plakacisty Janusza Stannego i ilustratorki Teresy Wilbik miała pani szansę wybrać inną drogę życiową niż uprawianie sztuki?

Katarzyna Stanny: Już od najmłodszych lat obserwowałam rodziców, gdy tworzyli – w domu, w pracowni, na krasnobrodzkich plenerach ilustratorów, a także w Domu Pracy Twórczej Ministerstwa Kultury w radziejowickim pałacu oraz w DPT ZAiKS-u w Zakopanem i Sopocie, gdzie spędzaliśmy wakacje. Spotykaliśmy wówczas wiele wybitnych osób ze świata kultury i sztuki, których bliskość od wczesnego dzieciństwa była dla mnie inspiracją artystyczną. Bywali tam: Jerzy Waldorff, Agnieszka Osiecka, Jacek Cygan, Henryk Bista, Mieczysław Czechowicz, Andrzej Łapicki, Andrzej Sikorowski, Jan Młodożeniec i cała plejada twórców polskiej szkoły ilustracji z Józkiem Wilkoniem i Franciszkami – Starowieyskim i Maśluszczakiem na czele. Środowisko wybitnych twórców polskiej kultury było i jest moim środowiskiem naturalnym.
Twórczość ilustratorów łączy się ściśle z życiem prywatnym. Rodzice wielokrotnie konsultowali się ze sobą podczas pracy nad książkami, uzupełniając swoje wzajemne obserwacje, inspiracje i doświadczenia. Ich profesjonalny warsztat plastyczny był moim dziecięcym zbiorem papierów i przyborów do rysowania i malowania. Tworzenie prac plastycznych od początku było dla mnie całkowicie naturalnym zajęciem. Zawsze byłam pewna, że chcę zdawać do liceum plastycznego, a później na akademię sztuk pięknych. W domu miałam wolność, która pozostała nienaruszona także przy wyborze zawodu. 

MT: Czym skorupka za młodu nasiąknie…

KS: Zdecydowanie tak. Podpatrując rodziców przy pracy, bardzo dużo rysowałam i malowałam. Początkowo inspirowałam się telewizyjnymi transmisjami olimpiad (np. z Calgary) czy zagranicznymi magazynami modowymi, które mama kupowała w empiku albo przywoziła z wakacji. Kiedy miałam siedem lat, tata wpadł na pomysł, aby twórczo zająć mi czas… Z jednej strony położył przede mną na stole blok rysunkowy z włoskim papierem Fabriano i najlepszy zestaw ołówków, który dostał od japońskiego wydawcy. Z drugiej strony – pięknie wydany album z reprodukcjami malarstwa renesansowego. Moim zadaniem było robienie kopii obrazów Piera della Francesca. Proste formy profilowe portretów księżnej i księcia Urbino stanowiły dla mnie jako dziecka dość łatwy motyw do przeniesienia na kartkę. Ćwiczyłam więc oko i rękę. Jednocześnie w ramach tej mądrej zabawy zapoznawałam się z historią sztuki. Robiłam też portrety przyjaciół rodziców, laurki i okolicznościowe kartki pocztowe.
Jako nastolatka wymyślałam desenie materiałowe, na podstawie których projektowałam modę. Pisałam także proste historyjki dla dzieci, aby mieć tekst do zilustrowania. „Urodziny Kici” to pierwsza książka, którą zilustrowałam na zlecenie. Kolejną była „Dyskoteka Pana Jacka” – śpiewnik muzyczny Jacka Cygana, wydany przez PWM w 1990 r. Za pierwszą poważną wypłatę kupiłam sobie rower. To nauczyło mnie czerpać przyjemność z pracy, która jest moją pasją, a równocześnie zapewnia zaspokojenie rzeczywistych potrzeb. Rysowałam wtedy też dla „Świata Hanna-Barbera”, „Domowego Przedszkola”, a nawet dla „Playboya”. Na studiach podjęłam regularną współpracę ilustratorską z magazynem „Pani” i otworzyłam szkołę rysunku i malarstwa dla dzieci, młodzieży i kandydatów na studia artystyczne, w której również tata prowadził zajęcia. Wszystkie swoje aktywności traktowałam jako naturalne następstwo tego, co robili rodzice.


​"90 lat LOT-u", "Animals and their people"

MT: Porozmawiajmy o relacji mistrz – uczeń w sztuce. Jak to było w pani przypadku? 

KS: Miałam wielkie szczęście naturalnego obcowania z największymi autorytetami sztuki projektowej. Rodzice przyjaźnili się z Józkiem Wilkoniem i Mirkiem Kijowiczem, u których byliśmy częstymi gośćmi w domach i pracowniach. Henryka Tomaszewskiego miałam okazję poznać już jako dziewczynka, wychodząc z tatą z dziedzińca Akademii Sztuk Pięknych przy Krakowskim Przedmieściu. Był słoneczny, ciepły dzień, a prof. Tomaszewski wjeżdżał na teren ASP pięknym czerwonym autem. Przywitali się z tatą serdecznie. Do mnie profesor odezwał się równie przyjaźnie, jak do zupełnie dorosłej osoby, choć miałam kilka lat. Kiedy już wracaliśmy do domu i wstąpiliśmy do pobliskiej kawiarni Telimena na ciastko i soczek, tata powiedział: „Zapamiętaj, to był Henryk Tomaszewski!”. Zapamiętałam, ale dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak ważne dla mnie było to spotkanie. Już jako licealistka chciałam zgłębiać tajniki „intelektualnego trafiania w punkt” rodem z projektów Tomaszewskiego i dlatego na Akademii wybrałam Pracownię Projektowania Plakatu prof. Mieczysława Wasilewskiego, który był jego uczniem. Wasilewski nauczył mnie myślenia symbolicznego. W jego pracowni zadania zawsze były oparte na jak najkrótszych skojarzeniach intelektualnych i jak najprostszych rozwiązaniach formalnych. Do dziś mamy kontakt. Jest dla mnie wielkim autorytetem, a zarazem to niezwykle pogodny i dowcipny człowiek. 
Podobny kult myślenia obowiązywał w Pracowni Fotografii prof. Rosława Szaybo, w której zrealizowałam aneks. W latach 2009–2014 prowadziliśmy wspólnie zajęcia z fotografii „użytecznej” na Wydziale Sztuki Mediów. Profesor kochał studentów, inspirował ich opowieściami o pracy w londyńskim oddziale CBS Records i o spotkaniach z gwiazdami światowej sceny muzycznej, dla których projektował okładki płyt. Ta otwartość na młode pokolenie była zgodna z wieczną młodością jego duszy, stąd wokół Rosława tylu znajomych i przyjaciół wchodzących dopiero w twórczą dojrzałość. Zawsze ich wspierał i pomagał im stawiać pierwsze kroki na niwie sztuki projektowej, fotograficznej czy dydaktycznej. Był przyjacielem, mentorem i w pewnym sensie moim drugim artystycznym ojcem. Zawsze podkreślał, że myślenie ma kolosalną przyszłość.

MT: Ale zapewne pierwszym mentorem i mistrzem był Janusz Stanny…

KS: Zawodową współpracę z tatą rozpoczęłam już w dzieciństwie, kiedy robiłam ilustracje na potrzeby moich pierwszych zleceń. Zawsze służył mi pomocą, korektą i sugestią. Bywał surowy w swoich sądach, ale dzięki temu nauczyłam się przyjmować krytykę, a czasem również z nią polemizować, kiedy byłam pewna swojej racji. Od najmłodszych lat konsultowałam z rodzicami własne projekty, bo zarówno tata, jak i mama byli i są dla mnie autorytetami w obszarze grafiki projektowej. 
Jako bardzo twórczą wspominam także naszą współpracę dydaktyczną. Przez 10 lat prowadziliśmy z tatą Pracownię Ilustracji w Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. To był dla mnie czas nauki korekt studenckich prac, ale też szeroko pojętych rozmów o sztuce i jej odcieniach. Dzięki udanej współpracy możliwa była komunikacja typu mistrz – uczeń – asystent. Wożąc samochodem tatę, Waldemara Świerzego, Rosława Szaybo czy Mieczysława Wasilewskiego, zawsze miałam świadomość, że jadą ze mną żywe legendy polskiej sztuki projektowej.

MT: Od 2014 r. prowadzi pani Pracownię Projektowania Intermedialnego i doświadcza relacji mistrz – uczeń z perspektywy mentora. 

KS: „Relacja mistrz – uczeń” to bardzo nobilitujące określenie… Profesorowie, których miałam szczęście być uczennicą, z pewnością zasługiwali na miano mistrzów. Ja buduję swój autorytet na dorobku artystycznym, ale także dokonaniach dydaktycznych i organizacyjnych. Cieszy mnie, że studenci chętnie uczestniczą w moich zajęciach i z pasją, często w zaskakujący sposób odpowiadają twórczo na zadane im tematy. Myślę, że największym sukcesem w relacji mistrz – uczeń jest satysfakcja ze wspólnie realizowanych prac. Dydaktyk powinien zawsze pozytywnie inspirować i szukać tego, co wartościowe w pracy studentów. Powinien być otwarty na młodsze pokolenia i pomagać im odnaleźć to, co jest dla nich najbardziej charakterystyczne, indywidualne.
Prowadzę Pracownię Obrazowania dla Mediów na Wydziale Sztuki Mediów ASP dla studentów II i III roku studiów stacjonarnych i niestacjonarnych I stopnia. Jest ona swoistą kontynuacją pracowni stworzonej przez prof. Szaybo, w której fotografia, grafika i myślenie uzupełniały się nawzajem. Biorąc pod uwagę, że wydział ma charakter multimedialny i intermedialny, realizację zadań rozszerzyłam o obraz ruchomy, czyli popularne w mediach społecznościowych GIF-y i krótkie spoty. Za wielką wartość uważam nawiązanie współpracy z Polską Akademią Nauk, Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym, Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku czy Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi. Dzięki temu studenci mogą zdobywać bezcenne doświadczenie zawodowe, realizując zlecenia dla ważnych instytucji. Budują swoje portfolio i uczą się umiejętności prezentacji, otwierają się nie tylko intelektualnie, ale też marketingowo. 

MT: Jaka jest dzisiaj rola sztuki? A może jest niezmienna od jej zarania? 

KS: Najpierw trzeba byłoby ustalić, jaka jest dzisiaj definicja sztuki, a odnoszę wrażenie, że nie istnieje jedna odpowiedź. W XX stuleciu granice sztuki zostały rozszerzone tak bardzo, że o tym, co sztuką jest, a co nie jest, decydują nie tylko artyści, ale przede wszystkim krytycy, marszandzi i odbiorcy, bez których sztuka istnieć nie może. Z punktu widzenia artysty przekaz przypuszczalnie niewiele się zmienił. Za to grunt, na którym sztuka może się rozwijać, stał się bardzo jałowy. Nie wiem, czy współcześnie sztuka jest w ogóle potrzebna jakiejkolwiek innej grupie poza artystami… Zastanawiam się nawet, czy nazwa „Akademia Sztuk Pięknych” jest nadal aktualna, skoro sztuka współczesna, poruszając często trudne tematy, z pięknem niewiele ma wspólnego. Nawet jeśli przyjmiemy współczesną kategorię piękna, to znowu pojawia się problem definicji. Bardzo trudno jest jednoznacznie komentować bieżące zjawiska z obszaru kultury i klasyfikować je pod względem wartości. Wymaga to dystansu czasowego i pewnego sita, przez które na przestrzeni dziejów przechodzą twórcy i ich dorobek. To, co wartościowe i nowatorskie w sobie współczesnych czasach, prawdopodobnie pozostanie w historii sztuki.
Obecnie sztuka nie upiększa rzeczywistości, tak jak miało to miejsce w antyku czy renesansie. Nie służy też gloryfikacji władzy, tak jak to było w nazistowskich Niemczech czy w socrealizmie. Są oczywiście zjawiska w sztuce współczesnej, które poruszają trudne tematy społeczne i zmuszają odbiorców do myślenia. Jednakże nie wszystkim działaniom można nadać przymiot sztuki. 

MT: Pracowała pani z największymi twórcami polskiej szkoły plakatu. Czy występuje dziś zjawisko podobne pod względem formy i treści albo wspólnej postawy twórczej, polegającej na niezależności, syntezie przekazu?

KS: Trudno jest porównywać pokolenie twórców polskiej szkoły plakatu ze współczesnymi artystami, którzy żyją w zupełnie innej świadomości otaczającego nas świata. W czasach narodzin polskiej szkoły plakatu nasze społeczeństwo tkwiło w odcięciu od zachodniej rzeczywistości. Siłą napędową były dystans plastyków zza żelaznej kurtyny, ograniczone środki wyrazu plastycznego i rygory cenzorów z ul. Mysiej, które trzeba było umieć obchodzić za pomocą formy czy metafory. Dzisiaj każdy może być „artystą”. Nie trzeba kończyć uczelni plastycznej, aby rozpocząć pracę w tym zawodzie. Zmieniły się też narzędzia. Talent, poza klasycznymi odmianami sztuki, przeniósł się ze zdolności manualnych w obszar intelektu i technologii. Niewiele znaczy członkostwo w Związku Polskich Artystów Plastyków, Związku Polskich Artystów Fotografików czy Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS, które niegdyś były rękojmią kompetencji. Dziś każdy z nas ma w swoim telefonie aparat fotograficzny i kamerkę. Każdy więc ma w rękach narzędzia jeszcze do niedawna zarezerwowane tylko dla artystów. Przypuszczalnie ma to wpływ na rozwój inwencji twórczej posiadaczy owych narzędzi, ale przyczynia się również do spłycenia obszarów, które dotychczas były wyłączną domeną sztuki. 
Obecnie rzeźba, performance, działania choreograficzne, kolor, scenografia, fotografia i grafika często splatają się w jednym zjawisku plastycznym. Granica między tym, co sztuką jest, a tym, co nie jest, w dużej mierze zależy od kuratora i miejsca ekspozycji. Przykładem mogą być wypchane zwierzęta eksponowane w galerii lub… w towarzystwie łowieckim. Obiekt może być ten sam, zmienia się tylko – albo aż – jego kontekst.
W obecnych czasach przykładem niezależnej, indywidualnej postawy artystycznej jest twórczość Banksy’ego, wolnego i anonimowego twórcy street artu o wielkiej wyobraźni i poczuciu humoru. Banksy zaczynał jako autor graffiti, które trudno jest jednoznacznie uznać za obszar sztuki, zwłaszcza że wiąże się z bezprawnym zajmowaniem płaszczyzn ścian, bez zgody właścicieli. Street art to sztuka, która wyszła na ulicę, by manifestować wolność. Trzeba tu zachować czujność, aby wychwycić działania pozornie artystyczne, które w istocie są wandalizmem. Banksy jednak poszedł o krok dalej – z pełną świadomością tworzy szablony do graffiti, by szybciej malować na murach. Są to syntetyczne, inteligentne i atrakcyjne plastycznie komentarze do najważniejszych, a często kontrowersyjnych wydarzeń na świecie. Miejsca też nie są przypadkowe – Banksy w konsekwentny sposób wkomponowuje graficzne obrazy w otoczenie, nadając mu nowy kontekst. Trudno jednoznacznie skojarzyć jego współczesną działalność z „filozofią” polskiej szkoły plakatu sprzed ponad pół wieku. Widzę jednak pewne podobieństwa: formalne skróty graficzne i intelektualne podejście do tematu. 
Podczas sprzedaży „Dziewczynki z balonikiem” w domu aukcyjnym Sotheby’s Banksy zdalnie uruchomił ukrytą w ramie obrazu niszczarkę, która pocięła połowę wylicytowanej już za milion funtów grafiki. „The Guardian”, opisując całe zajście, stwierdził, że twórca wymyślił prawdopodobnie „jeden z najodważniejszych kawałów w historii sztuki”. Działanie, w ramach którego autor z premedytacją niszczy swoje dzieło przy publiczności zaraz po sprzedaży aukcyjnej, trudno jednoznacznie zaklasyfikować jako działanie w obszarze sztuki. Z pewnością jednak zwraca to uwagę na autora, tak jak wiele zjawisk występujących współcześnie w działaniach artystycznych.

MT: W 2010 r. doktoryzowała się pani na podstawie pracy o wpływie kultury ludowej na sztukę użytkową XX w. Czy był to naturalny skutek zainteresowania folklorem widocznego w pani twórczości? 

KS: Sztuka ludowa zawsze była mi bliska. Jako mała dziewczynka słuchałam opowieści babci o łowickich procesjach. Małe Łowiczanki były mi dobrze znane z pocztówek wielkanocnych projektowanych przez tatę. Często chodziłam z mamą do cepelii na Stare Miasto, gdzie w szarych czasach PRL-u było bardzo kolorowo i można było kupić ludowe rękodzieło na prezent dla przyjaciół z zagranicy. Folklor chłonęłam także podczas wyjazdów do Zakopanego, gdzie podhalańskie motywy i stroje widoczne są na każdym kroku. 
Doktorat był dla mnie wyzwaniem, nie tylko w obszarze plastycznym, ale także socjokulturowym. Chciałam bowiem udokumentować zjawiska, które zanikają we współczesnej rzeczywistości. Akcesja Polski do Unii Europejskiej zmieniła podejście do tradycyjnych obrzędów ludowych, które musiały bronić się lokalnością i folklorem. Zależało mi, aby uchronić to przed utraceniem, stąd pomysł na serię reportaży o takiej tematyce. Proste formy i nasycona kolorystyka były mi wówczas bliskie również w sferze malarstwa. W grafice bliższa jest mi narracja bardziej poetycka i symboliczna. Sztuka ludowa jest za to wielką inspiracją przy pracy nad koliami. Nie skupiam się wyłącznie na folklorze lokalnym, ale na cechach kolorów i form wspólnych dla różnych kultur świata. 


Kolia Remembering Nina and Abbey i Kolia Podhalańska Zorza

Kamil Broszko: Kultura ludowa nie zawsze jest ceniona w świecie sztuki. 

KS: To prawda, pozostaje raczej na marginesie sztuki, bliżej etnografii czy antropologii. Twórcy ludowi zazwyczaj nie są absolwentami uczelni artystycznych, tylko artystami działającymi intuicyjnie. W sztuce ludowej mało jest konceptualności, za to wiele prawdy o duchowości twórcy, wyrażającego swoje wizje w drewnie, tkaninie, szkle czy na płótnie. Sztuka ludowa nie porusza problemów natury egzystencjonalnej i społecznej, a raczej stara się nadążyć za rzeczywistością lub ją ubarwić feerią kolorów. Uważam sztukę ludową za swego rodzaju pierwotną potrzebę społeczną, formę komunikacji z otoczeniem dla nieco bardziej wrażliwych jednostek. Ponadto uważam, że sztuka często świadomie lub nieświadomie czerpie ze źródeł ludowych, przeszczepiając jej zdobycze do grafiki, rzeźby, malarstwa czy architektury. Liczne są przykłady takich działań z okresu Młodej Polski, gdy sztuka ludowa obecna była na wszystkich polach kultury – od malarstwa i literatury po obyczajowość – awansując do tzw. kultury wysokiej.

KB: Prowadzi pani szeroką działalność artystyczną – zajmuje się fotografią, grafiką, projektowaniem biżuterii. Do tego dochodzi praca naukowa i dydaktyczna. Która z tych dziedzin jest pani najbliższa?

KS: To prawda, wiele obszarów działania artystycznego mnie zajmuje i trudno powiedzieć, która z dziedzin jest mi najbliższa. Natomiast z pewnością wszystkie się przenikają. Odkąd zostałam prodziekanem na Wydziale Sztuki Mediów, bardzo pochłonęły mnie sprawy związane z pracą na ASP, wymagające zupełnie innych umiejętności. Musiałam się wykazywać dobrą organizacją i przedsiębiorczością, a zarazem otwartością i empatią wobec wrażliwych artystycznie dusz studentów i dydaktyków. Praca naukowa w obszarze sztuki to również praca artystyczna – w moim wypadku projektowanie okładek, plakatów i różnego rodzaju opracowań graficznych. Fotografia często stanowi ich podstawę, ale nie jest środkiem wyrazu samym w sobie, tylko jednym z narzędzi. Moimi ideałami są Leonardo da Vinci i Stanisław Wyspiański, których renesansowe podejście do twórczej pracy widoczne było na wszystkich polach ich szerokiej działalności. 

KB: Jak dziś widzi pani społeczną rolę fotografii i jakie jest miejsce tej techniki w sztuce? 

KS: Do roku 1450, kiedy Jan Gutenberg wynalazł druk, treści przekazywane były za pomocą obrazów i w taki sposób trafiały do niepiśmiennych mas. Minęło ponad 500 lat i wykształcone społeczeństwa wracają do komunikacji obrazkowej. Słowo, które – jak podaje Ewangelia św. Jana – było na początku („Na początku było Słowo, a ono Słowo było u Boga, a Bogiem było ono Słowo. To było na początku u Boga. Wszystkie rzeczy przez nie się stały, a bez niego nic się nie stało, co się stało”), straciło obecnie na wartości zarówno w sensie informacyjnym, jak i symbolicznym. 
Żyjemy w kulturze obrazkowej, co najlepiej widać na portalach społecznościowych, takich jak Instagram. Tam informacja zawarta jest przede wszystkim w obrazkach, którym towarzyszą graficzne ikonki definiujące stosunek obserwatorów do zdjęcia. Słowa to jedynie hasztagi. Do tego dochodzi osobiste, często egoistyczne utożsamianie się autora z sytuacją albo miejscem, czyli selfie, manifestujące obrazkowy komunikat: JA. W przypadku mediów społecznościowych mamy do czynienia z komunikacją obrazkową, którą trudno nazywać fotografią. Miliony zdjęć z całego świata z godziny na godzinę zalewają internetowe serwery. Są notatkami czasów, technologii i współczesnej obyczajowości. W tym obrazkowym, często kakofonicznym języku obowiązuje nienaganna uroda, poprawiana za pomocą telefonicznych filtrów, i jedynie słuszna pozytywna emocja zarejestrowanej chwili…
Na przeciwnym biegunie sytuują się doroczne prestiżowe konkursy World Press Photo, które w większości reprezentują drugą stronę emocjonalnej i tematycznej skali rejestrowanych zjawisk. Dramat i cierpienie świata zbierają gros nagród, co dowodzi niestety, że zły news jest zawsze mocniejszy od dobrego. 
Podsumowując: uważam, że współczesna fotografia, podobnie jak cała sztuka, stała się trudna do uchwycenia w jednoznaczne ramy – właśnie przez masowy dostęp do sprzętu i brak fundamentów intelektualnych. Tak jak w innych obszarach sztuki, tak i w przypadku fotografii oczekiwałabym więcej myślenia i czystości formy.

KB: Wiele się dziś mówi o projektowaniu, można odnieść wrażenie, że żyjemy w epoce designu. A skoro tak, to czy nie zapominamy o „czystej sztuce”? 

KS: To fakt, żyjemy w epoce designu, ale czy nie było tak zawsze? Przecież wszelkie obiekty codziennego użytku były od wieków projektami artystów. Nie obowiązywał wprawdzie termin „design”, ale możemy go zastosować zarówno do starożytnych waz greckich czy gotyckich stalli wykonanych ze snycerskim kunsztem dla kościoła Mariackiego w Toruniu, jak i do serii amerykańskiego sprzętu AGD firmy Kitchenaid. Żyjąc w otoczeniu przedmiotów użytkowych, nie uciekniemy od tych, którzy je najpierw zaprojektowali, a później skierowali do masowej produkcji. 
I właśnie masowość produkcji wydaje mi się istotnym wyznacznikiem tego, czy dany obiekt jest obiektem sztuki, czy nie. Podobne refleksje mam na temat obszarów sacrum i profanum w odniesieniu do dewocjonaliów. Poświęcony Chrystus na krzyżu, różaniec albo figurka Matki Boskiej są reprezentantami sfery sacrum, natomiast całe pudło takich przedmiotów dostarczone do sklepu z dewocjonaliami nie wydaje się zbiorem najświętszych wizerunków. Nie zapominajmy, że obszar sakralny od wieków zaliczany był do najwyżej cenionych w historii sztuki. Na pytanie, czy jest tak dziś, proszę sobie odpowiedzieć po wizycie na straganach u stóp klasztoru jasnogórskiego…
Koncepcja „czystej sztuki” czy „sztuki dla sztuki” nurtowała już sto lat temu przedstawicieli europejskiego symbolizmu i modernizmu, a na naszym rodzimym gruncie – przedstawicieli Młodej Polski z Przybyszewskim i Przesmyckim na czele. Odnosząc się do współczesności, uważam, że społeczeństwo jest dojrzałe do odbioru sztuki dopiero wtedy, kiedy zaspokoi podstawowe potrzeby. Żyjemy w systemie kapitalistycznym, w którym potrzebujemy nie tylko mieszkania czy samochodu, ale także – a może przede wszystkim – poczucia finansowego bezpieczeństwa. Dopiero w następnej kolejności jesteśmy gotowi myśleć o odpowiedzialności ekologicznej za naszą planetę albo zamiast do galerii handlowej pójść do galerii… sztuki i kupić obraz, który zaspokoi nasze duchowe, a nie materialne potrzeby.
Tak jak już wspominałam, „czysta sztuka” z pewnością potrzebna jest artystom, dla których stanowi możliwość wypowiedzi i często sens życia. Czy jest potrzebna społeczeństwu? Mam nadzieję, że mimo wszystko tak.



Dr Katarzyna Stanny

absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Warszawie, studiów podyplomowych w Instytucie Historii UW oraz Instytutu Francuskiego w Warszawie. Pełnomocnik ds. studiów niestacjonarnych Wydziału Sztuki Mediów warszawskiej ASP, gdzie od 2009 r. prowadzi Pracownię Obrazowania dla Mediów. Wykładała w Warszawskiej Szkole Filmowej Bogusława Lindy i Macieja Ślesickiego, na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz w Polskiej Akademii Nauk. Przez 10 lat wspólnie z ojcem, prof. Januszem Stannym, prowadziła Pracownię Ilustracji w Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Pracuje dla Polskiej Akademii Nauk, zajmuje się grafiką użytkową, fotografią i pracą naukową. Jako projektantka biżuterii współpracowała ze Swarovski Elements. Realizowała projekty edukacyjne m.in. dla Działu Edukacji MHŻP Polin, AM w Warszawie, Fundacji La Strada, TLiAM, IBL. Prace prezentowała na 29 wystawach indywidualnych malarstwa, grafiki, fotografii, ilustracji i biżuterii oraz na ponad 80 wystawach zbiorowych w Polsce, Francji, Niemczech, Luksemburgu i Chinach. Laureatka wielu ogólnopolskich nagród i wyróżnień, w tym Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za szczególne osiągnięcia w pracy artystycznej i dydaktycznej (2014) oraz Nagrody Rektora ASP w Warszawie (2015 i 2019). Stypendystka Funduszu Popierania Twórczości im. Andrzeja Szczypiorskiego (2019). Członkini zarządu ZAiKS-u, a także Rady Ekspertów Ośrodka Dialogu i Analiz THINKTANK. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Czytaj także

Najbardziej aktualne informacje o nowościach i promocjach
w naszym sklepie wprost na Twoją skrzynkę pocztową!

Administratorem Państwa danych osobowych jest Fundacja Best Place Europejski Instytut Marketingu Miejsc z siedzibą w Warszawie (00-033), przy ul. Górskiego 1. Z administratorem danych można się skontaktować poprzez adres e-mail: bestplace@bestplaceinstitute.org, telefonicznie pod numerem +48 22 201 26 94 lub pisemnie na adres Fundacji.

Państwa dane są i będą przetwarzane w celu wysyłki newslettera, na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora. Uzasadnionymi interesami administratora jest prowadzenie newslettera i informowanie osób zainteresowanych o działaniach Fundacji.

Dane osobowe będą udostępniane do wglądu dostawcom usług IT w zakresie niezbędnym do utrzymania infrastruktury IT.

Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie przez okres istnienia prawnie uzasadnionego interesu administratora, chyba że wyrażą Państwo sprzeciw wobec przetwarzania danych w wymienionym celu.

Uprzejmie informujemy, iż przysługuje Państwu prawo do żądania od administratora dostępu do danych osobowych, do ich sprostowania, do usunięcia, prawo do ograniczenia przetwarzania, do sprzeciwu na przetwarzanie a także prawo do przenoszenia danych (o ile będzie to technicznie możliwe). Przysługuje Państwu także możliwość skargi do Urzędu Ochrony Danych Osobowych lub do właściwego sądu.

Podanie danych jest niezbędne do subskrypcji newslettera, niepodanie danych uniemożliwi wysyłkę.