Trzeba pewne sprawy stawiać na ostrzu noża

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O nowym serialu, traumach Ziem Zachodnich i potrzebie budowania tożsamości historycznej z Waldemarem Krzystkiem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Dziękuję za spotkanie, tym bardziej że do ostatniej chwili wisiało na włosku, bowiem jest pan mocno zaangażowany w tworzenie nowego serialu. Proszę o nim opowiedzieć.

Waldemar Krzystek: Akcja serialu „Dom pod Dwoma Orłami” rozpoczyna się we Wrocławiu. Jest lipiec 1997 r., dzień przed powodzią. Marianna, niefrasobliwa studentka architektury, wraca do rodzinnego domu ze stypendium w USA. W nocy woda zalewa tytułowy Dom pod Dwoma Orłami do wysokości pierwszego piętra. Kiedy woda opada, okazuje się, że żywioł odsłonił skrywane przez lata poniemieckie tajemnice współczesnego Wrocławia. Akcja cofa się do końca I wojny światowej. Niemiecka rodzina Weberów osiedla się w Breslau i buduje Dom pod Dwoma Orłami. Równoległa opowieść dzieje się na Kresach Wschodnich, a rozpoczyna w 1920 r. Obserwujemy wątek miłosny: rozkwita uczucie między Antonim Szablewskim i Zofią, mimo sprzeciwu ojca dziewczyny. Antoni, ciężko pracując, odbudowuje rodzinny majątek i ponawia prośbę o rękę – tym razem zostaje przyjęty. Uprawiana fachowo ziemia przynosi coraz większe dochody, Antoni zakłada fabrykę narzędzi rolniczych, a także – aby zabezpieczyć rodzinę na czarną godzinę – deponuje kapitał w banku w Szwajcarii. Niestety, przychodzi rok 1939, wybucha wojna, zmobilizowany Antoni dzieli los innych polskich oficerów w ZSRR, majątek i fabryka zostają zarekwirowane przez Rosjan, a wyjazd do Szwajcarii jest niemożliwy. W zimie 1940 r. dochodzi do pierwszej zsyłki polskiej ludności. Zofia z maleńkimi dziećmi zostaje zesłana do Kazachstanu. Traci tam wszystkich bliskich, zostaje sama. Powojenna zmiana granic uniemożliwia jej powrót do kresowego majątku. Repatriowana na Ziemie Odzyskane, w ruinach Festung Breslau spotyka kilkuletnią niemiecką sierotę, która jako jedyna ocalała z niemieckiej rodziny Weberów. Rozpoczyna się ich wspólna historia w powojennym już Wrocławiu.

KB: Scenariusz pisał pan z żoną, scenarzystką Małgorzatą Kopernik. Ile w nim faktów historycznych, a ile twórczej fikcji?

WK: Scenariusz pisaliśmy przez 10 lat. W tym przypadku nie mogliśmy korzystać z prawa do całkowitej swobody twórczej, gdyż historia Dolnego Śląska i Kresów Wschodnich, zwłaszcza Wołynia, jest znana i dobrze opisana. Początkowo chciałem robić ten film w koprodukcji z Niemcami, korzystając z fali pojednania, ale szybko okazało się, że wiele scen nie miałoby szansy znaleźć się w filmie, gdyż mogłyby urazić naszych zachodnich sąsiadów. Nie miało znaczenia, że były oparte na historiach opowiedzianych i spisanych przez samych Niemców. Ewentualni koproducenci nie chcieli uznać tych świadectw, twierdząc, że sprokurowali je Niemcy… poddani komunistycznej propagandzie! „Nawet jeśli jednym z nich jest proboszcz parafii św. Maurycego, Paul Peikert?” – kpiłem. Niemcy stale czyszczą swoją historię z niewygodnych treści. Grafina Melitta Sallai, właścicielka Pałacu Morawa, aż do 1955 r. żyła w przekonaniu, że to Polacy wywołali II wojnę światową, mordując niemieckich żołnierzy w Gliwicach. Tego dowiedziała się w niemieckiej szkole kilka lat po wojnie. Grafina Melitta to ciekawa postać. Jest ostatnią żyjącą osobą, która jako dziecko widziała w komplecie kolekcję Czartoryskich.

KB: Czy w „Domu pod Dwoma Orłami” szerzej podejmuje pan temat wywożenia dzieł sztuki przez Niemców tuż przed zakończeniem wojny?

WK: Nie mogę zdradzić panu treści całego filmu, ale opowiem ciekawą historię. Prof. Günther Grundmann zabezpieczał dzieła sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów Dolnego Śląska, a także te zagrabione z ziem polskich. Ukrywał je w pałacach i zamkach na Dolnym Śląsku. W ten sposób w styczniu 1945 r. kolekcja Czartoryskich trafiła na przechowanie do pałacu państwa von Wietersheim-Kramsta w Muhrau (dzisiejsza nazwa: Pałac Morawa). Pod koniec lutego 1945 r. Grundmann przyjechał ponownie do pałacu, a że już wiadomo było, jak zakończy się wojna, dokonał wyksięgowania i zabrał „Portret młodzieńca” Rafaela Santiego, którego po dziś dzień nie można odnaleźć. Grafowie z Muhrau zostali ewakuowani do Niemiec. Po wojnie wysłali do profesora list z żądaniem zwrotu obrazu, ale nie dostali odpowiedzi. Po śmierci Grundmanna napisali do jego syna i tym razem otrzymali odpowiedź, że w masie spadkowej po profesorze taki obraz nie występuje.

KB: Czy zna pan dzisiejsze, choćby przybliżone szacunki dotyczące wartości dzieł sztuki wywiezionych z Polski w czasie II wojny światowej?

WK: Nie znam takich szacunków, ale mogę przytoczyć wypowiedź Mellity Sallai. Jej rodzina, która należała do posiadaczy ziemskich, podczas wysiedlenia z pałacu mogła wziąć ze sobą tylko rzeczy osobiste i z takim ekwipunkiem rozpoczynać nowe życie w głębi Niemiec. Żołnierze niemieccy, a w szczególności oficerowie, przywozili do domów zagrabione łupy wojenne, niekiedy nawet wagonami. Z ich sprzedaży żyły następne pokolenia.

KB: Grabież dzieł sztuki to nie był jedyny sposób robienia pieniędzy na wojnie.

WK: Mamy w filmie scenę opartą na relacji świadków, w której dyrektor banku na placu Solnym we Wrocławiu odmawia przetopienia na sztaby 600 kg złotych zębów przywiezionych przez gestapo, chcące w ten sposób zatrzeć ślady grabieży i mordów. Dyrektor odmówił, gdyż obawiał się, że kiedyś zostanie zapytany, skąd miał owe zęby, kto, gdzie, kiedy i komu je wyrwał. Został powieszony za sianie defetyzmu i brak wiary w zwycięstwo Niemiec. Znany jest również fakt odnalezienia przez wojska amerykańskie w skalnych jaskiniach w Bawarii kopalnianych wagoników pełnych złotych zębów, biżuterii i innych kosztowności.

KB: Czy trzeba pokonać sporo przeciwności, by realizować duży projekt filmowy, który przez wiele grup uznawany jest za kontrowersyjny?

WK: Trudno było nam również znaleźć koproducentów z Ukrainy, bo uważano, że naszym filmem obrażamy naród ukraiński. Nie przyjmuje się tam do wiadomości – chociaż to fakty udokumentowane w kronikach filmowych z czasów wojny – że Ukraińcy traktowali hitlerowskich Niemców wkraczających na ich ziemie w 1941 r. jak wyzwolicieli. Najpierw, wraz z wybuchem wojny we wrześniu 1939 r., na ich teren weszła Armia Czerwona, zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow. A kiedy Niemcy postanowili uderzyć na ZSRR w 1941 r. i w ramach operacji Barbarossa wkroczyli na tereny Ukrainy, mieszkańcy uważali ich za wyzwolicieli. Co więcej, Ukraińcy z Galicji Wschodniej spodziewali się powstania państwa ukraińskiego pod protekcją Niemiec. Nasz film jest mocno osadzony w realiach historycznych, które zostały gruntownie udokumentowane. Wiele problemów współczesności jest skutkiem braku wiedzy historycznej. Jak wspomniał bohater „Fotografa”, mojego wcześniejszego filmu, naród, który nie zna swojej historii, zostanie pokarany tym, że będzie musiał przeżyć ją jeszcze raz. Wydaje mi się, że dzisiaj coraz więcej ludzi interesuje się historią, o czym świadczyć może choćby popularność portali o dziejach Dolnego Śląska. Ale jeszcze 10 lat temu realizacja takiego serialu była niemożliwa, ponieważ obawiano się rozdrapywania świeżo zabliźnionych ran polsko-niemieckich i naruszenia odradzającej się relacji z Ukraińcami.

KB: Czy tworzenie w okresie komunizmu, w dobie istnienia cenzury, przygotowuje do radzenia sobie z tego typu przeciwnościami?

WK: Elias Canetti powiedział, że żarty zakazane przez cenzurę są słusznie zakazane. Kiedyś stwierdziłem, że cenzura wyrabiała w nas umiejętność budowania metafor, sugerowania sensów i znaczeń. Bo prymitywne walenie wprost nie jest artystycznie uzasadnione w żadnym wypadku. Swój pierwszy film telewizyjny „Powinowactwo” chciałem zrobić metodą „jak w szkole”, czyli do zatwierdzenia przedłożyłem poprawny politycznie scenariusz, ale nakręciłem jego bardzo zmodyfikowaną wersję. W rezultacie w 50-minutowym filmie miałem aż 53 ingerencje cenzury. Zrozumiałem, że nie tędy droga i takie postępowanie może grozić zatrzymaniem filmu. Części poprawek udało się uniknąć, jednak film został poważnie okaleczony. Kiedy robiłem następny film, tym razem fabularny, pt. „W zawieszeniu”, aż cztery lata trwały rozmowy w ministerstwie kultury dotyczące znaczenia poszczególnych scen. Sytuacja była o tyle trudniejsza, że scenariusz powstawał na podstawie książki „Czas kary”, która ukazała się w podziemiu. Nie wiem, jak by się rzecz potoczyła, gdyby nie pomoc Jerzego Hoffmana i Sylwestra Chęcińskiego. Film opowiada historię opartą na faktach. Jest rok 1949. Były oficer Armii Krajowej Marcel Wysocki został skazany na karę śmierci. Udaje mu się uciec z więzienia i znaleźć schronienie u Anny, swojej ukochanej, która pracuje jako pielęgniarka w legnickim szpitalu. Poszukiwany przez Urząd Bezpieczeństwa Marcel nie wychodzi z domu. Anna pomaga mu przezwyciężyć chwile załamania psychicznego. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy zachodzi z nim w ciążę. Mijają lata, a Marcel ogląda swoje dziecko przez okienko w piwnicy. W gruncie rzeczy film opowiada historię o ukrywaniu się, ratowaniu życia, wolności, wierności podstawowym wartościom. Istota problemu z cenzurą była taka, że film miał być kręcony w stanie wojennym, kiedy to najbardziej odważna część społeczeństwa znowu musiała się ukrywać. Aż korciło dopisać w filmie dedykację: „Ukrywającym się działaczom Solidarności”. Historia AK-owca była odczytywana jako metafora stanu wojennego. Co więcej, Marcel był pierwszym żołnierzem wyklętym pokazanym w polskim filmie. Można się tego domyślić po dialogu Jandy i Radziwiłowicza. Anna( grana przez Jandę) pyta: „Marcel, przecież wojna się dawno skończyła, to co wy robiliście w tym lesie?”. I otrzymuje odpowiedź: „Paliliśmy papierosy”.

KB: Jak podczas pracy nad tym filmem oceniał pan szansę jego ukończenia?

WK: Myślałem, że go nie skończę, szczególnie po tym, jak Waldemar Świrgoń z Komitetu Centralnego PZPR na posiedzeniu w Warszawie oficjalnie zgłosił, że za wiedzą ministra kultury kręci się we Wrocławiu film antypartyjny i antypaństwowy. Po tym wystąpieniu wydano decyzję o przerwaniu zdjęć. Szczęśliwie nie były to czasy Internetu, e-maili i SMS-ów, ale rozmów międzymiastowych łączonych przez centralę. Kierownik produkcji przytomnie odpowiedział, że ekipa jest w plenerze i gdy tylko powróci, zostanie powiadomiona o decyzji. Natomiast ja starałem się w pośpiechu nakręcić wszystkie brakujące sceny, w efekcie Jurek Radziwiłowicz sam, bez kaskadera, wyskakiwał z pociągu. Później oczywiście zdjęcia zostały oficjalnie wstrzymane i dostaliśmy zakaz montażu, aby nie powtórzyła się sytuacja z „Przesłuchaniem” Bugajskiego. Nakręcony materiał zatrzymano pod kluczem i rozpoczęła się gra o dokończenie filmu. Zgodziłem się na zmianę tytułu, a pierwotnie miał być taki sam jak książki – „Czas kary”. Inne zalecenia udało się sprytnie obejść. Wyznaczyliśmy termin kolaudacji na 22 grudnia, mając nadzieję, że tuż przed świętami nie przyjdzie nikt z oficjeli. Niestety, przyszli wszyscy. Film uratowała Wanda Jakubowska, która po projekcji odezwała się pierwsza. A pierwszy głos jest najważniejszy, bo ukierunkowuje dyskusję. Powiedziała – a było to wystąpienie burzliwe, z wulgaryzmami i krzykiem – że zna moją nieprzychylną wypowiedź o niej i jej ostatnim filmie, ale mi ją daruje, bo mam talent, co widać w moim filmie, a dobrych filmów społeczeństwo potrzebuje. Tym stwierdzeniem wytrąciła oręż wszystkim partyjnym krytykantom. To była kobieta z charakterem. Wywalczyliśmy wtedy pozwolenie na dystrybucję pięciu kopii w kinach studyjnych w całej Polsce, przy czym film w jednym kinie mógł być wyświetlany maksymalnie przez tydzień. Mimo tych obostrzeń osiągnęliśmy frekwencję 100 tys. widzów.

KB: W filmie „W zawieszeniu” główne role odgrywa ta sama para aktorów, czyli Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz, co w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy. Dziś ten zabieg stosuję się często w kinie anglosaskim, nazywając go rozwinięciem postaci.

WK: Właśnie z powodu tej zbieżności zwróciłem się do Andrzeja Wajdy, aby opowiedzieć mu o zamiarze zatrudnienia tych samych aktorów. Wajda powiedział: „Jest pan na początku swojej drogi, więc warto odpowiedzieć na pytanie, czy reżyseruje pan siebie, czy filmy. Bo jeżeli siebie, to wystarczy kupić sobie skórzane spodnie i kapelusz. A jeśli chce pan reżyserować filmy, musi pan robić to, co jest najlepsze dla filmu”. W ten sposób dał mi wolną rękę, a ja świadomie wybrałem tych aktorów, aby dać widzowi sygnał, że robię film o ludziach z tego samego systemu wartości, z marmuru i żelaza, choć opowiedziany w inny sposób. Zrozumieli to wszyscy w lot. Władze kinematografii początkowo nie zgadzały się na tę „wtórną” obsadę, ale ja nie chciałem być oryginalny…


Kadr z filmu „W zawieszeniu” Waldemara Krzystka. Na zdjęciu Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz. (Fot. Janusz Zachwajewski/Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny)

KB: Historia przedstawiona w filmie wydarzyła się naprawdę.

WK: Szczerze mówiąc, historię AK-owca z Legnicy znałem od lat, ale nie byłem nią specjalnie poruszony, po prostu traktowałem ją jako świadectwo historii. Aż spotkałem się z Jackiem Petryckim, operatorem, który przyjechał do Wrocławia robić wywiad z Władkiem Frasyniukiem. Pamiętajmy, że rzecz dzieje się w stanie wojennym, więc spotkanie z ukrywającym się przed Służbą Bezpieczeństwa Frasyniukiem wymagało specjalnego przygotowania, kluczenia, aby zgubić ewentualny ogon. Petrycki zatrzymał się u mnie na kilka dni i czekał na dalszy kontakt. Operator to człowiek aktywności fizycznej, nienawykły do bezczynności. Naprawił w domu wszystko, co było do naprawienia, uszczelnił krany, obsadził gniazdka, wyregulował telewizor. Wtedy zobaczyłem, co się dzieje z człowiekiem w warunkach przymusowej bezczynności, i od razu na myśl przyszła mi historia AK-owca, który nie pięć dni, ale pięć lat musiał wytrwać w zamknięciu. Taki stan wytrzymają tylko ludzie z mocną psychiką. Doceniłem też postać Anny, która była tak bardzo pomocna i oddana, że Marcel dał radę przeżyć lata w ukryciu. Wtedy zrozumiałem, że mam gotową historię o współczesności, wyrażoną metaforycznie poprzez ukazanie lat 50. Film został dobrze oceniony, zdobył sporo nagród, w tym nagrodę Niezależnego Komitetu Kultury Solidarności.

KB: Toczył pan wojny z cenzurą o każdy tytuł?

WK: Tak, bo robiłem filmy o ludziach uwikłanych w historię. Film „Zwolnieni z życia” powstał świeżo po Okrągłym Stole, kiedy czułem, że atmosfera jest nadal śmierdząca, bo w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło. Samochody milicyjne miały świeżo namalowane napisy „Policja”, spod których jeszcze przebijały stare napisy „Milicja”, ale wszyscy funkcjonariusze, którzy przesłuchiwali, bili i znęcali się na komisariatach, pozostali na służbie i czuli się bardzo pewnie. Ten film pokazywał pozór całej sytuacji. Czasami trzeba dużo zmienić, żeby wszystko pozostało tak samo – taką maksymą kierowali się ubecy. Film „Zwolnieni z życia” nie spotkał się z uznaniem na festiwalu w Gdyni, za to zdobył trzy nagrody w San Sebastián: dla Krystyny Jandy za najlepszą kreację aktorską, nagrodę FIPRESCI i nagrodę specjalną jury za wnikliwe przyjrzenie się współczesności.

Mój największy przebój filmowy to „Ostatni prom”, który przez wiele lat był wyświetlany w każdą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Również powstał w zespole Jerzego Hoffmana, dzięki jego wielkiej odwadze i przytomności umysłu . Minister Jerzy Bajdor twierdził, że scenariusz jest dwuznaczny pod względem wymowy polityczno-społecznej i w związku z tym zobowiązał szefa zespołu do wzięcia pełnej odpowiedzialności za ostateczny przekaz filmu, a nawet zagroził rozwiązaniem zespołu. Hoffman wziął na siebie tę odpowiedzialność, a po wyjściu z ministerstwa twardo mi powiedział: „Nie zastanawiaj się ani chwili, zasuwaj na plan i rób, jak najlepiej potrafisz, a później będziemy się martwili, jak dalej postępować”. Dużo zawdzięczam Jerzemu Hoffmanowi, stał się moim mentorem, do którego zawsze mogłem się zwrócić ze sprawami filmowymi.

Kluczowa dla filmu jest scena, kiedy pasażerowie na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego są gotowi skakać do morza, byleby tylko nie wracać do kraju. Bohaterka grana przez Ewę Wencel pyta kapitana, czy będzie do nich strzelał. W tym pytaniu kryje się największe oskarżenie systemu, który pozwalał strzelać do swoich obywateli. Tak przecież się zdarzało w latach 1956 i 1970, na to pozwalało prawo. Film nakręciliśmy, zmontowaliśmy, Przemek Gintrowski napisał muzykę. Pozostało nam jeszcze zatwierdzenie przez cenzurę. Do wytwórni WFDiF przyszedł cenzor z Mysiej i powiedział, że to jest ostatni dzień istnienia urzędu, więc już niczego nie może zakazać i chciał po prostu obejrzeć film. Na tym przykładzie widać, że postawa Hoffmana okazała się słuszna – nie warto bać się na zapas. Film dobrze się sprzedawał za granicą, bo była to historia uniwersalna, zrozumiała dla każdego widza.

KB: Czy przyświeca panu idea budowania światopoglądu poprzez tworzone filmy?

WK: Coraz wyraźniej dostrzegam potrzebę budowania tożsamości historycznej. Ona jest zawsze ważna, bo umożliwia rozumienie współczesności. W sensie biologicznym nasz naród na pewno nie wymrze. Natomiast nastąpią niepowetowane straty, jeżeli będą uszczerbki w świadomości. Warto się odwołać do słynnej rozmowy Churchilla z ministrem wojny, który prosił premiera o ograniczenie wydatków na kulturę w związku z niemieckimi bombardowaniami w Londynie. Na to Churchill zapytał: „To w imię czego prowadzimy tę wojnę?”. Świadomość kulturowa narodu ratowała nas, Polaków, przez całe lata.

Po zrobieniu filmu „Mała Moskwa” telewizja rosyjska zwróciła się do mnie z propozycją nakręcenia serialu o Annie German. Ponieważ rozpocząłem już pracę nad filmem „80 milionów”, Rosjanie czekali na mnie cały rok. Pozwolili na zmiany w scenariuszu i dopisanie dwóch odcinków. Pilnowałem prawdy historycznej. Mało kto wie, że Anna German, kiedy przyjechała do Polski, mówiła wyłącznie po rosyjsku. Gdy po premierze filmu udzielałem wywiadu rosyjskiej gazecie, padło pytanie: „Jak to się stało, że polski reżyser zainteresował się naszą śpiewaczką?”, na co odparłem: „Taka ona wasza, jak i nasza”. German spędziła w Związku Radzieckim pierwsze osiem tragicznych lat życia, zaś Polska uratowała ją i jej rodzinę. Kiedy władze radzieckie chciały jej jako uznanej śpiewaczce przyznać ponownie obywatelstwo i dać willę pod Moskwą, odmówiła, bo była lojalna wobec nowej ojczyzny.

W postaci wybitnej artystki splotła się historia obu narodów. Co ciekawe, początkowo Telewizja Polska nie chciała nawet kupić tego serialu, wątpiąc, by w obecnych czasach publiczność była zainteresowana biografią piosenkarki rodem z PRL-u. A okazało się, że każdy odcinek gromadził ponadsześciomilionową widownię. Bo to nie był tylko film biograficzny o piosenkarce. Tak jak „Mała Moskwa” nie jest melodramatem, chociaż jest filmem o sile niemożliwej miłości. W jednej ze scen na spacerniaku dla pacjentów szpitala psychiatrycznego widzimy drzewo, którego pień i konary owinięte są drutem kolczastym, aby nie stwarzało możliwości ucieczki. Tak właśnie ustrój komunistyczny wyznaczał granice prywatności, których przekroczyć nikt nie mógł, nikt nie był w stanie.

KB: Chciałby pan filmami dolnośląskimi rozbroić zadawnione i wciąż chyba czynne traumy Ziem Zachodnich?

WK: Jestem pełen podziwu dla pokolenia, które przyjechało na Dolny Śląsk – szczególnie kiedy oglądam kroniki z 1945 r. To dzielni, wspaniali ludzie! Na Ziemie Zachodnie jechali pod przymusem repatriacji, a w nowym miejscu sił dodawała im świadomość „ostatniego przystanku”. Już raz stracili wszystko w Wilnie czy we Lwowie, wzięli jedynie trochę rzeczy do walizek. Teraz postanowili, że nigdzie z nowego miejsca się nie ruszą. To jest nasze, ostatecznie i do końca, bo już nie mamy gdzie iść – pewnie tak sobie mówili. Zdeterminowani, zabrali się do ciężkiej pracy odbudowania swojego życia i świata wokół. Mieli prawo poddać się, popaść w rozpacz i frustrację po tym, co przeżyli i co zapamiętali, ale nie szukali wymówek. Mieli siłę, by żyć dalej, mimo ciężkich wspomnień, czasami nie do wypowiedzenia. W serialu „Dom pod Dwoma Orłami” mamy taką scenę: lata 40. XX w., Syberia, środek zimy. Mieszkańców łagru obiegła wieść, że do ich gułagu mają przyjechać dzieci z polskiego sierocińca na Wschodzie. Najbardziej cieszą się dzieci zesłańców – będą miały nowe koleżanki i kolegów. Pociąg towarowy wjeżdża na peron… ale z wagonu dobiega cisza. Kiedy w końcu go otwierają, okazuje się, że wszystkie dzieci zamarzły na śmierć. Jak żyć z takim wspomnieniem? Inna scena: podczas Festung Breslau niemiecka ludność cywilna oczekuje na przymusową ewakuację z miasta. Czekają drugi dzień, bo tory zostały zbombardowane i pociąg nie dojechał. Matki trzymały dzieci na rękach, ale noworodki nie wytrzymały tęgiego mrozu i zamarzły. Żołnierze gestapo wyrywali je matkom i układali rzędem na placu przed Dworcem Głównym, aby zakopać we wspólnym dole. Nie jestem rusofobem ani germanofobem. Pokazuję tylko, co oznacza zło spuszczone ze smyczy moralności. Kiedyś byłem na castingu z udziałem młodych niemieckich aktorów, którzy – podobnie jak młodzi Polacy – nie przejawiają najmniejszego zainteresowania historią. Próbujemy scenę z serialu, w której Herbert, jeden z niemieckich bohaterów „Domu pod Dwoma Orłami”, pokazuje grupie przyjaciół swój amatorski film z obozu w Gross-Rosen. Otóż osobiście nakręcił on twarze więźniów skazanych na śmierć, zarejestrował ostatnie 30 sekund ich życia. Kobieta, dziadek, mężczyzna w sile wieku, matka małych dzieci, nastolatka – wszyscy krzyczą, płaczą, boją się… Po trzech minutach, czyli po sześciu egzekucjach, zaprzyjaźniona widownia zaczyna się nudzić. Sięgają po wino, przekąski i proponują podłożyć pod obraz jakąś dynamiczną muzykę, a 30 sekund zredukować do 15, by się tak nie dłużyło… Znudzenie jest ich jedyną reakcją! I nagle współcześni młodzi Niemcy mówią o spustoszeniu moralnym w swoim narodzie. Nie mówią o anonimowych nazistach, ale o swoim, niemieckim narodzie. Są tą sceną poruszeni i zawstydzeni. Polska polityka historyczna powinna być realizowana odważnymi produkcjami, które pewne sprawy będą stawiały na ostrzu noża. Nie możemy cały czas iść środeczkiem z powodu poprawności politycznej.

KB: Niebawem, 4 czerwca, 30. rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów. Tymczasem niektórzy uważają – mówiąc najogólniej – że komunizm w Polsce się nie skończył i to w nim tkwi źródło współczesnych problemów.

WK: Biologia robi swoje i następuje zmiana pokoleniowa. Ale pewna mentalność się utrwaliła i potrzeba jeszcze kilku pokoleń, aby ją wykorzenić. Wychowałem się w środowisku wrogim wobec poprzedniego ustroju, dlatego jestem szczególnie wyczulony na pozory. Doceniam wysiłek, jaki wykonaliśmy przez ostanie 30 lat, dostrzegam nowe lotniska i drogi, ale to nie zwalnia mnie z krytycyzmu myślenia i rozumienia rzeczywistości. Analizuję ją, aby mieć własne zdanie. W czasach mojej młodości niezależne myślenie nie było mile widziane, a mimo to starałem się myśleć samodzielnie. Dlaczego zatem teraz mam robić inaczej? Pamiętam z PRL-u słynny plakat „Partia przewodzi” z robotnikiem dzierżącym ster muskularnymi rękami. Ów plakat wisiał w uniwersyteckiej gablocie. Natychmiast z kolegami dokleiliśmy do niego ukradzioną z autobusu tabliczkę „Rozmowa z kierowcą zabroniona”. Tak przejawiała się nasza niezgoda na papkę ideologiczną, którą fundowała nam PRL-owska propaganda. Teraz z wygodnictwa przyjmujemy standardy myślenia zgodne z poprawnością polityczną. Nie byłoby Solidarności i wolności dzisiaj, gdyby Polacy w latach 50. czy 70. byli politycznie poprawni.


Waldemar Krzystek

(ur. 23 listopada 1953 r. w Swobnicy) – polski reżyser i scenarzysta filmowy. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim i reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W 1987 r. za film „W zawieszeniu” został wyróżniony nagrodą za debiut reżyserski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, nagrodą za scenariusz na Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie, Nagrodą Artystyczną Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, Nagrodą Przewodniczącego Komitetu Kinematografii oraz Nagrodą Niezależnego Komitetu Kultury Solidarności dla najlepszego filmu 1986 roku. Otrzymał również Nagrodę Prezydenta Gdyni na FPFF (1989 r.) i Nagrodę Przewodniczącego Komitetu Kinematografii (1990 r.) za „Ostatni prom” oraz Nagrodę Kodaka za film „Polska śmierć”. Na festiwalu w San Sebastián za film „Zwolnieni z życia” wyróżniony został nagrodą FIPRESCI i nagrodą specjalną jury, zaś Krystyna Janda za rolę w tymże filmie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki – Srebrną Muszlę. Jest twórcą filmu fabularnego (i serialu) pt. „Mała Moskwa”, który na 33. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2008 r. zdobył Złote Lwy. Reżyserował serial „Anna German”, który stał się międzynarodowym przebojem. We wrześniu 2013 r. otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Dolnego Śląska Civi Honorario, nadany przez Sejmik Województwa Dolnośląskiego. W 2014 r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. W marcu 2018 r. wyróżniony tytułem Honorowego Obywatela Legnicy.


Małgorzata Kopernik

(ur. 13 marca 1954 r. w Szczecinie) – polska reżyserka i scenarzystka, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim i reżyserii filmowo-telewizyjnej na WRiTV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Reżyserowała spektakle Teatru Telewizji, m.in. „Klaskać jedną ręką” wg A. Burgessa, „Myszki” wg Buttera i Dutkiewicza, „Bal błaznów” wg braci Szargorodskich. Jej film „Szklany dom” zdobył nagrodę prezesa Radiokomitetu za najlepszy debiut reżyserski w dziedzinie telewizyjnego filmu fabularnego. Wraz z mężem Waldemarem Krzystkiem napisała scenariusze filmu „W zawieszeniu” i historycznego serialu telewizyjnego „Dom pod Dwoma Orłami”.

 

Czytaj także