Polska będzie krajem normalnym

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O NATO, Rosji i napięciach społecznych w Polsce z Adamem Danielem Rotfeldem rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: 20 lat temu wstępowaliśmy do NATO, a dzisiaj mówi się o kryzysie euroatlantyckiej koncepcji obrony. Czy takie wątpliwości są uzasadnione?

Adam Daniel Rotfeld: I tak, i nie. NATO ma charakter nie tylko obronny, jest to sojusz polityczno-wojskowy. Został podpisany w Waszyngtonie w 1949 r. Większość z 14 artykułów dotyczy wartości i zasad. Innymi słowy, członków tego sojuszu wiążą nie tylko interesy natury czysto wojskowej, ale wspólnota ideowa – wspólna aksjologia demokratycznych społeczeństw. Kryzys wspólnoty transatlantyckiej wynika z sytuacji wewnętrznej państw członkowskich, a nie z relacji między tymi państwami.

KB: Co przede wszystkim decyduje o wyjątkowości Sojuszu Północnoatlantyckiego?

ADR: To, że głównym jego celem jest obrona wolności i bezpieczeństwa demokratycznych państw. Z reguły relacje między państwami determinują trzy elementy: potencjały państw, ich interesy oraz system wartości, którymi kierują się we wzajemnych stosunkach. Kluczowy artykuł 5. Sojuszu Północnoatlantyckiego wyraża filozofię polityczną: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Bez wspólnoty zasad i wartości Sojusz mógłby łatwo ulec rozpadowi. Oczywiście wewnątrz poszczególnych państw NATO nie wszystko i nie zawsze funkcjonuje idealnie. Był na przykład okres, kiedy w Grecji rządy przejęli tzw. czarni pułkownicy, którzy zdeptali swobody obywatelskie i prawa człowieka oraz zasady państwa prawa. To, że Grecja należała do NATO, sprawiło, że rządy niedemokratyczne trwały tam znacznie krócej, nie były w stanie się utrzymać przez dłuższy czas.

Demokratyczne państwa Europy oraz USA i Kanada utworzyły w postaci NATO najpotężniejszy i najbardziej skuteczny sojusz w historii świata. Sojusz ten zapewnia obronę i odstrasza potencjalnych agresorów zewnętrznych; oczywiście zakłada też, że nie dojdzie do konfliktu między jego członkami. Przywołam przykład Grecji raz jeszcze: poważne napięcia między Turcją a Grecją z całą pewnością doprowadziłyby do konfliktu zbrojnego, gdyby te państwa nie były członkami Sojuszu. Inny przykład: Węgry od 100 lat mają poczucie krzywdy, ponieważ traktat z Trianon (4 czerwca 1920 r.) uznał je za sukcesora pokonanych w I wojnie światowej Austro-Węgier. Na mocy decyzji Ententy utraciły one ponad 70 proc. terytorium i niemal 30 proc. obywateli znalazło się poza Węgrami – w państwach z nimi graniczących. W efekcie Węgry mają na tym tle problemy z Rumunią, Słowacją, Ukrainą i Wojwodiną, czyli państwami, w których mieszka mniejszość węgierska. Przynależność Węgier i ich sąsiadów do Sojuszu sprzyja łagodzeniu napięć i poszukiwaniu politycznych rozwiązań.

Sojusz implikuje też demokratyczne normy zachowania między państwami członkowskimi, co w praktyce oznacza, że decyzje w NATO zapadają nie w wyniku głosowania, ale negocjowania stanowisk i podejmowania decyzji na podstawie konsensusu. Nawet państwa, które deklarują politykę neutralności, jak Szwecja i Finlandia czy wieczyście neutralne Austria i Szwajcaria, utrzymują robocze partnerskie stosunki z Sojuszem. Liczą bowiem na to, że w przypadku zagrożenia ich bezpieczeństwa NATO udzieli im pomocy w obronie niepodległości. Dlatego dostosowują swoje potencjały obronne do obowiązujących w NATO kryteriów i norm.

KB: Opinia publiczna chce myśleć o NATO w kategoriach stałości, niezmienności. Czy to w ogóle możliwe?

ADR: W życiu człowieka osiągnięcie wieku 70 lat oznacza, że czas na emeryturę. W życiu sojuszu obronnego rzeczy mają się inaczej. Przecież świat się zmienia. Narzuca to potrzebę, a nawet konieczność, dostosowania się do nowej sytuacji wojskowo-politycznej. Lord Ismay, pierwszy sekretarz generalny NATO, określił sens istnienia Sojuszu w sposób bardzo lapidarny: „Utrzymać Rosjan z daleka, Amerykanów przy sobie, a Niemców pod kontrolą”. W przeszłości Sojusz miał odstraszać Związek Radziecki i przeciwdziałać jego ekspansjonizmowi. Pamiętajmy, że sama ideologia komunizmu zakładała opanowanie najpierw Europy, a następnie całego świata. Taka była idea za czasów Lenina, Trockiego i Stalina. Po śmierci Stalina dla Chruszczowa i jego następców było oczywiste, że w razie konfliktu jądrowego ZSRR byłby skazany na klęskę, jakkolwiek produkował coraz więcej rakiet i broni jądrowej. Zawarty 14 maja 1955 r. Układ Warszawski z formalnego punktu widzenia był odpowiedzią na przystąpienie Niemiec Zachodnich do NATO. Zgodnie z propagandą uznawano go za „tarczę obronną przeciwko zagrożeniom militaryzmem i odwetem ze strony zachodnich Niemiec”.

Był to czas, gdy dwa państwa narodu niemieckiego – NRD i RFN – stanowiły pod każdym względem odbicie istoty różnic systemowych: w NRD panował totalitaryzm, zaś w RFN – ustrój demokratyczny. ZSRR, NRD i inne państwa Układu Warszawskiego reprezentowały w praktyce system „zinstytucjonalizowanej nieskuteczności”, złą organizację, zacofanie, policyjny sposób zarządzania społeczeństwem. Przecież Związek Radziecki upadł głównie pod ciężarem własnych zbrojeń, niewydolności gospodarczej, bezprawia, zdeptania praw i godności człowieka oraz swobód obywatelskich. Gorbaczow, gdy doszedł do władzy, podpisał traktat o redukcji zbrojeń, aby zwolnić moce przemysłu na potrzeby gospodarki. Jego hasło brzmiało: „Przekujmy miecze na lemiesze”.

KB: Czy powinniśmy obawiać się popularnego w obecnej administracji USA zwrotu polegającego na rewidowaniu samej zasadności Sojuszu?

ADR: O żywotności NATO świadczy zainteresowanie przystąpieniem ze strony państw, które do niego nie należą, choćby Ukrainy i Gruzji, ale nie tylko. Sojusz ulega stałej transformacji. Krytyka NATO w Stanach Zjednoczonych nie jest związana ze złą strukturą Sojuszu albo niewłaściwą strategią. Silny jest tam trend proklamowanej przez prezydenta Trumpa koncepcji to make America great again i stopniowego odchodzenia od multilateralizmu. Jej realizacja miałaby uwolnić USA od zobowiązań wobec innych państw i umożliwić podejmowanie decyzji, które brałyby pod uwagę głównie ich własne interesy. Europa – uważa Donald Trump – jest na tyle bogata, że powinna w większej mierze partycypować w kosztach obrony; nie powinny one obciążać głównie amerykańskich podatników. Składka członkowska na poziomie 2 proc. PKB to nie są wygórowane oczekiwania. Gdyby Polska nie była członkiem Sojuszu, musiałaby łożyć na swoją obronność znacznie więcej. Dotyczy to wszystkich państw. Jednak owa demokratyczna wspólnota opiera się na wzajemnym poszanowaniu nie tylko ze względu na potencjał, jakim dysponuje dane państwo, ale także na system wspólnych wartości. Sojusz zapewnia wszystkim członkom trwałe poczucie pewności, bezpieczeństwa i solidarności. To sprawia, że obywatele żyją w poczuciu wolności i godności, bez strachu decydują o losie swoim i rodziny.

KB: Co to znaczy w praktyce?

ADR: Kiedy młodego studenta z Ameryki zapytano w ZSRR, co ma zamiar robić po studiach, odpowiedział, że jeszcze nie wie, ale podejmie decyzję, gdy je skończy. Następnie on sam zapytał radzieckiego rozmówcę, co ten będzie robił po studiach. Odpowiedź brzmiała: „Nie wiem jeszcze, gdzie mnie poślą”. Ta rozmowa najlepiej oddaje rozumienie wolności obywatelskiej w kraju demokratycznym i autorytarnym. W ZSRR dysydentów było niewielu, ale stanowili oni „drożdże wolności”. Poezja Wysockiego czy Okudżawy miała większą siłę duchową i moralną niż potęga państwa. Rozsadzała od wewnątrz monopartyjny monolit władzy.

KB: Nie wszyscy członkowie NATO stoją wobec identycznych wyzwań i zagrożeń.

ADR: Sojusz NATO opiera się na solidarności wszystkich członków. Jednak priorytety państw południa Europy, np. Włoch, Grecji, Hiszpanii i Portugalii, mających problem z uchodźcami z Afryki Północnej, są inne niż państw bałtyckich, Polski czy pozostałych krajów Europy Środkowej. Priorytetem państw Europy Południowej jest pomoc krajom Afryki Północnej, aby same mogły rozwiązywać swoje problemy. Polaków natomiast niepokoi głównie ekspansjonistyczna polityka Rosji, która w swej strategii powróciła do imperialnych korzeni. Mocarstwa imperialne mają niejako genetycznie zakodowaną potrzebę ekspansji. Rosja rozpoczęła wojnę na Ukrainie czy w Gruzji nie tylko po to, aby podporządkować sobie te kraje, ale też by konsolidować własne społeczeństwo. Mogła ułożyć swoje relacje z Ukrainą na zasadach wzajemnego respektowania integralności i suwerenności terytorialnej z poszanowaniem różnic interesów, do czego zresztą zobowiązała się w memorandum podpisanym w Budapeszcie w grudniu 1994 r. Jednak po inkorporacji Krymu Rosja wsparła secesję w Ługańsku i Doniecku po to, by destabilizować i uzależnić od siebie całą Ukrainę.

Fakt, że Polska i państwa bałtyckie oraz inne kraje Europy Środkowej nie stały się celem agresji, zawdzięczamy członkostwu w Pakcie Północnoatlantyckim, który jest gwarantem wolności wszystkich państw należących do Sojuszu.

KB: Czy zaniechanie Europy w łożeniu na obronność było wynikiem romantycznego przekonania, że zakończyła się doba wojen, czy jest to konsekwencja faktu, że świat – zgodnie z duchem liberalizmu – nadał priorytet rozwojowi gospodarczemu?

ADR: Państwa demokratycznego Zachodu po II wojnie światowej były zdeterminowane w realizacji wspólnego celu: należało zrobić wszystko, by już nigdy nie doszło w Europie do kolejnej wojny. Społeczeństwa i ich elity polityczne kierowały się idealistyczną wizją, że zrodzony w czasie wojny z hitleryzmem sojusz ze Związkiem Radzieckim przetrwa również w czasach pokoju. George Kennan, zastępca ambasadora USA w Moskwie, jako pierwszy zakwestionował takie rozumienie nowej rzeczywistości. W lutym 1946 r. wysłał do Departamentu Stanu tzw. długą depeszę. Zawierała ona realistyczną ocenę sytuacji, a jej konkluzją był postulat rewizji dotychczasowej polityki USA wobec ZSRR. Kennan proponował obranie strategii powstrzymywania stalinowskiej Rosji. Jego spostrzeżenia były zbieżne z przemyśleniami, które przedstawił w marcu 1946 r. Winston Churchill. Podczas ceremonii nadania mu tytułu doctora honoris causa przez Westminster College w Fulton (USA) Churchill powiedział: „Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna i nie możemy patrzeć na to biernie. Stało się to, czego nie chcieliśmy, ale się stało”. Na początku 1947 r. administracja Trumana przyjęła nową doktrynę amerykańskiej polityki zagranicznej. Były to czasy, gdy niemal cała Europa była w ruinie, a jej gospodarki – doszczętnie zniszczone. Amerykański plan Marshalla miał sprzyjać gospodarczej odbudowie Europy. Miał też zapobiec temu, by nie powtórzyła się sytuacja, jaka miała miejsce po klęsce Niemiec w rezultacie I wojny światowej. Wtedy to poniżone, wyczerpane i sfrustrowane Niemcy powierzyły władzę Hitlerowi i jego nazistowskiej partii. Ich zbrodnicza polityka odwetu doprowadziła do II wojny światowej. Plan Marshalla oznaczał, że historia się nie powtórzy. Stany Zjednoczone wzięły Europę pod swój parasol obronny. Niemcy skupiły się na odbudowie gospodarczej kraju. W efekcie po niespełna 20 latach Franz Josef Strauss, wicekanclerz i minister obrony RFN, oświadczył: „Jesteśmy olbrzymem ekonomicznym i karłem politycznym”. Niemcy odzyskały politykę mocarstwa europejskiego bez broni jądrowej, a Bundeswehra została całkowicie wkomponowana w sojusz NATO. Dziś Francja, choć słabsza od Niemiec pod względem gospodarczym i demograficznym, jest silniejsza pod względem militarnym. Silne powiązania obu tych państw wewnątrz Unii Europejskiej stawiają na porządku dziennym potrzebę nowego ułożenia relacji między NATO a Unią Europejską. Upadek ZSRR i rozwiązanie Układu Warszawskiego mogły być punktem wyjścia do budowy nowego typu stosunków między Zachodem a Rosją. W tym przekonaniu utwierdzał zachodnich partnerów prezydent Jelcyn, który początkowo stawiał na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i demokratycznym Zachodem. Oczekiwano, że pokojowa transformacja przyniesie „dywidendę pokojową”, której częścią składową będzie długotrwały pokój w Europie i na świecie. Jednak kilka lat po dojściu do władzy Władimira Putina stało się jasne, że są to złudzenia. Celem Rosji było i pozostaje rozbijanie jedności Zachodu, osłabianie NATO i dezintegracja Unii Europejskiej. Początkowo wysyłane sygnały, że Putin rozważa przystąpienie Rosji do NATO, były niczym innym jak próbą rozsadzenia Sojuszu od wewnątrz. Teza rosyjskiej polityki sprowadzała się do rozumowania, że skoro rozwiązany został Układ Warszawski, to nadszedł czas na zaprzestanie funkcjonowania NATO. Dzisiejsza Rosja nawiązuje do imperium Romanowów, obrała strategię nie tyle odstraszania, co zastraszania. Stało się jasne, że Rosja pryncypialnie nie akceptuje uniwersalnych wartości rozwoju kraju demokratycznego, a w polityce zagranicznej dąży do ekspansji i uzależniania swoich sąsiadów. Opowiada się za powrotem do koncepcji stref wpływów. Obrała strategię antyamerykanizmu i zmierza do tego, by razem z Chinami stworzyć globalny front antyzachodni. W tych nowych uwarunkowaniach wzmocnienie NATO w Europie staje się egzystencjalną koniecznością. Polska jako jeden z głównych partnerów USA w Europie Środkowej – i wobec przemian w sferze obronności w Unii – ma do odegrania znaczącą rolę w zachodzącym procesie transformacji Sojuszu i ułożeniu stosunków NATO z Unią Europejską.

KB: Powiedział pan wcześniej, że w Związku Radzieckim stworzono system zinstytucjonalizowanej nieskuteczności. Jak zatem wyjaśnić, że udało się – zaledwie po 30 latach – uczynić go znów skutecznym?

ADR: Dobre pytanie. Kilka lat temu słowem wytrychem w Rosji była „modernizacja”. Pojawiało się niemal w każdym wystąpieniu Putina i Miedwiediewa – niezależnie od tego, czy pełnili funkcje premiera, czy prezydenta. Modernizacja nie powiodła się, natomiast zastąpiła ją militaryzacja. W tej dziedzinie Rosjanie mają doświadczenie. Od czasów Stalina w ZSRR zmilitaryzowane były nawet fabryki cukierków i czekolady. Do sklepów dla ludności rzucano jedynie nadwyżki produkcji przeznaczonej dla armii. Rosja ma największy na świecie zasób strategicznych surowców naturalnych, w tym gazu, ropy naftowej i metali rzadkich. Dodajmy, że w kilka lat po dojściu Putina do władzy cena baryłki ropy na rynkach światowych wzrosła dziesięciokrotnie. Zdawało się, że warunki do reform są optymalne, mimo to reformy gospodarcze nie powiodły się. W procesie podejmowania decyzji górę wzięły resorty siłowe. Odbudowano armię, służby specjalne i policję. Warto odnotować, że nigdy w historii służby specjalne w Rosji nie miały takiej władzy na wszystkich szczeblach, jak pod rządami obecnego prezydenta. W Związku Radzieckim władzę sprawowała partia, a wszystkie służby były jej podporządkowane. Dziś jest inaczej. Wystarczy przeczytać biogramy szefów banków czy wielkich państwowych korporacji. Kadry te wywodzą się ze służb specjalnych. Rosja nie dokonała skoku w rozwoju gospodarczym, mimo sprzyjających okoliczności. Obrała inną drogę – rozwoju państwa autorytarnego, w którym nikt, z wyjątkiem prezydenta i służb specjalnych, nie ma kontroli nad tymi, którzy sprawują władzę.

KB: Mimo to Rosja trwa, ba, lansuje nawet wizerunek, wedle którego działa jak świetnie naoliwiona maszyna.

ADR: Po locie w kosmos Jurija Gagarina popularna była taka anegdota: Nikita Chruszczow postanowił dla celów propagandowych zorganizować rozmowę Gagarina w kosmosie z matką mieszkającą na wsi koło Uralu. Gagarin w czasie lotu mówi: „Mamo, przelatuję nad Kalifornią, a teraz nad Japonią. Czy może czegoś potrzebujesz? Czy coś ci przywieźć z tej podróży?”. Na co matka prosi: „Synu, gdybyś zobaczył gdzieś knot do lampy nr 5 – nigdzie nie mogę tu kupić”. Ten żart oddawał paradoksalne sedno sprawy. ZSRR wysyła w kosmos rakietę z człowiekiem na pokładzie, a jednocześnie nie jest w stanie zakończyć procesu elektryfikacji kraju i sprostać elementarnym potrzebom obywateli. Taki stan rzeczy trwa. Z perspektywy zwykłego Rosjanina system funkcjonuje jako tako w trzech miastach: w Moskwie, Sankt Petersburgu i – częściowo – w Kazaniu. Dla potrzeb militarnych państwo potrafi napiąć muskuły, np. zbudować największy na świecie most podwieszany, z Władywostoku na Wyspę Rosyjską, aby zorganizować szczyt państw APEC; na wyspie wybudowano piękne rezydencje dla zagranicznych delegacji. Po zakończeniu szczytu cała ta inwestycja stała się wyzwaniem dla miejscowych władz: jak wykorzystać tak kosztowne konstrukcje? Podobnie było z olimpiadą w Soczi. To są sytuacje niczym z czasów carskiej Rosji, by przywołać choćby przykład wiosek potiomkinowskich. Gubernator Nowej Rosji Grigorij Potiomkin zmontował kilka dekoracyjnych wiosek i rozstawiał je wzdłuż rzeki Dniepr, aby pokazać cesarzowej Katarzynie II sukcesy kolonizacji prowincji odebranej Turkom osmańskim.

KB: Czy Rosjanie tego nie widzą?

ADR: Widzą. Nawet w otoczeniu prezydenta są tacy ludzie. Choćby Aleksiej Kudrin, który dwukrotnie został wyróżniony przez Bank Światowy tytułem najlepszego na świecie ministra finansów. Wielokrotnie postulował konieczność fundamentalnej reformy. Zamiast wydatków na zbrojenia proponował, by inwestować w infrastrukturę. Pełni dziś funkcję szefa Rosyjskiej Izby Obrachunkowej, która nie ma żadnej mocy sprawczej. Podobnie rzecz się miała z innym zwolennikiem reform, byłym ministrem rozwoju ekonomicznego Germanem Grefem, który teraz jest prezesem Sbierbanku. Rosja ma różne tradycje, w tym reform odgórnych, nie rewolucyjnych, ale konserwatywnych. I tak na przykład za ostatniego cara, Mikołaja II, największym reformatorem był Piotr Stołypin, który chciał Rosję modernizować i upodobnić ekonomicznie do wysokorozwiniętych państw Europy i Ameryki Północnej. Był reformatorem o poglądach skrajnie prawicowych. To za jego czasów imperium carskie było pełne szubienic, a pętle nazywano „krawatami Stołypina”. W ten sposób tłumiono bunty i protesty społeczne. Postać Stołypina jest często dziś przywoływana w Rosji, stawia się mu pomniki. Niewykluczone, że Rosja może wejść na „suwerenną” drogę reform i modernizacji, ale w stylu Stołypina, czyli knutem i butem.

Warto przy tym pamiętać, że kraj ten ma wielki kapitał ludzki – wybitne talenty, uzdolnionych matematyków i informatyków, fizyków teoretycznych i jądrowych, którzy działają w wyizolowanych centrach pod nadzorem służb specjalnych. Na przykład władze radzieckie powołały w Nowosybirsku specjalny oddział Akademii Nauk dla potrzeb nowoczesnych badań, który miał osiągnięcia na poziomie światowym. Ale mieszkańcy nie mogli opuszczać miasta, które – nawiasem mówiąc – nie miało dróg dojazdowych. Podobnie było z Magistralą Bajkalsko-Amurską (BAM), której budowa miała być wzorowana na funkcjonującej od XIX w. po dziś dzień Kolei Transsyberyjskiej. Poprowadzono ją 800 km na północ powyżej Kolei Transsyberyjskiej jako alternatywne połączenie. Zignorowano wówczas inżynierów, którzy uprzedzali o trudnościach, jakie może napotkać budowa i późniejsza eksploatacja w krainie wiecznej zmarzliny. Tak więc BAM, której budowę ukończono dopiero w 2003 r., nigdy nie funkcjonowała zgodnie z oczekiwaniami.

KB: Czy wielka zmiana rozwojowa w Rosji jest w ogóle możliwa? A jeżeli tak, to czy będzie miała charakter planowej modernizacji, czy raczej będzie dynamiczna, a może nawet dramatyczna?

ADR: Rosja potrzebuje ogromnych inwestycji. Ma powierzchnię ponad 17 mln km kw., a na znacznej części terenów panują trudne warunki klimatyczne. Prowincja rosyjska jest słabo zagospodarowana. Udało się jedynie przekształcenie niektórych kołchozów w wielkie fermy produkujące żywność wzorem ogromnych gospodarstw amerykańskich. W ten sposób zaspokojono podstawowe potrzeby ludności. O rozwoju Rosji nadal decyduje gospodarka centralnie zarządzana. Powstało korupcjogenne środowisko oligarchów, którzy dorobili się wielkich fortun. Nie udało się wypracować skutecznego systemowego podejścia do modernizacji państwa. Wymagałoby to decentralizacji, zaufania do obywateli i wdrożenia mechanizmów rynkowych. Spodziewam się, że takie zmiany kiedyś w Rosji nastąpią, ale jaki przybiorą charakter, tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

KB: A czy spodziewa się pan eskalacji napięć społecznych w Polsce?

ADR: Polska, jak większość państw, traktuje swoje sprawy jako specyficzne, wyjątkowe – jedyne i niepowtarzalne w skali globalnej. Mamy w tej chwili dwie Polski, między którymi jest coraz mniej tkanki łącznej. W 1989 r. nastąpiła fundamentalna zmiana systemu. Przez 25 lat udawało się utrzymywać narodowy konsensus w kluczowych sprawach – był to historyczny dorobek wielomilionowego ruchu Solidarności. Wtedy to przeważająca większość społeczeństwa optowała za państwem prawa, gospodarką rynkową oraz wejściem Polski do NATO i UE. Pamiętam spotkanie, które zorganizował w 2014 r. – po inkorporacji Krymu przez Rosję – premier Tusk. Zaprosił wówczas wszystkich byłych prezydentów, premierów i przewodniczących partii zasiadających w Sejmie. Uczestniczyłem w tym spotkaniu jako współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych. Po wystąpieniu premiera Cimoszewicza głos zabrał premier Kaczyński, który powiedział, że nie ma wiele do dodania, bo to, co chciał powiedzieć, już na tej sali zostało powiedziane przez jego przedmówcę. Ta postawa wskazywała, że poczucie odpowiedzialności politycznej uczestników debaty przeważało nad partykularnymi sprawami partyjnymi. Wyszedłem z tego spotkania z przeświadczeniem, że w sprawach egzystencjalnych mamy wspólnotę poglądów, która dla sprawnego rządzenia państwem ma charakter fundamentalny. Niestety od tamtych dni podziały w społeczeństwie i w klasie politycznej gwałtownie się pogłębiły. Tak zresztą dzieje się nie tylko w Polsce, ale też w Hiszpanii, we Włoszech, w Izraelu, na Węgrzech czy też w Stanach Zjednoczonych. Różne są przyczyny tego zjawiska. Wielu obserwatorów uważa, że znaczna część społeczeństwa czuła się w różnych krajach wykluczona i podążając za radykalnymi ugrupowaniami, sądzi, że zostanie usłyszana. Widać to na przykładzie choćby „żółtych kamizelek” we Francji, gdzie element desperacji miesza się z populizmem i nacjonalizmem. W tym sensie sytuacja w Polsce nie jest wyjątkowa, choć podziały społeczne za każdym razem mają inne korzenie i inny jest ich wyraz. Na Węgrzech jest wyraźna różnica między stolicą a prowincją, czego nie obserwujemy w Polsce. Co więcej, w Gdańsku można zauważyć bardziej wyraziste postawy obywatelskie niż w Warszawie. Obserwujemy na przykład narodziny wspólnej myśli samorządów metropolitalnych – podobnie działo się w średniowiecznych miastach hanzeatyckich.

Radykalnie zmieniło się też środowisko międzynarodowe. Jeszcze 10 lat temu nikt by nie pomyślał, że Ameryką może rządzić prezydent, który traktuje swoich współpracowników jak „zderzaki”. Czy można było przewidzieć, że Rosja będzie zdolna przy pomocy technologii informatycznych ingerować w procesy wyborcze na Łotwie, w USA, we Włoszech czy Francji?

Staramy się prognozować wydarzenia w oparciu o naszą wiedzę o tym, co wydarzyło się w przeszłości. Taki sposób myślenia – choć popularny – nie daje odpowiedzi na pytania o przyszłość: jakie będą nasze relacje ze światem i jakie oczekiwania? Najbardziej nieprzewidywalny bowiem jest człowiek, jego emocje, samoświadomość. Elity polityczne w Polsce przez ćwierć wieku były tworzone przez ludzi o wysokim poczuciu odpowiedzialności za państwo. Dzisiaj próżno szukać takich osobowości, jak Tadeusz Mazowiecki, Krzysztof Skubiszewski, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Jerzy Turowicz czy Wiesław Chrzanowski. Jestem jednak przekonany, że już rośnie w Polsce nowe pokolenie polityków w rozmaitych, nawet marginalnych ugrupowaniach, którzy będą wykształceni na światowym poziomie, będą ideowi, prospołeczni i dla których prawda i moralność będą równie ważne, jak profesjonalizm i poczucie patriotyzmu. Zatem jestem optymistą i wierzę, że Polska będzie krajem wielkim i normalnym zarazem, zaś nowe pokolenia będą dumne z przeszłości i odpowiedzialne za Polskę swoich marzeń.


Adam Daniel Rotfeld

(ur. 4 marca 1938 r. w Przemyślanach) – badacz stosunków międzynarodowych, profesor nauk humanistycznych, minister spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki. W latach 1991–2002 był dyrektorem Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI). W latach 1992–1993 osobisty przedstawiciel przewodniczącego KBWE ds. politycznego rozwiązania konfliktu w Naddniestrzu. W 2000 r. mianowany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W 2006 r. powołany przez sekretarza generalnego ONZ na członka, a w 2008 r. na przewodniczącego Kolegium Doradczego Sekretarza Generalnego ONZ do spraw Rozbrojenia. W styczniu 2008 r. mianowany współprzewodniczącym Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych. W sierpniu 2009 r. sekretarz generalny NATO powołał go w skład Grupy Ekspertów NATO mającej przygotować nową koncepcję strategiczną Sojuszu (tzw. grupa mędrców). W latach 2006–2017 wykładał na różnych uczelniach: w Collegium Civitas, Kolegium Europejskim w Natolinie, Akademii Dyplomatycznej MSZ; prowadził też wykłady na uniwersytetach w Austrii, Japonii, Niemczech, Rosji, Szwecji i USA. Wyróżniony doktoratami honoris causa przez UMCS w Lublinie (2013 r.) i Akademię Obrony Narodowej w Rembertowie (2012 r.). Jest członkiem rady European Leadership Network (ELN), Aspen Ministers Forum oraz Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych (ECFR). Autor ponad 450 publikacji naukowych, w tym ponad 20 książek. Trzy z jego monografii uzyskały nagrody prezesa Polskiej Akademii Nauk, Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i ministra spraw zagranicznych. Jest członkiem Komitetu Nauk Politycznych PAN. Pracuje na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Czytaj także