Może świat będzie się kręcił bez nas

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O efektywności i sensie przewidywania przyszłości, wypieraniu futurologii przez populizm oraz o tym, czy kiedyś człowiek znudzi się sztucznej inteligencji, z Lechem W. Zacherem rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Co pana obecnie zadziwia?

Lech Zacher: Ponad połowa ludzkości to kobiety, a większość z nich – głównie z krajów afrykańskich, Indii, Pakistanu, Bangladeszu – jest pozbawiona praw. Często przyczyną są bariery kulturowe i religijne. A gdyby miliard kobiet umiejscowić na rynku pracy, owe państwa doświadczyłyby natychmiast niebywałego wzrostu gospodarczego.

KB: Co to jest futurologia i jaki jest jej status dzisiaj?

LZ: Futurologią zajmuję się od 1965 r., czyli od czasów studiów na Wydziale Ekonomii Politycznej Uniwersytetu Warszawskiego. W krajach socjalistycznych nazywaliśmy tę dziedzinę prognozowaniem połączonym ze scentralizowanym planowaniem biegu wydarzeń czy procesów. Termin „futurologia” wymyślił w 1943 r. Ossip K. Flechtheim, jednak początek działalności dyscypliny datuje się na 1962 r., kiedy to rząd Francji powołał grupę Rok 1985, która miała za zadanie uzyskać informacje o przyszłości kraju. Futurologia to po prostu future studies, czyli badania dotyczące przyszłości. Choć niektórzy uważają, że przyszłości nie ma, a jeżeli się zdarzy, to jest już teraźniejszością. Uważam takie podejście za naiwne, ponieważ zawsze możemy badać procesy i trendy, możemy je zmierzyć i opisać, a nawet wpływać na nie poprzez dostosowanie się do nich lub próbę ich modyfikacji. Niektórzy futurologię traktują jak wróżenie – uważają, że nie ma ona związku przyczynowo-skutkowego z teraźniejszością.

KB: Czyli pytanie, co będzie w roku 2025, w konkretnym miejscu i o konkretnej godzinie, nie ma racji bytu?

LZ: Takie pytanie nie ma nic wspólnego z nauką, ale może rozwijać wyobraźnię i fantazję. Wielokrotnie przewidywano na przykład datę końca świata, ale skorzystały na tym jedynie rozmaite sekty. Natomiast silne trendy są już przewidywalne, możemy przedstawiać pewne scenariusze, które mogą się wydarzyć pod warunkiem wystąpienia określonych okoliczności. Ale zawsze mogą też wystąpić czarne łabędzie Taleba, czyli niespodzianki, emergencje, bifurkacje. Nauki społeczne odnoszą się do tych pojęć z dystansem, a niesłusznie, bo przez to mniej widzą i badają wyłącznie światy kreowane z powodów religijnych czy geostrategicznych. W czasach istnienia dwóch obozów politycznych wokół Amerykanów i Rosjan badania nad przyszłością traktowano jako element walki o wyobraźnię ludzkości. Dlatego kreowane wówczas wizje świata – również w literaturze – były w pewnym sensie elementem zimnej wojny.

KB: Czy obecnie dzięki zaawansowanym technologiom i sztucznej inteligencji jesteśmy w stanie lepiej przewidywać przyszłość?

LZ: Rzecz w tym, że my nie chcemy przewidywać przyszłości, ale ją budować. Postawmy pytanie, co może się wydarzyć w dziedzinie transportu lotniczego. Pytamy ekspertów, nad czym pracują w laboratoriach. Jedni zasłaniają się poufnością badań, inni powiedzą, że nie wybiegają tak daleko w przyszłość, a jeszcze inni opiszą swoje pomysły, np. budowy wehikułu, który dowiezie ludzi na Marsa. W ten sposób otrzymamy wiele scenariuszy, ale to nie jest przewidywanie przyszłości. I nie potrzeba jej przewidywać w dłuższym horyzoncie. Natomiast warto gimnastykować wyobraźnię, aby widzieć wariantowość, złożoność i różnorodność procesów. Wielkim obciążeniem dla nauki jest abstrahowanie, czyli mówienie o technice przez duże „T”, a przecież nie ma takiej techniki. Bo gdy mówimy o jakimś pojęciu, to od razu szukamy jego desygnatów, czyli odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nie ma jednej techniki czy technologii – są rozmaite, które wpływają na siebie w różny sposób i różnią się co do efektywności czy występowania.

Stany Zjednoczone są najbardziej rozwiniętym naukowo krajem na świecie, z największą liczbą najlepszych uniwersytetów i największym budżetem na naukę. To tam pracują najtęższe umysły. Nieprzypadkowo właśnie w USA powstał Facebook. Interesują nas osiągnięcia MIT, a nie peryferyjnego naukowo kraju. Jest jeden hegemon, czyli USA, i jego dokonania wytyczają kierunek zmian w technologiach. Ważną postacią dla futurologii był Alvin Toffler, choć naukowcy uważają go raczej za dziennikarza i biznesmana, bo miał własny odrzutowiec, którym latał na wykłady wygłaszane za 100 tys. dolarów. Ale pisał dobre książki, które zawładnęły naszą wyobraźnią i rozchodziły się w milionowych nakładach. Czasami się mylił, przewidywał na przykład używanie papierowych ubrań w Kalifornii. Ważna jest też twórczość Stanisława Lema, giganta literatury, ale też wyobraźni i fantazji.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy myśleć o przyszłości, czy też jesteśmy gotowi czekać na to, co nam przeznaczone przez różne bóstwa, zależnie od religii. Rozważania o przyszłości mogą się przejawiać w literaturze, sztuce, polityce, dialogu społecznym, nauce. W Polsce rozważanie o przyszłości długo uważano za nienaukowe, bo niemierzalne. A poza tym wychodzono z założenia, że przyszłość nie istnieje, zaś dla niektórych może się zakończyć już dzisiaj. Ale dla wielu zaistnieje i dobrze byłoby, aby wiedzieli, co może ich czekać. Dlatego warto snuć scenariusze, optymistyczne lub pesymistyczne, choć te określenia nawiązują do emocji, a nie nauki.

KB: Jednym ze scenariuszy, częściowo już zrealizowanym, choć w niewielkim stopniu, jest obecność człowieka w kosmosie.

LZ: W latach 70. XX w. mówiono o kolonizacji kosmosu. Teraz, po 40 latach, ta idea powraca. Podobnie jak wiele wcześniejszych idei, bo pojawiają się możliwości finansowe i technologiczne. Wystarczy wspomnieć o Elonie Musku czy Marku Zuckerbergu, którzy są nie tylko fantastycznymi biznesmenami, ale przede wszystkim kreatorami i realizatorami swoich wizji. Obecnie bardzo wzrosła rola jednostek i ich wyobraźni. Wieki XIX i XX były zdominowane przez rewolucję przemysłową, zorientowaną na procesy masowe, co podkreślała szczególnie teoria marksistowska. Dzisiaj okazuje się, że w polityce światowej mogą nieźle namieszać przeciętne jednostki, jak choćby Donald Trump. Podobnie jest w przypadku jedynowładcy Władimira Putina. Majakowski pisał: jedinica nul, liczą się tylko masy. Teraz okazuje się, że jednostka może podpalić cały świat, dekonstruować go lub przebudować. Podsumowując, nie jest istotne wróżenie, co będzie za 10 lat w danym miejscu. Nie o to chodzi. Chcemy wiedzieć, jak potoczą się procesy i jakie będą trendy. Badając sferę laboratoriów, dowiemy się, nad czym ludzie pracują i jakich możliwości szukają. A możliwe jest prawie wszystko, jednak trzeba to nazwać, opisać i przy tym puścić w ruch wyobraźnię. Ważne też jest, jakich innowacji i wdrożeń oczekujemy. Przywołajmy choćby przykład polskiego grafenu. Polacy opracowali technologię pozyskiwania dużych fragmentów grafenu o najlepszej jak dotąd jakości, jednak do dzisiaj nie potrafimy jej skomercjalizować. Gubi nas brak świadomości decydentów, że wystarczający budżet pozwoliłby uzyskać oczekiwane rezultaty i zarobić krocie.

KB: Przewidywaniom czy oczekiwaniom siłą rzeczy nadajemy jakieś aktualne ramy racjonalności.

LZ: Możemy określić to, co możliwe, następnie to, co pożądane, a na końcu to, co prawdopodobne. Na przykład możliwe jest wybudowanie w Polsce 10 elektrowni jądrowych – jeśli byliby projektanci, pieniądze i firmy zewnętrzne. Ale czy tego chcemy, to już inna kwestia. Tutaj trzeba pogodzić racje fizyków, energetyków, władzy centralnej i lokalnej (które nie muszą mieć przecież spójnego stanowiska) oraz organizacji społecznych. A na końcu rozpatrujemy prawdopodobieństwo powodzenia takiego projektu: czy mamy poparcie polityczno-społeczne, pieniądze, technologie, specjalistów, transport, paliwo. Na tym polega myślenie przyszłościowe.

W badaniach nad przyszłością ważna jest wyobraźnia. Aby ją kształtować, można sięgać po literaturę science fiction – poważną, jak u Lema, i baśniową, jak u Tolkiena. W Polsce nie uczy się myślenia o przyszłości, w przeciwieństwie do USA, Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Ta dyscyplina nauki była tam szczególnie modna w latach 70. i 80. XX w. Powstały think tanki, jak World Futures Studies Federation czy World Future Society, które organizują kongresy dla 30 tys. uczestników. To one rozkręcają naszą wyobraźnię, pozwalają snuć teorie, co może się stać w przyszłości i jakie są zagrożenia. I nie oceniają skuteczności prognoz, bo nie o to chodzi. Ważne są trendy, opcje, aby mieć możliwość wyboru przed podjęciem konkretnych decyzji naukowych, medycznych, przemysłowych, wojskowych, artystycznych. Warto słuchać wybitnych futurologów, takich jak Ray Kurzweil, który od 40 lat przewodzi zespołom inżynierów, ostatnio w Google’u, i ma radykalne wizje przyszłości, czy Kevin Kelly, który wierzy, że sztuczna inteligencja nie będzie zagrożeniem dla ludzkości.

KB: Dziś moda na futurologię, w tym wpływowe postaci i think tanki z tej dziedziny, nieco przygasła.

LZ: Jeżeli chcemy sterować rozwojem, to musimy podejmować decyzje, prognozować, wyznaczać strategie. Teraz działalność think tanków została ograniczona, gdyż na pierwszy plan wysunęły się polityka i niespodziewany trend pokładania wiary w sile sprawczej słów polityków. A tu potrzeba analiz, prognoz opartych na wyliczeniach. Dzisiaj, w dobie big data, można wiele rzeczy zbadać i policzyć. Mamy błędne przekonanie o własnej sprawczości. Ona jest duża, bo ludzie polecieli na Księżyc, a jednocześnie mała, bo nikt nie przewidział buntu „żółtych kamizelek” w Paryżu. Myśląc o przyszłości, prognozujemy, co się może zdarzyć, na podstawie obserwacji istniejącego trendu i rozpatrujemy scenariusze uwzględniające skutki jego modyfikacji. W tym tkwi wartość innowacyjnego myślenia, zatem trzeba przekonać polityków, że warto słuchać futurologów, którzy myślą o rozwoju społeczeństwa i ludzkości. Teraz nadeszła fala populizmu i braku kompetencji, która rozlała się po całych mediach, szczególnie internetowych, dla których wartością nadrzędną są kliknięcia, lajkowanie, liczba fanów. Specjaliści zajmujący się społeczeństwem informacyjnym sądzili, że Internet przyczyni się do swobodnego i masowego dostępu do informacji, wiedzy, kultury, sztuki. Tymczasem dzięki niemu mnożą się fake newsy i do głosu dochodzą wyznawcy rozmaitych herezji, jak choćby tej, że Ziemia jest płaska. Jako socjolog nie jestem przeciwnikiem komunikowania się ludzkości za pomocą Internetu, ale jako ekonomista pytam, czy to się ludzkości opłaca, bo koszty utrzymania satelitów, serwerów i administrowania nimi są niebagatelne. W tym kontekście istotna jest rola elit i poważnych mediów, które powinny wziąć odpowiedzialność za informacje i publicystykę. Powinny dobierać kompetentnych ekspertów, bo muszą mieć świadomość, że społeczeństwo nie ma kompetencji lub chęci, aby weryfikować informacje.

W Polsce narzekamy na brak społeczeństwa obywatelskiego, który jest spowodowany uwarunkowaniami historycznymi. Teraz nasze dzieci, które wyrosły w niewyrobionej obywatelsko rodzinie, wpadły w przestrzeń Internetu, gdzie już się nie nauczą, jak być obywatelami, ale jak być internautami, czyli obywatelami sieci. A to coś zupełnie innego.

KB: Czy istnieje adekwatność – w aspekcie socjologicznym i psychologicznym – między światem realnym i wirtualnym?

LZ: Najpierw trzeba zdefiniować pojęcie świata wirtualnego. Dzisiaj jest to cyberprzestrzeń wypełniona tubylcami cyfrowymi i emigrantami. Tubylcy to dzisiejsze nastolatki, które korzystają ze smartfonów niemalże od kołyski. Wychowani w cyberprzestrzeni, przebywający w niej całymi godzinami, już nie sięgną po słowo drukowane. To nowa forma społeczna, pozbawiona tradycyjnych więzi (sąsiedzkiej, lokalnej, narodowej). Widzimy Internet jako arenę wymiany treści, wojny informacyjnej i rozrywki. Ale życie w cyberprzestrzeni nie oznacza, że nie potrzebujemy jeść czy się ubrać. Ktoś te dobra będzie musiał nadal wytwarzać w świecie rzeczywistym. Trudno badać zjawiska w świecie wirtualnym, bo mamy 2,5 mld zindywidualizowanych internautów. Ideologia Internetu zakładała możliwość nawiązania dialogu wszystkich ze wszystkimi. Tylko po co? Czy chcemy rozmawiać ze wszystkimi? Czy mamy wszystkim coś do powiedzenia, czy chcemy wszystkich wysłuchać?

W 1996 r. John Perry Barlow w „Deklaracji niepodległości cyberprzestrzeni” zwrócił się do rządów świata przemysłu: „Wy, zużyci giganci z ciała i stali, przychodzę do Was z Cyberprzestrzeni, nowej ojczyzny Umysłu. W imieniu przyszłości apeluję do Was – związanych z przeszłością – byście zostawili nas w spokoju. Nie jesteście tu mile widziani. Wasza władza nie sięga miejsc, w których się zbieramy”.

KB: Choć Internet jest dziś obszarem potężnej manipulacji dokonywanej przez politykę i korporacje, to jednak wciąż są w nim obszary pełniące rolę dawnej agory – wciąż bywa miejscem nieskrępowanej wymiany myśli i poglądów.

LZ: Wojna cybernetyczna trwa, są w nią zaangażowane rządy, wywiady państw, przedsiębiorstwa i rozmaici hakerzy. Internet to także negatywne zjawiska, kiedyś niewystępujące, jak choćby hejt. Zawsze istnieli ludzie pełni nienawiści, ale dawniej mogli swoje frustracje zamanifestować, pisząc coś na okolicznym płocie. Dzisiaj ta przemoc przeniosła się do cyberprzestrzeni i nabrała cech globalnych, przez to ma znacznie większą siłę rażenia i jest prawdziwie niebezpieczna.

Faktycznie jesteśmy w okresie transformacji, a nie zakończonej zmiany. Interesują mnie zjawiska transformowania świata realnego. Przemysł nie zniknął, choć teraz nazywa się go przemysłem 4.0, bo jest naszpikowany technologią. Procesy tworzenia i używania techniki są bardzo złożone i zależą od stopnia wyedukowania społeczeństwa. Amerykanie są ludźmi dynamicznymi, otwartymi na zmianę i nowinki techniczne. Jobs, Bezos, Zuckerberg, Gates, Musk to nie tylko świetni inżynierowie, innowatorzy, ale przede wszystkim futurolodzy. Od takich ludzi jak oni zależą pozytywne zmiany w przyszłości.

Kto będzie zarządzał zjawiskami w Internecie? Rewolucja telekomunikacyjna w USA była mocno wspierana przez rząd federalny i dlatego miała szansę osiągnąć sukces. Zaś przyszłość jest niepewna. Funkcjonujemy w bańce kognitywnej, zależnej od wiedzy, jaką reprezentujemy. Ludzie z natury nie są innowacyjni, mają opór przed zmianą, nowością. Podobnie jest z biznesem, który przede wszystkim stawia na zysk. Dla korporacji Internet jest dzisiaj najważniejszą siedzibą i głównym paliwem. Zuckerberg chce podłączyć do Internetu całą ludzkość i pewnie mu się to uda, ponieważ ma możliwości ekspansji i poczucie misji.

KB: Na ile kierunek przyszłych globalnych zmian mogą określać trendy krajów Wschodu i Południa?

LZ: Na początek wskażę na paradoks Indii, które są światowym liderem w produkcji oprogramowania, a jednocześnie krajem tradycyjnym, trapionym wojnami religijnymi, w dużej mierze biednym i zacofanym. Hindusi masowo używają smartfonów, ale głównie sięgają po niewyszukaną rozrywkę. Uruchomili też kioski komputerowe na terenie całego kraju, nawet na dalekiej prowincji, aby handlarze bydła, którzy pędzą je wiele dni, mogli dowiedzieć się, jaka będzie pogoda i ceny w miejscu docelowym. Wdrażają autonomiczne samochody i roboty opiekujące się starszymi osobami. W Japonii tworzone są już roboty towarzyskie i tamtejsi biznesmeni nierzadko decydują się na życie z robotem zamiast z kobietą, co oczywiście w niedługiej perspektywie przełoży się na demografię tego kraju. Inna sprawa, że na Ziemi nie zmieści się 20 mld ludzi, nie zdołamy utworzyć stacji mieszkalnych pod wodą czy w kosmosie dla tak wielkiej „nadwyżki”. Prognozuje się, że w 2050 r. będzie nas 9 mld. Można oczywiście budować kilometrowe wieżowce i układać ludzi w szufladach; nawet nie trzeba będzie z nich wychodzić, bo roboty dostarczą wszystko, co jest potrzebne do życia.

KB: Chyba, że im się znudzimy.

LZ: Technika się autonomizuje, następuje jej usystematyzowanie i usieciowienie. Produkujemy już samochody bez kierowcy, autopilot w samolocie funkcjonuje już od dawna. Świat i człowiek się cyborgizują, w ciele mamy stenty, endoprotezy, szpikujemy się lekami, czyli wytworami przemysłu chemicznego. Człowiek należy do społeczeństwa informacyjnego, sam się technicyzuje i ma coraz więcej informacji. Obawia się robotyzacji, więc aby ją oswoić, produkuje roboty humanoidalne. Ale nie w tym tkwi sedno robotyzacji, lecz w sprzężeniu zwrotnym, programie i czujnikach. Roboty już dostały autonomię poprzez niezwykłą szybkość przetwarzania danych, która jest niedostępna dla ludzkiego mózgu. Może nastąpić pewna luka pomiędzy siłą maszyny i siłą człowieka. Dla maszyny człowiek będzie za słaby, za wolny, mimo że ją zrobił. Jeżeli nie dołożymy algorytmu spowalniającego działanie maszyn – na co zapewne nie zgodzą się inżynierowie, wojsko i przemysł – to skończy się homo sapiens i świat będzie się kręcił bez nas.

KB: Czyli humanizm przegrał?

LZ: Jak dotąd humanizm nie wygrał. Może pewną szansą będzie dla nas sztuczna inteligencja, lecz co się stanie, gdy ktoś wyłączy korki?


Prof. dr hab. Lech W. Zacher

nauczyciel akademicki, ekonomista, socjolog i futurolog. Były wieloletni dyrektor Centrum Badań Ewaluacyjnych i Prognostycznych w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, członek kilku międzynarodowych towarzystw naukowych, przez wiele kadencji członek Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN. Jest prezesem Fundacji Edukacyjnej Transformacje i redaktorem naczelnym pisma interdyscyplinarnego „Transformacje”. Jest wiceprzewodniczącym Polskiego Towarzystwa Oceny Technologii oraz członkiem Europejskiej Akademii Nauk i Sztuk w Salzburgu. Zajmuje się problematyką relacji między nauką, techniką i społeczeństwem, w szczególności zagadnieniami społeczeństwa informacyjnego, a także globalizacji i przyszłości. Autor ponad 500 publikacji, m.in. „Sporu o globalizację”, „Gier o przyszłe światy”, „Transformacji społeczeństw. Od informacji do wiedzy”.

 

Czytaj także