Lubię dbać o artystów i publiczność

Fot. Bruno Fidrych
Fot. Bruno Fidrych

O Krzysztofie Pendereckim, Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena, potrzebie mecenatu dla kultury i o najmłodszych melomanach z Elżbietą Penderecką rozmawiają Krzysztof Przybył i Adam Mikołajczyk.

 

Krzysztof Przybył: Po latach bycia menedżerem rodziny została pani dyrektorem festiwalu muzycznego. Co wpłynęło na podjęcie takiej decyzji?

Elżbieta Penderecka: Menedżerem jestem od wielu lat, jako żona artysty, towarzysząca mu w codziennej pracy oraz podczas ważnych wydarzeń. Kiedy mój mąż był przez 10 lat (do 2000 r.) dyrektorem artystycznym Festiwalu Casalsa w Puerto Rico, w istocie wiele spraw organizowałam sama – proponowałam artystów, układałam program. Dlatego z zainteresowaniem przyjęłam w 1996 r. propozycję prezydenta Krakowa, aby przewodniczyć radzie programowej Festiwalu Kraków 2000 – Europejskie Miasto Kultury. Wtedy też pomyślałam, że czas już zacząć działać na własny rachunek, zorganizować własny festiwal, by móc w 100 proc. tworzyć program i za niego odpowiadać. Pomysł na organizację Festiwalu im. Ludwiga van Beethovena zrodził się w 1997 r., aby uświetnić 170. rocznicę jego śmierci. Była to również okazja do pokazania manuskryptów jego wielkich utworów, które są przechowywane w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie, a pochodzą ze zbiorów dawnej Pruskiej Biblioteki Państwowej w Berlinie. Tak oto powstał festiwal, w trakcie którego słuchacz może spotkać się z dziełem muzycznym w postaci jego wykonania, ale też poprzez kontakt z oryginalnym zapisem nutowym. Nawet dzisiaj, kiedy wydarzenie odbywa się w Warszawie, równolegle w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie odwiedzić można wystawę manuskryptów wielkich kompozytorów, których muzyka wykonywana jest na festiwalu. Po siedmiu latach bytności w Krakowie przeniosłam festiwal do Warszawy, co odbyło się z korzyścią dla publiczności i dla niego samego. Warszawa jako stolica kraju jest lepiej skomunikowana, przyciąga szersze spektrum publiczności: warszawiaków i przyjezdnych, bywających tu służbowo oraz wiernych melomanów, z kraju i zagranicy, którzy są z nami już od 18 lat. W 2003 r. powołałam Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena, które nie ogranicza się do realizacji festiwalu. Przygotowaliśmy wydarzenia kulturalne podczas olimpiady zimowej w Soczi i letniej w Londynie, organizowaliśmy także trzykrotnie festiwale polskie w Pekinie. Wspieramy też młode talenty muzyczne, gdyż zdajemy sobie sprawę, że start utalentowanej młodzieży jest w dzisiejszych czasach bardzo trudny. Sam talent nie wystarcza, aby znaleźć się w czołówce muzycznej i mieć dostęp do scen światowych.

KP: Jak ocenia pani obecne miejsce polskiej muzyki klasycznej na świecie?

EP: Mamy mocne atuty, jak choćby wielką czwórkę: Witolda Lutosławskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara i Krzysztofa Pendereckiego. Niestety wśród żyjących pozostał jedynie mój mąż. To twórcy tzw. szkoły polskiej, dzięki której o naszym kraju zrobiło się głośno w świecie muzycznym już w latach 60. Kariera mojego męża od samego początku układała się niezwykle szczęśliwie. Jego muzyka rozbrzmiewa w najlepszych salach koncertowych w Niemczech, Hiszpanii, Rosji, Chinach i Stanach Zjednoczonych, gdzie mąż ma swoją wierną publiczność. Przepraszam, jeśli zabrzmi to zbyt dumnie, ale jak tylko w Niemczech zawiśnie plakat z nazwiskiem Penderecki, natychmiast wszystkie bilety są wyprzedane.

Niestety w Polsce nigdy nie przykładano wielkiej wagi do promocji polskich twórców. Na szczęście zmienia się to w ostatnich latach za sprawą niezwykle skutecznej działalności Instytutu Adama Mickiewicza, kierowanego przez Pawła Potoroczyna, jak również dzięki Waldemarowi Dąbrowskiemu, który od lat stoi na czele Teatru Wielkiego w Warszawie. Dokonania inscenizacyjne Mariusza Trelińskiego czy scenograficzne Borisa Kudlički pokazują, że mamy twórców wielkiego formatu. Liczą się nazwiska młodych polskich śpiewaków: Aleksandry Kurzak, Mariusza Kwietnia, Piotra Beczały, ale też Agnieszki Rehlis, Małgorzaty Walewskiej, Andrzeja Dobbera. Mamy też kilku uznanych instrumentalistów, jak choćby znakomitą skrzypaczkę Agatę Szymczewską, laureatkę XIII Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego z 2006 r., Aleksandrę Kuls, wyróżnioną na tym samym konkursie w roku 2011, czy wybitnego pianistę Rafała Blechacza, zwycięzcę XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina w 2005 r. i zdobywcę wszystkich nagród specjalnych, w tym również nagrody ufundowanej przez Krystiana Zimermana (prawdziwej gwiazdy światowej pianistyki, który wygrał ten konkurs 30 lat wcześniej). Jest wielu innych znakomitych artystów, trudno wymienić wszystkich.

Cieszy mnie również fakt, że coraz częściej i coraz chętniej artyści, którzy od lat pracują na Zachodzie, z dumą przyznają się do polskich korzeni. To świadczy niezbicie, że pozycja naszego kraju rośnie, choć nadal nie jest on tak postrzegany, jak na to zasługuje. Dlatego też chciałam zorganizować festiwal o randze światowej, zapraszać najlepszych artystów, aby mogli poznać nasz kraj, naszą publiczność i dzielić się wrażeniami z pobytu u nas. A są zachwyceni. Ale też dbam o nich szczególnie – odbieram z lotniska i na lotnisko odwożę, asystuję w drodze z hotelu na koncert i po koncercie, służę pomocą w każdej sprawie. Dostaję wiele listów od artystów urzeczonych naszym krajem, publicznością i serdecznym przyjęciem. A takie opinie to najlepsza promocja Polski.

                                                                                                 Fot. Bruno Fidrych

Adam Mikołajczyk: Czy sukcesy międzynarodowe naszych artystów przekładają się na wzrost zainteresowania elit rządzących kulturą i jej potrzebami?

EP: Los artysty nie jest łatwy. Wspominam czasy minionej epoki PRL-u – chociaż żyliśmy za żelazną kurtyną, to znakomity niezależny artysta cieszył się lepszą opieką państwa, a nawet większymi możliwościami uzyskania stypendium zagranicznego. Teraz o przychylność mecenatu państwa jest niezwykle trudno. A bez tego nie można liczyć na rozwój talentów. Przedsiębiorcy, którzy odnieśli sukces w biznesie, mogliby także fundować stypendia utalentowanym artystom, ale to państwo powinno stworzyć system zachęt do takiego działania, na przykład poprzez wprowadzenie ulg podatkowych. Dzięki temu artyści mogliby kupić dobrej klasy instrumenty, szlifować swój kunszt na warsztatach mistrzowskich, a biznes zyskałby prestiż i satysfakcję.

AM: Pozostaje jeszcze kwestia kształcenia gustów muzycznych masowego odbiorcy…

EP: To media publiczne powinny być odpowiedzialne za wychowanie muzyczne publiczności. Dzisiaj niezwykle rzadko telewizja transmituje koncerty muzyki poważnej, nawet te z udziałem najwybitniejszych wykonawców. Produkuje niemal wyłącznie mydlane opery. Tymczasem wszystkie gatunki powinny być jednakowo uprawnione do obecności na szklanym ekranie, bo naprawdę nie wszyscy interesują się jedynie popularną rozrywką i sportem. Nie zapominajmy o potrzebach publiczności stęsknionej doznań muzycznych najwyższych lotów. Dorobiliśmy się kilku cenionych na świecie imprez muzycznych, jak np. Festiwal Chopin i Jego Europa, Festiwal Ludwiga van Beethovena, Warszawska Jesień (pierwszy festiwal muzyki współczesnej w Europie Wschodniej, powstał w 1956 r.), Festiwal Mozartowski, Konkurs Chopinowski czy Konkurs Wieniawskiego, i to one powinny być flagowymi elementami promocji naszego kraju.

KP: Inwestycja w kulturę wysoką to przecież najlepsza i najbardziej efektywna promocja Polski.

EP: To właśnie powinni zrozumieć nasi decydenci, minister kultury i minister finansów. Dla jakości przeżycia artystycznego ważne jest, kto gra, gdzie gra, ale też na czym gra. Bardzo istotna jest jakość instrumentu – ze względu na dźwięk, jego barwę i nośność. Kraj o takiej pozycji, jaką ma Polska, powinien dorobić się własnej kolekcji oryginalnych instrumentów. Mam na myśli najwyższej jakości skrzypce. Tymczasem w Polsce nie ma ani jednej kolekcji starych instrumentów, nawet jednego stradivariusa. Proponowałam bankom, biznesowi, aby taką utworzyć i przekazać pod patronat prezydenta RP. Jakiż to byłby prestiż dla Polski, jeśliby laureat moskiewskiego Konkursu Czajkowskiego lub Konkursu Wieniawskiego grał na instrumencie wypożyczonym z kolekcji polskiego prezydenta. Wspomniana Agata Szymczewska gra na siedemnastowiecznym stradivariusie użyczonym z kolekcji Deutsche Stiftung Musikleben. Niestety, ten piękny instrument za rok będzie musiała zwrócić i znów martwić się, skąd weźmie następny. Niegdyś w Polsce na stradivariusie podarowanym przez Jana hr. Zamoyskiego grał Bronisław Huberman, wybitny skrzypek pochodzenia żydowskiego I połowy XX w. Dzisiaj jego stradivarius jest w rękach skrzypka Joshuy Bella, a na drugich skrzypcach Hubermana – Guarneri del Gesù – gra japońska skrzypaczki Midori.

AM: Jak ocenia pani wrażliwość muzyczną Polaków? Widać pełne sale na przedstawieniach operowych czy dobrych koncertach, ale nie jest to jednak tak powszechne zjawisko, jak w Niemczech czy Austrii, gdzie muzyka klasyczna rozbrzmiewa stale w przestrzeni publicznej.

EP: Tworzymy powoli modę na muzykę klasyczną. Staram się o to bardzo, organizując m.in. Festiwal Ludwiga van Beethovena. Spotykam jednak wiele przeszkód na swojej drodze. Przede wszystkim mam na myśli kłopoty z dopięciem budżetu. Festiwal potrzebuje dobrych sal koncertowych. W naszym przypadku są to sale Filharmonii Narodowej, Opery Narodowej oraz Zamku Królewskiego. Wszystkie trzeba wynająć. Jeżeli otrzymuję na organizację festiwalu dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, to opłacając te sale, zwracam w pewnym sensie otrzymane pieniądze z powrotem do resortu. Gdyby sale udostępniono bezpłatnie, otrzymana dotacja finansowa mogłaby służyć celom programowym, jak zaproszenie kolejnego artysty czy zorganizowanie wydarzenia towarzyszącego.

KP: Będąc w ubiegłym roku na Festiwalu Krzysztofa Pendereckiego, miałem okazję przekonać się osobiście, jak bardzo szanuje pani publiczność, a nawet wita ją przy wejściu na salę.

EP: Nasza praca ma sens tylko wtedy, kiedy zyskuje uznanie publiczności. Znam publiczność festiwalową, bo przyglądam się jej od 18 lat. Najbardziej wrażliwi są melomani, których całe życie wypełnione jest muzyką. Ja sama nie wyobrażam sobie życia bez niej. Otacza mnie od najmłodszych lat, bowiem pochodzę z rodziny koncertmistrza Filharmonii Krakowskiej. Wiem, że miłością do muzyki można zarażać, ale trzeba do tego stworzyć odpowiednią atmosferę. Dlatego witam publiczność w drzwiach sal koncertowych, doceniając jej obecność.

Równie ważny w budowaniu atmosfery święta jest ubiór publiczności. Jeżeli artysta występuje na scenie we fraku, to z szacunku dla niego i dla sztuki należy przyjść w odświętnym stroju – wszak obcowanie ze sztuką jest świętem. Nie chodzi mi tutaj o strój wyszukany i bogaty, ale o staranny, elegancki, według możliwości kieszeni każdego melomana. Ładne wnętrza o dobrej akustyce, uroczysta atmosfera, obecność znanych twarzy na widowni – to wszystko ma znaczenie w zachęcaniu społeczeństwa do obcowania ze sztuką przez duże „S”.

Kiedy powstały plany Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, z powątpiewaniem mówiono, że Penderecki wymyślił filharmonię na ściernisku. To prawda, powstało (w ubiegłym roku) 87 km na południowy wschód od Krakowa, pośrodku niczego. Okazało się, że widownia podczas każdego koncertu jest wypełniona w 100 proc., i to nie tylko przez publiczność z Krakowa czy Rzeszowa. Przychodzą do nas mieszkańcy okolicznych miejscowości, wdzięczni, że mają gdzie wyjść z domu, nie tylko w niedzielę. Podczas pierwszych koncertów nie bardzo nawet wiedzieli, jak się zachować, bali się bić brawa, ale dzisiaj, po 10 miesiącach działalności i 140 koncertach, jest to zupełnie inna publiczność. Przychodzi ubrana odświętnie, spragniona kontaktu z muzyką, ceniąca kunszt artystów. Inny przykład to „Nabucco”, przedstawienie Teatru Wielkiego w Warszawie. Wystawienie sprzed 22 lat, a sala wypełniona do ostatniego miejsca. Wybieram się z moją 13-letnią wnuczką, a ona prosi, abyśmy poszły tylko na pierwszy akt. Po przerwie, zgodnie z obietnicą, pytam, czy wychodzimy. A ona zachwycona przedstawieniem mówi, że chce zostać do następnej przerwy. Tak obejrzałyśmy całość. Musimy wychowywać młode pokolenie. Osłuchane z muzyką w dzieciństwie, z pewnością wróci do sal koncertowych w wieku dorosłym.

AM: Dlatego tak ważna jest edukacja muzyczna już od przedszkola. Jej jakość będzie rzutować na późniejsze wybory muzyczne dorosłych ludzi.

EP: Całkowicie się zgadzam. Wszędzie potrzebna jest najwyższa jakość i rzetelne podejście do zawodu. To procentuje w przyszłości. Wielki dorobek w tym względzie ma Jadwiga Mackiewicz, znana propagatorka muzyki wśród dzieci, słynna Ciocia Jadzia, która w niedzielne poranki w Filharmonii Narodowej w Warszawie od ponad pół wieku prowadzi audycje muzyczne dla najmłodszych melomanów. Również nasze Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena ma doświadczenie w edukacji muzycznej dzieci. Dwukrotnie organizowaliśmy koncerty muzyki klasycznej z okazji Dnia Dziecka. Wyjątkowe było to, że dzieci potraktowaliśmy jak dorosłych słuchaczy i zaproponowaliśmy koncertowy repertuar złożony z utworów Chopina i Brahmsa. Na wszystkie takie działania potrzebny jest mecenat państwa. Państwo nie może wspierać tylko sportu, traktując po macoszemu kulturę.

KP: Świat muzyki poważnej to świat mężczyzn?

EP: To się powoli zmienia, choć jest to świat bardzo tradycyjny. Dyrygent to najczęściej mężczyzna. Kompozytor również, choć i tu jest kilka kobiet, np. Grażyna Bacewicz, a wśród dyrygentek chociażby Agnieszka Duczmal czy Marin Alsop. Kobiety odnajdują się za to z sukcesem w instytucjach otoczenia kultury i agencjach menedżerskich. Dobrym przykładem będzie tu postać Joanny Wnuk-Nazarowej, dyrektor Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Niestety w Polsce nadal nie ma sprzyjającego klimatu dla rozwoju zawodowego kobiet, szczególnie na prestiżowych stanowiskach. Osiągnięcie przez kobietę wysokiej pozycji jest okupione wielką pracą, determinacją i wytrwałością. Ale nie dajemy się!

 

Czytaj także