Kobiety na startupy

O przedsiębiorczości Polek mówi się ostatnio coraz więcej. Szczególnie zaś o kobietach,które nie przekroczyły trzydziestki, a już mogą powiedzieć, że w biznesie odniosły pierwsze sukcesy, mają swoje firmy, zakładają spółki, potrafią zdobyć finansowanie. Nasze bohaterki są młode, ambitne, aktywne, niezależne, otwarte na innowacje, zaradne, słowem: bardzo przedsiębiorcze. Wierzą, że możliwa jest kariera poza korporacją.

Kaja Karolina Skutela

Projektantka, twórczyni marki Bubble Shoes, charakteryzującej się „bąbelkowym” designem. Zwyciężczyni konkursu „Pomysł na firmę”. Absolwentka nauk politycznych UW, zawodowo związana z branżą PR. Unikalna formuła Bubble Shoes tkwi z sposobie ornamentacji obuwia. Puszyste kolorowe kuleczki w przeróżnych kombinacjach zdobią  buty wykonane z najwyższej jakości włoskich skór.

Kiedy zdecydowała pani, by postawić na swój biznes?

Nigdy nie czułam się do końca komfortowo, pracując na etacie. Biznes mam we krwi, cała moja rodzina składa się z przedsiębiorców, dlatego od zawsze czułam wewnętrzną potrzebę przejścia na tę „stronę mocy”. Profil działalności nie był mi jednak obojętny. Pracowałam w różnych firmach, szukając pomysłu na siebie. Jednak to poniekąd przypadek sprawił, że dzisiaj robię to, co robię. Okoliczności nigdy nie są dość sprzyjające, to w sobie trzeba znaleźć siłę, determinację oraz impuls do podjęcia działania. Jeżeli sami nie uwierzymy w sukces, to on nigdy nie przyjdzie.

Skąd pomysł na „bąbelkowe” buty?

Zwykle odpowiadam, że z pasji do jedzenia, w szczególności słodyczy, jednak myślę, że przyczyniło się do tego o wiele bardziej złożone programowanie podświadomości. Zawsze otaczałam się kolorowymi przedmiotami, do tego wyssałam z mlekiem matki miłość do wysokich obcasów – to po prostu musiało się tak skończyć.

Branża obuwnicza od dłuższego czasu znajduje się w sytuacji kryzysowej. W warunkach silnej konkurencji zyskują najwięksi. Jak więc udało się pani przebić na rynki zagraniczne? W niespełna rok od debiutu nawiązała pani współpracę z butikami w Tokio, Berlinie, San Francisco, Sydney, Belgradzie i Sao Paulo. Co druga fanka marki na Facebooku to Brazylijka.

Rynek obuwniczy nie miewa się najlepiej, ale rynek dóbr luksusowych kwitnie. Sęk w tym, żeby w pogoni za skalą nie gubić jakości oferowanych produktów. Nasza oferta skierowana jest do osób dobrze sytuowanych i na komunikowaniu z nimi się skupiamy. Docieramy na rynki zagraniczne dzięki obecności na najbardziej luksusowych targach mody (np. Bread&Butter w Berlinie), gdzie obecne są również takie marki jak Lagerfeld, Lacoste czy Escada.

W Bubble Shoes chodzą m.in. Dita von Teese, Jessie J, Miley Cyrus, Margaret. Jak dotrzeć z produktem do celebrytek takiego formatu?

Sami wybieramy gwiazdy, które chcemy ubrać (śmiech). Następnie zwracamy się do nich z zapytaniem, co sądzą o naszym pomyśle i designie. W oparciu o przedstawione opinie tworzymy buty, które trafiają w ich gust.

Czy z Bubble Shoes da się żyć? Czy stać panią na buty pani firmy?

Codziennie, spoglądając na konto, uśmiecham się coraz szerzej. Jednak nie wydałam jeszcze ani złotówki z zarobionych na butach pieniędzy. Wszystkie środki są reinwestowane w rozwój firmy, nowe modele, poszerzanie asortymentu i marketing. Prawdą jednak jest, że szewc bez butów chodzi… Zwyczajnie brakuje mi czasu na wykonanie butów dla siebie, zwłaszcza że każdej parze poświęca się 8–12 godzin.

Czy kobiecie jest łatwiej funkcjonować w branży obuwniczej?

Wydaje mi się, że od strony biznesowej tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. W dzisiejszych czasach biznes prowadzi się głównie przez Internet i telefon. Nie wymaga to też wielkiej siły. Rozbieżności mogą pojawiać się, jeżeli chodzi o wyczucie smaku. Jestem zdania, że kwestie designu damskiego obuwia warto konsultować przede wszystkim z mężczyznami, bo to im finalnie przychodzi podziwiać nasze nogi. Kiedy od jednego z panów usłyszałam, że Bubble Shoes to buty, których nie zdjąłby z kobiety, idąc z nią do łóżka, nie miałam wątpliwości, że znajdą one swoich amatorów (śmiech).

Czy w pani otoczeniu kobiety często zakładają własne biznesy?

Biorę udział w wielu konferencjach, na niektórych jestem proszona o kilka słów ku pokrzepieniu kobiecych ambicji. Uderza mnie ogromne zainteresowanie kobiet tematem przedsiębiorczości, mamy mnóstwo pomysłów, jednak brak nam wiary w siebie… Pomiędzy chęcią założenia własnej firmy a jej powstaniem jest przepaść. Z drugiej strony statystyki mówią, że coraz więcej kobiet otwiera swoje przedsiębiorstwa. W moim najbliższym otoczeniu tego nie widzę, dlatego uważam, że zbyt mało kobiet wspomnianą przepaść pokonuje.

Zuzanna Stańska

Założycielka Moiseum, firmy zajmującej się tworzeniem kreatywnych projektów dla muzeów i instytucji kultury, w szczególności wykorzystujących nowoczesne technologie. Twórczyni aplikacji mobilnej DailyArt, uznanej przez The Next Web za jedną z 12 najlepszych aplikacji edukacyjnych 2012 roku. Autorka bloga zajmującego się technologiami stosowanymi w muzeach. Organizatorka ogólnopolskiej akcji społecznej Dzień Wolnej Sztuki i warszawskich spotkań muzealników Metamuzeum.

Kobieta po historii sztuki zabiera się za tworzenie aplikacji. Czy programowanie to nie jest raczej męska bajka?

Na pewno łatwiej realizować takie projekty programistom, a ja niestety programować nie umiem. Ze wszystkim miałam bardzo dużo szczęścia. Tak się zawsze składało, że byłam w dobrym miejscu, w dobrym czasie i poznawałam dobrych ludzi. Podczas studiów, w 2010 r., pojechałam na praktyki programu Erasmus do Musei Capitolini w Rzymie. Uzupełniałam tam bazy danych do muzealnej aplikacji mobilnej. To była moja pierwsza styczność z tematem technologii mobilnych w muzeach i od tej pory zaczęłam bardziej się tym interesować. Po powrocie przypadkiem trafiłam jako wolontariusz na pierwszą edycję Warsaw Startup Weekend, gdzie w ciągu 56 godzin trzeba zbudować działający prototyp jakiegoś produktu technologicznego. To było tak naprawdę moje pierwsze rzeczywiste spotkanie ze startupami, które wydały mi się wtedy niezwykle ekscytujące. Po tym wydarzeniu dostałam pracę jako community manager w funduszu  inwestującym w startupy. Poznałam ludzi, którzy robią to, co ja chciałam tworzyć – programistów, designerów. Jak tylko udało mi się zdobyć pierwszego klienta (Muzeum Historii Żydów Polskich) na aplikację mobilną, to zwolniłam się z funduszu i wreszcie zaczęłam się zajmować tym, co chciałam robić.

I powstało DailyArt. Ile razy pobrano aplikację? Czy ludzie są zainteresowani tym, by oglądać sztukę na smartfonach?

DailyArt ma teraz prawie 85 tys. pobrań i codziennie przyciąga stałą, trzycyfrową liczbę nowych użytkowników. Wygląda na to, że ludzie są naprawdę zainteresowani sztuką i zaangażowani w jej oglądanie – zwłaszcza jeżeli jest dobrze wyselekcjonowana i podana w ciekawy sposób. Założenie DailyArtu od początku było takie, żeby pokazywać obrazy, które mogą nie być jakoś szeroko znane, ale zachwycają, albo takie, które kryją za sobą interesujące historie. W końcu ile czasu można spędzać na Facebooku. Raz na jakiś czas, a nawet codziennie, warto sobie pozwolić na sztukę w wersji ekspresowej.

The Next Web uznał DailyArt za jedną z najlepszych aplikacji edukacyjnych w 2012 roku. Zostaliście też nominowani do Mobile Trends Awards. Takie wyróżnienia chyba bardzo motywują, ale też wpływają na popularność aplikacji. Czy zatem DailyArt przynosi spore pieniądze?

Niestety jeszcze nie tak duże, jak bym chciała, ale mam w planach przetestowanie kilku dodatkowych pomysłów na monetyzację. Na razie DailyArt zarabia sporo ponad minimum krajowe, co jest niezłym osiągnięciem jak na rynek aplikacji mobilnych, ale można by się pokusić o więcej. Teraz, po półtora roku funkcjonowania, na pewno jest dużo lepiej, niż było na samym początku, kiedy po premierze darmowej wersji DailyArtu kompletnie nie miałam pieniędzy. Chwyciłam się wtedy crowdfundingu, dzięki któremu zebrałam 3 tys. dolarów i stworzyłam płatną wersję aplikacji, na której teraz zarabiam.

Czy w branży IT mówi się w ogóle o tym, skąd pochodzi autor aplikacji? Większość waszych użytkowników mieszka w USA. Są świadomi, że DailyArt jest z Polski?

Nie zauważyłam, żeby ktoś przywiązywał do tego wagę. Chociaż na przykład dzisiaj po opublikowaniu reprodukcji obrazu Manciniego, włoskiego malarza z XIX w., dostałam e-mail od naszego stałego fana z Miami, który brzmiał: „dziękuję bardzo!”.

Skąd pomysł na Moiseum? Czy Polska i polskie muzea są gotowe na takie doradztwo?

Kiedy zakładałam Moiseum, polskie muzea zdecydowanie nie były otwarte na tego typu nowości. Teraz wiele się zmieniło, osoby z działów edukacji czy promocji same mają smartfony, widzą, że publiczność zaczęła wymagać czegoś nowego od instytucji kultury. W tym momencie, kiedy mam już wypracowaną markę, portfolio z projektami wysokiej jakości, jest zdecydowanie lepiej. W ramach Moiseum robimy przede wszystkim aplikacje mobilne (to moja największa pasja), ale też strony internetowe, czasami jakieś aplikacje na Facebooka. Ostatnio pomagałam pewnej fundacji przy public relations. Zawsze zależało mi na robieniu wartościowych i ciekawych projektów, rozwiązujących konkretne problemy instytucji i odpowiadających na ich potrzeby. Technologia, czyli narzędzia, są tutaj wtórne. Ważne, żeby wszystko było wysokiej jakości.

Jakie projekty planuje teraz Zuzanna Stańska?

Na pewno rozbudowę  DailyArtu. Ponadto 26 kwietnia odbędzie się kolejny (już czwarty) ogólnopolski Dzień Wolnej Sztuki, w trakcie którego propagujemy oglądanie sztuki ze zrozumieniem. W ubiegłym roku w akcji udział wzięły 34 muzea z 14 miast. Mam nadzieję, że w tym roku będzie ich jeszcze więcej. W ramach Moisuem szykuje się kilka fajnych projektów dla różnych instytucji kultury, ale nie mogę jeszcze o tym mówić. W czerwcu współorganizuję dużą międzynarodową konferencję We Are Museums. Pracy będzie sporo.

Z jakich aplikacji najczęściej korzystasz?

Przede wszystkim z mediów społecznościowych: Facebooka, Twittera, Instagrama i Foursquare’a – prywatnie i w pracy. Moją ulubioną aplikacją oprócz DailyArtu jest Timehop, który pokazuje codziennie, co robiłam w życiu w poprzednich latach. Poza tym w wolnych chwilach uczę się francuskiego z Memrise i Duolingo.

Wróciłabyś na etat do korporacji?

Gdyby to była moja korporacja, to na pewno tak (śmiech). A na serio – w krótszej perspektywie, gdyby etat ten niósł za sobą wystarczająco ciekawe wyzwania, to nie wykluczam. Zawsze chciałam robić to, co mi się podoba. Jeżeli jakaś firma temu sprosta, mogłabym się zastanowić.

Który kobiecy i zarazem polski biznes ostatnio cię zachwycił?

Na pewno Ela Madej, współzałożycielka firmy produktowej Applicake oraz Future Simple, którą absolutnie podziwiam za rozmach i charakter, oraz Ola Sitarska, która sprowadzi w tym roku, przy okazji konferencji Makerland, społeczność makerów z całego świata.
 
Ewa Dudzic i Monika Żochowska

Założycielki spółki Phenicoptere, która wprowadziła na rynek markę Glov Hydro Demaquillage – innowacyjne rękawice do demakijażu, które usuną nawet najmocniejszy makijaż wyłącznie za pomocą wody. To pierwsza firma na świecie specjalizująca się w zastosowaniu do celów kosmetycznych mikrowłókien, które są 30 razy cieńsze od włókien bawełny i prawie 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa. Rozmawiamy z Ewą Dudzic, wiceprezes zarządu Phenicoptere Sp. z.o.o.

Najpierw była przyjaźń czy biznes?

Zdecydowanie najpierw połączyła nas przyjaźń. Poznałyśmy się na studiach. Byłyśmy w jednej grupie na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Po skończeniu studiów nasze drogi na chwilę się rozeszły. Ja wyjechałam do Krakowa, aby spróbować swoich sił i otworzyć mój pierwszy biznes – sushi catering. Monika w tym czasie odbyła staż w klinice chirurgii plastycznej w Tasmanii, gdzie zrodziła się pierwsza idea produktu Glov. Tam poznała sposoby oczyszczania skóry po zabiegach, w których wykorzystywano mikrowłókna. Łącząc tę wiedzę z naszą niechęcią do demakijażu, doszłyśmy do rozwiązania, które pozwala usuwać makijaż za pomocą włókien stworzonych metodą mikrotechnologii. Nasze badania nad włóknami trwały długo, ponad dwa lata. W międzyczasie ja rozwijałam swój biznes w Krakowie, a Monika ukończyła kurs certyfikowanego znawcy diamentów i pracowała w dzielnicy diamentów w Antwerpii. W końcu wygrałyśmy konkurs, otrzymałyśmy dofinansowanie i założyłyśmy spółkę.

Od czego trzeba zacząć, żeby stworzyć swój produkt?

My zaczęłyśmy od badania mikrowłókien  istniejących na rynku oraz analizowania możliwości produkcyjnych. Następnie spotkałyśmy się z producentami w Azji i wspólnie wprowadzaliśmy modyfikacje, aby właściwości włókien były najlepsze do celów kosmetycznych. Okres analiz, tworzenia prototypów i badania ich w Polsce był bardzo długi, a koszty pokrywałyśmy z własnych środków. Akurat wtedy, gdy stworzyłyśmy najlepszy według nas prototyp, ogłoszono konkurs AIP Seed Capital. Wystartowałyśmy w nim i otrzymałyśmy dofinansowanie 100 tys. zł, które pozwoliło wyprodukować pierwszą partię produktów, opakowań, otworzyć sklep internetowy, wystąpić o patent. Sprzedaż rozpoczęłyśmy kilka miesięcy temu.

Jak wytłumaczyć kobietom w prostych słowach, co jest takiego wyjątkowego w Glov?

Glov to niezwykły produkt, który ułatwia kobietom życie. Zmywa cały makijaż i doskonale oczyszcza twarz bez użycia chemii i płatków bawełnianych. Glov opiera się na technologii mikrowłókien, które w połączeniu z wodą uaktywniają wyjątkowe właściwości. Umożliwia demakijaż, który jest wygodny, naturalny, hipoalergiczny. Nasze produkty świetnie sprawdzają się jako akcesoria turystyczne oraz niezbędnik przed wejściem na siłownię czy basen.

Zatem powstał produkt i przyszły pierwsze sukcesy…

Pierwszy sukces sprzedażowy pojawił się w maju, kiedy jeszcze przed rozpoczęciem sprzedaży w Polsce pojechałyśmy na targi do Dubaju. Tam pozyskałyśmy dystrybutora z Arabii Saudyjskiej, który obecnie  z sukcesem sprzedaje  nasze produkty w krajach arabskich. W międzyczasie przyszedł tytuł Startup Roku 2012, który był dla nas dużym wyróżnieniem, bo pokonałyśmy wiele genialnych startupów z branży IT. Miesiąc temu produkty Glov otrzymały tytuł Stylowy Kosmetyk 2013 w kategorii pielęgnacja twarzy. Ponadto otrzymałyśmy nominację do 50 najbardziej kreatywnych w biznesie w rankingu magazynu „Brief”. Tak naprawdę największą satysfakcją i suk- cesem jest zadowolenie klientek z naszego produktu.

Czy polskim startupom jest trudniej? Czy w obecnym świecie ma znaczenie, skąd pochodzi pomysł na biznes?

Myślę, że w globalnym świecie, w jakim żyjemy, nie ma większego znaczenia, skąd pochodzi biznes. Polska scena startupowa jest bardzo rozwinięta w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Na pewno jednak brakuje nam trochę doświadczenia i możliwości, jakie mają na przykład startupy w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest też więcej pieniędzy od inwestorów.

W świecie startupów macie chyba więcej kolegów niż koleżanek?

Mamy bardzo dużo koleżanek, które prowadzą startupy. Nie zauważyłam, żeby różnica była tak znacząca. Choć faktycznie duża część startupów to branża IT, zdominowana przez mężczyzn. Płeć nie ma znaczenia, wszystkie osoby zakładające startup muszą być odważne i nie bać się ryzyka. Prawdopodobieństwo porażki jest mimo wszystko spore.

Często się kłócisz ze swoją wspólniczką?

Oj, bardzo często (śmiech). Czasami żałujemy, że nie ma trzeciej osoby w spółce, która pogodziłaby różniące się zdania. Jednak często różnice są bardzo inspirujące. Zazwyczaj jest tak, że obie mamy po części rację. Wierzę, że pomaga nam to znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Jak teraz wygląda wasz zwykły dzień?

Od samego rana odpisywanie na e-maile, spotkania, sesje kreatywne i egzekwowanie rozwiązań. Pracujemy do bardzo późna i tak naprawdę chyba żadna z nas nie oddziela już pracy od „niepracy”. W tym momencie biznes pochłania 100 proc. naszej uwagi. Jest to nasz czas, a rok 2014 zapowiada się jeszcze intensywniej niż poprzedni. Mamy zaplanowanych wiele wyjazdów na targi branżowe w różnych częściach świata.

Który polski startup ostatnio was zachwycił?

Jestem wielką fanką Misbehave i Local Heros. Dziewczyny tworzą światowe marki odzieżowe – i robią to z wielką pasją i determinacją. Dla nich, trochę tak jak i dla nas, nie ma granic między krajami. Wszyscy na świecie mogą używać naszych produktów.

Komentarze eksperckie

Agnieszka Lewandowska

www.startupschool.pl

Prezes zarządu fundacji Startup School, pomagającej początkującym przedsiębiorcom w tworzeniu biznesów internetowych.

W Startup School kobiety stanowią około 15 proc. wszystkich uczestników. Mało, ale cieszy mnie to, że na naszych warsztatach rekrutacyjnych pojawia się ich coraz więcej. Pamiętam, jak w 2009 r., podczas pierwszej edycji Startup School, dziewczyna programistka była kimś, kto wywoływał zdziwienie, teraz nie jest to już tak bardzo nietypowe i niespotykane. Nie patrzę na projekty z perspektywy płci ich założycieli. Ale gdybym miała wskazać, w czym większość pań ze Startup School jest dobra (co nie oznacza, że panowie są w tym gorsi), i starała się znaleźć cechy, które powodują, że dobrze mi się z nimi pracuje, to na pewno byłyby to dobra komunikacja i organizacja pracy.

To, jak współpracujący z nami młodzi przedsiębiorcy podchodzą do biznesu, zależy nie od płci, ale od ich zainteresowań, doświadczenia, pasji, umiejętności. Jasne jest, że programista będzie patrzył na biznes z innej perspektywy niż osoba odpowiedzialna za marketing albo grafikę. Każdy ma inne umiejętności, czymś innym zajmuje się na co dzień, na co innego zwraca uwagę, jest odpowiedzialny za inne aspekty projektu. Dlatego warto w swoim zespole i biznesie dobierać współpracowników innych od nas. To daje nowy punkt widzenia i szerszą perspektywę.

W Startup School płeć nie ma znaczenia. Jak jest gdzie indziej? Nie wiem. Mam nadzieję, że podobnie. Startupy to najczęściej środowisko biznesowe, w którym jest dużo młodych ludzi
– podróżujących, otwartych na świat, naukę, poznawanie. Taki ekosystem jest bardziej przyjazny różnorodności niż świat „białych kołnierzyków” pracujących w wielkich biurowcach.
 

Kamila Sidor

www.geekgirlscarrots.pl

Współzałożycielka i prezes Geek Girls Carrots, społeczności kobiet kochających technologie IT. Przedsiębiorca społeczny, inwestor w startupie technologicznym Motivapps, współzałożycielka anglojęzycznego klubu mówców publicznych Speaking Elephants Toastmasters Club. Pracując w UBIK Business Consulting, współorganizowała pierwszy Startup Weekend w Polsce i zarządzała akceleratorem startupów  technologicznych  GammaRebels.

Organizując pierwsze Geek Girls Carrots, nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak dużo jest kobiet zainteresowanych nowymi technologiami. Obecnie na nasze spotkania przychodzi ponad tysiąc osób każdego miesiąca – aktywnych, ciekawych świata, chcących się czegoś nauczyć i poznać innych pasjonatów. Jest nas dużo i fakt tak szybkiego rozwoju społeczności pokazuje, że kobiety są bardzo zainteresowane IT, startupami technologicznymi i mediami społecznościowymi. Nowe technologie wchodzą we wszystkie dziedziny życia, obniżają się bariery wejścia do tego biznesu. Widać, że kobiety nie mają zamiaru biernie się przyglądać zmianom, tylko aktywnie brać w nich udział.

Znam wiele kobiet,  które robią  ciekawe  rzeczy w branży IT  i startupach technologicznych. To wydanie państwa magazynu pokazuje, że pracują nad interesującymi i dochodowymi projektami. Warto o nich pisać. Promowanie wzorców spowoduje, że więcej ludzi odważy się na podjęcie własnego projektu. Historie przedsiębiorców, aktywistów czy rebeliantów są dużą dawką praktycznej wiedzy. Wskazują, od czego zacząć, na co zwrócić uwagę, jak radzić sobie z porażkami i przeć do przodu. Teoria ze szkół biznesu, case studies całych biznesów, a nie pojedynczych osób, według mnie nie ma takiej siły przekonywania. Promujmy ciekawych ludzi, a będziemy mieć ich więcej.

Nie zauważyłam różnic pomiędzy mężczyznami a kobietami w świecie startupów. Natomiast tych drugich jest zdecydowanie mniej. Same trendy technologiczne nie mają płci. Jeżeli aplikacje mobilne przynoszą pieniądze, to przedsiębiorcy zaczynają nad nimi pracować. Skoro Google Glass mają więcej zastosowań, to coraz więcej projektów pojawia się na tym polu. Obecnie dużo się dzieje w temacie bitcoinów (cyfrowa waluta), quantified self (trend mierzenia różnych czynności życiowych ludzi) oraz Oculus Rift (okulary do wirtualnej rzeczywistości, do gier i projektów artystycznych).

Małgorzata Smoczyńska

www.kobietyisukces.pl

Założycielka Akademii Kobiet Sukcesu, jednej z największych w Polsce społeczności kobiet aktywnych i przedsiębiorczych, dążących do rozwoju osobistego i sukcesu opartego na równowadze, która skupia ponad 7 tys. kobiet.

Gdy pięć lat temu zakładałam Akademię, w Polsce brakowało inicjatyw adresowanych do kobiet, inspirujących eventów, szkoleń, warsztatów. Okazało się jednak, że jest ogromna potrzeba tego typu wydarzeń. Na nasze pierwsze konferencje zaczęły przychodzić tłumy kobiet, które chciały się doszkolić i porozmawiać o własnym biznesie. Z przeprowadzonych przez nas badań nad przedsiębiorczością kobiet wynikało, że spośród uczestniczek naszych konferencji aż 97 proc. chciało założyć swój biznes. Natomiast niewiele z nich miało jakąkolwiek jego wizję. Często nie wiedzą, jak zacząć, a przede wszystkim już na początku nie mają wiary w to, że się uda.

Sukces odnoszą najczęściej te kobiety, które mają silną wewnętrzną pewność siebie, wiedzą, że biznes to proces uczenia się, że można popełniać błędy, czasem coś przegrać, coś stracić. Ważne jest właściwe podejście do sukcesu i porażki. Paradoksalnie często jest tak, że duży sukces przychodzi po pierwszej większej porażce.

Kluczem jest również nawyk uczenia się przez działanie, testowanie, próbowanie, ryzykowanie. W Akademii uczymy, że każdy biznes można otworzyć bez pieniędzy i testować go bezkosztowo. Najgorzej statystycznie wypadają te kobiety, które planują biznes na bardzo małą skalę, nie różnicują źródeł zarobków, operują na niskich marżach. Wtedy najczęściej ten biznes upada.

Dlaczego kobiety chcą zakładać swoje biznesy? Jeśli ktokolwiek robił w swoim życiu coś niezależnie i samodzielnie, realizując swój pomysł i projekt od początku do końca, to takie doświadczenie daje mu przekonanie, że może funkcjonować również poza tą strefą komfortu, którą zapewnia praca na etacie.

Dziś bardzo wzrosła świadomość tego, jak się prowadzi własną firmę, wzrosła liczba osób, które otworzyły swój biznes i dzielą się swoimi doświadczeniami. To tworzy efekt śnieżnej kuli. Nic nie dodaje nam odwagi tak, jak historia przedsiębiorcy, który odniósł sukces. Takie przykłady zwiększają wiarę w nas samych. To, co jest znamienne dla dzisiejszej sytuacji kobiet w biznesie, to również istniejąca obecnie niesamowita sieć kobiecych inicjatyw wpierających je w działalności gospodarczej, w rozwoju osobistym itp. Bardzo dobrze funkcjonuje kobiecy networking, więc wejście w ten świat staje się coraz prostsze. Na pewno przyczyniła się do tego cała masa projektów unijnych, możliwość dofinansowań. Reasumując, siła kobiet w biznesie i ich wiara w sukces bardzo wzrosły na przestrzeni ostatnich lat, ale tę odwagę w działaniu i nieszablonowość w myśleniu można jeszcze bardzo wzmocnić – stąd nasza misja wspierania kobiet w sukcesach zawodowych i osobistych dalej trwa.


Agnieszka Kaźmierczak

 

Czytaj także