Jan Holoubek: W filmie jest jazz

  • Jan Holoubek. Fot. Robert Pałka / TVN
    Jan Holoubek. Fot. Robert Pałka / TVN
  • Fotos z filmu
    Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN
  • Fotos z filmu
    Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN
  • Fotos z filmu
    Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN
  • Fotos z filmu
    Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN
  • Fotos z filmu
    Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN

O pandemii i kinie biograficznym, wpływie wybitnych rodziców na dokonywane wybory oraz o reżyserowaniu życia według własnego scenariusza z Janem Holoubkiem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Bardzo chciałbym zobaczyć pana ostatni film – „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” – ale z powodu Covid-19 unikam kina, podobnie jak 90 proc. fanów X muzy. Czym jest pandemia dla ludzi filmu?
Jan Holoubek: Podobnie jak dla wszystkich obywateli, także dla filmowców pandemia to problem. W końcu żyjemy z robienia filmów i z tego, że ludzie je później oglądają. Dla nas jest to poważny kłopot, który uderza w całą branżę. Dotyczy to zarówno filmów, które już zostały nakręcone – wpływy z biletów zmalały o kilkadziesiąt procent – jak również bieżących planów zdjęciowych. Wystarczy kwarantanna jednej osoby, na przykład aktora, by całkowicie zatrzymać zdjęcia. To są dla produkcji olbrzymie koszty i kolosalny problem. Bardzo trudno jest w normalnych czasach zbudować kalendarz produkcji filmowej, a w trakcie pandemii taka „kalendarzówka” to właściwie domek z kart. Mam świadomość, że problemy dotknęły wiele branż. Branża filmowa nie jest wyjątkiem.

KB: W publicystyce pojawiają się skrajne tezy. Jedni twierdzą, że pandemia nas wzmocni, inni zaś – że nas pogrąży. Czy któraś z owych skrajnych tez może dotyczyć kina?
JH: Na pewno pandemia nie pomoże branży kinowej, która żyje ze sprzedaży biletów. Oczywiście pandemia wzmocniła serwisy streamingowe, ponieważ ludzie na wiele miesięcy zamknęli się w domach. Szkoda byłoby jednak, gdyby zabiła kina. Odbiór filmu na wielkim ekranie w kinie i na domowym laptopie to są dwa różne doświadczenia.

KB: A jak pan się zapatruje na rosnącą popularność i ogromną ekspansję serwisów streamingowych? Co one zmieniają w świecie filmu?
JH: Otwierają nowe możliwości dla realizacji ciekawych projektów, generują mnóstwo nowych miejsc pracy dla pracowników branży filmowej. To nabrało szczególnej wagi w czasie pandemii. Wydawać by się mogło, że takie serwisy będą zabierać widownię z kin i przenosić ją na kanapę w domu. Paradoksalnie jednak w Polsce aż do wybuchu pandemii rok do roku wzrastała liczba sprzedanych biletów kinowych, a serwisy streamingowe także zaliczały wzrost. Oba segmenty funkcjonowały obok siebie równolegle. Covid-19 zmienił sytuację.

Fotos z filmu "25 lat niewinności...". Fot. Robert Pałka / TVN

KB: „25 lat niewinności” to film biograficzny, oparty na faktach. Opowiada historię, która zdarzyła się niedawno, w naszych czasach. Czy lubi pan tego typu kino i czy z punktu widzenia reżysera jest istotne, że tworzy się w swoim ulubionym gatunku?
JH: Kocham wszystkie gatunki i podgatunki kina, ponieważ w każdym z nich można znaleźć wspaniałe pozycje. Jeśli chodzi o „25 lat niewinności”, to ten film trafił do mnie sam w postaci propozycji od producentki Anny Waśniewskiej-Gill. Nie spodziewałem się, że będę debiutował na dużym ekranie filmem biograficznym; miałem trochę inne wyobrażenie na temat swojego pierwszego filmu. Ale tak się akurat złożyło, jak się złożyło. Po zapoznaniu się ze scenariuszem i książką zrozumiałem, że mam do czynienia z niesamowitą historią i trzeba ją opowiedzieć szerokiej publiczności.

KB: A jakie było pana wcześniejsze wyobrażenie debiutu kinowego?
JH: Moje myśli krążyły wokół kina gatunkowego. Mój debiutancki projekt, nie kinowy, ale będący już większą formą, czyli serial „Rojst”, to kryminał, a w każdym razie był budowany na pewnych ramach tego gatunku. Wyobrażałem więc sobie, że mój debiut na dużym ekranie również będzie mocno w nim osadzony. Trafiłem jednak na kino społeczne, na dramat, który wymyka się klasycznym podziałom gatunkowym. Trafiłem na kino, które w głównym stopniu opiera się na emocjach i jest tym samym swoistą drogą prowadzącą do czołowego zderzenia z publicznością. Za gatunkiem można się schować, ukryć, gatunek daje autorowi jakąś ochronę, jakiś cudzysłów. Natomiast taki film jak „25 lat niewinności” jest otwartą raną. Nie spodziewałem się, że będę debiutował takim filmem.

REKLAMA

KB: Jak pan powiedział, u genezy tego filmu stoi mocna historia. Na tyle uniwersalna, że film może mieć odbiór międzynarodowy?
JH: Tego nie wiem. Staraliśmy się opowiadać ten film w sposób uniwersalny, bez sprowadzania go wyłącznie do lokalnego dyskursu, również politycznego. Sama historia jest ponadczasowa i może mieć zasięg międzynarodowy, w tym sensie, że błąd systemu polegający na osadzeniu osoby niewinnej może się zdarzyć na całym świecie, także w krajach o najwyższym stopniu praworządności. Zatem zarówno na poziomie dramaturgicznym, jak i emocjonalnym, dotyczącym relacji głównego bohatera z rodziną, jest to historia absolutnie uniwersalna i zrozumiała wszędzie. Trudno mi wyrokować, jaką przyszłość będzie miał nasz film poza granicami Polski, ale przekaz w nim zawarty ma potencjał.

KB: Wspomniał pan o „25 latach niewinności” jako o kinowym debiucie fabularnym, ale rozmawiam przecież z doświadczonym filmowcem, który ma na koncie działalność operatorską i reżyserowanie różnych form. Chciałbym zapytać o transfer z zawodu operatora do reżyserowania, tym bardziej, że nie jest to pierwszy przypadek w branży.
JH: Większość operatorów, znakomita większość, nie zmienia zawodu. Trudno mi się wypowiadać za kolegów, którzy dokonali takiej zmiany, a jest ich kilku. Kiedy ja zdawałem do szkoły filmowej, nie czułem się gotowy na reżyserię. Byłem za młody i brakowało mi wiary w swoje możliwości. Przez lata pracowałem jako operator, nawet z pewnymi sukcesami. Dobrze mi było w tym zawodzie, wygodnie, że tak to ujmę. Jednak w pewnym momencie zacząłem odczuwać potrzebę powrotu do mojej pierwotnej motywacji, która zdecydowała o fascynacji kinem. Chodzi o tworzenie nowego świata od zera i na własnych zasadach. A to może robić reżyser filmowy. Owo pragnienie narastało we mnie coraz mocniej. Powoli, krok po kroku, zacząłem zmierzać w tym kierunku. W końcu dostałem możliwość realizacji serialu „Rojst”, który był dla mnie przełomem. Od tego momentu zacząłem dostawać propozycje reżyserskie.

KB: Współpracował pan z Teatrem Telewizji, zajmując się w nim klasyką. Podchodzi pan do niej – jako twórca – z pełną wolnością i indywidualnie czy raczej z poszanowaniem kanonu?
JH: W Teatrze Telewizji pracowałem jako operator. W tej roli współpracowałem m.in. z Marcinem Wroną nad „Moralnością pani Dulskiej” – klasyką polskiego dramatu. Chcieliśmy przedstawić ten tekst w sposób nowoczesny, a zatem przełamać pewien kanon, zachowując równocześnie zgodność z zamierzeniami autorki. Jedną rzeczą jest interpretować tekst na nowo, a inną – pozostać wiernym jego pierwotnej myśli. Jeżeli zachowuje się tę wierność, rozumie, co autor chciał powiedzieć, to forma otwiera się na różne możliwości. Taką ideę można umieścić w całkowicie nowym kontekście, a ona dalej będzie miała sens. Temat podwójnej moralności, takiej jak u pani Dulskiej, mimo dziesiątek lat, które minęły od napisania sztuki, nie stracił nic na aktualności. Codzienność daje na to niezbite dowody.

REKLAMA

KB: Jaki jest pan na planie? Czy dałby się pan ująć w ramy stereotypowego postrzegania reżyserów: wycofanego, subtelnego obserwatora łączącego kropki versus ekscentrycznego choleryka, krzyczącego na ekipę?
JH: Myślę, że każdy reżyser jest inny. Oczywiście pan wymienił pewnego rodzaju szablony zachowań. I pewnie każdy z nas, reżyserów, realizuje równocześnie kilka z nich. Są takie sceny czy dni, kiedy trzeba być cicho i dać aktorom grać. Są takie, kiedy trzeba im pomóc. Są dni, kiedy trzeba podnieść głos, i takie, kiedy nie trzeba robić nic – wszystko się niemal samo dzieje. Wydaje mi się, że reżyseria polega na zbiorowym zarządzaniu ludzką energią. To dotyczy nie tylko aktorów, ale także całej ekipy. Reżyser jest człowiekiem, który musi czuć intuicyjnie wszystko naraz. Jak dyrygent stojący przed orkiestrą świetnych muzyków, którego zadaniem jest – w zależności od fragmentu utworu, jego dynamiki i nastroju – poprowadzić wykonanie we właściwym kierunku. Równocześnie słyszeć całość i każdego członka orkiestry z osobna.

KB: Jest pan synem wybitnych przedstawicieli polskiej kultury, Magdaleny Zawadzkiej i Gustawa Holoubka. Czy ta geneza jest istotna dla pana drogi artystycznej?
JH: Zawsze – kimkolwiek byśmy nie byli – jesteśmy wypadkową swojego dziedzictwa. Nieważne, czy jesteśmy dziećmi piekarzy, czy aktorów, geneza jest zasadnicza. Działamy w odniesieniu do tego, kim byli i czego dokonali nasi rodzice. Trudno, bym był w tej kwestii wyjątkiem.

KB: Ale czasami relacja z przeszłością polega na uznaniu, a niekiedy na pewnego rodzaju zaprzeczeniu i buncie. Zdarza się, że dzieci osób z ogromnym dorobkiem mówią, że to było dla nich pewnego rodzaju brzemię i utrudnienie przy poszukiwaniu własnej drogi.
JH: Nie mam wątpliwości, że takie dziedzictwo to również brzemię. Natomiast wydaje mi się, że człowiek w pewnym momencie musi stać się samodzielną istotą, która żyje swoim życiem i odpowiada za swoje czyny. Ja od lat pracuję już wyłącznie na swoje nazwisko. Oczywiście nie można wyrwać się całkowicie z kontekstu, szczególnie takiego, natomiast można reżyserować swoje życie według własnego scenariusza. Być kimś odrębnym i robić rzeczy zauważalne ze względu na ich jakość.

KB: Na koniec chciałbym zapytać o pewne zdjęcie, które zostało umieszczone przy pana biogramie w Wikipedii. Widzimy na nim… Jana Holoubka grającego na perkusji! Czy to kolejna, obok filmu, forma ekspresji?
JH: Jestem perkusistą amatorem, jednak grającym z wielkim zapałem. Muzyka to niewątpliwie forma ekspresji, a jeśli chodzi o perkusję, to trudno znaleźć w przyrodzie instrument bardziej ekspresyjny. Muzyka improwizowana jest ważną częścią mojego życia. Zresztą jej założenia odnoszę również do filmu. W filmie, tak jak w muzyce, jest jakiś temat i może on być znakomity, ale później, podczas realizacji, trzeba umieć improwizować. Być otwartym na to, co grają inni członkowie zespołu, nawiązać z ich twórczością dialog.

KB: Czyli w filmie i w muzyce jest jazz?
JH: Niewątpliwie tak.

Jan Holoubek. Fot. Robert Pałka / TVN

Jan Holoubek (ur. w 1978 r. w Warszawie) – polski reżyser, operator filmowy i scenarzysta. Absolwent Wydziału Operatorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (2001). Współpracował, jako autor zdjęć lub operator kamery, przy pełnometrażowych produkcjach fabularnych i serialach. Realizuje również reklamy i współpracuje przy realizacji Teatru Telewizji (m.in. „Król Edyp” w 2005 r., „Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca” w 2003 r.). Reżyserował seriale „Odwróceni. Ojcowie i córki” oraz „Rojst” (w tym przypadku jest również autorem scenariusza, razem z Kasperem Bajonem). Niedawno na ekrany kin wszedł jego film „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”. Obecnie reżyser pracuje nad drugim sezonem serialu kryminalnego „Rojst”.

Czytaj także

Najbardziej aktualne informacje o nowościach i promocjach
w naszym sklepie wprost na Twoją skrzynkę pocztową!

Administratorem Państwa danych osobowych jest Fundacja Best Place Europejski Instytut Marketingu Miejsc z siedzibą w Warszawie (00-033), przy ul. Górskiego 1. Z administratorem danych można się skontaktować poprzez adres e-mail: bestplace@bestplaceinstitute.org, telefonicznie pod numerem +48 22 201 26 94 lub pisemnie na adres Fundacji.

Państwa dane są i będą przetwarzane w celu wysyłki newslettera, na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora. Uzasadnionymi interesami administratora jest prowadzenie newslettera i informowanie osób zainteresowanych o działaniach Fundacji.

Dane osobowe będą udostępniane do wglądu dostawcom usług IT w zakresie niezbędnym do utrzymania infrastruktury IT.

Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie przez okres istnienia prawnie uzasadnionego interesu administratora, chyba że wyrażą Państwo sprzeciw wobec przetwarzania danych w wymienionym celu.

Uprzejmie informujemy, iż przysługuje Państwu prawo do żądania od administratora dostępu do danych osobowych, do ich sprostowania, do usunięcia, prawo do ograniczenia przetwarzania, do sprzeciwu na przetwarzanie a także prawo do przenoszenia danych (o ile będzie to technicznie możliwe). Przysługuje Państwu także możliwość skargi do Urzędu Ochrony Danych Osobowych lub do właściwego sądu.

Podanie danych jest niezbędne do subskrypcji newslettera, niepodanie danych uniemożliwi wysyłkę.