Góry nasycone pierwiastkiem wolności

Fot. Narciarstwo Wolności
Fot. Narciarstwo Wolności

Sto polskich szczytów – od Bieszczad, poprzez Tatry, lesiste Gorce, Magurę Witowską i Pasmo Gubałowskie, po Karkonosze – zdobył na nartach skiturowych Wojciech Szatkowski z Zakopanego, przewodnik tatrzański, skialpinista i pracownik Muzeum Tatrzańskiego. Upamiętnił w ten sposób 100-lecie niepodległości naszego kraju. Spędził w górach około 100 dni i przebył na nartach dystans 1046 km z przewyższeniem 55 501 m. Projekt Narciarstwo Wolności był realizowany od listopada ubiegłego roku do maja 2018 r. Muzeum Tatrzańskie było partnerem projektu. Jego finał miał miejsce 1 maja na Niżnich Rysach. Z Wojciechem Szatkowskim w Zakopanem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Skąd taki oryginalny pomysł na świętowanie niepodległości?

Wojciech Szatkowski: Całe życie chodzę po górach – jako przewodnik i jako narciarz. Pomysł zdobycia 100 polskich szczytów na nartach skiturowych w 100. rocznicę odzyskania niepodległości był zupełnie spontaniczny. Od razu pomyślałem też o ograniczeniach. Pracuję na etacie w Muzeum Tatrzańskim, więc przysługuje mi 26 dni urlopu. Nie za wiele. Gdy się do tego dołoży weekendy, to wychodzi, że miałem 60 dni na realizację projektu. Ale te plany trzeba było skonfrontować z koniecznością pełnienia obowiązków dorosłego człowieka, związanych z życiem domowym itd. Długo się wahałem, czy podejmować wyzwanie. Zdawałem sobie sprawę, że to około 100 dni w górach, ale ponieważ właśnie wtedy Andrzej Bargiel pojechał po raz pierwszy na K2, pomyślałem sobie, że i ja podejmę próbę na miarę moich skromnych możliwości, tym bardziej że uprawiam skituring od 35 lat. Latem 2017 r. podjąłem decyzję. Najpierw wybrałem setkę szczytów. Później zacząłem się zastanawiać, z kim pójść w te góry. W zimie poruszanie się po nich samemu jest niebezpieczne – w Tatrach występują lawiny, a w Bieszczadach spore trudności nawigacyjne. Udało się jednak zebrać fantastyczną ekipę, a później znaleźć sponsorów, którzy cały projekt sfinansowali. Mój przyjaciel Marcin Kuś z KW Warszawa napisał ciekawą rzecz o moim projekcie – że nie jest może przełomowy w dziejach ludzkości, ale ma ważny cel: promocję zwiedzania gór na nartach skiturowych. Narciarstwo Wolności – bo narty skiturowe dają nieograniczone możliwości górskiej eksploracji, wystarczy tylko iść.


Fot. Narciarstwo Wolności

KB: Ale pan nie tylko poszedł w góry, ale wplótł w swój wyczyn sportowy i popularyzatorski również kontekst historyczny, czyli rocznicę odzyskania niepodległości.

WS: Chciałem pokazać, że cieszę się z tej rocznicy, i – co jest dla mnie naturalne – wyrazić tę radość poprzez góry. Była to fantastyczna przygoda, podczas której otaczali mnie wspaniali ludzie i niezwykła przyroda. Zwiedziłem dziewięć pasm górskich. W wielu polskich górach wcześniej nie byłem. Kiedy podsumowałem treningi i przejścia, okazało się, że pokonałem na nartach 1046 km i 55 501 m przewyższenia. To tak, jakbym wszedł 55 razy z Zakopanego na Kasprowy Wierch i zjechał. Dodam, że niektóre wejścia były fajne, bo odbywały się po dziewiczym, nierozjeżdżonym śniegu. Dodatkowo zima dopisała – zaczęła się w listopadzie i trwała do maja.

KB: Wracając jeszcze do kontekstu historycznego, wydaje się, że pana projekt świetnie wpisuje się w celebrowanie rocznicy odzyskania niepodległości, bo mówi o niej poprzez inną wolność, nawet bardziej uniwersalną, którą dają góry, przyroda i pana ulubiona dyscyplina narciarska.

WS: Faktycznie projekt nasycony był pierwiastkiem wolności. Napotkałem na swej drodze wiele miejsc związanych z wolnością w rozumieniu historycznym. W Beskidzie Niskim odwiedziłem groby legionistów. Byłem w Bieszczadach, gdzie w latach 1944–1947 toczyły się bardzo ciężkie walki z Ukraińską Powstańczą Armią. A do tego doszło poczucie wolności związane z eksploracją gór i skituringiem. To było fantastyczne przeżycie, w dodatku w grupie przesympatycznych ludzi z Bieszczad i Zakopanego. Towarzyszyła mi cała ekipa: Marcin Kuś, Waldemar Czado, Grzegorz i Magda Mołczanowie, Bartek Górski, Krzysztof Walo, Krzysztof Mazur, Piotr Kwaśny, Mateusz Mróz i inni – prawdziwi „narciarze wolności”. Mogę powiedzieć, że ostatnie bariery mojej wolności skiturowej przełamały Bieszczady Zachodnie. Tam – inaczej niż we wschodniej części Bieszczad – nie ma parku narodowego, a zatem można wejść i zjechać, gdzie się chce, ba, można nawet rozpalić małe ognisko, aby się ogrzać. Oczywiście zjeżdżając na terenie parków narodowych, organizowałem to tak, aby działać w zgodzie z przepisami, bo uważam, że przyroda jest najważniejsza i trzeba ją zachować dla przyszłych pokoleń.


Fot. Narciarstwo Wolności

KB: Czy realizacja projektu Narciarstwo Wolności wiązała się z dużym obciążeniem fizycznym?

WS: Na pewno tak, ale również z… odpoczynkiem i regeneracją. Na co dzień pracuję z ludźmi, więc wyrypy były też formą wyciszenia, złapania dystansu, który pozwala mi moją pracę właściwie wykonywać. Ważny był też kontakt z przyrodą. Chodząc po Bieszczadach, spotykaliśmy całkiem sporo śladów niedźwiedzi. Pod Jawornem przeszły żubry, widzieliśmy też ogromne ślady wilków. Projekt zakończył się w Tatrach na Niżnich Rysach. Często pada pytanie, dlaczego nie na Rysach. 1 maja wykonaliśmy zjazd z Niżnich Rysów, aby następnie wejść i zjechać z Rysów. Jednak turystów było tak dużo, że slalom między nimi wydawał się czymś bardzo niebezpiecznym, a jestem zwolennikiem bezpieczeństwa w górach – tak mnie wychowano, poza tym takie są moje przekonania wynikające z pełnionej roli przewodnika. I zrezygnowaliśmy. Niżnie Rysy są najwyższym szczytem mojego projektu – 2430 m n.p.m. Samych wejść na szczyty było trochę więcej niż 100, bowiem na niektóre wszedłem kilka razy. Mogłem zrealizować jedno wejście, pojechać do domu i miałbym zaliczone, ale szkoda było mi kończyć, jeśli warunki były fajne. Na przykład w styczniu tego roku zdecydowałem się na trzy wejścia na Matragonę i zjazd z każdej ściany szczytu.

KB: Zdarzyły się jakieś kontuzje albo inne niespodziewane kłopoty?

WS: Na szczęście obyło się bez większych problemów. Nikt nie odniósł żadnej kontuzji, mimo dużej intensywności, która cechowała nasz projekt. Jeden wyjazd w Bieszczady to było 19 dni chodzenia dzień w dzień. Wyszło prawie 400 km na skiturach. Życie zostało sprowadzone do kilku podstawowych czynności, a jego główną treścią było codzienne chodzenie, nieraz po 6–8 godzin. A czasem i więcej, bo zdarzały się wycieczki 12-godzinne.

KB: Pana projekt być może uświadomi wielu ludziom pewną niesłychaną rzecz, mianowicie fakt, że w ogóle mamy tak wiele szczytów w Polsce.

WS: Mamy przepiękne góry. Całe życie jeździłem w Alpy i lubię je. Dwa razy byłem też w górach Kaukazu. I gdy pojechałem pierwszy raz na skituring w Bieszczady, to dopiero zdałem sobie sprawę, jaki jest w nich ogromny potencjał z punktu widzenia tej dyscypliny. Teraz ciągnie mnie w Bieszczady bardziej niż w Tatry. Jest tam o tyle ciekawie, że nie trzeba ciągnąć ze sobą żelastwa – raków, czekanów itp. Jest po prostu pasmo do przejścia, podłużne jak fala. Tak samo Beskid Niski – to jest rejon zupełnie niewykorzystany pod względem skiturowym, a dysponujący ogromnym potencjałem. W Karkonoszach jest jak w Laponii – potężne płaskowyże, tyczki co pięć metrów, wielkie schroniska, wielokrotnie większe niż w Tatrach. I bardzo dużo narciarzy. Karkonosze bardzo mi się podobały, zwłaszcza Śnieżka od Sowiej Przełęczy, czyli tam, gdzie wolno zjeżdżać, bo na stronę Domu Śląskiego nie można. Bardzo piękne na skitury są też Gorce, na Turbaczu byłem w rocznicę stanu wojennego – 13 grudnia 2017 r. Szedłem przez Dolinę Lepietnicy, w sumie ponad 20 km, z przystankiem w schronisku i finałem na szczycie Turbacza. A później ponadgodzinny zjazd z wierzchołka na sam dół, do parkingu w Obidowej. Przepiękne mamy góry. Oczywiście z racji tego, że Pan Bóg poskąpił im wysokości, one są bardzo kapryśne śniegowo. Kiedy się dowiedziałem, że w Beskidzie Niskim spadł śnieg, to się spakowałem i w trzy godziny wyjechałem. Pomyślałem, że jeśli nie pojadę, to druga taka okazja może się nie powtórzyć. Podobna sytuacja była w rejonie Magury Witowskiej. To rejon oddalony o kilka kilometrów od Tatr. Przepiękny masyw, który uwielbiam. Całe życie tam spędziłem – na biegówkach, na rowerze, na grzybach. Bardzo ładne są Pieniny, ledwie ich liznąłem, ale byłem.


Fot. Narciarstwo Wolności

KB: Czyli nawet jeżeli wcześniej cechował pana tatrocentryczny punkt widzenia, pojawił się powód, by go zrewidować.

WS: Zawsze byłem zwolennikiem wielości światów górskich. Nigdy nie chciałem się „zakisić” w swoich górach, uznając, że tylko Tatry i nie ma nic innego. Wydaje mi się, że w styczniu i lutym, kiedy Tatry są kapryśnymi górami, wyjazd w Bieszczady ma głębokie uzasadnienie. Tam wtedy jest bezpiecznie, bowiem w Bieszczadach Zachodnich nie ma lawin; występują one tylko w rejonie połonin. Z kolei wiosną, kiedy śniegi w Tatrach stają się bezpieczniejsze, da się wejść na ich potężne szczyty: Kozi Wierch, Niżnie Rysy, Skrajną i Pośrednią Turnię, Czerwone Wierchy, Starorobociański, Wołowiec, Kończysty, Jarząbczy. A później można z nich zjechać na pełnej prędkości, na krawędzi i poczuć wolność, którą dają góry.


Wojciech Szatkowski

(ur. 1966 r. w Zakopanem) – historyk sportu, przewodnik tatrzański, skialpinista, pracownik Muzeum Tatrzańskiego im. dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Autor książek i artykułów dotyczących tematyki historycznej i sportowej oraz przewodników skiturowych. Napisał (wraz z Waldemarem Czado i Romanem Szubrychtem) „Polskie góry na nartach. Przewodnik skiturowy, cz. 1”. Przygotowuje dwa kolejne tomy tytułu, które obejmą wszystkie polskie pasma górskie.

 

 

 

 

Czytaj także