Fake news – życie w oparach absurdu

Fot. MSWIA
Fot. MSWIA

Od tysięcy lat niewiele się zmieniło w oczekiwaniach ludzi. Wciąż pragniemy „chleba i igrzysk”. W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z niezwykle szybkim przekazywaniem informacji. Niestety ich jakość i rzetelność pozostawiają wiele do życzenia. Im bardziej sensacyjny tytuł, tym więcej ludzi zaczyna czytać. Często można zauważyć, że ma on niewiele ma wspólnego z treścią, a jest jedynie zachętą do przeczytania artykułu. I tak zaczyna się manipulacja. Zwrócenie uwagi odbiorcy jest pierwszym elementem sprzedania informacji. Niemal każdy widział w Internecie reklamy z nagłówkami „Lekarze są w szoku”, a pod spodem tekst o tym, jak ktoś w krótkim czasie pozbył się zmarszczek, nadwagi czy żylaków, jak odrosły mu włosy, wzrosła jakość doznań seksualnych itp. Jednym słowem: cud. W pewnym sensie tytuł reklamy jest prawdziwy, bo lekarze rzeczywiście są w szoku… że ktoś jest w stanie w takie bajki wierzyć. Są osoby, które bez żadnych skrupułów tworzą informacje o czyjejś śmierci. Niektórzy znani aktorzy byli już kilkukrotnie wirtualnie uśmierceni, a w rzeczywistości czują się bardzo dobrze. Wielu internautów, czytając wiadomość o śmierci znanej osoby (aktora, piosenkarza, sportowca), udostępnia dalej tę informację w portalach społecznościowych bez weryfikacji źródła, dodając emotikonę symbolizującą płacz lub przygnębienie czy palącą się wirtualnie świeczkę. Nie wiem, czy twórca takiego fejka zdaje sobie sprawę z tego, co czuje rodzina i przyjaciele „uśmierconej” osoby, czytając informację o tragedii dotyczącej kogoś bliskiego. Sam „zmarły” może poczuć się oburzony. Jeśli ma dystans, może się z tego śmiać, ale jeżeli ta wiadomość trafi do jego chorujących na serce rodziców, to sytuacja ta może skończyć się zawałem, a nawet rzeczywistą śmiercią…

Oprócz tych, którzy tworzą i rozpowszechniają fałszywe informacje na temat swoich konkurentów zawodowych i politycznych, istnieje również grupa osób, która przekazuje mniej lub bardziej trudne do zweryfikowania informacje dotyczące swoich zdolności uzdrawiania. Są w tej grupie różnego pokroju znachorzy i szarlatani. Im większe zdolności manipulacyjne posiada uzdrowiciel, tym większą grupę zwolenników, a czasami wyznawców, potrafi wokół siebie zgromadzić. Medycyna oparta na faktach zobowiązuje do informowania pacjenta o przewidywanym czasie leczenia, prognozie dotyczącej odzyskania zdrowia, możliwych działaniach ubocznych. Mimo intensywnie zwiększających się możliwości diagnostycznych i terapeutycznych pacjent i jego rodzina słyszą czasem, że zgodnie z obecną wiedzą medyczną nie ma dla chorego ratunku. Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia. Jednak, jak pokazuje życie, często przed nią umiera rozsądek. Nadzieję na odzyskanie zdrowia i zachowanie życia dają różni uzdrowiciele. Obdarzony dużymi zdolnościami manipulacyjnymi szarlatan potrafi wmówić pacjentowi z chorobą nowotworową, że radioterapia i chemioterapia w jego przypadku nie pomogą, a czasem straszy chemioterapią, mówiąc, że ona zabija. Kryją się za tym niecne pobudki. Szarlatani oferują różne produkty, często niemające żadnego wpływu terapeutycznego, dyktując ceny oderwane od rzeczywistości. Zdarza się, że podobne specyfiki możemy kupić za wielokrotnie niższą kwotę bez recepty w aptece. Jeden z takich szarlatanów, z zawodu mechanik samochodowy, przekazywał rodzinie jedną buteleczkę z substancją do wykonania wlewu dożylnego za 7 tys. złotych. Zabiegi te z reguły  nie były jednorazowe, więc wiele rodzin zapożyczało się lub prowadziło zbiórki na leczenie bliskiej osoby, czego finał, jak się można domyślać, miał niestety miejsce na cmentarzu. W takim przypadku szarlatan, jeśli w ogóle jest uchwytny, tłumaczy, że chory za późno do niego trafił lub zabiła go wcześniej stosowana chemioterapia.

Szczytem perfidnego marketingu było sprzedawanie przez pewnego inżyniera budowy maszyn górniczych świeżej trawy pszenicznej. Samo zjedzenie trawy pszenicznej lub zrobienie z niej soku krzywdy nikomu nie zrobi. Jednak zaskakująca była tutaj cena. Pytałem znajomych, ile może kosztować tona trawy pszenicznej. Usłyszałem, że jeśli jest dobrze skoszona i świeża, to maksymalnie kilkaset złotych. Trawa inżyniera kosztowała nieco więcej… Po przeliczeniu wychodziło, że jej tona warta jest 250 tys. zł (tak, ćwierć miliona złotych!). Zdolności manipulacyjne inżyniera były tak duże, że na tej trawie i innych produktach, dzięki naiwności swoich klientów, robił naprawdę „niezłe siano”. Na swoich wykładach, niedotyczących oczywiście innowacji w przemyśle górniczym, straszył lekarzami, mówiąc, że wizyta u kardiologa skończy się bajpasami (operacja wszczepiania naczyń wieńcowych), a u ortopedy – obcięciem nogi. Proponował alternatywę dla strasznych wizji operacji, mianowicie oferowane przez siebie niezbyt tanie produkty. Zaś gwarancją sukcesu terapeutycznego były słowa inżyniera. Zaliczył on swego rodzaju odlot, kiedy zaprezentował w Internecie filmik, w czasie którego przekonywał, że masowanie wykałaczką punktu znajdującego się nieco nad górną wargą może w ciągu pięciu minut wyleczyć z zawału. Jest to śmieszne, ale przede wszystkim bardzo niebezpieczne.

Specyficzną grupą przeciwstawiającą się nauce i rozsądkowi są ruchy antyszczepionkowe. Ich członkowie rozpowszechniają szereg pseudonaukowych sensacji, przedstawiając szczepienia jako sposób depopulacji społeczeństwa i strasząc „truciznami” zawartymi w szczepionkach. Wystarczy zajrzeć do podręczników historii medycyny, żeby zorientować się, jak duży problem mieli medycy z chorobami zakaźnymi przed wprowadzeniem szczepień. Ospę prawdziwą, która zebrała śmiertelne żniwo w postaci milionów ofiar na świecie, udało się dzięki szczepieniom eradykować. Od ponad 40 lat nie było na świecie ani jednego nowego zachorowania.

Jak przeciwdziałać szarlatanerii i pseudonauce? Odpowiedź nie jest prosta. Ważna jest praca u podstaw, solidne wykształcenie, kampanie edukacyjne, szkolenia z  komunikacji dla pracowników nauki i administracji oraz promowanie w mediach osób, które swoim autorytetem będą w stanie pokazać, po której stronie jest prawda.

 


Marek Posobkiewicz

lekarz, urzędnik państwowy, Główny Inspektor Sanitarny w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji.

 

Czytaj także