Kultura ma dzisiaj potężnego wroga

O polskiej szkole plakatu, krytyce na Facebooku i o branży reklamowej z Andrzejem Pągowskim rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

Marzena Tataj: Jest pan bardzo aktywnym twórcą, o czym możemy się przekonać, choćby śledząc relacje z podróży i wydarzeń publikowane przez pana w mediach społecznościowych.

Andrzej Pągowski: Media społecznościowe zastąpiły mi ulicę. Kiedy debiutowałem w latach 70., nakłady plakatów były potężne. Rekordzistą był chyba mój plakat „Pierwszy Polak w kosmosie”, który miał 80 tys. nakładu, ale nawet plakaty teatralne czy filmowe były drukowane w liczbie przynajmniej 5–8 tys. egzemplarzy. Wtedy powstała słynna „galeria pod chmurką”, co oznaczało, że plakaty były wieszane wprost na płotach. Polska w latach 50., 60. i 70. była w budowie, więc płotów ogradzających place budów było pod dostatkiem. Wówczas zainteresowanie plakatem było olbrzymie i nawet przeciętny odbiorca rozpoznawał prace Świerzego, Młodożeńca czy Starowieyskiego. Ludzie żyli tym, co zobaczyli na plakacie, bo to była jedyna możliwość kontaktu z fajnym obrazkiem. Dzisiaj ulica jest przytłoczona obrazami, komunikatami, a plakat musi walczyć o uwagę widza z billboardem czy reklamą wielkoformatową. Jest traktowany po macoszemu, bo większość klientów nie wierzy w plakat, skutkiem czego jego nakłady rozpoczynają się od… dwóch egzemplarzy i nigdy nie osiągają tysiąca. Dlatego świadomie postanowiłem być obecny w mediach społecznościowych, bo kiedy tam umieszczam swoją pracę, ogląda ją 20 tys., a czasem i 50 tys. ludzi.

MT: Był pan pionierem grafiki komputerowej w Polsce.

AP: Swoją przygodę z komputerem rozpocząłem już w latach 80. W 1987 r. z Witoldem Dybowskim, Maciejem Kałkusem, Witoldem Popielem i Mieczysławem Wasilewskim współtworzyłem grupę twórczą EGA, która była prekursorem grafiki komputerowej w Polsce. W 1988 r. zrobiliśmy w Zachęcie pierwszą wystawę poświęconą tej formie sztuki. Dlatego też nie miałem nigdy problemu z komputerem, tabletem czy telefonem i te urządzenia chętnie wykorzystuję do tworzenia i prezentowania swojej twórczości. A ponieważ mam ADHD, to umieszczenie dziennie trzech postów nie jest dla mnie żadnym problemem. Mam świadomość, że wielu moich odbiorców nie pochodzi z wielkich miast, gdzie kultura jest na wyciągnięcie ręki, więc kiedy jestem na przykład w Barcelonie, dzielę się swoimi wrażeniami z Muzeum Picassa. Wiem, że to jest potrzebne, bo często ludzie piszą, że dzięki mojej relacji mogą poznać miejsca, do których sami nigdy nie dotrą. Kontakty z Internetu przenoszą się też nieraz do realu, gdyż zawsze uprzedzam na Facebooku, na jakie wydarzenie kulturalne się wybieram, gdzie będę i o której godzinie. Podchodzą do mnie znajomi z Facebooka, aby się przywitać, a czasem o coś zapytać. Nie prowadzę strony w stylu celebryckim z milionowym zasięgiem. Nie pokazuję samochodów, zegarków i jachtów. Mimo to mam świadomość potężnej oglądalności, gdyż pojawia się wiele nawiązań do tworzonych przeze mnie treści, choć odbiorcy nie zawsze zostawiają swój ślad w postaci lajka. Podam taki sympatyczny przykład. Parę lat temu HBO kupiło kilka moich plakatów w celu wykorzystania ich w scenografii na planie filmowym. Zupełnie o tym zapomniałem, ale ostatnio moi fani zauważyli je w scenach serialu „Obsesja Eve” i natychmiast kadry z filmu wysłali do mnie. Podziękowałem i uspokoiłem, że faktycznie HBO zakupiło plakaty, więc wszystko pod względem prawnym jest w porządku. Kilka dni później ze zdziwieniem spostrzegłem, że z tej informacji na mojej stronie duże portale informacyjne zrobiły news. Podsumowując, media społecznościowe są moją ulicą, na której czuję się bardzo dobrze. Tutaj pokazuję swoje prace i – w przeciwieństwie do ulicy z lat 70. – dostaję od razu informację zwrotną od odbiorcy, który zachwyci się, pochwali albo przyzna, że nie rozumie albo że mu się nie podoba. Padają także zapytania, gdzie można kupić daną grafikę, co, przyznam, służy galerii, którą prowadzę.

Plakaty Andrzeja Pągowskiego: „Kung-fu” (1979), „Po godzinach” (1987), „Pracująca dziewczyna” (1990), „Mąż i żona” (1977), „Aktorzy prowincjonalni” (1979) 

  

Kamil Broszko: Myślę, że informacja zwrotna jest ważna dla twórcy. W poprzednim systemie plakaty wisiały na ulicy – można było więc co najwyżej trafić na swój plakat z dorysowanymi wąsami lub obraźliwym napisem. Dzisiaj negatywne komentarze w mediach społecznościowych są codziennością. Gorzej, że tyczą się bezpośrednio człowieka, a nie jego sztuki.

AP: Kiedyś bardziej się szanowano. Nie pamiętam z przeszłości obraźliwych komentarzy dotyczących sztuki, a dziś są one częste. Uprzedzam wszystkich na Facebooku, że tych, którzy nie zachowają reguł panujących na mojej stronie, zablokuję lub usunę z grona znajomych. Robię to tylko wtedy, kiedy przekraczane są ważne granice, w tym polityczne. Jeżeli ktoś obraża mnie czy moich przyjaciół, to nie ma dla niego miejsca na moim profilu społecznościowym. Oczywiście szanuję wszystkie komentarze dotyczące mojej sztuki, nawet te niepochlebne. Na szczęście nie ma u mnie wiele hejtu, choć mówię jasno i bez pardonu o rzeczach, które mi się po prostu nie podobają. Nieważne, czy są w kontrze do panującej władzy, czy też nie. Chcę, aby wyraźnie wybrzmiało, że podburzanie ludzi do nienawiści jest bardzo niebezpieczne i wcześniej czy później zakończy się śmiercią. Tworzą się strefy z tęczą i strefy bez tęczy. A istotą rzeczy jest myśleć sercem. Jeżeli nie ma się wolności w głowie, to walka na nalepki nic nie pomoże.

MT: Jakie są największe zagrożenia dla artysty?

AP: W sztuce najgorsze, co może spotkać artystę, to klepanie go po plecach i mówienie: „jest OK, rób tak dalej”; uwagi merytoryczne, warsztatowe czy koncepcyjne są dla artysty bezcenne. Jednocześnie równie niebezpieczna jest obojętność odbiorcy. Gdyby ludzie przechodzili obojętnie obok tego, co robię, to chyba palnąłbym sobie w łeb. Na szczęście w ciągu 40-letniej działalności nie doświadczyłem obojętności.

MT: A dlaczego wybrał pan grafikę, a nie malarstwo?

AP: Mam w sobie wiele niecierpliwości i chyba dlatego zostałem grafikiem, a nie malarzem. Malarstwo jest procesem – trzeba wymyślić temat, jego przedstawienie, potem namalować, wreszcie gotowy obraz zanieść do galerii i czekać na głosy odbiorców lub na kupującego. Ja często tworzę spontanicznie, pod wpływem chwili i od razu wystawiam prace na „moją ulicę”, na której mam natychmiastowy oddźwięk. Zaś robiąc plakaty do filmów Wajdy, Kieślowskiego czy Holland, wiedziałem, że moja wypowiedź powinna być w nurcie narzuconym przez reżysera. Oczywiście często maluję dla siebie, kiedy muszę wziąć oddech w czystej sztuce, w której nikt nic nie każe, nie mam zadanego tematu czy zlecenia. Teraz wymyśliłem nowego bohatera – głowę, która komentuje i reaguje na bieżącą sytuację w kraju i na świecie.

MT: Odbierając nagrodę w Konkursie „Wybitny Polak” podczas tegorocznej Gali „Teraz Polska”, podkreślił pan, że przyjmuje ją w imieniu polskiej szkoły plakatu, której jest wychowankiem i dzięki której stał się artystą. To ważne słowa.

AP: Tę nagrodę traktuję jako uhonorowanie całego środowiska, z którego wyrosłem. Przyjąłem ją z dumą, jako jego skromny przedstawiciel. Wyrosłem z pokolenia, którego reprezentantem był mój profesor Waldemar Świerzy, sztandarowa postać polskiej szkoły plakatu. Jako młody chłopak wieszałem w swoim pokoju plakaty Świerzego, Młodożeńca, Lenicy, nie dlatego, że to była polska szkoła plakatu – bo o tym nie wiedziałem – ale dlatego, że mi się po prostu podobały. Kiedy prof. Świerzy przyjął mnie na studiach do swojej pracowni, poznałem środowisko plakatu i miałem szczęście nawiązać przyjaźnie z tymi, których zawsze podziwiałem. Uwielbiałem ich, ale jednocześnie zdałem sobie sprawę, że nie potrafię pracować tak jak oni. Tworzyli własne historie, a ja pracowałem na zadany temat. Zadany nie przez byle kogo, bo przez Zanussiego, Kieślowskiego czy Kijowskiego, którzy oczekiwali ode mnie odniesienia się w plakacie do konkretnych treści zawartych w filmie.
Od starszych kolegów przejąłem zasadę, że tworzyć trzeba z pasji i przekonania, a nie tylko dla pieniędzy. Gnębi mnie fakt, że pokolenie polskiej szkoły plakatu nie zostało należycie opisane i zarejestrowane. Po jego przedstawicielach pozostały prace, ale nikt już nie odtworzy ich rozmów, skrzących się dowcipem i metaforą. Uleciały. Dla mnie każdy kontakt z Wiktorem Górką, Waldemarem Świerzym, Frankiem Starowieyskim czy Erykiem Lipińskim był bezcennym przeżyciem, który dodawał mi otuchy lub nadawał kierunek. Ważne też były spotkania z Romanem Cieślewiczem w Paryżu czy Janem Lenicą w Berlinie. Ich wszystkich już nie ma. Dzieła są nawet wystawiane, ale nie tworzą już emocji, bo nie stoją za nimi twórcy. Chciałem ich jakoś upamiętnić. Wymyśliłem dla prof. Waldemara Świerzego „Nowy poczet władców Polski”, który już na wieki osadzi go w historii kultury, bo to drugi – po dziele Matejki – największy zbiór wizerunków naszych królów. Wspieram wszystkie wydawnictwa albumowe dotyczące polskiego plakatu. Wspólnie z Dorotą Wellman napisałem książkę, w której starałem się przytoczyć jak najwięcej anegdot o moich mistrzach, aby ocalić ich od zapomnienia. Kiedy przyjmowałem statuetkę w Teatrze Wielkim, uzmysłowiłem sobie, że oni też powinni odbierać nagrody za wybitne dzieła. Niestety, ich już nie ma, a gdyby nie oni – nie stałbym na tej scenie.

MT: Mieliśmy wspaniałych grafików, istniała polska szkoła plakatu. Dlaczego nie powstała polska szkoła reklamy?

AP: Kiedy nastał rok 1989, założyłem swoją agencję i myślałem, że uda mi się zaangażować wielkich polskich grafików i powołać polską szkołę reklamy czy billboardu. Jednak okazało się, że mistrzowie nie są gotowi na współpracę z komercyjną sztuką. Waldka Świerzego udało mi się przekonać do takiej pracy, z tym że on robił projekty, a ja na siebie wziąłem wszystkie kontakty z klientami, aby oszczędzić mu upokarzających uwag od niewyrobionych artystycznie ludzi. Uważam, że Jan Młodożeniec był wręcz stworzony do reklamy, ale miał złe doświadczenia z pierwszymi klientami, którzy bez jego zgody poćwiartowali prace i wykorzystali ich kawałki. Franek Starowieyski nigdy nie zrozumiał, dlaczego w reklamie nie może być golizny. Zresztą dla niego nie było nic wulgarnego w pokazywaniu intymnych fragmentów kobiecego ciała. Cieślewicz i Lenica wcześniej wyemigrowali za granicę i doskonale odnaleźli się w reklamie. Ale ci, którzy pozostali w kraju, nie pojęli jej zasad. Żyli w ciągłym stresie, bo nagle zostali bez pracy, a jeszcze kilka miesięcy wcześniej byli twórcami noszonymi na rękach, z wielkimi zamówieniami i swobodą twórczą. Coraz bardziej wycofywali się z życia towarzyskiego, artystycznego, nie było w nich tej radości, którą okazywali podczas spotkań w latach 70. Na szczęście ja byłem młodszy, rozumiałem wymogi reklamy i udało się nakłonić do współpracy Świerzego i Starowieyskiego.

 
Plakaty Andrzeja Pągowskiego: „Pierwszy Polak w kosmosie” (1979) i „Papieros na plaży”  (2019)

KB: Mariaż sztuki wysokiej ze zleceniami reklamowymi udaje się na Zachodzie.

AP: Tak, ale na Zachodzie ten proces trwał latami i miał szansę się ukorzenić. U nas zmiana nastąpiła z dnia na dzień. Dosłownie. W czasach PRL-u głównym zamawiającym była Krajowa Agencja Wydawnicza, pod którą podlegały wydawnictwa płytowe i książkowe. Plakaty były zamawiane także przez teatry oraz dwie instytucje filmowe: Film Polski i Przedsiębiorstwo Usług Filmowych Polfilm. Przede wszystkim jednak panowała wolność twórcza; nikt nie wymagał od Starowieyskiego, żeby napis na jego plakacie był czytelny. Nagle po 1989 r. instytucje te zlikwidowano, a tym samym likwidacji uległa cała struktura zamówień. Przestały obowiązywać oficjalne cenniki. Teatry zrezygnowały z plakatów, bo też nie miały pieniędzy. Natomiast zaczęły powstawać agencje reklamowe, które zatrudniały tzw. grafików komputerowych. W istocie byli to sprawni operatorzy komputerowych programów graficznych, którzy potrafili kopiować zachodnie reklamy i składać z istniejących elementów kompozycje na billboardy. W ten sposób ostatecznie „pogrzebano” wykształconych artystów grafików, którzy mieli wyobraźnię, warsztat i dorobek.
Początki polskiej reklamy lat 90. były błyskotliwe i inteligentne, czego przykładem może być kampania Marcina Mroszczaka dla Ikei „Po 25 sierpnia wielu będzie siedzieć”. Ale potem wygrał tzw. grafik komputerowy – tańszy i realizujący bez dyskusji zlecenia klienta – oraz badania fokusowe. Można było tworzyć tylko według wskazań z owych badań, bo zdaniem decydentów tylko taką grafikę chcieli oglądać ludzie. To podejście zaprzecza sensowi kultury. W kulturze nie może być demokracji. Kultura nie powinna schlebiać gustom odbiorców, lecz powinna być twórcza, inteligentna, inspirująca i edukująca. Niestety, kultura reklamy nigdy nie miała ambicji edukować – chciała tylko sprzedawać. Można powtórzyć za Iwo Zaniewskim, że najciekawsza byłaby wystawa projektów odrzuconych przez klientów. Na Zachodzie dyrektorzy kreatywni agencji reklamowych mają siłę przekonywania i posłuch. Dzięki temu mogliśmy oglądać nowatorskie reklamy United Colors of Benetton Oliviero Toscaniego. Na naszym rynku reklamowym brakuje autorytetów i odwagi do robienia rzeczy ponadczasowych.

MT: Nie miał pan ochoty uczyć?

AP: Nigdy nie miałem takich planów, bo to trudna i niewdzięczna praca. Choć propozycji było sporo, a pierwsza przyszła od razu po studiach. Jednak zawsze miałem wiele zajęć, z których nie chciałem rezygnować. Teraz, kiedy czasem zaglądam na ASP i widzę prace studentów, nie żałuję, że nie uczę. Nie podoba mi się ich podejście do sztuki. Może jestem staroświecki, ale uważam, że trzeba mieć pokorę wobec swojego profesora, nie można iść na skróty. Dzisiaj nikt nie ma szacunku i cierpliwości do rzemiosła, a to uważam za błąd. Ostatnio byłem w Barcelonie w Muzeum Picassa i widziałem tam jego klasycznie malowane wczesne obrazy, a nawet wykonaną w młodości kopię „Panien dworskich” Diego Velázqueza. Jako dojrzały malarz przetworzył dzieło mistrza w cyklu 58 obrazów pod tym samym tytułem. Wtedy dał sobie prawo do interpretacji starego dzieła na swój kubistyczny sposób, a z drugiej strony eksperymentował z możliwościami własnego warsztatu i wyobraźni. Ale trzeba pamiętać, że nawet wielki Picasso zaczynał od klasycznego malarstwa, czyli od rzemiosła.
Nasi młodzi adepci grafiki korzystają głównie z technik komputerowych, bo nie bardzo im idzie malowanie. Ja również korzystam z komputera, ale maluję na nim ręcznie. Jego używanie wymusił na mnie rynek klienta, który na przykład chce zmienić odcień jakiegoś fragmentu. Mogę to zrobić za jednym przesunięciem kursora, bo wiem, co chcę osiągnąć i jak to zrobić. Jednak używam takich programów, które nie ukrywają mojej ręcznej roboty.

MT: Ale pojawiają się młode talenty w polskiej grafice?

AP: Jest ich bardzo wiele, a większość już pracuje na Zachodzie. Jan Bajtlik, który jeszcze niedawno był odkryciem, teraz projektuje dla domu mody Hermès w Paryżu słynne apaszki i tkaniny wykorzystywane w dekoracji wnętrz. Wielu polskich grafików tworzy w USA czy w Chinach. Niedawno widziałem pracę Dawida Ryskiego i Martyny Wójcik-Śmierskiej w Szanghaju. Gosia Herba też działa za granicą. Kiedy pytam, jak tam zaistnieli, odpowiadają, że nie ma z tym żadnego kłopotu – wystarczy zamieścić swoje prace na portalu Behance. Ale myślę, że to jednak ich talent się przebija.

MT: Swoją książkę zatytułował pan „Być jak Pągowski”, bo Pągowski to marka.

AP: Mam świadomość, że Pągowski jest marką, ale noblesse oblige, więc trzeba o nią stale dbać. Kiedy widzę, że klient przychodzi do mnie po markę, czyli nazwisko, to rozmawiamy adekwatnie do jego oczekiwań. Ale czasem nie możemy się dogadać – wtedy proponuję wycofanie swojego nazwiska i wykonanie zlecenia z jego poprawkami pod szyldem mojej agencji. Na szczęście większość klientów zgadza się na mój projekt i moje nazwisko. Wówczas powstają rzeczy fajne, ale niestety nie dla dużych kampanii medialnych, bo tymi rządzi gust odbiorcy, któremu na przykład nie przeszkadza… chodzić po plaży w bieliźnianych majtkach. Jeżeli estetyką rządzi głos ludu, to dobry gust i smak giną. W PRL-u prace graficzne oceniała specjalna komisja artystyczna, w której zasiadali wielcy twórcy, jak Tomaszewski, Młodożeniec, Świerzy, Górka. Człowiek nie śmiał dyskutować z takimi autorytetami. Wiedział, że praca jest oceniona rzetelnie, i przyjmował z wdzięcznością wszelkie ewentualne uwagi. Teraz prace artystów grafików weryfikuje grupa fokusowa złożona z ludzi, którzy być może nie przeczytali żadnej książki, nie byli na żadnej wystawie, ale ich ocena („nie podoba mi się”, „nie rozumiem, o co tutaj chodzi”) przesądza o losie dzieła. Kultura nie może schlebiać gustom ludzi. Kultura musi edukować, wymagać więcej od odbiorcy, wynosić ich na wyższy poziom.
Z drugiej strony kultura potrzebuje mecenasa, który ma pieniądze i zamówi dzieło. Papież Klemens VII miał wizję i zamówił Kaplicę Sykstyńską u Michała Anioła, ale nie mówił mu, jakie niebo powinien namalować. Żałuję, że mając tak wspaniałą tradycję zamawiania dzieł u najwybitniejszych twórców, dzisiaj Kościół nie poczuwa się do roli mecenasa wielkiej sztuki.

MT: W Polsce zaczyna się tworzyć rynek mecenatu prywatnego. Myślę tu o przedsiębiorcach, którzy odnieśli sukces w biznesie, a teraz inwestują w kulturę i sztukę, jak choćby rodziny Kulczyków, Niemczyckich czy Staraków.

AP: Trzeba przyznać, że są to ludzie, którzy w biznesie zaczynali od zera i dzięki ciężkiej pracy zdobyli szczyt. Dobrze, że potrafią dzielić się swoim sukcesem, tworząc prywatne kolekcje sztuki i udostępniając je publiczności. Swoją drogą szkoda, że Grażyna Kulczyk nie znalazła miejsca dla swojej kolekcji w Polsce i ulokowała ją w Susch w Szwajcarii. W Polsce nadal jest niewielu prywatnych mecenasów sztuki. Są przedstawiciele dużego biznesu i można byłoby oczekiwać, że będą chcieli się otoczyć dziełami na równie wysokim poziomie. Niestety, te potrzeby jeszcze się nie wykształciły. Wrócę tutaj do Gali „Teraz Polska”. Wówczas statuetkę otrzymałem nie tylko ja, ale przede wszystkim wiele firm, które bez wątpienia odniosły sukces. Na bankiet licznie przybyli przedstawiciele biznesu, ale zaledwie kilku nie bało się podejść do mnie i porozmawiać. To jest nasze zadanie, Fundacji „Teraz Polska” i moje: przekonać biznes do kontaktu ze sztuką, czynnego i biernego. Przekonać, że identyfikacja wizualna firmy jest równie ważna, jak produkty, które sprzedaje. Tylko raz można zrobić pierwsze wrażenie, dlatego wygląd wizytówki, którą podaje się przy pierwszym spotkaniu, jest tak bardzo ważny.

KB: Czy sztuka ma moc zmieniania świata?

AP: Wydaje mi się, że sztuka nie ma siły globalnej, ale ma z pewnością siłę inspirującą. Plakat  „Papierosy są do dupy” wcale nie miał straszyć zdrowotnymi skutkami palenia papierosów. Miał prosty przekaz: jak palisz, to śmierdzisz. Po 25 latach został powtórnie wykorzystany do walki z petami, gdyż nikt u nas nie przestrzega zakazu palenia na plaży. „Papieros na plaży to obciach dla twarzy”. Ale nie wiem, czy kampania odniesie jakiś skutek, bo na plaży króluje chamstwo, a kultura jako subtelne medium zawsze ulegnie jego sile. W naszym społeczeństwie zaginęły wstyd, zażenowanie, potrzeba aspirowania do bycia wykształconym i inteligentnym. W rezultacie obserwuję stagnację naszego rozwoju. Na szczęście jest jeszcze grupa ludzi, która podlega uczuciu wstydu – choć czasem boi się do tego otwarcie przyznać – więc jest szansa na dotarcie do niej z ambitnym przekazem.
Kultura także wspomaga lub nawet uruchamia procesy buntu. Mam tu na myśli choćby plakat „Konstytucja”, który został wyniesiony na sztandary protestu przeciwko łamaniu prawa. Jednak podstawowym problemem kultury dzisiaj jest fakt, że ma potężnego wroga – chama. Przez chama kultura się nie przebije, chama nie zawstydzi, nie spowoduje u niego refleksji, bo on reaguje siłowo, odruchowo i bez zastanowienia. Już człowiek pierwotny tworzył rysunki naskalne, bo pragnął kontaktu z pięknem. Dzisiejszy cham nie ma już takiej potrzeby.



Andrzej Pągowski

artysta grafik, plakacista. Absolwent PWSSP w Poznaniu. Autor ponad 1,4 tys. plakatów wydanych drukiem od 1977 r. w Polsce i za granicą. Zajmuje się ilustracją książkową i prasową, jest autorem okładek wydawnictw płytowych, scenografii teatralnych i telewizyjnych, scenariuszy filmów i teledysków. Uprawia malarstwo. Był dyrektorem artystycznym i graficznym wielu pism. Angażuje się w akcje społeczne. Stworzył kilkadziesiąt plakatów prozdrowotnych, głównie antynikotynowych; przygotowuje projekty dla akcji Sprzątanie Świata. Laureat licznych nagród krajowych i międzynarodowych, m.in. w konkursie „The Hollywood Reporter” w Los Angeles oraz na Chicago International Film Festival. Swoje prace prezentował na wielu wystawach indywidualnych w kraju i za granicą. Jego plakaty znajdują się m.in. w zbiorach Museum of Modern Art w Nowym Jorku i San Francisco oraz w Centrum Pompidou w Paryżu. Plakat „Uśmiech wilka” znalazł się wśród stu najważniejszych dzieł sztuki nowoczesnej w zbiorach MoMA. W 2019 r. nagrodzony tytułem Wybitnego Polaka w konkursie organizowanym przez Fundację „Teraz Polska”.

Czytaj także