Wolność wielka i mała

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

Wolność to wielkie słowo. I wielkie pojęcie. Kojarzy się nam z czymś odświętnym, opartym na fundamentalnych wartościach. Ale dla socjologa ważny jest też konkret, to, jak wolność przejawia się na co dzień. Bo jeśli jest usadowiona tylko na wysokich piedestałach, wtedy trochę fruwa w przestworzach. Ale gdy do tego odświętnego rozumienia wolności dodamy jej codzienny wymiar, wtedy wolność zakorzenia się, staje się mocniejsza. I właśnie o tym, jak przeplata się odświętne i bardziej codzienne rozumienie wolności, chcę tu powiedzieć1. Oba te aspekty są ważne. Minione 30 lat widzę jako wielką pokoleniową lekcję wolności i czas stopniowego przybierania przez nią konkretnych kształtów. Idee wolności – zarówno tej wielkiej, jak i tej konkretnej – były już zresztą widoczne wcześniej, jeszcze przed rozmowami Okrągłego Stołu, których 30-lecie obchodzimy. Bez tych idei nie byłoby przecież pierwszej Solidarności, a żądanie utworzenia niezależnych, samorządnych związków zawodowych to przecież postulat łączący dwie wolności – wielką (bo niezależność i samorządność) i konkretną (bo związki zawodowe). A potem, przez całą dekadę lat 90., rosło nowe pokolenie, które stopniowo odkrywało, oswajało wolność i nadawało jej konkretny sens. I nie zawsze chodziło tu tylko o wolność (czy wolności) o charakterze politycznym.

Bo wolność to nie tylko polityka. Widać to szczególnie wyraźnie na przykładzie Polski zaraz po upadku starego systemu, w którym swój wielki udział miał ruch pierwszej Solidarności. Gdy po dekadzie powstawały pierwsze transformacyjne rządy, niedługo potem można było usłyszeć narzekania, że Polacy, tak aktywni w walce o upadek starego, stali się cisi i bierni w budowie nowego. Od lat staram się bronić innej tezy: to nie było przejście od aktywności do pasywności, lecz zmiana form aktywnego zaangażowania. Przestaliśmy walczyć jako obywatele, zaczęliśmy jako producenci i konsumenci. Przyciśnięci przez tzw. plan Balcerowicza i jego konsekwencje, Polacy zaczęli szukać swych miejsc na rynku. W pewnym sensie oddalało to od demokracji – rynek nas otaczał, nie pozostawiał wielkiego wyboru. Pamięć o wielkiej wolności nie ginęła, ale istotniejsze stało się łączenie owego pojęcia z takimi kategoriami, jak producent czy konsument.

Kiedy w latach 1995 i 1999 w ramach prowadzonych badań pytaliśmy respondentów, w jakich obszarach życia codziennego odczuwają największą swobodę wyboru, wyłaniał się obraz Polaków mających swobodę robienia zakupów, wyboru usług, stacji telewizyjnej, zaś dużo słabiej postrzegana była swoboda wpływania na skład władzy lokalnej i wyboru miejsca pracy. To ostatnie nie jest sprzeczne z opinią, że jako producenci Polacy zyskali wolność już w latach 90. – pytani bowiem oceniali zapewne swobodę zmiany miejsca pracy z punktu widzenia pracowników, a nie pracodawców. Warto pamiętać, że w owym czasie bezrobocie wciąż było problemem. Tymczasem wolność producentów wyrażała się w masowo powstającej wtedy małej i średniej przedsiębiorczości. Wiele z tych firm upadło, ale z niektórych wyrosły wielkie przedsiębiorstwa (np. grupa Atlas). Spora część nadal istotnie zasila polską gospodarkę, dla której sektor MŚP jest fundamentalnie ważny.

Polacy na początku korzystali więc głównie z wolności ekonomicznej, mniej z politycznej. Wpływała na to także pewna niechęć do polityki. Ale czy zawsze istnieje nieprzekraczalna granica między wolnym konsumentem i producentem a wolnym obywatelem? Ta granica w jakimś stopniu się zaciera. Po pierwsze dlatego, że pewne wartości leżące u podstaw tych dwóch rodzajów wolności są wspólne: odpowiedzialność, dotrzymywanie zobowiązań, szacunek dla prawa. Po drugie konsumpcja coraz częściej dotyczy sfery dóbr o charakterze niematerialnym, mianowicie dostępu do edukacji, zdrowia, kultury – generalnie do wielu dóbr o charakterze „społecznym”, co staje się coraz ważniejsze po dojściu do pewnego poziomu rozwoju. Dziś nie kojarzymy protestów z górnikami palącymi opony. Teraz to raczej inne sfery, z ich niedoinwestowaniem, stają się zarzewiem konfliktów – protest nauczycieli ukazał to wyraźnie. Szeroko pojęte wolności ekonomiczne mają więc coraz więcej wspólnego z wolnością polityczną.

Związek między nimi, czyli w pewnym sensie związek między wolnością dużą (zwykle kojarzoną z polityką) i wolnościami mniejszymi (sektorowymi), jest silny. To właśnie te wolności mniejsze, codzienne, prowadzą do zakorzenienia wolności wielkiej. Zauważmy, że idea wolności zawsze była bliska Polakom. Ale właśnie: idea, oparta na wielkich wartościach. Kiedy budowano podstawy ładu demokratycznego na początku mijającego 30-lecia, wolność popieraliśmy głównie ze względu na wartości i mniej lub bardziej mgliste wyobrażenie o Zachodzie, który te wartości realizował. Nie dostrzegano wówczas związku tych wartości z codziennymi społecznymi interesami. I właśnie w owym 30-leciu zachodzi powolny proces uczenia się, jak wielka wolność oparta na wartościach przechodzi powoli do sfery interesów. Zaczęły pojawiać się grupy tworzące zalążki klasy średniej, często mitologizowanej. A to klasa, która do realizacji swych interesów, często przyziemnych, potrzebuje wolności. Potrzebuje systemu transparentnego, wolnego od korupcji, opartego na przewidywalnych i demokratycznie kontrolowanych instytucjach. Wreszcie potrzebuje rządów prawa, które są jedną z gwarancji wolności. W skład tej szeroko pojętej klasy weszły także grupy wyspecjalizowanych profesjonalistów, w tym przedstawiciele zawodów kreatywnych. Dla nich wolność to tlen. Bez niej nie istnieją.

W ten sposób budowano strukturalne podstawy wolności. Zakorzeniała się ona, znajdując oparcie już nie tylko w wartościach, ale i w interesach. Polacy zaczynali ją popierać nie tylko dlatego, że tak wypada, ale i dlatego, że to się opłaca. I nic w tym złego. W ten sposób urosło całe nowe pokolenie. W socjologii zakłada się, że okres około 30 lat to czas „życia” pokolenia, w rozumieniu społecznym, a nie biologicznym. W Polsce mamy do czynienia z „pokoleniem '89”, czyli ze sporą grupą ludzi, dla których doświadczenie zmian po 1989 r. miało charakter formacyjny. To przecież ci wszyscy, którzy w owym roku mieli między 18 a 40 lat, a dziś mają między 48 a 70 lat i stanowią sporą część populacji. Granice wieku, które wyznaczyłem, są arbitralne i raczej zawężające. Nie wszyscy są entuzjastami nowego ładu – wiele jest krytyki, na jej fali też zapewne dokonała się zmiana rządów w 2015 r., będąca notabene czymś więcej niż tylko zmianą władzy, do czego wrócę dalej. Ale już zapewne w mniejszości są ci, którzy chcieliby powrotu do czasów wolności mocno ograniczonej. I to rządzący powinni brać pod uwagę.

Jest bowiem kilka czynników, które wpływały i wpływają na silniejsze ukorzenienie dążenia do wolności. To czynniki o charakterze strukturalnym, które działają głębiej i w dłuższym okresie. Ale też w Polsce nawet tzw. długie trwanie przyspiesza, jest krótsze niż zwykle – nie obejmie już kilku pokoleń, może wystarczyć jedno. Takie są efekty radykalnej zmiany ustrojowej, która wiele procesów przyspieszyła. Pierwszym z tych czynników strukturalnych jest niewątpliwy wzrost zamożności społeczeństwa. Mimo istniejącej jeszcze biedy, mimo nierówności (co do jej parametrów trwają spory) sytuacja materialna Polaków jest na pewno lepsza niż dawniej. Drugim czynnikiem strukturalnym jest wzrost wykształcenia. I znów: mimo często uzasadnionych narzekań na jego jakość wzrost odsetka osób z wyższym wykształceniem z ok. 7 proc. do ponad 20 proc. w ciągu mniej więcej 30-lecia to zmiana wręcz cywilizacyjna. Kolejny czynnik to rosnąca sekularyzacja społeczeństwa. Polska to wciąż jeden z bardziej katolickich krajów w Europie, ale już uczestniczenie w praktykach religijnych w instytucjonalnym Kościele maleje. Podobnie jak przyzwolenie na odgrywanie przezeń dużej roli w życiu publicznym, co na pewno nie jest bez związku z nieumiejętnością radzenia sobie Kościoła (nie tylko zresztą polskiego) z rozmaitymi skandalami. I wreszcie czynnik ostatni: wciąż bardzo silna orientacja proeuropejska Polaków – w skali całej Europy jesteśmy w wąskiej grupie liderów. I nie zmienia tego faktu wzbudzana ostatnio niechęć do euro czy wstrzemięźliwość społeczeństwa wobec pewnych konkretnych europejskich rozwiązań. Wedle niedawnych badań CBOS coraz więcej Polaków czuje się zarówno Europejczykami, jak i Polakami (52 proc.); mniej jest osób czujących się tylko Polakami (44 proc.) i takie poczucie jest coraz rzadsze. To znacząca ewolucja poczucia tożsamości, którą też rządzący powinni brać pod uwagę.

I właśnie te cztery czynniki działające razem: poprawa sytuacji materialnej, wzrost wykształcenia, sekularyzacja i proeuropejskość tworzą moim zdaniem owe strukturalne warunki dla zakorzeniania się wolności, opierania jej nie tylko na wartościach, ale też na codziennych interesach.

Zakorzenianie się idei wolności w wolnościach codziennych nie oznacza, że wartości przestają być ważne. One pojawiają się w momentach szczególnych. Zwykle to momenty mobilizacji społecznej, np. w czasie zbiorowych protestów. Mieliśmy i mamy z nimi do czynienia. Nawet w ostatnim proteście nauczycieli, obok wypowiedzi o podwyżkach, jednym z najczęściej słyszanych słów było słowo „godność”. Zatem wielkie idee nie znikają. Protesty Polaków przeciw ograniczaniu wolności sądów mogły się wcześniej wydawać abstrakcją. Okazało się, że ta „abstrakcja” potrafi gromadzić tłumy i mobilizować ludzi, nie tylko w wielkich miastach. Jednak broniono również wartości bardzo konkretnej – z badań CBOS wynika, że choć osobisty kontakt z sądami w ciągu ostatnich kilku lat miało wciąż nieco ponad 20 proc. Polaków, to jednak odsetek ten stale rośnie. I będzie rósł, bo w pluralistycznym społeczeństwie krzyżujących się interesów coraz częściej spory między ludźmi, a także między ludźmi i instytucjami będą rozstrzygane przez sądy. Wszak skoro są gwarancją wolności, to taka jest kolej rzeczy.

Zatem zasadnicze znaczenie mają rządy prawa. Prawo i jego niezależne organy są przecież właśnie instytucjami pośredniczącymi między ową wielką ideą wolności a jej codziennymi przejawami. Przypomnijmy sobie serie niedawnych „czarnych protestów” – w nich w modelowy wręcz sposób ukazywał się związek wielkiej idei (wolność) z własnym życiem, z decyzjami osobistymi. Protesty te też dotyczyły prawa, mianowicie planów jego zaostrzenia. Być może również z tego powodu owe protesty były tak masowe i po raz pierwszy tak wyraźnie wykroczyły poza wielkie miasta, co chyba mocno zaniepokoiło rządzących. To już nie tylko sprawa grup inteligentów z dużych miast – to sprawa wielu osób, głównie kobiet (choć nie tylko one protestowały), sprawa, która dobitnie pokazywała, jak rozwiązania ograniczające dużą wolność wpływają na codzienne życie ludzi. Moim zdaniem ten protest był jednym z punktów zwrotnych zakorzeniających znaczenie wolności i pokazujących, jak splatają się wartości i życie codzienne.

Czy wolności – ta wielka i te mniejsze – powinny być nieograniczone? Oczywiście, że nie. We współczesnej cywilizacji, w krajach demokratycznych ludzie zgadzają się się na pewne ograniczenia wolności. Po to, aby zapewnić spójność ładu społecznego i przewidywalność zachowań. Prawo jest niczym innym jak jednym z takich ograniczeń, które jednak powstało w demokratycznym procesie. To wolni ludzie decydują o tym, ile wolności można ograniczyć i jakimi sposobami. Mówię oczywiście o rozwiązaniu modelowym, nie rozwijam kwestii ograniczeń wolności wynikających z patologii, np. z nieetycznych działań wielkich korporacji wspomaganych nowymi technologiami informacyjnymi. A przede wszystkim nie wspominam tu o ograniczeniach wolności płynących z niedemokratycznego charakteru danego systemu politycznego. Wtedy bowiem ograniczenia nie są dobrowolne, lecz narzucone.

I to jest właśnie ważne dla zrozumienia naszej dzisiejszej sytuacji, 30 lat po symbolicznym początku zmiany systemowej, za jaki uznaje się rozmowy Okrągłego Stołu. Starałem się tu argumentować, że okres ten powoli doprowadzał do powstania pokolenia wolności, pokolenia, dla którego życie w procesie jej budowania i krzepnięcia stawało się, po pierwszym szoku transformacyjnym, czymś coraz bardziej zwyczajnym. Dziś wolność jest dla Polaków czymś naturalnym. Wspomniane wcześniej cztery czynniki powodujące poważne zmiany strukturalne mocno ją zakorzeniły. A czym w istocie jest ten proces zakorzeniania? Niczym innym jak silnym wiązaniem wolności dużej i małej, odświętnej i codziennej. Przez ostatnie 30 lat nauczyliśmy się wolności poprzez to, że sami ją współtworzyliśmy. I myliłby się bardzo ktoś, kto sądziłby, że skoro Polacy dość słabo interesują się polityką, nie zawsze uczestniczą w wyborach, to znaczy, że wolność nie jest dla nich priorytetem, że można przy niej manipulować, a jeśli dodatkowo sypnie się groszem na różne socjalne benefity, to można być spokojnym o swoją polityczną przyszłość. To już tak nie działa. Po pierwsze dlatego, że wolność to nie tylko polityka. A po drugie dlatego, że ostatnie trzy lata to proces jeszcze bardziej intensywnego uczenia się, jak wielka idea wolności może dotyczyć życia każdego z nas. To właśnie pokazały protesty w obronie praworządności. Za nami wielka trzyletnia lekcja poczucia obywatelskości.

Mówi się niekiedy, że w Polsce rośnie orientacja konserwatywna, że liberalizm jest w odwrocie. Liberalizm jest w ogóle chłopcem do bicia w wielu miejscach świata. Owszem, niektórzy jego ideolodzy mają co nieco za uszami. Ale polski liberalizm to wciąż nie do końca spełniona obietnica, a nie zużyte narzędzie, jak może się – chyba nieco na wyrost – wydawać w tzw. rozwiniętych krajach Zachodu. I dlatego jeśli przez liberalizm rozumiemy (w bardzo uproszczony sposób) wagę wolności, w tym wagę wolności jednostek, także mniejszości, a nie tylko większości arytmetycznych, to stawiałbym hipotezę, że Polacy są większymi liberałami, niż im samym i wielu obserwatorom się wydaje. Mogą nawet w swych deklaracjach niekiedy brzmieć konserwatywnie, ale często działają liberalnie. I tu doświadczenie rynku i innych niezależnych instytucji jest nie do przecenienia. Być może więc niektórzy nasi obywatele przypominają tego Molierowskiego bohatera, który nie wiedział, że mówi prozą, ale działają często tak, jakby wspierali liberalizm. Liberalizm kraju, który wciąż jest na dorobku.

Poza tym w moim przekonaniu zaczyna rosnąć grupa ludzi świadomych, że „mówią prozą”, że wartości liberalne czy generalnie prowolnościowe są ważne. To właśnie efekt pewnego wzmożenia obywatelskiego, którego jesteśmy świadkami w ciągu ostatnich trzech lat, a także wynik protestów i różnych form aktywności, również w mediach społecznościowych, podczas których ludzie coraz bardziej uświadamiają sobie związek wolności z ich życiem codziennym. Owo wzmożenie na razie jeszcze dość słabo przekłada się na politykę, ale to się może zmienić. Równolegle trwają wspomniane wcześniej głębsze procesy strukturalne, które działają w tym samym kierunku, zakorzeniając wagę wolności. A jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Polsce nawet „długie trwanie” zdaje się przyspieszać, może się okazać, że stoimy w obliczu kolejnych zmian.


Andrzej Rychard

(ur. 1951 r.) – socjolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, członek korespondent Polskiej Akademii Nauk. Był członkiem zarządu Fundacji im. Stefana Batorego, a także wykładowcą na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS. Członek Collegium Invisibile, przewodniczący Komitetu Narodowego ds. Współpracy z Międzynarodową Radą Nauk Społecznych (ICSS) w ramach Polskiej Akademii Nauk.

 

Czytaj także

  • Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

    Polska będzie krajem normalnym

    O NATO, Rosji i napięciach społecznych w Polsce z Adamem Danielem Rotfeldem rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

    Może świat będzie się kręcił bez nas

    O efektywności i sensie przewidywania przyszłości, wypieraniu futurologii przez populizm oraz o tym, czy kiedyś człowiek znudzi się sztucznej inteligencji, z Lechem W. Zacherem rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Najwyższą stawką jest życie

    O zbrodni, która wynika z lęku, tajnikach pracy powieściopisarza i zmianach społecznych, które są ważne dla przyszłych pokoleń kobiet, z Katarzyną Bondą rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

    Moim szefem jest film

    O wpływie dzieciństwa na tworzoną sztukę, relacjach miedzy reżyserem i postacią oraz o roli rodziny w życiu człowieka z Kingą Dębską rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ