Przyszłość to kapitalizm, ale uzupełniony o system redystrybucji dochodów

Fot. Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta

O czynnikach sukcesu gospodarczego, przedsiębiorczości Polaków i pisaniu powieści z prof. Dariuszem Filarem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Adam Smith napisał „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Zarówno wcześniej, jak i po nim wielu głowiło się nad uwarunkowaniami sukcesu gospodarczego. Czy da się wymienić najważniejsze, pewne czynniki owego sukcesu? Mam na myśli zarówno aspekt dziejowy, uniwersalny, ale też tu i teraz – Polskę w 2018 r.

Dariusz Filar: Uczestniczyłem przed laty w konferencji poświęconej twórczości Adama Smitha. Jej organizatorzy podawali posiłki na tekturowych talerzach, których brzegi ozdobiono cytatem z „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”: „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes”. To był oczywiście taki konferencyjny żart, ale uważam, że myśl Smitha należy traktować z powagą, bo w najmniejszym nawet stopniu nie uległa dezaktualizacji. Producenci dostarczają różnorakie dobra konsumentom nie dlatego, że ich lubią, lecz w dążeniu do osiągnięcia własnych zysków. Ale to rodzi oczywiście szereg konsekwencji. Dostarczane dobra muszą być odpowiedniej jakości, a ich cena właściwie z jakością skorelowana. W przeciwnym wypadku konsument poszuka innego źródła zaopatrzenia. Świadomość istnienia konkurencji jest zatem producentowi niezbędna do prawidłowego działania. W dzisiejszym świecie wymagania i oczekiwania konsumentów rosną szybciej niż za czasów Smitha, więc nieustanne ich śledzenie i analizowanie też jest składnikiem dbałości producenta o własny interes. Należy wreszcie pamiętać, że producent na dobrą opinię wśród konsumentów pracuje często przez długie lata, a popsuć ją może jednym nierozważnym posunięciem. Można to podsumować innym poglądem Smitha, wedle którego konsumpcja stanowi jedyny cel produkcji, a zatem interesy producenta mogą być zrealizowane tylko wtedy, gdy zapewnia to korzyść konsumentowi.

KB: Co może zrobić statystyczny Kowalski – pracownik czy przedsiębiorca – aby mieć swój wkład w powodzenie gospodarcze kraju? Czy wystarczy płacić podatki i regulować swoje zobowiązania na czas? A może dla gospodarki istotne są tylko decyzje podejmowane „na górze”, a Kowalski – jako najmniejsza część systemu – na nic nie ma wpływu?

DF: Obserwując polską gospodarkę, nieustannie utwierdzam się w przekonaniu, że najważniejszym motorem jej rozwoju są prywatni przedsiębiorcy. Po półwieczu (1939–1989) istotnego ograniczenia, a w wielu wymiarach niemal całkowitego zablokowania naturalnych mechanizmów przemian gospodarczych, w stosunkowo krótkim czasie zdołali oni na nowo włączyć Polskę w światowy rytm rozwoju. To, że polskie produkty znajdują nabywców daleko poza naszymi granicami, że po trochu pojawiają się u nas rozwiązania technologiczne, które nie są kopią wzorów zagranicznych, ale pomysłami rodzimymi, że polskie firmy coraz śmielej przejmują podmioty zagraniczne – stanowi przejaw przybierającego na sile długookresowego procesu. Aparat państwa może w tym procesie pomóc (poprzez odpowiednią politykę podatkową, dofinansowanie projektów innowacyjnych, działania promocyjne), ale nie może w nim prywatnych przedsiębiorców zastąpić. Etatystyczne koncepcje stymulowania rozwoju wzorowane na modelach z pogranicza pierwszej i drugiej połowy ubiegłego wieku – wielkie projekty inwestycyjne wymyślone przez polityków, a realizowane przez przedsiębiorstwa właścicielsko kontrolowane przez państwo – rodzą niebezpieczeństwo nieefektywnego wydatkowania, a nawet zupełnego zmarnowania znacznych środków. Od wybierania kierunków inwestowania są przedsiębiorcy, którzy trafniej od polityków i urzędników są w stanie ocenić możliwości sukcesu i towarzyszące im ryzyko. I nawet jeśli ich pojedyncze projekty są mniejsze od tych, na jakie mogłoby sobie pozwolić państwo, to po pewnym czasie skumulowany efekt mniejszych działań może okazać się dla gospodarki korzystniejszy.

KB: Pan profesor zajmuje się między innymi historią ekonomii. W publicystyce często podkreśla się następujący fenomen: wysokie wskaźniki gospodarcze kraju nie zawsze korelują dodatnio z poziomem demokracji, przestrzeganiem praw człowieka, poziomem społeczeństwa obywatelskiego. Czy świat gospodarki jest zupełnie niezależny od różnych wartości politycznych wynikających z demokratycznego kanonu naszej kultury?

DF: Kraje, które osiągnęły wysoki wzrost gospodarczy w warunkach deficytu demokracji, rozumianej w sensie, jaki przypisuje jej Zachód, i przestrzegania praw człowieka – na przykład Chińska Republika Ludowa, a wcześniej Korea Południowa – mają swoje specyficzne, zbudowane na wielowiekowej tradycji mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa i władzy państwowej. Wędrując przez Chiny, wciąż zadawałem sobie pytanie, jak wiele partia komunistyczna tego kraju czerpie z doświadczeń władzy cesarskiej i w jakim stopniu ten chiński komunizm stanowi jedynie nową szatę tego, co powstało i rozwinęło się znacznie wcześniej. Dochodziłem do wniosku, że sięgający tysiąca czy nawet dwóch tysięcy lat p.n.e. duch Państwa Środka jest znacznie silniejszy od nowinek, jakie przyniosły wieki XIX i XX. Stąd też uważam, że nie ma podstaw, by mniemać, że chińskie rozwiązania polityczne, społeczne i gospodarcze mogą sprawdzić się poza granicami tego kraju; raczej należy traktować je jako coś wyjątkowego. Natomiast w europejskim i amerykańskim kręgu kulturowym demokratyczny ład instytucjonalny, respekt dla praw człowieka i rozwinięte społeczeństwo obywatelskie stanowią niezbędne obramowanie zdrowej gospodarki. Naruszenie delikatnej konstrukcji, jaką jest trójpodział władzy, prostą drogą prowadzi ku osłabieniu zaufania do gospodarki, a tym samym spadku jej atrakcyjności w oczach inwestorów. Oczekują oni stabilnych przepisów i bezstronnych rozstrzygnięć wymiaru sprawiedliwości w razie sytuacji konfliktowych, więc jakiekolwiek zaburzenia w tej sferze mogą mieć negatywny wpływ na wzrost gospodarczy.

KB: Co jakiś czas powraca retoryka wychwalająca rodzimy zmysł przedsiębiorczości, ponadprzeciętną zaradność biznesową Polaków. Czy to faktyczna właściwość, czy mit mający sprawić, że poczujemy się lepiej?

DF: Od początku lat 90. XX w., a więc wraz z postępującym procesem transformacji gospodarczej, Polacy wykazywali się ponadprzeciętną inicjatywą i zdolnościami w zakresie prowadzenia biznesu. Świadczy o tym zarówno utworzenie bardzo wielu nowych firm, jak i cały szereg udanych prywatyzacji, których istotę stanowiły spółki menedżersko-pracownicze wykupujące majątek produkcyjny od Skarbu Państwa. Zasadnicze wyzwanie, przed jakim polska przedsiębiorczość staje dzisiaj, to stworzenie większej liczby firm dużych. W polskiej gospodarce dominują bowiem mikro- i małe firmy, a to duże podmioty dysponują większymi możliwościami ekspansji i wydatkowania środków na badania i rozwój. Stworzenie takich dużych podmiotów wymagałoby jednak wzmożenia procesów konsolidacji (czyli łączenia się podmiotów mniejszych), a polski przedsiębiorca podchodzi do takich rozwiązań ze sporą dozą nieufności. Woli zachowywać pełną kontrolę nad tym, co sam stworzył, a we współdziałaniu widzi więcej zagrożeń niż korzyści. Dlatego należy liczyć się z tym, że przeobrażenie struktury wielkościowej polskich przedsiębiorstw zajmie jeszcze trochę czasu.

KB: Ekonomia wydaje się ściśle powiązana z polityką. Nawet gdybyśmy znali czynniki sukcesu gospodarczego, to i tak nie wszystkie zostaną wdrożone, bowiem decydująca będzie ideologia albo kalkulacja wyborcza. Czy to nie jest frustrujące dla ekonomisty? I czy zatem celem ekonomii nie jest lawirowanie i szukanie sposobności, jak zrobić coś lepiej, na miarę zastanych warunków politycznych, które są decydujące?

DF: Związek polityki i gospodarki jest wielowarstwowy i złożony. Z jednej strony można powiedzieć, że przedsiębiorca w każdych warunkach politycznych powinien robić swoje: podnosić jakość produktów, szukać nowych rozwiązań technologicznych, rozwijać kadry i lepiej organizować ich pracę, budować nowe kanały dotarcia do klientów. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że działania czysto polityczne mogą wysiłkom przedsiębiorcy sprzyjać lub im szkodzić. Prowadzona polityka podatkowa, administracyjno-prawne ramy prowadzenia biznesu czy regulacje rynku pracy to tylko wybrane obszary działań polityków, które mogą wpływać na sytuację przedsiębiorcy. Dodatkową kwestię stanowi oddziaływanie polityki w wymiarze makroekonomicznym – wykorzystanie środków publicznych do stymulowania wzrostu i zagadnienie zadłużenia państwa, stabilizowanie poziomu inflacji i wysokość stopy procentowej, podejście do kursu walutowego i kształtowanie międzynarodowych stosunków gospodarczych. Przedsiębiorca nie jest zatem w stanie odizolować się od wpływów polityki czy na nie uodpornić, wręcz przeciwnie – zmuszony jest zawsze się z nimi liczyć. To z kolei sprawia, że dla biznesu wartością samą w sobie jest przewidywalność polityki. Jej gwałtowne, nieoczekiwane zwroty nie służą spokojnemu rozwijaniu działań gospodarczych.

KB: Czy jest możliwe, że w przyszłości powróci na świecie w istotnej skali ekonomia socjalistyczna? A może historia gospodarcza osiągnęła swój kres, a ekonomia kapitalistyczna jest po prostu najlepsza?

DF: W ostatnich dziesięcioleciach ubiegłego wieku globalna aktywność gospodarcza mocno przesunęła się od tzw. sfery realnej (produkcja, inwestowanie w nowe technologie, przekształcenia w organizacji pracy) ku operacjom czysto finansowym (tzw. finansjalizacja gospodarki). System finansowy zaczął szybko powiększać swój udział w tworzeniu PKB, a inwestowanie w papiery wartościowe lub obrót walutami w wielu przypadkach wiązały się z wyższą stopą zwrotu niż tradycyjne działania przedsiębiorcy. To przesunięcie w działalności gospodarczej stało się zasadniczą przyczyną globalnego kryzysu finansowego, który zapoczątkowany został latem 2007 r. na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych, a przezwyciężony – i to nie do końca – dopiero po wygaśnięciu recesji w Europie w 2013 r. Finansjalizacja stała się także przyczyną znacznego pogłębienia różnic dochodowych w wielu społeczeństwach. Wstrząsy tego typu zazwyczaj tworzą podatny grunt dla tęsknot do jakiejś alternatywnej rzeczywistości gospodarczej i tak stało się również tym razem. Do łask wróciły rozważania o zbudowaniu gospodarki socjalistycznej albo znalezieniu „trzeciej drogi”, która nie będzie ani kapitalistyczna, ani socjalistyczna. Nie sądzę, by mogło z tego wyniknąć coś więcej poza ożywieniem czysto akademickich dyskusji. Oczekuję, że gospodarka światowa zachowa swoje kapitalistyczne fundamenty, natomiast będą one uzupełniane – co zresztą już się dzieje – o nowe mechanizmy nadzorczo-regulacyjne i systemy redystrybucji dochodów. W gospodarkę kapitalistyczną wbudowanych zostanie więcej bezpieczników gwarantujących osiąganie równowagi ekonomicznej i stabilności społecznej. Dobrym przykładem podążania w takim kierunku są kraje nordyckie.

KB: W książce „Między zieloną wyspą a dryfującą krą” (2015) wychodzi pan profesor od analizy wypowiedzi polityków na temat polskiej ekonomii. Czy brak umiaru w stosowaniu propagandy nie bywa dla gospodarki bardzo szkodliwy?

DF: W książce starałem się pokazać, że zadaniem ekonomii jest chłodna analiza rzeczywistości, natomiast polityka polega w decydującym stopniu na budowaniu emocji. Tam, gdzie ekonomia stara się zbadać faktyczne procesy zachodzące w gospodarce, polityka często sięga po wyrwane z kontekstu fragmenty, by podgrzać atmosferę. Nie ukrywam, że budzi to niekiedy moją irytację, ale nie przesadzałbym z przypisywaniem propagandzie szkodliwego wpływu na gospodarkę. Ci, którzy podejmują decyzje jako przedsiębiorcy, i tak zawsze będą się starali dotrzeć do istoty uwarunkowań, które przesądzą o przyszłym sukcesie lub porażce. Ludzie mniej kompetentni będą bardziej podatni na propagandowy przekaz, ale to mocniej wpłynie na ich wybory polityczne niż na zachowania gospodarcze. Może się oczywiście zdarzyć, że poddani propagandowej presji wyborcy przekażą władzę w ręce kogoś lansującego program dla gospodarki szkodliwy, oparty na prymitywnym populizmie. Ale to z kolei rodzi czysto polityczne pytanie, jak atrakcyjnie prezentować programy dla gospodarki korzystne, które ze swej natury więcej stawiają wymagań niż przynoszą obietnic.

KB: Pan profesor – prócz ekonomii – zajmuje się również tworzeniem literatury. Czy to próba znalezienia równowagi między tym, co ścisłe, a tym, co piękne?

DF: Z podziwem patrzę na dorobek pisarski wybitnego amerykańskiego ekonomisty Johna Kennetha Galbraitha. Obok wielu znakomitych analiz gospodarki amerykańskiej napisał on także trzy niezłe powieści, które uzupełniały jego twórczość ekonomiczną. W powieści zatytułowanej „A Tenured Professor” (w amerykańskich uczelniach oznacza to wykładowcę, który osiągnął gwarancję stałości zatrudnienia na profesorskim stanowisku) jej bohater, Montgomery Martin z Uniwersytetu Harvarda, opracowuje model przewidujący zachowania cen akcji i wywołuje masową histerię żądnych zysków współobywateli. Zatem mamy do czynienia z literacką fikcją, ale jednocześnie Galbraith pozostaje w kręgu tematyki bliskiej mu jako wykładowcy akademickiemu. Trochę w takim duchu – toutes proportions gardées – pisałem „Drugie wejrzenie”, które jest romansem, ale jego bohaterowie pozostają pod bezpośrednim wpływem wstrząsu, jakim jest globalny kryzys finansowy. Także w powieści, nad którą aktualnie pracuję, jednym z wątków są losy przedsiębiorcy, który zakłada firmę w latach 20. ubiegłego wieku, później –w czasie niemieckiej okupacji i w PRL-u – próbuje walczyć o jej przetrwanie, a wreszcie stara się ją odbudować i rozwinąć w okresie transformacji. To będzie rzecz o przedsiębiorczym uporze.

KB: W „Drugim wejrzeniu” losy ekonomiczne świata splatają się z historią miłosną rozgrywającą się między dojrzałym profesorem i młodą finansistką. Powieść eksploruje również temat kobiecych i męskich ról społecznych. Jakie są pana wnioski na temat wzrostu znaczenia roli kobiet we współczesnym świecie?

DF: Jeśli chodzi o rolę kobiet we współczesnej gospodarce, to poznałem bardzo wiele pań, które w najmniejszym stopniu nie ustępują mężczyznom jako menedżerki, finansistki czy analityczki. Wiele spośród nich potrafiło nawet pełniej i lepiej, bardziej konsekwentnie niż mężczyźni wypracować swój indywidualny, charakterystyczny styl. Nie ma obiektywnych przeszkód, które miałyby zatrzymać procesy rozpoczęte kiedyś przez sufrażystki.


Prof. Dariusz Filar

(ur. 18 lipca 1950 r. w Gdyni) – od 1973 r. jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego na Wydziale Ekonomicznym, od 1992 r. na stanowisku profesora nadzwyczajnego. W latach 1992–1995 profesor wizytujący w Center for Russian and East European Studies (CREES) na Uniwersytecie Michigan, w latach 1998–2001 wykładowca Central European University.

W latach 80. ubiegłego wieku współpracownik prasy drugiego obiegu, a także autor komentarzy na łamach „The Wall Street Journal”. Od tego czasu związany z zespołem redakcyjnym kwartalnika „Przegląd Polityczny”. Zamieszcza komentarze ekonomiczne na łamach dzienników „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”. Równolegle z pisarstwem ekonomicznym uprawia twórczość w obszarze literatury pięknej. Jego najważniejsze książki to: „Czaszka olbrzyma” (Nasza Księgarnia, 1976), „Pies wyścigowy” (Czytelnik, 1984), „Jeszcze jedna podróż Guliwera” (Solaris, 2014) i powieść współczesna „Drugie wejrzenie” (Novae Res, 2015).

W latach 1999–2004 piastował funkcję głównego ekonomisty Banku Pekao SA. W latach 2004–2010 członek Rady Polityki Pieniężnej NBP. Od marca 2010 r. do grudnia 2014 r. członek Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów. W 2006 r. prezydent Włoch, Giorgio Napolitano, mianował go kawalerem Orderu Gwiazdy Solidarności Włoskiej.

 

Czytaj także