Przewrotu kopernikańskiego w polityce nie będzie

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O obecności w Sejmie reprezentantów grup społecznych dotychczas pomijanych i jej konsekwencjach dla polskiej polityki oraz o tym, co faktycznie przysparza głosów poszczególnym partiom, z dr hab. Ewą Marciniak rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Czy ostatnie wybory parlamentarne wniosły coś nowego do polskiej polityki i historii najnowszej?

Ewa Marciniak: Sądzę, że tak. Kilka kwestii jest zupełnie wyjątkowych. Swoistym novum jest fakt, że w Sejmie znajdą się reprezentacje dwóch bardzo różnych odłamów społeczeństwa i dwóch różnych typów interesów politycznych – Konfederacja i Lewica. Oczywiście część idei głoszonych przez Konfederację była w parlamencie reprezentowana, ale teraz do Sejmu po 20 latach nieobecności wrócił ich najbardziej radykalny piewca, czyli Janusz Korwin-Mikke. Był obecny w sferze publicznej, ale to udział w procesie ustawodawczym jest kwintesencją obecności politycznej, ponieważ wiąże się z wpływem nie tylko na debatę publiczną, ale również na przykład na proces stanowienia prawa, decyzje polityczne itd. Konfederacja to ugrupowanie, które skupia pozornie zróżnicowanych ideologicznie 11 posłów. Pochodzą z różnych ugrupowań i ruchów, ale łączy ich swoista antysystemowość. Nie jest ona być może zbyt spektakularna, ale wątek bycia przeciwko czemuś jest tam stale obecny, np. w kampanii wyborczej upowszechniano ideę likwidacji radarów. Posłowie tego ugrupowania postulowali też m.in. zniesienie przymusu płacenia składek na ZUS czy obowiązku używania świateł samochodowych przez całą dobę. Te drobne przykłady ilustrują charakter owej antysystemowości. Trudno zatem uznać, że to jest antysystemowość w pełnym znaczeniu tego słowa, w każdym razie chodzi o bycie na przekór. Konfederacja jest partią, która – mówiąc dość oględnie – ma specyficzny pogląd na stosunki międzynarodowe, w tym na relację Polski z Rosją, specyficzny pogląd na gospodarkę – skrajnie liberalny, a także specyficzny pogląd w odniesieniu do kwestii ideologicznych, obyczajowych i w tym aspekcie reprezentuje skrajny konserwatyzm. Zatem reprezentacja środowisk narodowych i korwinowców w Sejmie jest radykalną zmianą. Jest nią również powrót lewicy po czterech latach, w takiej konfiguracji, jakiej nikt się nie spodziewał, bo okazało się, że jej dwa odłamy – stary i nowy – potrafiły się zjednoczyć, przynajmniej na tyle, aby stworzyć komitet wyborczy, który odniósł sukces. Mamy więc w Sejmie posłów SLD, Wiosny i partii Razem, według proporcji, w jakich uzyskali mandaty, i to jest rzeczywiście coś nowego. Można mówić o wysokim poziomie reprezentatywności tego nowego parlamentu, bowiem grupy obywateli o różnych poglądach społeczno-politycznych, o różnych poglądach na gospodarkę, kulturę, sprawy społeczne i obyczajowe znalazły swoją polityczną reprezentację.

KB: A jak ocenić wynik Prawa i Sprawiedliwości?

EM: Prawo i Sprawiedliwość z jednej strony odniosło sukces, bo 8 mln wyborców to jest znaczące powiększenie elektoratu w porównaniu z 2015 r., zwłaszcza jeżeli uwzględnimy plebiscytarny charakter wyborów. Natomiast jeśli wziąć pod uwagę wszystkich głosujących, czyli 18 mln obywateli, to okazuje się, że 10 mln wyraziło inny pogląd. I to chcę zaakcentować – inny pogląd na rzeczywistość polityczną, na sposób, zakres i głębokość reform społecznych i politycznych, styl rządzenia itd. Natomiast ów inny pogląd też jest zróżnicowany, nie musi być związany z dezawuowaniem Prawa i Sprawiedliwości. W części jest zdecydowanie anty-PiS-owski, a w części wyraża tylko ideę modyfikacji tego, co robi PiS. Jeżeli spojrzymy na przykład na Koalicję Polską, to w jej przekazie zaobserwujemy bardzo wiele odniesień konserwatywnych i chrześcijańskich, zwłaszcza w treściach formułowanych przez Kosiniaka-Kamysza, co jakoś konweniuje z poglądami partii rządzącej. Dlatego mówię o wewnętrznej różnorodności opozycji. Mamy 10 mln obywateli o różnych od PiS przekonaniach i światopoglądzie, można zatem powiedzieć, że ludzie podejmują decyzje wyborcze refleksyjnie, a nie wyłącznie aprobująco; akceptują część polityki rządu, na co wskazuje wzrost poparcia, z drugiej jednak strony wyrażają również ocenę krytyczną. Nie udało się PiS-owi w pełni zdiagnozować oczekiwań społeczeństwa, w tym jego wielkich grup: rolników, robotników, pielęgniarek, nauczycieli itd. Wybory pokazały, że w wielu kwestiach wyborcy mają inny pogląd niż rządzący politycy. I stąd, jak sądzę, mało radosne przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w momencie ogłoszenia wyników wyborów.

KB: A czy da się stwierdzić, dlaczego Polacy głosują na poszczególne partie? Dlaczego wybierają określone ugrupowania i ich liderów politycznych? Mam na myśli odkodowanie tej głównej idei każdego z ugrupowań – wyrażanej wprost albo w sposób zawoalowany – która zdaniem pani profesor ma największe przełożenie na głosy.

EM: Możemy spróbować odkodować i zdefiniować pewne idee, z którymi poszczególne partie się identyfikowały i które próbowały przekazać przed wyborami. A miarą skuteczności eksponowania owych idei jest wynik wyborczy. Wydaje mi się, że przekaz każdego z ugrupowań można określić jednym czy dwoma słowami. I tak partiom lewicowym przypisałabym progresywność. Lewica stawiała też na odkrycie potencjału kobiet i ich zaangażowanie społeczne i polityczne. Koalicja Polska przekazywała ideę wspólnoty. Połączyły się dwie różne energie polityczne – Kukiz i Kosiniak-Kamysz – dwa zupełnie różne sposoby funkcjonowania politycznego. Mamy tu partię nie tylko systemową, ale wręcz najstarszą w Polsce, czyli PSL, oraz Kukiza, który urósł na antysystemowości, a w wyborach prezydenckich uzyskał trzeci wynik. W Koalicji Polskiej pobrzmiewały idee chrześcijańskie, konserwatywne, ale pierwszym skojarzeniem jest właśnie wspólnotowość. Przekaz wyborczy Koalicji Obywatelskiej odczytuję jako europejskość i modernizm, bardzo mocno zakotwiczony w ideach Unii Europejskiej i w europejskiej kulturze, czyli we wszystkim, co pozytywnie kojarzy się z Zachodem, z aspiracjami Polaków do bycia członkiem tej wspólnoty kulturowej, społeczno-gospodarczej i politycznej. W kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości głównym przekazem była polskość ze wszystkimi jej konsekwencjami, zarówno pozytywnymi, czyli bogatą historią i dorobkiem kulturowym, jak i negatywnymi, np. niższym w porównaniu z innymi krajami UE poziomem rozwoju gospodarczego, obszarami biedy czy nierównościami społecznymi. Z jednej strony w ideach PiS-u obecne są historia i dziedzictwo kulturowe, zaś w realizowanej polityce prospołecznej odzwierciedla się dostrzeżenie, że jest sporo nierówności społecznych, że wieś drepcze za miastem, a na linii metropolie – prowincja dokonują się niszczące podziały kulturowe i społeczne. Mamy jeszcze Konfederację, którą charakteryzują skrajnie wolnorynkowe podejście do gospodarki oraz twarde, mocno konserwatywne pozycje ideologiczne. Najlepiej opisuje ją chyba postawa, którą określiłabym jako bycie na przekór.
Myślę, że grupy wyborców czerpały z narracji komitetów to, co jest dla nich istotne. Przykładowo z progresywnej narracji lewicy – ideę respektowania praw mniejszości seksualnych, etnicznych, ale też postulat wysokiej jakości usług publicznych. A dziś komfort życia tak naprawdę jest mierzony właśnie jakością owych usług. Mam tutaj na myśli nie tylko służbę zdrowia i oświatę, ale na przykład również obsługę obywatela przez administrację. Proszę zauważyć, że wszystkie etykiety, które stworzyłam, są w gruncie rzeczy pozytywne i pokazują cały wachlarz poglądów, idei, które nam towarzyszą w ciągu życia.

KB: Skoro wszystkie te idee przypisane do poszczególnych ugrupowań są pozytywne, to czy oznacza to, że generowanie przez nie treści negatywnych, np. granie na zbiorowych emocjach lęku przed innością, nie przekłada się aż tak bardzo na wzrost liczby uzyskanych głosów?

EM: To ciekawy temat. W tym momencie muszę się odnieść do języka zachowań wyborczych, a konkretnie do zachowania typu „protest”. Część obywateli głosuje nie tyle za daną opcją, co przeciwko innej. Na przykład niektórzy wyborcy głosują na Koalicję Obywatelskiej nie dlatego, że bardzo identyfikują się z jej europejskością i modernistycznymi ideami, ale właśnie dlatego, by nie zagłosować na PiS. Zachowanie typu „protest” na ogół powodowane jest lękiem antycypacyjnym, czyli lękiem przed tym, co rzekomo miałoby nastąpić. To może być cokolwiek, np. zbyt restrykcyjna polityka czy przeregulowanie jakichś obszarów życia społecznego. We wcześniejszych wyborach Prawo i Sprawiedliwość eksploatowało lęk przed uchodźcami, w ostatnich – lęk przed LGBT. Ta ostatnia kategoria w przekazie telewizji publicznej nie była definiowana jako prawa mniejszości narodowych, seksualnych czy kulturowych, lecz ilustrowana różnymi obrazkami, np. z marszów równości – przedstawiono na przykład dwóch skąpo ubranych mężczyzn wykonujących jakieś dziwne ruchy, w dodatku chyba nie w Polsce, a w Berlinie. Taki obrazek pobudza wyobraźnię i przeciętny widz, który nie wgłębia się w kwestię równości płci czy mniejszości seksualnych, postrzega tego typu zachowania jako nieakceptowane kulturowo, wręcz budzące niechęć, a nawet lęk. Jeśli temu obrazowi towarzyszy próba przekonania odbiorcy, że to są osoby, które tworzą rodzinę, wyzwala się poczucie, że pewien fundament kulturowy zostaje naruszony. Jeżeli partia przedstawia LGBT jako zjawisko zagrażające i ogłosi również, że przed nim chroni, to część osób, do których ta narracja trafia, zagłosuje na ową partię. Ale są też wyborcy, którzy taki przekaz uważają za nadinterpretację, stereotypizację i treść całkowicie wyselekcjonowaną i wyłącznie propagandową. Jeżeli wcześniej byli niezdecydowani politycznie, to ten przekaz skłoni ich do głosowania na politycznych konkurentów. Tak że jest to miecz obosieczny. Oczywiście różne lęki są eksploatowane i obecne w kampanii wyborczej, a ci, którzy je wzbudzają, liczą, że one gdzieś trafią, gdzieś się zakotwiczą i będą działały na ich korzyść.
Jestem przekonana, że ludzie głosują w wyborach z pobudek pozytywnych, zaś mechanizm protestu jest rzadziej uruchamiany niż mechanizm akceptacji. Ale oczywiście w ostatnich wyborach komitety odwoływały się również do negatywnych treści. Głównie polegało to na dyskredytacji osobistej. Przykładowo PiS w swoich spotach przedstawił Grzegorza Schetynę jako osobę, która szybko zmienia poglądy i nie wiadomo, czego chce. Na konwencjach wyborczych odwoływano się do stylu rządzenia jako zabawy w politykę czy do ośmiorniczek. Część wyborców już o ośmiorniczkach zapomniała, zastąpiły je samoloty i kamienice jako symbole nadużywania władzy. Dlatego przypominano ośmiorniczki, przypominano, że Rostowski mówił, że nie ma pieniędzy i nie będzie, a okazało się, że są. W jednej czy dwóch wypowiedziach pojawiła się kategoria wroga. Taka narracja trafia do twardego elektoratu, który cechuje silna identyfikacja z partią. W Polsce najbardziej wierny elektorat ma Prawo i Sprawiedliwość, na które – jak wynika z zestawienia danych z kilku poprzednich wyborów, w tym do samorządu i Parlamentu Europejskiego – ponownie głosuje 95–98 proc. ich wyborców. Następne są SLD i Platforma Obywatelska – spośród głosujących na te ugrupowania ponad 15 proc. zmieni opcję polityczną. Zgodnie z moją osobistą wizją polityki ludzie są aktywni w tym obszarze dlatego, że czegoś mniej lub bardziej świadomie oczekują. Między innymi chcą, aby różne ich sprawy przez polityków zostały załatwione. I śledzą głoszone obietnice, które mobilizująco wpływają na ich aktywność wyborczą.

KB: Chciałbym zapytać o zjawisko wykorzystania nowoczesnych technologii informacyjnych do modelowania postaw politycznych. Fake newsy, deepfake, sztuczna inteligencja, precyzyjne profilowanie – czy to zjawiska obecne w naszej rzeczywistości, czy raczej na wynik wyborów w Polsce największy wpływ ma jednak telewizja publiczna?

EM: Oczywiście fake newsy, deepfake i inne negatywne zjawiska, które upowszechniły się wraz z rozwojem mediów społecznościowych i nowymi technologiami, pojawiły się w naszej polityce. Są obecne może w mniejszym stopniu niż na przykład w Stanach Zjednoczonych, ale wielokrotnie mamy z nimi do czynienia. Natomiast warto podkreślić, że ta sfera emocjonuje i rozpala wyobraźnię części wyborców, którzy są użytkownikami Internetu, w tym  mediów społecznościowych. Gdy w czasie tej kampanii analizowałam publiczne profile niektórych polityków, na przykład Janusza Korwin-Mikkego, czy oficjalne konta partii politycznych, to zauważyłam, że proporcje między informowaniem i promocją a działaniami dyskredytującymi są zachwiane. Przeważa funkcja dyskredytująca przeciwnika politycznego, np. dyskredytacja biograficzna, ideologiczna czy programowa. Czasami umniejsza się wartość sympatyków i wyborców danej partii, przypisując im wyłącznie negatywne cechy.
Mamy również do czynienia z farmami trolli czy fałszywymi kontami, służącymi do wzbudzania rozmaitych niepokojów i negatywnych emocji. Te zjawiska i praktyki są w polskiej polityce obecne. Natomiast obserwując ostatnią kampanię, muszę przyznać, że negatywne treści nie wpłynęły na kształtowanie postaw wyborczych. Odnotowałam jednak silną polaryzację wśród komentujących internautów. Co piąty–szósty komentarz wcale nie dotyczył aktywności polityka, tj. mówiącej o nim informacji, tylko inicjował i podsycał konflikt między stronami. Dostrzegam pewne niebezpieczeństwo związane z aktywnością informacyjno-promocyjną polityków czy partii politycznych właśnie w tym, że owa aktywność podgrzewa pragnienie bycia w konflikcie wirtualnym i ugruntowuje przekonania za lub przeciwko komuś. Kiedyś obserwowałam konto rzecznika Platformy Obywatelskiej, Pawła Grabca, czyli polityka, który nie wywołuje skrajnych emocji. Pod jego wpisami następuje bardzo szybka wymiana ciosów językowych. Niestety, obywatele uczestniczący w życiu wirtualnym oswajają się z ostrymi ocenami i tezami i mogą mieć skłonność do przenoszenia takiego myślenia na grunt realny. W tym widzę właśnie konfliktogenną rolę udziału w dyskusjach w świecie wirtualnym, pod wpisami polityków na Facebooku czy na Twitterze, i to w naszych warunkach jest większym zagrożeniem niż fake newsy.

KB: Teza o podziale między Polakami zyskała ciekawe rozwinięcie. Okazało się, że pomimo podziałów politycznych, ideologicznych i społecznych powszechne było przeświadczenie o wadze udziału w tej procedurze demokracji, jaką są wybory.

EM: Tak, partiom zależało na frekwencji. Każda z nich uważała, że większa frekwencja przełoży się właśnie na jej poparcie. Dodatkowo warto podkreślić, że nasze funkcjonowanie jest wielopłaszczyznowe. Na jednej płaszczyźnie, na przykład stosunku do LGBT czy mediów narodowych, możemy być podzieleni i wyraźnie się różnić. Natomiast jest wiele innych tematów, m.in. czyste powietrze, służba zdrowia, transport publiczny, wokoło których można budować wspólnotę. Jednak partiom zależy, aby w debacie publicznej uruchamiać głównie te płaszczyzny, które polaryzują, sprzyjają łatwemu określeniu własnych opinii i poglądów. Silnie spolaryzowane przekonania są bardziej czytelne, nie ma w nich miejsca na odcienie szarości, na wątpliwości. Chodzi o to, żeby widzieć tylko białe i czarne. Szarość to elektorat wahający się, nieprzewidywalny dla każdego ugrupowania. Jest on podatny na fluktuacje poglądów, a partiom politycznym zależy, by je utrwalać. Głoszenie, że jeden pogląd jest lepszy od drugiego, dominuje w dyskursie publicznym.
Każda partia zachęcała, by uczestniczyć w wyborach. Media społecznościowe obiegła akcja promująca aktywność wyborczą. Wiele osób reprezentujących kulturę, sport, a także po prostu wielu obywateli namawiało do pójścia na wybory. Jednak partie polityczne i ich dyskurs to tylko część naszego społecznego funkcjonowania. Jest jeszcze dyskurs kulturowy, ekologiczny, ekonomiczny; bywamy inwestorami, emerytami, beneficjentami takiej czy innej reformy społecznej. Próbuje się nas jednak przekonać, że dyskurs partyjny stanowi kwintesencję naszego życia społecznego. Według danych GUS z 2016 r. w Polsce do partii politycznych należało 251 tys. obywateli. Zaś 40 proc. spośród ponad 30 mln uprawnionych nie uczestniczy w wyborach i w ogóle nie wyraża swojego stosunku do tego, co się dzieje w państwie. Można domniemywać, że jednym z powodów jest niechęć do polityki partyjnej. A przecież inna polityka też jest możliwa – propaństwowa. To państwo może być w centrum polityki, zaś w Polsce w centrum jest partia, jej politycy i ich interesy.

KB: Czyli raczej nie należy się spodziewać w polskiej polityce przewrotu kopernikańskiego? W innych sferach życia obserwujemy, jak unowocześnianie może czynić nasze życie lepszym, łatwiejszym. Zaś w polityce czas jakby się zatrzymał.

EM: W zasadzie tak, chociaż zwracam uwagę na moją wcześniejszą wypowiedź, w której niektórym partiom przypisałam etykiety nowoczesności i progresywizmu – one wskazują, że pewien postęp w tej sferze jest możliwy. Mimo to uważam, że wiele się nie zmieni. Mamy XXI w., lecz partie nadal kierują się swoim partykularnym celem politycznym – zdobyć i utrzymać władzę. Powinno się jednak pamiętać, że nawet jeśli 8 mln ludzi głosuje na daną partię, to znaczy, że 22 mln jej nie popierają. Zaś obowiązkiem partii jest respektowanie nie tylko interesów swoich wyborców, ale wszystkich obywateli. Podobną myśl wyraził Jarosław Kaczyński w przemówieniu po ogłoszeniu wyników exit poll. Być może był to sygnał, że polityka będzie korygowana właśnie w kontekście interesów i potrzeb również tej części społeczeństwa, która na PiS nie głosuje. Polityka partyjna ukierunkowana na polityczny pragmatyzm to jest nasze nieszczęście, ale też swego rodzaju deficyt kultury politycznej, z którym funkcjonujemy. Może aktywność Lewicy i Konfederacji w Sejmie z jednej strony zradykalizuje dyskurs publiczny, ale z drugiej strony wymusi pojawienie się pewnych odpowiedzi wykraczających poza dotychczasowe narracje partyjne.

KB: Wybrzmią też postulaty grup dotychczas programowo przez polityczny mainstream pomijanych.

EM: Tak, bo nawet radykalny dyskurs będzie musiał się z jakąś reakcją spotkać. To oczywiście może być unieważnianie, umniejszanie wartości postulatów, ale niewykluczone też, że znajdą się politycy, którzy będą się z nimi musieli albo chcieli zmierzyć. Tym bardziej że w każdej z formacji obecnych w Sejmie są ciekawi, nowi młodzi ludzie. Oni nie są uwarunkowani wizją polityki, która musi być realizowana wyłącznie zgodnie z konwenansami lub posłusznie wobec przywódcy, co jest też charakterystyczne dla dominujących na naszej scenie politycznej partii z silnymi liderami. Owi młodzi ludzie będą uprawiali parlamentarną politykę po swojemu, co może dawać nadzieję na pewne zmiany. Po pierwszych kilku posiedzeniach Sejmu zorientujemy się, czy będzie to parlament prezentujący odważne pomysły, czy też nowi posłowie okażą się być konformistami, a ich obecność sprowadzi się jedynie do wystąpień burzliwych w formie, ale banalnych w treści. Dużo oczywiście zależy od osoby marszałka. Spoglądam na nowy Sejm z nadzieją, ale też z obawą, głównie z powodu obecności w nim piewców kontrowersyjnych idei. Czas pokaże, czy ich wypowiedzi znajdą jakiś poważny oddźwięk, czy wywołają jedynie salwy śmiechu.



Ewa Maria Marciniak

politolożka, doktor habilitowany nauk społecznych, wykładowczyni na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Wykłada w Katedrze Socjologii Polityki i Marketingu Politycznego. W latach 2016–2019 była dyrektorką Instytutu Nauk Politycznych UW. W latach 2005–2015 pełniła funkcję zastępczyni dyrektora INP. Zajmuje się psychologicznymi aspektami komunikacji społecznej i zachowaniami politycznymi (uwarunkowania aktywności politycznej i społecznej, kształtowanie wizerunku i autoprezentacje, style komunikowania się, strategie marketingowe i PR). Autorka publikacji naukowych na temat komunikacji politycznej, personalizacji polityki i zachowań wyborczych. Ekspertka Polskiej Komisji Akredytacyjnej w dyscyplinie nauki o polityce i administracji, członkini Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej.

 

Czytaj także