Programowo jestem optymistką

Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

O Polsce i Polakach z Urszulą Dudziak rozmawiają Krzysztof Przybył i Adam Mikołajczyk.

 

Adam Mikołajczyk: Jak wygląda Polska z oddali, z perspektywy Nowego Jorku czy Sztokholmu, gdzie pani długo mieszkała i często przebywa?

Urszula Dudziak: Z perspektywy moich doświadczeń mogę powiedzieć, że świat podziwiał nas szczególnie w okresie Solidarności. Tym bardziej nie można pojąć, dlaczego Wałęsa, który jest ikoną polskich przemian lat 80. i 90., tak bardzo został „poharatany” przez niektórych rodaków. Za granicą taka postawa jest kompletnie niezrozumiała. Ludzie doceniają i szanują Wałęsę, jest dla nich symbolem pokojowych przemian w Polsce. Jesteśmy tuż po premierze filmu Andrzeja Wajdy, na który – przyznam się – czekałam z pewnym niepokojem, czy wydarzenia historyczne, w których wszyscy braliśmy udział, zostały oddane zgodnie z naszą pamięcią o nich. Cieszę się, że mistrz Wajda stworzył to dzieło w hołdzie Wałęsie.

AM: Jak świat postrzega Polaków?

UD: My, Polacy, do wszystkiego podchodzimy zbyt emocjonalnie, nie potrafimy znaleźć równowagi pomiędzy osądem a odczuciem, wyładowujemy swoją złość, swoje kompleksy, swoją niedojrzałość na czym tylko się da. A trzeba myśleć w sposób konstruktywny, trzeba szanować wizerunek swojego kraju, swoje tradycje, wreszcie samych siebie. Jako Polacy mamy niesamowity potencjał, mamy fenomenalnie zdolnych ludzi, naukowców, wynalazców, artystów. Mamy wybitne jednostki praktycznie w każdej dziedzinie. Nasze państwo powinno umieć je zatrzymać w kraju, stwarzając odpowiednie warunki do dalszego rozwoju, jak to się robi choćby w Szwecji, którą dobrze znam.

Krzysztof Przybył: Czy nie uważa pani, że przede wszystkim musimy dostrzec własną wartość i wypracować poczucie dumy z kraju i siebie? Dopiero się tego uczymy i będziemy na to jeszcze potrzebowali czasu. Myślę tu o pokoleniu 40-, 50-latków, bo młodzi są już zupełnie inni – odważnie i bez kompleksów traktują świat na równi ze swoim najbliższym otoczeniem.

UD: Granice się przybliżyły, a wręcz zatarły, i obecnie młodzi nie widzą przeszkód, aby iść tam, gdzie będą się mogli spełniać. Są mobilni, a ich priorytetem jest samorealizacja.

Natomiast martwi mnie inna nasza narodowa cecha – każdy z nas uważa, że ma rację. Każda następna ekipa rządowa czy samorządowa zaczyna swoją kadencję od krytyki poprzedników, wszystko się burzy i zaczyna od nowa. Brak u nas nawyku kontynuacji, przez co tracimy wiele czasu, energii i pieniędzy. Denerwują mnie też sprawy drobne, ale ważne, bo dotyczące nas wszystkich i naszego dnia codziennego. Myślę tu choćby o źle ustawionych światłach na skrzyżowaniach ulic. Pieszy nie ma szans przejść przez jezdnię na jednej zmianie świateł! Jestem wysportowana, gram w tenisa (trzecie miejsce w Polsce wśród artystów), ale ledwo zdążam przejść po pasach, a co dopiero mówić o ludziach starszych, małych dzieciach…

Ale od początku naszej rozmowy zaczęliśmy narzekać, co – nawiasem mówiąc – jest dla nas, Polaków, typowe.

AM: À propos narzekania, to niedawno Instytut Adama Mickiewicza, odpowiedzialny za promocję kultury polskiej za granicą, chciał wykorzystać marketingowo tę naszą przywarę i zlecił kampanię promocyjną Polski pod nazwą „Poland. Come & complain”.

UD: Ja programowo jestem optymistką, więc proszę o inny zestaw pytań!

AM: Zatem zapytam o nasze mocne strony. Wydaje się, że jesteśmy pracowici i kreatywni.

UD: Powołam się na zdanie mojej córki Kasi, urodzonej, wychowanej i pracującej w Nowym Jorku. Od kilku lat zaczęła regularnie przyjeżdżać do Polski. Zauważyła, że polscy studenci, szczególnie szkół artystycznych: filmowcy, literaci, plastycy, są bardzo twórczy, otwarci, oryginalni, z wielkim poczuciem humoru. Przeciwnie niż Amerykanie, którzy od małego są zaprogramowani na karierę i pieniądze. I Kasia mówi do mnie: „Mamo, chcę zamieszkać w Polsce!”.

AM: A co przyczyniło się do pani powrotu do Polski?

UD: Choć jestem wolnym ptakiem, teraz osiadłam w Polsce, bo czuję, że mogę tutaj dużo z siebie dać. Uważam, że Polsce należy się narodowa terapia w celu poprawy samopoczucia. Zawsze, kiedy mam tylko okazję, staram się mówić o tym, że najważniejszy jest odpowiedni stan umysłu. Z jednej strony organizm ludzki jest jak najlepszy komputer, a z drugiej strony – jak ograniczony tuman, któremu można wszystko wmówić. Jeżeli będziemy powtarzać sobie, czyli swojemu organizmowi, że nic nie umiemy, nie nadajemy się do niczego, to nasz organizm w końcu w to uwierzy i zmniejszą się jego możliwości. Kiedy będziemy chcieli zrobić coś konkretnego, nasz organizm zaprotestuje, jakby chciał powiedzieć: nawet się do tego nie zabiorę, bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Najważniejszy w życiu jest odpowiedni stan umysłu, a do tego ruch, miłość i poszanowanie drugiego człowieka. W tym roku kończę 70 lat, ale nie myślę o tym z obawą, że „już czas się pakować”, przeciwnie – jestem pełna nowych pomysłów, cały czas w mocy twórczej. Od czasów nowojorskich wyznaję motto: What you pay attention to – it grows (tłum.: to, czemu poświęcisz uwagę, urośnie). Taka prosta maksyma, a jaka prawdziwa i skuteczna.

AM: Specjaliści od marketingu narodowego głowią się, jaki przekaz o Polsce wysłać, by zaciekawić świat. Wydaje mi się, że uchwyciła pani istotę sprawy – to ferment twórczy, stały stan pobudzenia może być tym magnesem przyciągającym ludzi do Polski. Tutaj mogą nasiąkać twórczym napięciem i uczestniczyć w fermencie kulturalnym i biznesowym.

UD: Polacy coraz chętniej wracają do kraju po latach emigracji i tutaj zaczynają żyć na nowo. Potencjał ludzki, intelektualny i emocjonalny tego miejsca przyciąga jak magnes.

Podam  przykład  mojej  koleżanki,  która  właśnie  po 55 latach nieobecności zobaczyła Warszawę i Kraków. Wielu znajomych od lat namawiało ją do przyjazdu, ale nie dowierzała w opowieści o wspaniałej Polsce, ociągała się, aż w końcu przyjechała i… oszalała z wrażenia. Pamiętała kraj lat 60. i nie mogła uwierzyć, że Polska jest dzisiaj tak piękna. Emigranci, wracając do kraju, czują się wreszcie na miejscu. Tak jak matka, która zawsze syna marnotrawnego przytuli, tak ojczyzna czeka na każdego cierpliwie i każdego przygarnie.

Ja tak poczułam się w 1985 r., kiedy przyjechałam po raz pierwszy po 13 latach nieobecności i w Sali Kongresowej podczas Jazz Jamboree zaśpiewałam a cappella w duecie z Bobbym McFerrinem. Do dzisiaj jestem wdzięczna warszawskiej publiczności za gorące przyjęcie. Byłam w trudnym momencie życia – pozostawiona przez męża wokalistka jazzowa, z dwojgiem dzieci, na Manhattanie, bez środków do życia. Przyjechałam do Warszawy z duszą na ramieniu, a tu cała sala skanduje: Ula jesteś super! Ula nie daj się! Ten moment zadecydował, że nie załamałam się i z podniesioną głową stawiłam czoła życiu. Rozstanie z Michałem Urbaniakiem nie okazało się końcem, ale początkiem nowego etapu. Ten warszawski koncert pozwolił mi się wybić na następny poziom kariery.

KP: Pani córki, Kasia i Mika, poszły w ślady rodziców. Czy w państwa przypadku zadziałała sztafeta pokoleń i córki musiały zostać muzykami?

UD: Od najmłodszych lat córki były otoczone muzyką i w niej wzrastały. Siłą rzeczy więc pierwsze kroki stawiały w muzyce. Starsza córka, Kasia, już w wieku czterech lat chciała zostać skrzypkiem i dzielnie ćwiczyła w szkole muzycznej do czasu, kiedy poszła na koncert taty, Michała Urbaniaka, zobaczyła, jakim  jest  wirtuozem  skrzypiec, i stwierdziła, że jest bez szans wobec wielkiego talentu ojca. Zapał do skrzypiec jej minął, ale pojawiło się zauroczenie fortepianem. Obie córki zaczęły grać na fortepianie, ale tylko Mika się w tym rozsmakowała. Natomiast Kasia  znowu  zmieniła zainteresowanie – choć jest szalenie muzykalna i w tym kierunku utalentowana, ostatecznie została fotografikiem. Mika natomiast zawsze śpiewała i tańczyła: w domu dla przyjemności – w stylu Michaela Jacksona, a w szkole – z obowiązku, do muzyki Griega. Często dziennikarze pytają, czy ja i Mika rywalizujemy ze sobą. Denerwują mnie takie pytania, bo jesteśmy zupełnie różne i mamy swoje odrębne specjalności. Ja swoje „kociokwiki”, jak mówi Kasia, czyli charakterystyczny sposób śpiewania. Mika też jest jedyna i niepowtarzalna w tym, co robi.

AM: Czy Polacy są muzykalnym narodem?

UD: Niestety nie. Czasem pojawiają się u nas wyjątki, które można obejrzeć choćby w programach telewizyjnych, np. „Bitwa na głosy” czy „Voice of Poland”. Na co dzień jednak obserwujemy zaniedbanie w wychowaniu muzycznym młodzieży i w kulturze muzycznej nas wszystkich. Jestem często w Szwecji, bo mam tam rodzinę, dlatego podam przykład tego kraju. Szwecja jest rozśpiewana, niemal w każdej wiosce działają chóry i zespoły muzyczne, całe rodziny biorą udział w konkursach śpiewaczych. Natomiast polskie rodziny siedzą przed telewizorem albo komputerem. Polska szkoła nie wychowuje muzycznie. Dzieci unikają lekcji WF-u i muzyki, bo są to nudne zajęcia. Biję na alarm, bo stan rzeczy jest katastrofalny, a skutek jest taki, że my, Polacy, nie potrafimy zaśpiewać czysto ani hymnu, ani kolęd.

KP: Czy jazz, zdominowany przez mężczyzn, daje przestrzeń do rozwoju kobiet?

UD: Polska ma szczęście do dobrych wokalistek jazzowych, a myślę tu o Grażynie Auguścik, z którą wiele lat wspólnie nagrywałam płyty i koncertowałam. Myślę także o Adze Zaryan, Ani Serafińskiej czy Dorocie Miśkiewicz. Nie możemy też zapomnieć o Basi Trzetrzelewskiej, która zrobiła wielką karierę międzynarodową, a był to okres przełomu lat 80. i 90., kiedy w Stanach Zjednoczonych stacje radiowe grały jej piosenki dosłownie na okrągło. Jestem zakorzeniona w jazzie, ale przeżyłam też swój flirt z muzyką pop za sprawą utworu „Papaya”. Jest to jazzowy kawałek, który można zatańczyć, dlatego został zauważony przez artystów popowych. Na ogół uważa się, że jazz jest tak zdominowany przez mężczyzn, że kobiecie trudno jest zrobić karierę. Ja miałam to szczęście, że trafiłam pod skrzydła wielkich jazzowych muzyków – Krzysztofa Komedy i Michała Urbaniaka, u boku którego mogłam się rozwijać przez 20 lat.

AM: Czyli u Uli Dudziak teraz wszystko gra?

UD: Jak najbardziej. Wszystko gra, zgodnie z tytułem mojej ostatniej płyty. Jak mówiłam, niedługo skończę 70 lat i je-stem spełnioną kobietą. Odpukując w niemalowane, cieszę się dobrym zdrowiem, mam doświadczenie życiowe, wiem, na co mnie stać, jak odważnie mogę marzyć. Teraz działam z pozycji kobiety dojrzałej, znającej swoją wartość i sięgającej, gdzie wzrok nie sięga. Jako zodiakalna Waga żyję, obserwując naturę i w zgodzie z nią.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czytaj także