Polska ma szansę utrzymać stabilność gospodarczą, a nawet wyznaczać pozytywne trendy na tle Unii Europejskiej

  • Prof. Paweł Wojciechowski. Fot. Muuul2
    Prof. Paweł Wojciechowski. Fot. Muuul2
  • Dawny paradygmat, hayekowski, skoncentrowany na konkurencji jako głównym czynniku wzrostu efektywności, dziś ulega przeformułowaniu. Stajemy wobec konieczności budowy konkurencyjności bloków państw, takich jak Unia Europejska.
  • Podnoszenie ceł przez prezydenta Trumpa uderza w dotychczasowe reguły handlu światowego, ale też rykoszetem może sprowokować inne zmiany, np. te dotyczące funkcjonowania systemu walutowego. Wojna handlowa może się również stać wojną walutową.
  • Protekcjonizm celny może przynieść poważne skutki uboczne. Przed wielkim kryzysem lat trzydziestych takie działania doprowadziły do załamania handlu międzynarodowego.
  • Zwiększa się stopień integracji naszego bloku gospodarczego, wskutek kolejnych programów interwencji fiskalnej dochodzi do coraz większego uwspólnotowienie europejskiego długu.
  • Globalizacja w jej dawnej formie ustępuje miejsca regionalnym powiązaniom gospodarczym, a także takim, które wynikają ze wspólnoty wyznawanych wartości.
  • Mamy 19 rodzajów czołgów, a w Polsce 5 rodzajów – pod tym względem jesteśmy rekordzistami na świecie. Z tą różnorodnością wiążą się problemy interoperacyjności.
  • Polskie firmy technologiczne bez ekosystemu innowacyjnego nie będą konkurować globalnie.
  • Wzrost gospodarczy w 2025 roku wyniesie około 3,4-3,5% PKB. Deficyt wyniesie około 290 miliardów złotych, czyli 5,5% PKB.
  • Koszty energii w Europie są dziś wyższe niż w Chinach czy Stanach Zjednoczonych, co osłabia naszą konkurencyjność.
  • Koncepcja «Tarczy Wschód» obejmuje inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, szczególnie w Polsce Wschodniej, kluczowej z perspektywy korytarza NATO.

Z prof. Pawłem Wojciechowskim rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Panie Profesorze, w korespondencji przed wywiadem wspominał Pan o kluczowych globalnych trendach. Czy faktycznie ich oddziaływanie na gospodarkę jest obecnie wyjątkowe?

Paweł Wojciechowski: Zdecydowanie tak. Mega trendy takie jak zmiany klimatyczne czy wzrost populizmu mają wpływ na geopolitykę, a geopolityka na myślenie ekonomiczne, które przekłada się na konkretne polityki społeczno-gospodarcze – zarówno te wewnętrzne, krajowe, jak i międzynarodowe. Spójrzmy choćby na  podnoszenie ceł przez nową administrację prezydenta Trumpa.  Ono wprost uderza w dotychczasowe reguły handlu światowego, ale też rykoszetem może sprowokować inne zmiany, np. te dotyczące funkcjonowania systemu walutowego. Wtedy wojna handlowa stanie się również wojną walutową. To wszystko są naczynia połączone, a ostatnie lata przynoszą znaczące zmiany w paradygmatach rozwojowych zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej.

KB: Jakie zmiany ma pan na myśli?

PW: Zacznijmy od Unii Europejskiej. Po publikacji w zeszłym roku kluczowych raportów zleconych przez Komisję Europejską – Letty, Ninisto a zwłaszcza Draghiego - nastąpiła rewizja dotychczasowego modelu rozwoju. Dawny paradygmat, hayekowski, skoncentrowany na  konkurencji jako głównym czynniku wzrostu efektywności, a więc światowego dobrobytu, dziś ulega przeformułowaniu. Stajemy wobec konieczności budowy konkurencyjności bloków państw, takich jak Unia Europejska. Chcemy więc jednocześnie wzmacniać konkurencję na rynków wewnętrznym jednolitego rynku, ale również – w obliczu przejawów nieuczciwej konkurencji innych państw w coraz bardziej zglobalizowanej gospodarce – stosować narzędzia zagranicznej polityki gospodarczej by wzmocnić konkurencyjność własnego bloku gospodarczego. Można nazwać takie działania wyrównywaniem pola gry w zmiennej geometrii współzależności gospodarczych. Ale też można nazwać je protekcjonizmem, by nie tylko promować eksport np. poprzez wzrost nakładów na badania i rozwój, jak dotychczas, ale również dążyć do substytucji importu poprzez wzrost regulacji chroniących krajowych konsumentów, takich jak wymogi fitosanitarne czy reguły dotyczące śladu węglowego. Ograniczeniem od którego stopniowo odchodzimy jest stopień integracji bloku gospodarczego, wskutek kolejnych programów interwencji fiskalnej dochodzi do coraz większego uwspólnotowienie europejskiego długu. I udział wydatków UE w PKB stopniowo rośnie z 1% PKB do 1,4% PKB, choć do 20% poziomu wydatków federalnych w amerykańskim PKB jeszcze bardzo daleko. I po trzecie, stopniowo dochodzi do rozluźnienia reguł fiskalnych, zarówno na poziomie krajowym, czego przykładem była niedawna zmiana konstytucji Niemiec, również wprowadzanie klauzul wyjścia dla stosowania rygorystycznych ram fiskalnych Unii Gospodarczej i Walutowej, najpierw w okresie pandemii, a obecnie wobec wydatków na inwestycje obronne jako część europejskiego pakietu zbrojeniowego ReArm.

KB: Co to oznacza w praktyce dla Unii Europejskiej?

PW: Z jednej strony konieczność zwiększenia tzw. zasobów własnych unii, czyli europejskich podatków. A z drugiej wskutek uwspólnotowienie podatków oznacza konieczność uwspólnotowienie wydatków, a więc wzrostu centralizacji ich wydatkowania z poziomu Brukseli, wzmocnienie zasad warunkowości ich wydawania oraz analiza skutków z punktu widzenia europejskiej wartości dodanej, która realizuje uznane przez państwa członkowskie wiodące polityki unijne takie jak dekarbonizacja czy cyfryzacja.

KB: Jak na tym tle wypada porównanie z USA?

PW: Tu również wyraźnie widać odejście od starego paradygmatu, który ogólnie określamy konsensem Waszyngtońskim, na rzecz interwencjonizmu. Z tym, że mamy do czynienia z dwoma rodzajami interwencjonizmu. Prezydent Biden postawił na interwencjonizm gospodarczy poprzez promocję eksportu – protekcjonizm w duchu keynesowskim – wspierając amerykański przemysł poprzez ulgi podatkowe i subsydia, czego przykładem był Inflation Reduction Act. Natomiast prezydent Trump kieruje się ideą izolacjonizmu, stawiając na cła jako narzędzie ochrony rodzimego rynku, ale też źródło dochodów a nawet jako instrument negocjacji w polityce zagranicznej. Jego politykę interwencjonistyczną określam w trzech literach ITP. Izolacjonizm, czyli ważne jest tylko to co jest przynosi dobrobyt Amerykanom, a  nie całemu światu. Transakcjonizm, to przemożne doszukiwanie się interesu, jakiegoś dealu do zrobienia. Protekcjonizm, to przede wszystkim ochrona własnego przemysłu, poprzez radykalny wzrost ceł.  

KB: Jakie są konsekwencje tego podejścia?

PW: Z perspektywy historycznej wiemy, że protekcjonizm celny może przynieść poważne skutki uboczne. Przed wielkim kryzysem lat trzydziestych takie działania doprowadziły do załamania handlu międzynarodowego, co z kolei pogłębiło globalną recesję. Obecnie powrót do tej strategii może być ryzykowny – szczególnie gdy cła stają się też bronią w negocjacjach ze wszystkimi i na każdy temat, np. na temat ochrony granic przez migrantami czy wysokości opłat za korzystania ze szlaku wodnego. Parafrazując Maslowa, który mówił że dla kogoś kto trzyma młotem w ręku, wszystko kojarzy się z gwoździem – tak dla Trumpa – wszystko kojarzy się z cłem, tym najpiękniejszym słowem w słowniku, Pamiętajmy jednak, że odpowiedzią dla takiej polityki, będą cła odwetowe. To nie jest gra o sumie zerowej. Wzrost protekcjonizmu na świecie, oznacza nie tylko wzrost kosztów wymiany handlowej, ale też destabilizuje relacje gospodarcze, zmienia łańcuchy dostaw, napędza inflacje, nacjonalizmy które w przeszłości nawet doprowadzały do wojen. Świat działający w oparciu o wspólne, nawet niedoskonałe reguły, jest lepszym światem niż świat bez żadnych reguł, wyłącznie skupiony na eskalacji pretensji i odwecie.

KB: Czy te zmiany mogą wpłynąć na globalny system walutowy?

PW: Bez wątpienia. Dominacja dolara jako waluty rezerwowej może kiedyś zostać zakwestionowana.  Wzrost protekcjonizmu, zamykanie się w większych blokach regionalnych może docelowo przyspieszyć dedolaryzację, czyli odejście od dolara na rzecz innych walut rezerwowych. Świat gospodarki i polityki jest dziś bardziej sprzężony niż kiedykolwiek, a zmiany w jednej sferze natychmiast rezonują w pozostałych.

KB: Czyli stoimy przed redefinicją globalnych reguł gry?

PW. Kluczowe pytanie brzmi: czy uda nam się znaleźć równowagę między ochroną interesów narodowych a koniecznością utrzymania współpracy międzynarodowej? Wolny handel sprzyja globalnemu dobrobytowi, ale jego fundamenty muszą być stale renegocjowane, aby sprostać wyzwaniom współczesności.

KB: A czy wspomniane wydarzenia i wyłanianie się nowego porządku przynoszą równocześnie zapowiedź deglobalizacji?

PW: To, co widzimy, to nie tyle deglobalizacja w pełnym tego słowa znaczeniu, ile raczej zmiana jej charakteru. Już przed pandemią pojawiały się głosy o konieczności modyfikacji globalnych łańcuchów dostaw. Kiedyś żyliśmy w świecie unipolarnym, z dominującą rolą Stanów Zjednoczonych. Teraz funkcjonujemy w systemie multipolarnym, gdzie obok USA liczą się Chiny, Unia Europejska, a w mniejszym stopniu Indie czy Rosja.

Pandemia pokazała nam, jak bardzo kruche są globalne łańcuchy dostaw. Zerwanie ich spowodowało poważne trudności podażowe, co w konsekwencji doprowadziło do inflacji, zwłaszcza w krajach Zachodu. W odpowiedzi pojawiły się dwie nowe koncepcje: nearshoring i friendshoring. Nearshoring zakłada skrócenie łańcuchów dostaw poprzez przenoszenie produkcji bliżej docelowych rynków – na przykład w ramach Unii Europejskiej czy strefy Ameryki Północnej. Friendshoring z kolei koncentruje się na lokowaniu produkcji w krajach o podobnych wartościach, takich jak demokracja, rządy prawa czy transparentność. Ale też frienshoring występuję wśród państw autorytarnych, czego wyrazem był wzrost współpracy między Moskwą a Pekinem, po nałożeniu kolejnych sankcji Zachodu, po haniebnej agresji Rosji na Ukrainę.  

To podejście zmieniło przepływy kapitałowe. Z danych wynika, że inwestycje między krajami w ramach jednego bloku – np. między państwami Zachodu – utrzymały się na stabilnym poziomie, podczas gdy przepływy między blokami, znacząco spadły. To wyraźny sygnał, że globalizacja w jej dawnej formie ustępuje miejsca regionalnym powiązaniom gospodarczym, a także takim, które wynikają ze wspólnoty wyznawanych wartości.

KB: Jakie szanse w tym procesie ma Polska?

PW: Polska ma potencjał, by na tej zmianie skorzystać. Jesteśmy częścią bloku państw demokratycznych, mamy stosunkowo niskie koszty pracy, dobrze rozwiniętą infrastrukturę i położenie w sercu Europy. Chociaż Unia Europejska traci na znaczeniu wobec Stanów Zjednoczonych czy Chin, Polska nadal może być atrakcyjnym miejscem dla inwestorów, zwłaszcza w ramach friendshoringu.

Warto pamiętać, że przez lata nasz kraj przyciągał kapitał zagraniczny – nie tylko z Europy, ale także z Azji, jak w przypadku inwestycji koreańskich czy japońskich. W latach 2007-2008, kiedy miałem zaszczyt kierować Polską Agencją Inwestycji Zagranicznych, Polska zanotowała rekordowy wzrost inwestycji zagranicznych. Naturalnie był to efekt związany z przystąpieniem Polski do UE, oraz wysokiej relatywnej efektywności kosztowej polskich pracowników. Niestety w ostatnich latach poziom inwestycji zagranicznych w procencie PKB spada, a ponadto w ogóle stopa inwestycji utrzymuje się na niskim poziomie, nie przekraczającym 18 proc. PKB.

KB: Czy obecne władze wspierają inwestycje zagraniczne?

PW: Pomimo pewnych różnic w retoryce kolejnych rządów, Polska zawsze była otwarta na kapitał zagraniczny. Nawet w czasach, gdy wprowadzano dodatkowe podatki sektorowe, jak podatek bankowy czy od hipermarketów, władze aktywnie wspierały duże inwestycje, czego przykładem była propozycja Intela dotycząca budowy fabryki w Polsce pod koniec rządów Morawieckiego.

Zdaje mi się, że w latach 90 tych premier Jan Krzysztof Bielecki, mówił że Polska buduje kapitalizm bez kapitału. Dlatego na początku transformacji, Polska musiała być biorcą kapitału zagranicznego. Ale do dziś go potrzebujemy, ale z coraz większą domieszką transferu technologii i zacieśniania więzi kooperacyjnych z liderami innowacji. Bez tego trudno będzie nam zmniejszać lukę produktywności do Zachodu, konkurować na globalnym rynku, wreszcie utrzymać dynamiczne tempo wzrostu gospodarczego.

KB: Jakie kroki powinniśmy podjąć, by wykorzystać te szanse?

PW: Musimy skoncentrować się na poprawie klimatu inwestycyjnego, zwiększeniu nakładów oraz efektym wykorzystaniu środków na badania i rozwój oraz na przyciąganiu inwestycji w zaawansowane technologie. W dobie regionalizacji Polska może odegrać ważną rolę jako partner dla Stanów Zjednoczonych i innych krajów zachodnich. To wymaga jednak spójnej strategii i konsekwencji w działaniu.

KB: Panie profesorze, zanim wrócimy do Polski, chciałbym zapytać o Unię Europejską. Raport Dragiego, opublikowany kilka miesięcy temu, zwrócił uwagę na kluczowe wyzwania gospodarcze. Tymczasem teraz Komisja Europejska nieomal sugeruje przechodzenie na tzw. gospodarkę wojenną. Mamy nową strategię, czy należy te dwa kierunki uspójnić?

PW: To nie jest nowa strategia, ale raczej kolejny etap tego samego procesu. Raport Dragiego był przygotowany jeszcze przed zmianą administracji w Stanach Zjednoczonych, ale już wtedy dostrzegano konieczność przebudzenia Europy w kontekście obronności. Powód? Potencjalne zmniejszenie zaangażowania USA w gwarancje bezpieczeństwa naszego regionu.

Draghi w swoim raporcie ostrzegał, że jeśli Europa nie zmieni podejścia, grozi jej stagnacja – „powolna agonia”, jak to ujął. Zasugerował kluczowe obszary inwestycji: zwiększenie produktywności gospodarki, transformację energetyczną i zwiększenie suwerenności gospodarczej, rozumianej jako większe uzależnienie się od dostaw surowców.  To ostatnie wiąże się z uniezależnieniem się od paliw kopalnych, zwłaszcza tych z Rosji, ale szerzej – od wszelkiego importu surowców energetycznych. Ale także potrzebę większej dywersyfikacji minerałów ziem rzadkich.

KB: Jak wygląda realizacja tych zaleceń w praktyce?

PW: Część celów udało się osiągnąć, jak choćby zmniejszenie zależności od rosyjskich węglowodorów. Kiedyś około 40% gazu ziemnego pochodziło z Rosji, dzisiaj to miejsce zajał import skroplonego gazu LNG z USA. Jest lepiej ale nadal, jesteśmy uzależnieni, a – koszty energii w Europie są dziś wyższe niż w Chinach czy Stanach Zjednoczonych, co osłabia naszą konkurencyjność. Jeśli chcemy obniżyć ceny energii, to musimy jednocześnie dywersyfikować kierunki dostaw, zmniejszać poziom zależności energetycznej od głównych dostawców, ale przede wszystkim przyspieszyć,  a nie opóźniać,  transformację energetyczną.

Europa staje przed wyzwaniem zwiększenia zdolności produkcyjnych w sektorze zbrojeniowym. Większość sprzętu wojskowego pochodzi z USA, choć pojawiają się też inne współprace, między innymi Polski z Koreą Południową. W obliczu planowanych wzrostów wydatków na obronność, sięgających nawet 3% PKB w UE, rodzi się pytanie: czy europejski i polski przemysł zbrojeniowy gotowy jest zaabsorbować wzrost wydatków o 1% PKB w okresie czterech-pięciu lat, do 2030.

Wdrożenie zbrojeń to są programy na lata. Koszty nie kończą się na zakupie sprzętu; kluczowe są jego utrzymanie, dostawy amunicji, szkolenia personelu. W Polsce i Europie brakuje odpowiedniej kultury innowacyjności, abyśmy mogli rozwijać własną produkcję nowoczesnych rodzajów uzbrojenia, zwłaszcza w obszarze obrony przeciw lotniczej. Ale już dużo lepiej wyglądamy w produkcji dronów. Poza tym bolączką Europy, jest rozdrobniony przemysł. Mamy 19 rodzajów czołgów, a w Polsce 5 rodzajów – pod tym względem jesteśmy rekordzistami na świecie. Z tą różnorodności wynikają problemy związane z interoperacyjności. To wszystko oznacza, że dużo więcej wysiłku trzeba poświęcić ujednoliceniu, rozwiązaniom technicznym, oraz wsadowi technologicznemu.

I tu wracamy, do wydatkowania nie tylko środków w ramach programów obronnych, ale też w ogóle do wydatkowania środków publicznych na badania i rozwój. W ostatnich dziesięciu latach w Polsce, mimo wzrostu nakładów na B+R w procencie PKB, produktywność rośnie wolniej niż wydatki. To pokazuje, że nie wystarczy inwestować – trzeba robić to mądrze. Europa wciąż wspiera bardziej firmy tradycyjne niż te technologiczne, które mogłyby stać się liderami innowacji. Wspiera bardziej przemysł auto-moto z XX wieku, a nie technologie przekrojowe XXI wieku z użyciem sztucznej inteligencji.

KB: Jak można to zmienić?

PW: Kluczowa jest koordynacja polityki innowacyjnej, i na poziomie europejskim i na poziomie krajowym. Wymaga to zaangażowania wielu sektorów – od edukacji po przemysł. Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że państwo może skutecznie wspierać innowacje, ale musi to robić w ramach długoterminowej strategii, uwzględniającej wysokie ryzyko inwestycji w technologie. Ekonomiczne myślenie nastawione na efektywność spółek, krótkoterminowe myślenie można przełamać tylko tworząc cały ekosystem wspierający kreatywność, skłonność do podejmowania ryzyka, od pomysłu do komercjalizacji. W Polsce brakuje nie tylko funduszy, ale właśnie dobrze skonstruowanego ekosystemu innowacyjnego – który wspiera rozwój start-upów od inkubacji w kolejnych etapach dojrzewania do skali, która zapewnia możliwość konkurowania na globalnym rynku. kalę. To długa droga, ale bez tego polskie firmy nie będą w stanie konkurować na globalnym rynku.

KB: Czy do tej tezy odnosi się też przykład pewnych polskich firm, które zajmują się najnowocześniejszymi wdrożeniami opartymi o AI, ale są dość niewielkie, zatrudniają 200 osób i z różnych względów trudno im przeskoczyć kolejne etapy rozwoju. Działając w innych warunkach mogłyby już być globalnymi liderami.

PW: To prawda, jednak z zastrzeżeniem, abyśmy nie ulegali uproszczonym wyobrażeniom o rozwoju gospodarczym. Słyszymy hasła, że nasz kraj powinien wspierać przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP), co wydaje się słuszne. Jednak kluczowy jest ekosystem innowacji rozumiany szerzej — taki, jak w Korei, Estonii czy Izraelu — same MŚP nie wystarczą. Rozdrobnienie naszej gospodarki i wysoka liczba mikroprzedsiębiorstw nie oznaczają automatycznie, że staniemy się innowacyjnym krajem. Wręcz przeciwnie, patrząc na poziom innowacyjności, jesteśmy w europejskim ogonie. Z danych OECD wynika, że istnieje negatywna korelacja miedzy udziałem MŚP w wytworzeniu dochodu narodowego a innowacyjnością gospodarki. A przecież Polska zajmuje jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem liczby mikroprzedsiębiorstw. Razem z Grecją jesteśmy na dwóch ostatnich miejscach pod względem stopy inwestycji prywatnych. Nakłady na środki trwałe wynoszą jedynie 9% polskiego PKB, czyli około 2/3 unijnej średniej. Naturalnie mówię wyłącznie o korelacjach miedzy tymi danymi, a nie związkami przyczynowo skutkowymi, ale na pierwszy rzut oka widać z nich że jesteśmy raczej krajem przedsiębiorców, ale nie przedsiębiorczości.

Można powiedzieć, że w tej kwestii jesteśmy bliźniaczo podobni do Grecji. Nasza gospodarka jest rozdrobniona, ale to duże przedsiębiorstwa, często oparte na kapitale zagranicznym, są liderami innowacyjności i eksportu.

KB: Dużo podobieństw do Grecji. Łączy nas też z nimi średnia wysokość emerytur.

PW: Tak, ale zostawmy to na inną rozmowę. Bo główne podobieństwo raczej sprowadza się do propagowania rozwiązań pod wpływem określonych grup społecznych czy zawodowych, co komplikuje reformy systemowe. Nie chodzi więc o wysokość świadczeń, tylko o nadmierne komplikacje. Zresztą tu warto wspomnieć, że wraz z Grecją i Włochami, jesteśmy niechlubnymi bohaterami wśród państw o najbardziej złożonym systemem podatkowym. Skomplikowanie generuje dodatkowe koszty administracyjne rozliczeń podatkowych, a także ryzyko sporów podatkowych a więc ogranicza skłonność przedsiębiorstw do inwestowania. Dlatego zapowiedź premiera o konieczności deregulacji, poprawy klimatu inwestycyjnego brzmi obiecująco.

KB: Co konkretnie należy zrobić, aby poprawić sytuację?

PW: Po pierwsze należy poprzez deregulacje, uproszczenie przepisów prawa, zwłaszcza podatkowego. Poprawa klimatu inwestycyjnego przyczynia się do zwiększanie skłonność przedsiębiorstw do inwestowania, a dodatkowo wsparta instrumentami ze środków publicznych ogranicza ryzyko długoterminowych projektów. Po drugie musimy jeszcze efektywniej wykorzystywać fundusze unijne. Odblokowanie KPO (Krajowego Planu Odbudowy) jest okazało się kluczowe w polityce obecnego rządu, ale już na horyzoncie pojawiają się kolejne pieniądze europejskie na obronność. Ważne by poprawić ich alokację zważywszy na straty wynikające z jego braku w ostatnich latach. Inwestycje publiczne nie mogą być jedynym motorem napędowym gospodarki. Potrzebujemy długoterminowej strategii, która pozwoli na zrównoważony rozwój dobrej jakości infrastruktury i wsparcie innowacyjnych technologii.

KB: Jakie są pana prognozy gospodarcze dla Polski na 2025 rok?

PW. Oczywiście wciąż istnieje wiele niewiadomych, szczególnie w kontekście obecnych turbulencji geopolitycznych. Jeśli jednak chodzi o wpływ wojen handlowych na naszą gospodarkę, nie sądzę, by ich efekt był dramatyczny. Obciążenie dla PKB powinno być minimalne – w granicach 0,1%. W konsekwencji przewiduję, że wzrost gospodarczy w 2025 roku wyniesie około 3,4-3,5% PKB, z większym prawdopodobieństwem bliżej 3,5%.

To wartość niższa od obecnych prognoz rządowych. Na przykład Ministerstwo Finansów zakłada w budżecie wzrost na poziomie 3,9% PKB. Jednak różnice te są niewielkie i pozostają w ramach racjonalnych oczekiwań.

Uważam, że deficyt wyniesie około 290 miliardów złotych, czyli 5,5% PKB. To zgodne z założeniami Ministerstwa Finansów. Wydatki społeczne, takie jak dodatkowe świadczenia emerytalne – mówimy tu o 13. i 14. emeryturze, które łącznie kosztują około 2 miliardów złotych – czy program 800+, który pochłania 63 miliardy, są już uwzględnione w budżecie. Dodatkowo mamy inne inicjatywy, jak programy wspierające osoby z niepełnosprawnościami czy renta wdowia. Łącznie takie wydatki wyniosą około 26 miliardów złotych rocznie.

Moim zdaniem, rząd będzie w stanie utrzymać zaplanowane inwestycje, zarówno te w infrastrukturę, jak i projekty wieloletnie, takie jak Centralny Port Komunikacyjny czy budowa elektrowni atomowych. Te inwestycje mogą być nawet wyższe, po pojawią się nowe środki europejskie na obronność, oraz przesunięcia środków unijnych w ramach kopert krajowych, np. tych z KPO na obronność.

KB: A jak wygląda perspektywa inflacyjna?

PW: Inflacja powinna być kontrolowana. Zakładam, że utrzyma się na poziomie poniżej 5%. Kluczowe będą ceny węglowodorów – ropa i gaz. Obecnie ceny tych surowców spadają, co jest efektem zwiększonego wydobycia w Stanach Zjednoczonych oraz potencjalnych ruchów Arabii Saudyjskiej w ramach OPEC. Nie bez znaczenia są także rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją, które mogą wpłynąć na odblokowanie rosyjskiego eksportu.

KB: Czy mimo wszystko możemy liczyć na pozytywne wyniki gospodarcze?

PW: Absolutnie, tak. Uważam, że wzrost gospodarczy Polski w 2025 roku będzie jednym z najwyższych w OECD i najwyższym wśród dużych państw Unii Europejskiej. Poziom inwestycji, zakładany przez rząd na 650 miliardów złotych, moim zdaniem zostanie przekroczony. Przewiduję, że osiągnie około 700 miliardów złotych.

Polska ma szansę utrzymać stabilność gospodarczą, a nawet wyznaczać pozytywne trendy na tle Unii Europejskiej. Oczywiście należy być czujnym wobec zmieniającej się sytuacji międzynarodowej, ale fundamenty naszej gospodarki pozostają solidne.

KB: A co z dalszym wpływem geopolityki na gospodarkę?

PW: Geopolityka będzie miała ogromne znaczenie. Możemy spodziewać się przesunięć w funduszach unijnych – środki mogą zostać skierowane na sektor obronności. Dobrym przykładem jest koncepcja „Tarczy Wschód”, która zyskała akceptację na forum europejskim. Obejmuje ona inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, szczególnie w Polsce Wschodniej i na linii północno-wschodniej, kluczowej z perspektywy korytarza NATO.

To nie tylko inwestycje w obronność, ale także w porty, mosty czy sieci transportowe. Wszystkie te elementy wpisują się w unijną strategię „military mobility” i prawdopodobnie zostaną dodatkowo sfinansowane w najbliższych latach.


Prof. Paweł Wojciechowski - ekonomista, nauczyciel akademicki, dyplomata, doradca, menedżer i członek rad nadzorczych. W latach 2006-2024 był ministrem finansów, wiceministrem spraw zagranicznych, ambasadorem Polski przy OECD  prezesem Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych oraz głównym ekonomistą ZUS. W latach 1995-2005 był prezesem PTE Allianz Polska S.A., prezesem TFI Atut S.A., dyrektorem w Polskim Banku Rozwoju S.A, wiceprezydentem i głównym ekonomistą Pracodawców RP. Podczas pobytu w USA w latach 1983-1990 ukończył studia ekonomiczne na John Carroll University, a następnie studia magisterskie i doktoranckie na Case Western Reserve University. W 1995 r. uzyskał stopień doktor nauk technicznych w Instytucie Badań Systemowych PAN. Wykładał na uniwersytetach Harvarda, John Carroll, Wszechnicy Polskiej Szkole Wyższej oraz Akademii Leona Koźmińskiego.

Czytaj także

Najciekawsze artykuły i wywiady wprost na Twoją skrzynkę pocztową!

Administratorem Państwa danych osobowych jest Fundacja Best Place Europejski Instytut Marketingu Miejsc z siedzibą w Warszawie (00-033), przy ul. Górskiego 1. Z administratorem danych można się skontaktować poprzez adres e-mail: bestplace@bestplaceinstitute.org, telefonicznie pod numerem +48 22 201 26 94 lub pisemnie na adres Fundacji.

Państwa dane są i będą przetwarzane w celu wysyłki newslettera, na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora. Uzasadnionymi interesami administratora jest prowadzenie newslettera i informowanie osób zainteresowanych o działaniach Fundacji.

Dane osobowe będą udostępniane do wglądu dostawcom usług IT w zakresie niezbędnym do utrzymania infrastruktury IT.

Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie przez okres istnienia prawnie uzasadnionego interesu administratora, chyba że wyrażą Państwo sprzeciw wobec przetwarzania danych w wymienionym celu.

Uprzejmie informujemy, iż przysługuje Państwu prawo do żądania od administratora dostępu do danych osobowych, do ich sprostowania, do usunięcia, prawo do ograniczenia przetwarzania, do sprzeciwu na przetwarzanie a także prawo do przenoszenia danych (o ile będzie to technicznie możliwe). Przysługuje Państwu także możliwość skargi do Urzędu Ochrony Danych Osobowych lub do właściwego sądu.

Podanie danych jest niezbędne do subskrypcji newslettera, niepodanie danych uniemożliwi wysyłkę.