Należy żyć, szkodząc jak najmniej

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O zużywaniu zasobów i niszczeniu planety, oddziaływaniu jednostek na politykę oraz o przyszłych skutkach równoczesnego wzrostu populacji i konsumpcji z Marcinem Popkiewiczem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Czy kiedy widzi pan na ruchliwym skrzyżowaniu ruszające spod świateł samochody, zaczyna od razu myśleć o szkodliwych substancjach wydostających się z ich rur wydechowych do atmosfery?

Marcin Popkiewicz: Do samochodów już się przyzwyczaiłem, ale kiedy jadę z wykładem o smogu do miejscowości, która ma w nazwie „Zdrój”, i czuję, że oddycham jakąś mieszaniną z niewielkim dodatkiem powietrza, czuję się wytrącony z równowagi. Niekiedy niewiedza jest błogosławieństwem. Człowiek żyje beztrosko, nie zastanawiając się, co znajduje się w jedzeniu, jakie są konsekwencje jazdy samochodem, latania samolotem, korzystania z plastikowych toreb czy sztućców. Lista moich bolączek jest długa. Czasem w lesie, na plaży lub na ulicy podnoszę plastikowe śmieci, ale nie na tym sprawa polega. Potrzeba działań systemowych.
Zajmuję się tematami trudnymi w sensie psychologicznym, jak zmiany klimatu, wyczerpanie zasobów, granice wzrostu. To są zagadnienia będące w kontrze do tego, jak nas świat wychował. Ludzie nie chcą o tym słyszeć, wolą wyprzeć wiedzę, zgodnie z którą latając samolotem czy jedząc stek z wołowiny, szkodzimy naszym dzieciom i wnukom. Pragną żyć wygodnie tu i teraz, więc stosują najprostszą metodę poradzenia sobie z problemem – nie myślą o nim, wypierają. Inaczej musieliby zmienić siebie, starać się minimalizować swój negatywny wpływ na środowisko, na przykład nie palić w piecach śmieciami czy jeść mniej mięsa. Wtedy rzeczywistość zaczyna szybko uwierać, bo nie jest do tego dostosowana. Według osoby jeżdżącej na co dzień samochodem każda ulica w mieście powinna mieć dwa dodatkowe pasy, powinno być dużo parkingów i żadnych opłat za parkowanie. Człowiek korzystający z transportu miejskiego lub rowerowego ma zupełnie inne potrzeby – chce uspokojenia ruchu, wygodnej i bezpiecznej infrastruktury pieszej i rowerowej, parków zamiast parkingów, gęstej sieci transportu miejskiego, który będzie punktualny, szybki i czysty. Tak jest urządzona Kopenhaga. Włodarze wsłuchali się w postulaty mieszkańców i zaczęli organizować miasto pod kątem sprawnego transportu miejskiego, powiększania stref zielonych i wydłużania tras rowerowych. Mając takie udogodnienia, coraz więcej mieszkańców przechodzi na zieloną stronę mocy. Następuje efekt śnieżnej kuli. A miasta optymalizujące się nie pod kątem potrzeb samochodów, lecz ludzi, takie jak Kopenhaga czy Wiedeń, przodują w rankingach jakości życia.

KB: Czy pan sam żyje proekologicznie?

MP: Staram się. Nie mam samochodu, nie latam, prawie nie jem mięsa itd. Przede wszystkim uważam, że należy żyć, szkodząc jak najmniej. Sam ze sobą czułbym się źle, robiąc inaczej. Poza tym jestem edukatorem i muszę być wiarygodny – gdybym przyjechał na wykład terenówką i opowiadał o konieczności redukcji emisji dwutlenku węgla, ludzie widzieliby niespójność między słowami i czynami. Ale nie jestem też  ortodoksem. Nie zamieszkam w beczce i nie będę żywił się korzonkami. Zresztą takie podejście nie przysłużyłoby się budowaniu wiarygodności, bo odmieńców ludzie zbywają, uznają za dziwaków i nie chcą ich słuchać. Zimą jeżdżę w Alpy na narty, latem pływam w Chorwacji. Ale nie korzystam z samolotu, tylko jadę pociągiem do Wiednia, potem autobusem do Zagrzebia i Splitu. Tam trochę pozwiedzam, posmakuję mijanych miejsc, dobrych chwil. Podróż trwa dłużej, ale dzięki temu jest ciekawsza niż przemieszczanie się czarterem z punktu A do punktu B i siedzenie w hotelu z opcją all inclusive.

KB: Czy przeciętny obywatel ma moc realnego oddziaływania na swoje otoczenie?

MP: Jak najbardziej! Może przekonywać swoich znajomych i wpływać na politykę realną swoimi pieniędzmi jako konsument. Kiedy kupuję tonę węgla do starego kopciucha, leję paliwo do baku samochodu czy lecę na urlop samolotem, to głosuję za utrzymaniem status quo. Kiedy przesiadam się na rower, jadę pociągiem, kupuję panel fotowoltaiczny lub wybieram potrawę wegetariańską zamiast steku, to opowiadam się za zmianą. Oczywiście wiem, że pojedyncze wybory konsumenckie nie mają wielkiego wpływu, ale masa krytyczna działań indywidualnych jest niezbędnym elementem wymuszenia zmian systemowych. Proszę zwrócić uwagę, co się stało podczas ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. Partie, które rządziły tam od zawsze – chadecy i socjaldemokraci – straciły swoją bezwzględną większość, a języczkiem uwagi stały się partie zielonych i liberałów, które w swoich programach wzięły się za problem walki ze zmianami klimatycznymi i neutralność węglową. Na zmianę polityki możemy wpływać na rozmaite sposoby: poprzez wybory konsumenckie, edukację społeczeństwa, aktywność ruchów miejskich. Każdy może wybrać sobie obszar, w którym czuje się najlepiej. Ja jestem edukatorem, ale wśród znajomych mam również wielu polityków, którzy działają na rzecz zmiany podejścia państwa do problemu ochrony środowiska. Ważna jest też rola dziennikarzy, którzy mogą nagłaśniać temat i docierać z przekazem do tysięcy ludzi.

KB: Co najbardziej szkodzi środowisku z punktu widzenia zmiany klimatu?

MP: Niemal 25 proc. naszego wpływu na zmianę bilansu radiacyjnego planety wynika z emisji dwutlenku węgla, z czego lwia część jest następstwem spalania paliw kopalnych. Konsekwencje różnych działań można policzyć, bo wiadomo, ile dwutlenku węgla emituje do atmosfery samochód, samolot, ogrzewanie budynków, przemysł czy hodowla mięsa. Wszędzie tam, gdzie zużywamy paliwa kopalne, powodujemy emisję gazów cieplarnianych. Oprócz zmiany klimatu mamy również inne problemy, na przykład smog, wylesianie i erozję gleb, przeławianie i w ogóle wymieranie gatunków, nadprodukcję plastiku. Ludzkość cechuje zamiłowanie do wzrostu wykładniczego; dąży do tego, aby gospodarka podwajała się co dwadzieścia parę lat. A coraz większa produkcja to coraz większe zużycie zasobów i więcej zanieczyszczeń. Zużywamy surowce, przetwarzamy je w dobra konsumpcyjne, a te szybko zamieniają się w śmieci. Nazywa się to „liniowym cyklem materiałowym”. A zasoby surowców na Ziemi – np. złoża ropy czy gazu, gleby uprawne, lasy i łowiska – są ograniczone. Podobnie jak zdolność planety do przetworzenia zanieczyszczeń, takich jak plastik, śmieci czy emitowane przez nas gazy. Żyjemy na skończonej planecie i nasze wiecznie rosnące potrzeby konsumpcyjne wpływają na degradację środowiska. Można doceniać dotychczasowy model gospodarczy, który sprawdził się przez pokolenia i spowodował, że żyjemy tak dobrze, jak nigdy przedtem. Ale trzeba pamiętać, że model ten sprawdził się w pewnych warunkach, kiedy nasza gospodarka w stosunku do skali planety była niewielka – zasobów było w bród, a ilość zanieczyszczeń nie była krytyczna.
Na stronie internetowej Ziemianarozdrożu.pl znajduje się indywidualny kalkulator emisji dwutlenku węgla, do którego każdy może wprowadzić dane dotyczące swojego stylu życia: jak mieszka, jak się przemieszcza, co jada. Jeżeli mieszkamy w budynku nieocieplonym, który ogrzewamy węglem sypanym do starego kopciucha, to naszym głównym źródłem emisji dwutlenku węgla będzie pewnie ogrzewanie budynku. Jeśli codziennie zjadamy stek z wołowiny, to jedzenie może być naszym głównym źródłem emisji. Gdy chcemy podjąć wysiłek i zredukować swój wpływ na środowisko, warto wziąć się za najważniejsze czynniki, a nie pracować nad optymalizacją tych o małym wpływie. Jeżeli jemy marchewkę z własnego ogródka lub jeździmy komunikacją miejską, to nie starajmy się rzadziej nią jeździć czy jeść mniej marchewki. Takie zmiany będą nieodczuwalne dla planety, a bardzo dla nas dotkliwe i zniechęcające. Lepiej poprawmy izolację termiczną domu, przesiądźmy się z samochodu do transportu miejskiego, zredukujmy ilość spożywanego mięsa i zrezygnujmy z latania.


W miejscowości Pszów, podobnie jak w wielu innych miejscach Górnego Śląska, infrastruktura związana z wydobyciem węgla kamiennego jest dominującym elementem przestrzeni.

KB: Czy jest możliwa skuteczniejsza ochrona środowiska i równoczesne zachowanie wzrostu gospodarczego?

MP: Dzisiaj celem polityków, ekonomistów i przedsiębiorców jest utrzymanie wzrostu gospodarczego na jak najwyższym poziomie. Ten system wyciągnął nas z biedy, pozwolił zamieszkać w przestronnych mieszkaniach, dobrze ogrzanych zimą i chłodzonych latem. Możemy wygodnie i szybko się przemieszczać samochodem lub samolotem, nie chodzimy głodni, mamy zagwarantowaną opiekę zdrowotną. Ale kiedy spojrzymy na bogate kraje z dochodem rocznym na osobę wynoszącym powyżej 40 tys. dolarów, nie widzimy korelacji między zadowoleniem z życia a ilością zużytych surowców. Nasza planeta ma skończone możliwości dostarczania zasobów i pochłaniania zanieczyszczeń. Wchodzimy w epokę, w której musimy się z tym zmierzyć. Zużycie zasobów jest funkcją naszego stylu życia, liczby ludzi na Ziemi oraz technologii. Czy używamy światła żarowego, czy efektywniejszego ledowego? Czy mamy gospodarkę liniową, czy cyrkularną, w której następuje odzysk? Czy miasto jest przyjazne użytkownikom samochodów, czy rowerów? Aby nasza gospodarka mogła dalej działać, a cywilizacja przetrwać, będziemy musieli ograniczyć zużycie zasobów nieodnawialnych do zera, a zasoby odnawialne zużywać w tempie odpowiadającym ich regeneracji. Z zanieczyszczeniami trzeba będzie postępować tak, aby środowisko było w stanie je zutylizować. Oczywiście trudno jest powiedzieć ludziom, że teraz będą musieli obniżyć swój poziom życia. Istotne jest takie zorganizowanie świata na nowo, abyśmy mogli nadal żyć wygodnie i ciekawie, a przy tym zużywać mniej energii i innych zasobów. Jeżeli zamieszkamy w domach pasywnych, nie będziemy musieli nosić węgla do kopciucha i wdychać smogu, rachunki za ogrzewanie będą zaś mikroskopijne. Jakość życia w miastach z minimalnym ruchem samochodowym jest wyższa. Jedzenie mniejszej ilości mięsa tylko wyjdzie nam na zdrowie. Produkcja trwałych, łatwych w naprawie i projektowanych pod kątem odzysku surowców rzeczy to też nie koniec świata.
Problem wpływu hodowli mięsa na środowisko wart jest podkreślenia, gdyż odpowiada ona za emisję około 20 proc. gazów cieplarnianych. To także główna przyczyna wylesiania i olbrzymiego zużycia wody i energii. Dochodzą do tego kwestie etyczne, bo chów przemysłowy to cierpienie zwierząt, które są brutalnie tuczone, żyją w ścisku i bez ruchu, szprycowane sterydami i antybiotykami. Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia naszego zdrowia – nadmierna konsumpcja mięsa skutkuje nadciśnieniem, osteoporozą, wzrostem ryzyka zachorowań na raka itd. Ze względów zdrowotnych zalecane jest jedzenie co najwyżej 0,5 kg mięsa tygodniowo, tymczasem Polak zjada średnio trzy razy tyle.

KB: Czy zmniejszenie zużycia zasobów poprawi naszą jakość życia?

MP: Produkt krajowy brutto nie jest najlepszym miernikiem stanu zadowolenia z jakości życia. Jedno jest pewne: nie można utrzymywać nieskończenie wykładniczego wzrostu gospodarki na skończonej planecie. Inna sprawa, że niewielka część populacji poprawia sobie jakość życia, zużywając ogromne ilości zasobów, a miliardy ludzi żyją w skrajnej biedzie. Przekierowanie do nich choćby skromnego ułamka zasobów bardzo podniosłoby ich jakość życia – mieliby, co jeść i gdzie mieszkać, mieliby zapewnioną opiekę zdrowotną. Wtedy rozwiązałby się także problem przeludnienia w biednych krajach, gdzie dziecko jest zabezpieczeniem rodziców na starość. W populacjach, które się urbanizują, wprowadzają opiekę zdrowotną i socjalną, nie występuje presja wzrostu demograficznego. Szacuje się, że w połowie stulecia na Ziemi będzie około 10 mld ludzi. Nie wystarczy zasobów dla rosnącej populacji, nastawionej na rosnącą konsumpcję.
Odejście od modelu niekończącego się wzrostu gospodarczego jest po prostu konieczne. Zresztą być może nie trzeba redukować go od razu do zera. Jeżeli będziemy modernizowali termicznie budynki, rozbudowywali transport publiczny, przebudowywali energetykę i przemysł, reformowali rolnictwo i przetwórstwo żywności na rzecz upraw roślinnych, to te działania będą wymagały wielu nowych miejsc pracy i wręcz nakręcą koniunkturę gospodarczą na co najmniej ćwierć wieku. Można odnieść wrażenie, że dzisiejsza gospodarka to kasyno finansowe, które nie służy poprawie jakości życia ludzi. Towary konsumpcyjne tak są projektowane, aby psuły się od razu po okresie gwarancji, a drogie serwisowanie zniechęcało do ich naprawy. Skutkiem jest wymuszony popyt, który gwarantuje firmom zysk. Jednym z rozwiązań jest zmiana modelu ze sprzedaży towarów na ich wypożyczanie. Producent lodówki nie będzie sprzedawał jej klientowi, ale udostępni ją za niewielką opłatą miesięczną. Wtedy sam wytwórca będzie zainteresowany niezawodnością produkowanego przez siebie sprzętu. Na przykład na lotnisku Schiphol w Amsterdamie rozpisano przetarg nie na zakup systemu oświetlenia, ale na zapewnienie oświetlenia. Teraz to w interesie zwycięskiej firmy jest instalacja niezawodnych lamp o niskim poborze prądu. Skutek: rachunki za oświetlenie lotniska spadły o połowę. Inny przykład to samochody miejskie. Żywotność silnika spalinowego to 200–300 tys. kilometrów. Żywotność silnika elektrycznego jest pięciokrotnie wyższa. Szacuje się, że zaledwie 20 proc. dzisiejszych użytkowników samochodów w mieście ma naprawdę istotne powody, by z nich korzystać. Ponadto auto jest kosztowną zabawką i w mieście po prostu nie opłaca się go posiadać. W razie potrzeby można byłoby wypożyczyć autonomiczny samochód, który sam podjechałby o określonej godzinie pod wskazany adres. Jadąc, można się zająć swoimi sprawami, a nie kierowaniem pojazdem, nie trzeba też myśleć o parkowaniu. Jeżeli miasto rozpisze przetarg na miejską flotę samochodów autonomicznych, to w interesie zwycięskiej firmy będzie dostarczanie aut o dużej niezawodności i małym zużyciu energii. Zmiana modelu sprzedaży produktów na oferowanie usług rozwiązuje problem celowej awaryjności i krótkiego czasu życia produktu.
Należy przeciwdziałać uspołecznianiu kosztów i prywatyzacji zysków. Oznacza to, że przestajemy traktować atmosferę jak darmowy ściek dla kominów i rur wydechowych, a firmy i osoby zanieczyszczające zamiast przerzucać koszty swoich działań na społeczeństwo, same je ponoszą zgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci”.

KB: Ostatnio dużo mówi się o wpływie człowieka na środowisko. Zdaje się, że przekroczyliśmy rubikon i teraz będziemy się zsuwać po równi pochyłej, a około 2050 r. jakość życia społeczeństwa zachodniego znacznie się pogorszy.

MP: Możliwe są różne scenariusze. Zresztą dla wielu ludzi już nastąpił przysłowiowy koniec świata. Mieszkańców Syrii najpierw dotknęła największa od tysiąca lat susza, a potem doszło do wojny, w której ludzie stracili majątek, rodziny, a nawet życie. Mieszkańcy atoli na Pacyfiku musieli opuścić swoje domy, bo podniósł się poziom oceanu. W rejonach podlegających pustynnieniu żyje dziś około 500 mln osób. Są one szczególnie narażone na zmianę klimatu i zjawiska ekstremalne. Szacuje się, że do roku 2050 będziemy mieli od stu kilkudziesięciu do kilkuset milionów emigrantów klimatycznych, co oznacza dla nich katastrofę życiową. A więc koniec ich świata.
Niezależnie od prawdopodobieństw prognozowanych scenariuszy zawsze powinniśmy robić to samo, mianowicie zapobiegać dalszym szkodom, redukować negatywny wpływ na środowisko, zwiększać swoją odporność na niekorzystne warunki pozyskiwania surowców, dywersyfikować ich źródła, adaptować się do zmian. Tymczasem polskie miasta zwlekają z działaniami. Kiedy przychodzi fala upałów i temperatura powietrza wynosi ponad 30 stopni Celsjusza, oznacza to, że przy asfalcie mamy blisko 50  stopni. Asfaltu mamy w Warszawie ogrom, nie mamy placu Defilad, tylko „parking Defilad”, nie mamy placu Konstytucji, tylko „parking Konstytucji” itd. Miasto jest mocno zabetonowane. Kiedy nadchodzą opady nawalne, woda nie ma gdzie odpłynąć i nas zalewa. Ostatnio przećwiczyli to mieszkańcy Katowic. Niedobór infrastruktury zielonej i błękitnej w miastach negatywnie odbija się na naszej jakości życia.
Zmiana klimatu manifestuje się zwiększeniem średniej rocznej temperatury, ale nie tylko tym. Warszawa obecnie ma taką średnią roczną temperaturę, jaką miał Budapeszt w XIX w., czyli dziś Mazowsze ma klimat Niziny Węgierskiej z XIX w. Nawiasem mówiąc, Petersburg, leżący w odległości kilkuset kilometrów od koła podbiegunowego, ma teraz taką średnią roczną temperaturę, jaką miała Warszawa w XIX w. Wprawdzie sumarycznie opady średnioroczne w Polsce nie zmieniły się, jednak zmienia się ich rozkład – pada więcej w chłodnym półroczu, a mniej w ciepłym. Do tego latem przy wyższej temperaturze mamy wyższe parowanie, więc kraj zaczyna się wysuszać. Rolnictwo ma ogromne problemy. O ile kilkadziesiąt lat temu w Polsce susza występowała średnio co pięć lat, to od 2013 r. mamy suszę rokrocznie. Powinniśmy się temu przeciwstawiać, zatrzymując wodę w krajobrazie. Powinniśmy gromadzić wodę, sadząc lasy i dbając o mokradła, gdyż są to najlepsze „gąbki” – kiedy pada deszcz, zbierają wodę i magazynują ją przez tygodnie, a nawet miesiące. A tymczasem my meliorujemy mokradła, przez co poziom wód gruntowych spada. Rzeki, rzeczki, strumyki pozamykaliśmy w kanałach, więc wielki opad nie trafia do meandrów i starorzecza, nie rozlewa się na boki, tylko wzbiera w falę powodziową w korycie rzeki. W ten sposób całą wodę z powierzchni kraju odprowadzamy do Bałtyku, po drodze jeszcze fundując sobie powódź.
Dodatkowo pozbyliśmy się miedz i zadrzewień śródpolnych, nie prowadzimy śródplonów, więc gdy zawieje porządny wiatr, jak na przykład w kwietniu tego roku, następuje burza pyłowa. Na zdjęciach satelitarnych można zobaczyć brązowe smugi, pokazujące, jak ziemia z Mazowsza i Kujaw jest wywiewana do Bałtyku. Tak na naszych oczach wysusza się krajobraz i degraduje gleba.
Problem degradacji gleb jest jednak szerszy i występuje także w innych regionach. Wysuszona, wyjałowiona i zanieczyszczona ziemia jest mniej żyzna, co ogranicza możliwości wykorzystania jej pod uprawy oraz zmniejsza jej potencjał do pochłaniania i składowania węgla. Zwiększa to ilość dwutlenku węgla w powietrzu, a tym samym nasila zmianę klimatu, która z kolei na różne sposoby intensyfikuje degradację gleb. Badania wskazują, że erozja gleb na polach uprawnych zachodzi dziś od 10 do 100 razy szybciej niż ich tworzenie.

KB: Grozi nam głód?

MP: W przyszłości zmiana klimatu będzie w coraz większym stopniu odbijać się negatywnie na bezpieczeństwie żywnościowym – poprzez spadek plonów (głównie w tropikach), wzrost cen, zmniejszoną jakość odżywczą produktów i przerwy w łańcuchu dostaw. W poszczególnych krajach skutki będą różne. Z najdrastyczniejszą sytuacją będziemy mieli do czynienia w ubogich państwach Afryki, Azji, Ameryki Łacińskiej i Karaibów.
Jedna trzecia żywności produkowanej na świecie jest marnowana. Powody tego stanu rzeczy różnią się w zależności od stopnia rozwoju kraju. Ograniczenie strat żywności jednocześnie zmniejszyłoby emisje gazów cieplarnianych i poprawiło bezpieczeństwo żywnościowe.
Istotny jest również sposób, w jaki żywność jest produkowana. Konstruowanie zbilansowanej diety obejmującej żywność pochodzenia roślinnego, np. zboża, warzywa i owoce, oraz żywność pochodzenia zwierzęcego produkowaną w sposób zrównoważony, o niskim śladzie węglowym, to znakomite pole do adaptacji i ograniczania zmiany klimatu.

KB: Jak rozumieć granice wzrostu?

MP: Są one wskazane w raporcie Klubu Rzymskiego z 1972 r. Raport „Granice wzrostu” zawierał analizę przyszłości ludzkości wobec wzrostu populacji i rozmiaru gospodarki w kontekście wyczerpujących się zasobów naturalnych i zanieczyszczeń. Analizowano produkcję przemysłową per capita, populację, żywność per capita, nieodnawialne zasoby naturalne i zanieczyszczenie środowiska. Na podstawie matematycznego modelu świata wygenerowano różne scenariusze rozwoju gospodarczego. Okazało się, że jeśli trendy wzrostowe światowej populacji, industrializacji, zanieczyszczenia, produkcji żywności i zużycia zasobów utrzymają się, to w ciągu 100 lat zostaną osiągnięte granice wzrostu planety, a najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie gwałtowny spadek liczebności populacji i produkcji przemysłowej, czyli nastąpi poważne załamanie naszej cywilizacji. Nauka zdiagnozowała sytuację już dawno temu. Teraz potrzeba działań polityków i ekonomistów, które przełożą się na życie ludzi i  gospodarkę w taki sposób, aby zapobiegać dalszej degradacji środowiska. Jednak różni ludzie mają różne interesy. Dla niektórych wolny rynek jest ważniejszy niż prawo człowieka do czystego powietrza, ale granice tej wolności powinny być postawione tam, gdzie zaczyna się szkodzenie innym. Nie będzie dobrze działającej gospodarki bez dobrze działającego środowiska, musimy więc nauczyć się je szanować w swoim własnym interesie, i to jak najszybciej.


Marcin Popkiewicz

analityk megatrendów, ekspert i dziennikarz zajmujący się powiązaniami między gospodarką, energią, zasobami i środowiskiem. Autor bestsellerów „Świat na rozdrożu” i „Rewolucja energetyczna. Ale po co?”. Redaktor portali Ziemianarozdrozu.pl i Naukaoklimacie.pl. Przewodniczący polskiego oddziału ASPO (Association for the Study of Peak Oil) i członek rady programowej INSPRO. Laureat Dobromira Roku 2013, głównej nagrody Dziennikarze dla Klimatu 2015 oraz Economicusa 2016 za najlepszą książkę szerzącą wiedzę ekonomiczną.

Czytaj także