Nadchodzi czas ekonomii wartości

Fot. Rafał Guz/PAP
Fot. Rafał Guz/PAP

O związkach gospodarki z potrzebami ludzi i jakością życia oraz o tym, że dziś nie wystarczy, by biznes się kręcił, z Jerzym Hausnerem rozmawia Adam Mikołajczyk.

 

Adam Mikołajczyk: Czym jest ekonomia wartości? Czy jest to chwilowy trend czy raczej trwała zmiana, która odbywa się na naszych oczach?

Jerzy Hausner: Ekonomia wartości jest w tej chwili pojęciem popularnym i szeroko omawianym, głównie dlatego, że nastąpił przechył myślenia ekonomicznego w kierunku nauki ścisłej. Już w początkach oświecenia ekonomia została zmatematyzowana, co przesłoniło tradycję myślenia ekonomicznego, wywodzącą się od filozofii i etyki. Zainteresowanie ekonomią wartości trzeba widzieć w dwóch aspektach. Pierwszy polega na braku równowagi między ekonomią matematyczną, hołdującą żelaznym prawom ekonomii, i tradycją traktowania ekonomii jako nauki społecznej, wedle której sens działalności gospodarczej jest poza nią samą, a odnosi się do potrzeb ludzi i jakości życia. Przywracanie tej równowagi jest dzisiaj wyzwaniem. Drugi aspekt związany z ekonomią wartości to narastające problemy gospodarki rynkowej, ukształtowanej w okresie neoliberalizmu. Ów model wywołuje tak wiele zakłóceń w funkcjonowaniu społeczeństw, że wytwarza globalne zagrożenia i antyrynkowy trend w działaniach społecznych i politycznych . Ci, którzy wyznają ekonomię wartości, opowiadają się przeciwko modelowi gospodarki rynkowej, opisanemu za pomocą trzech pojęć: globalizacji, finansjalizacji i cyfryzacji. W tym modelu problem wartości został sprowadzony do zysku i ceny. To, co nie ma dobrej ceny, jest nieopłacalne, a zatem niewartościowe. Takie rozumienie ekonomii prowadzi do negatywnych skutków społecznych, a także do kryzysu finansowego i rozpadania się strefy euro. Dlatego pilnie trzeba znaleźć równowagę pomiędzy tą częścią ekonomii, która wykorzystuje modele zaczerpnięte z nauk ścisłych, a tą, która odwołuje się do sensu i wartości. Należy obydwie części myślenia ekonomicznego połączyć tak, jak półkule mózgowe, z których jedna myśli linearnie, a druga skojarzeniowo.

AM: Coraz częściej rozważamy, co kupujemy i od kogo, mając na uwadze choćby aspekt ochrony środowiska. Na przykład są konsumenci, którzy nie kupują produktów w plastikowych opakowaniach. Czy możemy wskazać więcej takich przykładów?

JH: Świadomy konsument jest ważnym aktorem na scenie gospodarczej i wszelkie jego zachowania mają niebagatelny wpływ na kształt gospodarki. Ludzie zdają sobie sprawę, że działalność biznesowa ukierunkowana wyłącznie na konsumpcję powoduje w konsekwencji osłabienie jakości życia człowieka, a więc i osłabienie tejże konsumpcji. Konsumenci wpływają na biznes za pomocą swojego portfela. Mogą nie godzić się na pewne typy produktów i są gotowi więcej zapłacić za swój wybór. Przykładem mogą być jajka od kur z wolnego wybiegu. Nie da się udowodnić, że takie jajka są zdrowsze dla człowieka, ale dla kury – z pewnością tak. Jakie to ma znaczenie dla gospodarki? To już zależy od tego, co myślimy o sobie i o świecie. Jeżeli ktoś uważa przemoc za zło, to musi widzieć związek pomiędzy przemocą wobec zwierząt a przemocą wobec ludzi. To nie jest związek oczywisty, bo dokonuje się w następstwie czasowym i społecznym. Skoro już musimy zabijać zwierzęta, to nie przysparzajmy im dodatkowego cierpienia. Niektórzy są całkowicie przeciwni zabijaniu zwierząt i wybierają sposób odżywiania zgodny ze swoim poglądem. Tego rodzaju refleksje i zachowania konsumenckie muszą powodować reakcje po stronie wytwórców.

Ludzie nie godzą się na pracę nieletnich. Wielkie koncerny nagle zaczęły tracić klientów, kiedy zostały przyłapane w krajach słabo rozwiniętych na wykorzystywaniu dzieci do produkcji swoich towarów. Wartość ich marek zaczęła maleć. Klienci mają w swoich rękach potężne narzędzie do komunikowania się – media społecznościowe. Firmy muszą uważać, co deklarują publicznie i jak budują swoje kodeksy etyczne, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą „sprawdzam” i upublicznią wyniki swojego śledztwa. Tak działają klienci świadomi, którzy mają swobodę wyboru. Uboższy konsument może zachowywać się inaczej, nie dlatego, że nie ma refleksji nad światem, ale dlatego, że jego pole manewru jest znacznie ograniczone. Powinniśmy ganić ludzi za spalanie śmieci w domowych piecach, ale trzeba pamiętać o ubóstwie energetycznym. Wielu osób nie stać na wymianę pieców czy zakup opału wysokoenergetycznego. Jeżeli chcemy, żeby zmiana dokonywała się szybciej i szerzej, musimy myśleć o konsumentach jak o jednostkach należących do społeczeństwa dbającego o przyszłość następnych pokoleń.

Skupiamy się na konsumentach, ale równie ważna jest postawa przedsiębiorstw. Na szczęście obecnie już nie traktuje się CSR-u jak maski czy makijażu. Dzisiaj biznes wie, że musi zmieniać swoje działanie, aby chronić zasoby, z których korzysta. Wszyscy żyjemy w tym samym środowisku, więc firmy bronią go w imię własnego interesu i własnej przyszłości. Podam przykład. Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego, publicznie mówi, że Bank Śląski, zgodnie z linią grupy ING, nie będzie finansować przedsięwzięć stosujących brudne technologie, natomiast może finansować zmianę, czyli przejście z brudnych do czystych technologii. Nie chodzi tylko o zwykły gest etyczny, ale o chęć realnego wpływania na ochronę środowiska, w którym sami żyjemy i które chcemy ocalić dla przyszłych pokoleń. Trzeba zdawać sobie sprawę, że zmiana już się rozpoczęła i nabiera przyspieszenia. Ten, kto się do niej nie dostosuje, w ciągu najbliższych lat będzie skazany na porażkę, bo albo jego działalność będzie zakazana, albo zbankrutuje.

Finansjalizacja gospodarki spowodowała skrócenie horyzontu decyzji ekonomicznych. Działań gospodarczych nie rozpatruje się już w perspektywie roku, ale kwartału. A w ciągu kwartału można co najwyżej maksymalizować sprzedaż. Jeżeli poszerzy się czasoprzestrzeń rozważań, to od razu można zastanowić się, w co warto inwestować i w jakim kierunku się rozwijać. Szybkie działania obliczone na zwiększenie zysku nie są ani twórcze, ani innowacyjne. Co więcej, będą skazane na niepowodzenie w dłuższym horyzoncie czasowym.

AM: Polskie firmy, podobnie jak całe społeczeństwo, są nadal na dorobku. Duże przedsiębiorstwa dostrzegą wartość tej zmiany i za nią podążą, ale jak przekonać niewielkie przedsiębiorstwo w małej miejscowości, aby zrezygnowało z części zysku w imię wyższych wartości?

JH: Każda działalność, również biznesowa, musi być określona w czasie i przestrzeni. W modelu oportunistycznym liczy się tylko tu i teraz, czyli każdy pomysł jest dobry, jeżeli przynosi zysk – nieważne, co robisz, ważne, że zarobisz. Takie postępowanie można nazwać zaradnością, sprytem i cała masa ludzi porusza się w tak wąskiej czasoprzestrzeni: jak najwięcej dla siebie, jak najmniej dla swoich klientów. Ale wcześniej czy później klienci odwrócą się od takiego przedsiębiorcy, bo albo nie będzie ich stać na jego produkty, albo odejdą do tych, którzy zaoferują coś więcej. Każdy przedsiębiorca, mały czy duży, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, po co prowadzi firmę i co chce przez to osiągnąć. Oczywiste jest, że trzeba mieć nadwyżki, żeby kontynuować działalność. Ale czy wystarczy, żeby biznes się kręcił, czy raczej chodzi o to, żeby się rozwijał, wytwarzał nowatorskie produkty, tworzył konkurencyjną markę? Popatrzmy na firmę Fakro Ryszarda Florka, który swoją działalność zaczynał od warsztatu, a dzisiaj ma 15 proc. światowego rynku okien dachowych. Pan Florek stale rozwija swoje produkty, patentuje je, analizuje rynki zagraniczne i szuka na nich miejsca. Myśli o swojej załodze, o warunkach pracy i kształcenia, a także o sposobach motywowania. Ryszard Florek jest twórczy i przedsiębiorczy. Musi taki być, bo świat na niego nie poczeka. Zaimponował mi, kiedy pokazał zaprojektowaną przez siebie koszulkę, której wyjątkowość polega na tym, że przód był uszyty z bawełny, a tył z wełny australijskiej. Powodem wyprodukowania takiej koszulki były osobiste problemy pana Florka z kręgosłupem i chęć ulżenia sobie w bólu. Chodziło zatem o ubranie, które rozgrzeje plecy, ale nie spowoduje przegrzania całego ciała. Ten przykład jest najlepszym dowodem na kreatywne działanie, którego celem nie jest zysk, ale rozwój. Jeśli postępujemy z myślą o przyszłości i relacjach społecznych, to siłą rzeczy działamy odpowiedzialnie.

Podam inny przykład. Zarząd spółki Żywiec Zdrój deklaruje, że sukcesem biznesowym jest dostarczanie naturalnej wody. Stąd dbałość o środowisko, aby woda, którą firma sprzedaje, była faktycznie naturalna i zdrowa. Żywiec Zdrój dba nie tylko o źródła wody, ale też o technologię jej wydobycia i butelkowania. Stosuje butelki plastikowe, ale dba o ich pełny recykling, żeby plastik nie wrócił do środowiska i nie zatruwał wody, którą spółka sprzedaje. Stara się także wpływać na sąsiadów, aby również szanowali środowisko, gdyż i oni mają wpływ na czystość wody Żywiec Zdrój.

Kolejny przykład to Ikea. Jej celem jest zapewnienie ludziom wygodnych i tanich mebli, które będą potrafili sami złożyć. Ikea przekonuje, że dba o komfort klienta, oferując produkt nowoczesny, tani, dobry dla nabywcy i środowiska. Zatem musi wybierać podwykonawców, którzy nie tylko potrafią wykonać meble, ale robią to w technologii przyjaznej dla przyrody. Na tym polega przewaga konkurencyjna szwedzkiej marki.

Aby tworzyć biznes myślący o rozwoju i przyszłości, musimy nawiązać silne relacje z klientami i podwykonawcami. Musimy stworzyć swoisty archipelag rozwoju, w którym następuje proces wytwarzania wartości. Dość myślenia o makijażu i wizerunku, więcej rozważań nad procesem wytwórczym. Pomiędzy marketingiem a jakością musi istnieć związek. Dzisiaj liczą się autentyzm i wiarygodność.

AM: Poruszył pan problem etosu polskiego przedsiębiorcy. Być może okres 30 lat jest niewystarczający, aby ów etos się wykształcił. Czy obserwuje pan profesor postawy wrażliwości społecznej wśród polskich przedsiębiorców?

JH: Uczenie się demokracji jest mozolnym i bolesnym procesem. Weszliśmy gwałtownie do gospodarki rynkowej i doświadczyliśmy wszystkich tego konsekwencji, w tym nadużyć czy korupcji. Nie chcę usprawiedliwiać takich zachowań, bo nie wierzę w teorię, że pierwszy milion musi zostać ukradziony, ale oczywiste jest, że demokracji trzeba się nauczyć, jak jazdy samochodem czy pływania. Świat się zmienia i ludzie już nie chcą być korpoludkami. Jeśli korporacje chcą nadal zatrudniać twórcze jednostki, to same muszą się zmienić, aby opierać rozwój na potencjale twórczym swoich pracowników, a nie na ich dyspozycyjności. Ważny jest typ przywództwa. Dzisiaj problemem Polaków nie jest kombinatorstwo, ale folwarczne maniery menedżerów. Ich zachowanie to efekt wyścigu szczurów w szkołach i nastawienia na indywidualny sukces. Temu stanowczo trzeba się przeciwstawiać. Nasz protest powinien być wzmocniony regulacjami prawnymi i standardami cywilizowanego świata. Kierowanie zespołem ludzi to przede wszystkim wzięcie za nich odpowiedzialności. Takie działanie przynosi wymierne korzyści w dłuższej perspektywie.

AM: Ekonomię wartości napędza młodsze pokolenie, jak choćby milenialsi, którzy szukają samorealizacji poprzez nadawanie życiu sensu. Jaki jest stosunek starszego pokolenia do nadchodzących zmian?

JH: Ja ten problem widzę inaczej. Potrzeby konsumentów były tłamszone przez całe dekady PRL-u, więc kiedy już nastała u nas gospodarka rynkowa, ludzie zachłysnęli się możliwością konsumpcji. Dopiero po jakimś czasie spostrzegli, że nie są szczęśliwsi, bo gonitwa za karierą i konsumpcją spowodowała rozpad ich rodzin, brak dobrych relacji z dziećmi i małżonkami. Przeszliśmy bolesny proces uczenia się na własnej skórze i coraz więcej ludzi dostrzega, że konsumowanie dla prestiżu powoduje jedynie otyłość. Zmieniamy więc styl życia i szukamy nowych doznań. Jednym potrzeba ekscytacji, inni budują lepsze relacje międzyludzkie albo szukają kontaktu z naturą, a jeszcze inni zamykają się w świecie wirtualnym. Waga wartości niematerialnych rośnie niezależnie od pokolenia. Nowe wartości nie wypierają konsumpcji, ale czynią ją racjonalną i świadomą. Wiem, kim chcę być, do czego zmierzam, więc konsumuję tylko to, co jest mi potrzebne. Ale też szukam relacji z tymi, którzy będą pomocni w realizacji mojego celu. Trzeba zmieniać relacje społeczne tak, aby przyczyniały się do lepszej jakości życia.

AM: A jak ekonomia wartości wpisuje się w zarządzanie tkanką miejską?

JH: W zeszłym roku na kongresie Open Eyes Economy Summit, który organizuję od trzech lat w Krakowie, dyskutowano między innymi o wpływie wody na jakość życia w mieście. Nie skupialiśmy się tylko na zjawiskach ekstremalnych typu susza czy powódź. Rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wykorzystywać wodę do rozwoju miasta. Doszliśmy do ciekawego wniosku: gospodarowanie wodą „z chmury do rury” jest jednostronne i nieefektywne, bo miasta, które zamknęły obieg wody w rurach, nie radzą sobie z suszami i powodziami. Okazuje się, że system wodociągowy musi być uzupełniony o lokalne, nieduże zbiorniki retencyjne. Najlepiej byłoby, gdyby każda działka miejska była swojego rodzaju zbiornikiem retencyjnym, czyli zawierała elementy zielone, a woda – oprócz obiegu zamkniętego – miała także swój naturalny obieg. Potrzeby energetyczne miasta mogą być uzupełniane przez energię wytwarzaną w wodociągach. Są takie urządzenia, które wstawione do rury w odpowiednie miejsce dają informację o przeciekach (co oznacza wymierne oszczędności), ale także generują prąd. W Nowym Sączu w systemie kanalizacji zastosowano generatory, które zaspokajają z nadwyżką zapotrzebowanie na prąd związane z jego obsługą. Niestety, polski paradoks polega na tym, że wytworzoną w ten sposób tanią energię miasto musi oddać do ogólnego systemu i stamtąd ją pobierać, płacąc dużo więcej za jej użycie. Takie absurdy zniechęcają do twórczego zarządzania tkanką miejską. Rozmowa o podobnych zagadnieniach ma sens tylko wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, że najważniejsza jest jakość życia ludzi, co oznacza globalne poszanowanie środowiska w trosce o wspólną przyszłość.


Jerzy Hausner

profesor doktor habilitowany nauk ekonomicznych, profesor zwyczajny, pracownik Katedry Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, społeczny pełnomocnik rektora ds. kultury i sportu. Członek Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Rady Polityki Pieniężnej (w latach 2010–2016), Komitetu Nauk Ekonomicznych PAN. Od 2014 r. działa w Bruegel – Brussels European and Global Economic Laboratory. Od 2015 r. członek Polskiego Komitetu do spraw UNESCO. W latach 2001–2005 był posłem na Sejm RP. W październiku 2001 r. wszedł w skład gabinetu Leszka Millera jako minister pracy i polityki społecznej. Od stycznia 2003 r. minister gospodarki, pracy i polityki społecznej, a od czerwca 2003 r. także wiceprezes Rady Ministrów. Firmował swoim nazwiskiem plan naprawy finansów publicznych (tzw. plan Hausnera). W rządzie Marka Belki (od maja 2004 r. do marca 2005 r.) piastował stanowisko wicepremiera i ministra gospodarki i pracy. Koordynował wówczas prace nad Narodowym Planem Rozwoju na lata 2007–2013. Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody Kisiela oraz Nagrody im. Władysława Grabskiego, przyznawanej przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

 

Czytaj także