Epoka człowieka niszczącego świat

Fot. Andrzej Romański/ UMK
Fot. Andrzej Romański/ UMK

O bezprecedensowym kryzysie planetarnym, aroganckiej bierności ludzi i o tym, że receptą na przyszłość jest zredefiniowanie priorytetów społeczeństw żyjących w państwach rozwiniętych, z Ewą Bińczyk rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Najgłośniejsza pani książka pt. „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” lokuje na gruncie humanistyki nowe pojęcie, zarezerwowane dotychczas dla nauk przyrodniczych. Dlaczego szersze myślenie w kategoriach antropocenu jest dziś ważne?

Ewa Bińczyk: W swojej ostatniej książce zajęłam się interdyscyplinarną dyskusją na temat antropocenu. Pojęcie to stworzono, by określić nową epokę geologiczną. W 2000 r. dwóch bardzo uznanych przyrodoznawców zaproponowało, żebyśmy naszą epokę geologiczną przestali nazywać holocenem, a zaczęli nazywać epoką człowieka – antropocenem. Byli to Paul Crutzen, laureat Nagrody Nobla z zakresu chemii atmosfery, i Eugene Stoermer, biolog zajmujący się oceanami. Uważają oni, że powinniśmy używać nowego określenia, ponieważ ludzie jako gatunek wywołują równoczesne modyfikacje wielu parametrów, które charakteryzują naszą planetę – zmieniamy atmosferę poprzez zmianę klimatyczną, hydrosferę przez zakwaszenie oceanów, litosferę poprzez utratę żyznych gleb i biosferę, bo mamy do czynienia z początkiem wielkiego wymierania gatunków i utratą bioróżnorodności. Ze względu na skalę oddziaływania poprzez cywilizację ludzie wpływają równocześnie na wiele sfer, sprowadzając zagrożenie dla stabilności, do której jesteśmy przyzwyczajeni w epoce holocenu. Antropocen (od anthropos, czyli ‘człowiek’) to okres dominacji człowieka, jego hipersprawczości, potęgi. Ów człowiek nie tylko zamieszkuje Ziemię, ale zaczyna powoli definiować wygląd planety i wytrącać ją ze stanu równowagi. Wokoło wspomnianych zmian toczy się oczywiście wielka dyskusja. Nigdy wcześniej nie odgrywaliśmy tak dużej roli, byliśmy raczej częścią tego, co dzieje się na Ziemi, zależni od wody, oceanów, roślin, zwierząt, uwarunkowań pogodowych. W tej chwili planeta jest zależna od nas. Dla wielu badaczy jest to moment przełomowy, który odpowiada na pytanie, kim staliśmy się w XXI w.

KB: Czy możemy powiedzieć, że dziś koncepcja antropocenu urasta do rangi głównego prądu intelektualnego lub paradygmatu?

EB: Chyba tak. Istnieją już co najmniej trzy czasopisma akademickie poświęcone wyłącznie tematyce antropocenu. Bardzo wysoka jest ich cytowalność. Mamy niebywałą sytuację, bowiem powstaje nowa platforma badawcza, która stanie się przestrzenią dyskusji nad nowym globalnym „my”. Przyrodoznawcy dyskutują z humanistami. Włączają się także artyści, antropologowie. Nastąpił ogromny odzew ze strony sztuki, imponujący wysyp tekstów, artykułów i książek o antropocenie. W Polsce to pojęcie pojawiało się już wcześniej, np. w tekstach Ewy Domańskiej czy Małgorzaty Sugiery, ale moja książka jest chyba pierwszą monografią w całości poświęconą tylko tej problematyce. Oczywiście najważniejszym symptomem antropocenu jest zmiana klimatyczna, jednak nie chodzi tylko o to. Sednem problemu jest bezprecedensowy kryzys planetarny, środowiskowy, któremu towarzyszy nasza arogancka bierność, czyli marazm antropocenu, o czym także piszę w książce.

KB: Może jednak uda się rozwiązać wszystkie zasugerowane problemy, skoro w dyskusję angażują się tak znaczące siły intelektualne?

EB: Potencjał tej debaty, która zjednoczyła różne głosy, daje nadzieję. Mamy podstawę do myślenia ponad podziałami o naszym jedynym domu, naszej Ziemi. Nie chodzi o to, kto więcej nabrudził i kto jest bardziej odpowiedzialny. Wielu badaczy uważa, że skoro przyrodoznawcy rozumieją wagę sytuacji, to winna z tego wynikać szybka zmiana naszego stosunku do przyrody. Należy pilnie zdekarbonizować gospodarkę i wprowadzać politykę niskoemisyjną. W tym tkwi ogromny potencjał. W obecnych rozważaniach istnieje wymiar eschatologiczny, wedle którego żyjemy w wyjątkowym momencie, być może u kresu czasu, więc możliwa jest ocena filozoficzna, podejmowana z punktu widzenia końca historii: kim byliśmy, kim jesteśmy i kim możemy się stać w epoce antropocenu. Gdyby to doprowadziło do pozytywnego przełomu, moglibyśmy jeszcze zbudować zrównoważony antropocen, którego nie będziemy musieli się wstydzić. Z drugiej strony jest późno, mamy mało czasu, powinniśmy podjąć działania już wczoraj. Aby urzeczywistnił się pozytywny scenariusz, potrzeba zdecydowanych kroków polityków, potrzeba decyzji. One zapadają, ale wciąż są niewystarczające.

KB: Gdyby chcieć opisać dwie główne siły, które determinują kształt przyszłości, i znakiem pierwszej z nich będzie owa interdyscyplinarna debata, to czy przeciwstawną siłą będzie właśnie marazm?

EB: Tak sądzę. Wykorzystuję metaforę marazmu, bo jest to stan organizmu opisywany przez nauki medyczne, w którym organizm nie ma możliwości właściwego rozpoznania swojej sytuacji. Z tego wynikają bierność, apatia, bezczynność. A my dziś nie słuchamy ludzi nauki, co więcej, nie słuchają ich politycy i decydenci. Obywatele nie mają do kogo się zwrócić, nie mają na kogo zagłosować, bo nikt nie jest gotowy, by rozwiązać ich problemy. Rodzi się syndrom, który za innymi autorami definiuję jako stan paraliżu, chowanie głowy w piasek. Mówi się, że XXI w. to epoka denializmu, czyli wyparcia, udawania, że zmiany się nie wydarzają, epoka pogoni za tym, co znamy, epoka braku wyobraźni. Nie potrafimy wyobrazić sobie lepszego świata. W książce zawarłam wątek dotyczący mediów masowych, które od dekad konsekwentnie ignorują kluczowe problemy. Ludzie, którzy zajmują się zagadnieniem zmiany klimatycznej i zrównoważonym rozwojem, są załamani tym letargiem. Paryskie porozumienie klimatyczne ONZ – nasz ostatni wielki krok naprzód z 2015 r.– wciąż nie doczekało się mechanizmów wprowadzenia, w tym sankcji dla tych, którzy nie będą chcieli podlegać porozumieniu. Na fali wielkiego entuzjazmu traktat podpisało ponad 190 krajów i zgodnie z jego zapisami mieliśmy nie dopuścić do wzrostu temperatury globalnej o 1,5 st. Celsjusza. Co ciekawe, lekceważenie problemu jest bardziej rażące w krajach rozwiniętych, które w największym stopniu są odpowiedzialne za wysoką konsumpcję, a przez to za degradację systemów planetarnych, za katastroficzne zmiany, które w najbliższych dekadach wydarzą się na Ziemi. Owe zmiany polegają na wytrąceniu uwarunkowań epoki holocenu ze stanu dotychczasowej równowagi. Ważne jest, aby zrozumieć, co jest stawką w grze i dlaczego nauki o systemie Ziemi brzmią tak alarmująco. Chodzi o to, że nadchodzące zmiany nie będą stabilne, a w prognozach pełno jest takich terminów, jak punkt przełomowy czy tąpnięcie – zajdą nieodwracalne procesy, utrata sterowalności i kontroli.

KB: Wyobrażam sobie, że owe zmiany będą dramatyczne dla człowieka.

EB: Tak, przykładem jest proces zapylania roślin. Jeżeli dojdzie do jego zaburzenia, to czekają nas nieodwracalne zmiany. Inne przykłady to roztopienie się wiecznej zmarzliny syberyjskiej czy utrata stabilnej pokrywy lodowej Arktyki, co spowoduje uwolnienie się metanu z dna Morza Północnego lub z terenów Syberii, który jest dużo groźniejszym gazem cieplarnianym niż dwutlenek węgla. W rezultacie nastąpi cykl sprzężeń zwrotnych, których skala jest nie do przewidzenia. Na pewno najbiedniejsze społeczeństwa będą największymi ofiarami zmiany klimatycznej. Dlatego w debacie posługujemy się takimi pojęciami, jak klimatyczny apartheid, klasy antropocenu, klasa trucicieli i klasa ofiar. Wiemy, że najbardziej dotknięte anomaliami pogodowymi będą społeczeństwa pozbawione struktur ubezpieczeń, które mogłyby pomóc przetrwać, adaptować się. W mojej książce podjęłam się analizy wybranych dyskursów w debacie na temat antropocenu z różnych dziedzin, próbując rekonstruować słownik antropocenu. Chciałam pokazać czytelnikom w Polsce, jakimi kategoriami ludzkość poprzez naukę opisuje samą siebie i środowisko w XXI w., a także kim jesteśmy w oczach naukowców. Ich głos nie wybrzmiewa zbyt donośnie w debacie publicznej. Bardzo wiele osób nie chce myśleć o zagrożeniach planetarnych, bo to niełatwe. Naturalny mechanizm psychologiczny polega na odwracaniu wzroku od problemów, które nas nie dotyczą dzisiaj. Natomiast dotyczyć będą już naszych dzieci, więc problem wcale nie jest tak odległy.

KB: W społeczeństwach zachodnich dbanie o środowisko naturalne włącza się do katalogu zachowań moralnych. Być może na tym uda się zbudować pewną zmianę.

EB: W tym kontekście pokładam nadzieję w przywódcach duchowych. Mamy encyklikę „Laudato si” papieża Franciszka, mamy głos świata islamu na temat powagi zmiany klimatycznej. W encyklice czytamy, że ludzkość zawiodła Boże oczekiwania, że planeta to nasza matka i siostra oraz że klimat jest dobrem wspólnym, o które powinniśmy dbać. Problematyka zmiany klimatycznej jest związana bardzo mocno z problemem nierówności ekonomicznych. Najpotężniejsi aktorzy dzisiejszej globalnej sceny ekonomicznej, czyli koncerny paliwowe i motoryzacyjne, po prostu chcą nas „usmażyć”. Przemysł sam się nie zmieni, zatem musimy wybrać polityków, którzy radykalnie mu się przeciwstawią. Ale wszystko trzeba robić z głową. Dziś powinniśmy prowadzić intensywną dyskusję, a w jej następstwie szybko i uczciwie dokonywać zmiany naszych gospodarek poprzez wdrożenia niskoemisyjne i obniżenie poziomu konsumpcji. Można jednak zaproponować coś w zamian, istnieją alternatywy wobec pogoni za wzrostem materialnym. Świat rozwinięty mógłby postawić na zwiększanie ilości czasu wolnego, rozrywki niskoemisyjne i zdrowy, niskoemisyjny styl życia. Epidemiolodzy i badacze mówią, że coraz intensywniejsza praca i otaczanie się dobrami materialnymi nie przysparzają szczęścia. W Polsce dużo pracujemy, wyposażamy dzieci w gadżety technologiczne, ale to jedynie wzmaga frustrację społeczną z powodu mechanizmu porównywania się w wyścigu szczurów. Tymczasem do szczęścia najpotrzebniejsze są więzi społeczne. Z badań wynika, że poczucie szczęścia wiąże się z szacunkiem równych sobie. Ludzie są szczęśliwi, kiedy doświadczają szacunku tych, na których im zależy i których sami szanują. A jednak walczą o szacunek poprzez otaczanie się dobrami materialnymi. To zbiorowy pęd, który prowadzi nas na dno. Reasumując, przyszłość niskoemisyjna to nie cofnięcie się do jaskiń, tylko poważna redefinicja priorytetów, szczególnie w krajach rozwiniętych.

     Ptak w otoczeniu plastiku

KB: Powiedziała pani o alternatywie dla społeczeństwa. Ale trudno wyobrazić sobie alternatywę dla akcjonariuszy sektora paliwowego, a to od nich najwięcej zależy.

EB: Na pewno dla skrajnie bogatych, czyli symbolicznego 1 proc. najbogatszych, nie mamy dobrych wieści. Musimy, niestety, napiętnować skrajny konsumpcjonizm i gargantuiczne bogactwo na planecie, na której brakuje zasobów i która jest na krawędzi stabilności. Można powiedzieć za Colinem Crouchem, że ci, którzy posiadają jachty, psują życie innych. Osoba, którą stać na superjacht, może kupić wszystko: sędziów, adwokatów, polityków, regulacje, prawo. Odbija się to na całym społeczeństwie i psuje jakość wspólnego życia. Tymczasem dla Polski odnawialne źródła energii (OZE) stanowią ogromną okazję ekonomiczną, dlatego że przemysł ten idealnie wpisuje się w kompetencje naszych średnich firm. Na odnawialnych źródłach energii mogliby też bardzo skorzystać rolnicy, od których można by dzierżawić ziemię na farmy wiatrowe i panele słoneczne. Przesterowanie Polski z węgla na OZE, które powinno de facto nastąpić 20 lat temu, również dziś byłoby dla nas niesamowitą szansą rozwojową. Łatwo to skontrastować z pomysłem budowania elektrowni atomowej: 150 mld dolarów popłynie do kogoś, kto nam tę elektrownię zbuduje, ponieważ nasze firmy nie są w stanie przeprowadzić tak wielkiej inwestycji. Co najwyżej będą mogły – jak napisał Marcin Popkiewicz w jednym ze swoich tekstów – „dostarczać pizzę na budowę”. Nie ulega wątpliwości, że musimy odejść od węgla i paliw kopalnych, bo wkrótce Unia Europejska będzie nakładać kary za politykę, którą obecnie prowadzimy. Mamy zatem dwa scenariusze dla Polski: atom vs. odnawialne źródła energii. To jest też pytanie o to, jakie będzie nasze społeczeństwo. Elektrownia atomowa wymaga skutecznej biurokracji i zarządzania; żeby była bezpieczna, musi ją prowadzić silne państwo. Tak jest chociażby we Francji. Czy chcemy zatem ogromnej scentralizowanej władzy, skupionej w rękach nielicznych? Czy też chcemy boomu w sektorze OZE, który byłby dla Polski niesłychanie korzystny ekonomicznie – nie dla wielkich koncernów energetycznych, lecz dla rolników i średnich firm? Sytuację w każdym kraju należy rozpatrywać niezależnie, zawsze jednak pierwszym krokiem powinno być zaprzestanie subwencjonowania przemysłu transportowego i paliw kopalnych. W ramach zmian na pewno niektóre sektory przestaną istnieć, a inne będą ograniczane. Oczywiście opór jest wprost proporcjonalny do sprawczości sektora paliwowego. ExxonMobil, jedna z największych korporacji paliwowych w USA, posiada zasoby ekonomiczne większe niż 180 gospodarek świata, więc jest to gigant i ma ogromny wpływ.

KB: Nie inaczej jest na naszym niedużym krajowym podwórku. Wystarczy wyobrazić sobie, jaką wartość dla lobbystów mają rozproszone biznesy OZE w porównaniu z energią atomową, czyli budżetem na projekt w wysokości 150 mld dolarów.

EB: Zaletami OZE są rozproszenie, lokalność i fakt, że znajdują się w rękach ludzi. A wielkie elektrownie jądrowe należą do państw i korporacji. Te ostatnie mają ogromny wpływ na partie polityczne, są ważnymi partnerami polityków. Natomiast jest to trochę wina obywateli. Gdybyśmy byli bardziej stanowczy, politycy by się ugięli. Młodzieżowe strajki klimatyczne czy protesty Grety Thunberg w Szwecji i Ingi Zalewskiej przed polskim Sejmem pokazują, że dzieci rozumieją współczesne problemy lepiej od polityków. Istnieje w Polsce sporo oddolnych inicjatyw. Poznałam wielu ludzi, młodych i starszych, którzy doskonale pojmują skalę problemu i fakt, że potrzebujemy rozwiązań politycznych. Jednak mamy do czynienia z rażącą luką w przestrzeni publicznej, bo wiodące partie nie zawierają w swoich programach długoterminowej perspektywy suwerenności energetycznej i planów wykraczających poza okres jednej kadencji.

KB: Jak w kontekście antropocenu definiują swoje zadania filozofowie i humaniści? Na przykładzie pani działalności widać odejście od XX-wiecznego stylu uprawiania filozofii.

EB: W filozofii, zwłaszcza na uniwersytetach anglosaskich, wciąż dominuje podejście analityczne, które jest mocno oderwane od rzeczywistości. Dominują analizy językowe, jednak cały czas równolegle rozwijała się filozofia społeczna, egzystencjalna, która opisuje, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. W filozofii występuje bardzo ciekawy nurt etyki środowiskowej i filozofii zrównoważonego rozwoju, który wcześniej był marginalizowany. W humanistyce nastąpił też ogromny zwrot postantropocentryczny (koniec XX i początek XXI w.) – krytyka arogancji polegającej na koncentrowaniu się wyłącznie na tym, co ludzkie, i zachwycie nad własną wyjątkowością. Chodzi o tendencje odejścia od antropocentryzmu na rzecz historii środowiskowej, geografii społecznej, studiów nad zwierzętami itd. Pojawiają się fascynujące prace, których autorzy dostrzegają, że nasza egzystencja jest nierozerwalnie związana z naszymi mniejszymi braćmi, ale też z żyzną ziemią, grzybami, prądami oceanicznymi. Jeżeli zaburzymy te czynniki, to bardzo ucierpi na tym życie epoki holocenu.

KB: W książce opisuje też pani wątki współczesnej debaty, które mówią optymistycznie o przyszłości antropocenu,  jednak zakładają jeszcze głębszą ingerencję w przyrodę.

EB: Istnieje grono technoentuzjastów, którzy uważają, że stworzymy wspaniały antropocen dzięki geoinżynierii. Chcą oni jeszcze silniej interweniować, zamienić Ziemię w wielki planetarny ogród. To są pomysły mające znamiona planu awaryjnego w obliczu spodziewanej katastrofy klimatycznej. W książce opisuję debatę nad rozwiązaniem technologicznym, najbardziej bodaj w tej chwili dyskutowanym na świecie, polegającym na rozpraszaniu siarki w stratosferze w celu zatrzymania ocieplenia klimatu i „kupienia” nam kilku dodatkowych lat. Jest to rozwiązanie krytykowane jako prowizoryczne i krótkowzroczne, które wywoła kaskadę efektów ubocznych. Ale pracuje się nad nim, bo część badaczy uważa, że w kontekście zmiany klimatycznej już nic nie zdołamy zrobić i w najbliższych dekadach będziemy się zbliżać do krytycznego punktu ocieplenia środowiska o 2 st. Celsjusza. Rozproszenie siarki w stratosferze nad biegunami zaciemni niebo, będzie ono białe, jakby zachmurzone, więc promienie słoneczne będą się odbijały. W ten sposób możemy obniżyć globalną temperaturę o kilka stopni na parę lat. Nazywa się to opcją Pinatubo, bo podobny efekt lokalnie wywołuje wybuch wulkanu. Tego typu pomysły uważam za bardzo niepokojące, gdyż nie polegają na wycofaniu wpływu człowieka, lecz na jeszcze bardziej skrajnym przetworzeniu przyrody.

KB: To przykład błędu myślenia?

EB: Dla mnie jest to ucieleśnienie oświeceniowej wiary w potęgę człowieka. Przeświadczenie, że wszystko kontrolujemy, jest bardzo aroganckie. W mojej ocenie z nauk o systemie Ziemi wynika, że cała mnogość sprzężeń zwrotnych nie jest nawet opisana i rozumiana przez nas, a co dopiero sterowalna. Jak piszą klimatolodzy, klimat może się zmienić w groźną bestię, która zemści się na ludziach za ich interwencje.

KB: W jaki sposób w paradygmacie antropocenu ewoluuje pojęcie wolności?

EB: Dotąd wolność człowieka definiowaliśmy w kontekście walki z przyrodą, przezwyciężania fatalizmu przyrody, bo byliśmy od niej słabsi. Byliśmy zachwyceni, że możemy wydobywać rzadkie minerały i dzięki nim budować mikroprocesory, wieżowce, samoloty. Rozwijaliśmy rolnictwo, jak nam się podobało. Postrzeganie wolności jako zwyciężanie przyrody dziś jest już niemożliwe, a nawet niemoralne. Obecnie powinniśmy eksploatację Ziemi przedstawiać w kategoriach moralnych, tak jak zrobili to autorzy kanadyjskiego filmu dokumentalnego „Antropocen: epoka człowieka”. Jeżeli odkrywkowe wydobywanie węgla w Niemczech oznacza usunięcie sześciu miast, a eksploatacja piasków roponośnych w Kanadzie widoczna jest z kosmosu i zanieczyszcza całe hektary lasów, jezior i wód gruntowych, to okazuje się, że nasza wolność staje się problematyczna. Musi zostać przedefiniowana poprzez położenie silnego akcentu na współodpowiedzialność wobec planety. Kiedy podejmujemy się opieki na przykład nad dzieckiem czy psem ze schroniska, rośnie nasza wolność kierowania tą istotą, ale w rozumieniu współodpowiedzialności za jej dobro. Nie niszczy się domu, który dostało się od rodziców, bo to jest niemoralne. A tak właśnie gatunek ludzki postępuje w tej chwili z matką Ziemią, jak powiedziałby papież Franciszek. Naszą swobodę i potęgę działania musimy zamienić w odpowiedzialną troskę o to, czym mamy zaszczyt tymczasowo zawiadywać.


Dr hab. Ewa Bińczyk

prof. UMK. Zajmuje się współczesną filozofią nauki i techniki, studiami nad nauką i technologią, socjologią wiedzy naukowej i kontrowersjami w nauce. Jest autorką książek: „Socjologia wiedzy w Biblii” (Nomos, 2003), „Obraz, który nas zniewala” (Universitas, 2007), „Technonauka w społeczeństwie ryzyka” (UMK, 2012), „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” (PWN, 2018). Stypendystka Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (2005), Fundacji Fulbrighta (2006–2007), laureatka stypendium „Zostańcie z nami” tygodnika „Polityka” (2010). W semestrze zimowym 2016 r. visiting scholar na Uniwersytecie Harvarda (Department of History of Science). Obecnie realizuje grant badawczy NCN „Retoryka środowiskowa i marazm antropocenu”.

Czytaj także