Czas decyzji

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

Amsterdam, Haga czy też Rotterdam to powszechnie znane holenderskie miasta, które bez problemu niemal każdy wskaże na mapie. Zupełnie inaczej jest w przypadku Maastricht. To stosunkowo niewielkie miasto na południu Holandii, wciśnięte między Belgię i Niemcy. Aż dziw bierze, że właśnie Maastricht wybrano na miejsce uroczystości podpisania (7 lutego 1992 r.) traktatu słusznie uznawanego za jeden z najważniejszych dla procesu integracji Starego Kontynentu. Niestety w Polsce rocznica tego wydarzenia minęła niemalże bez echa.

Bez wątpienia przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku był okresem niezwykle dynamicznym. Opadła żelazna kurtyna, Okrągły Stół doprowadził do bezkrwawego obalenia komunizmu w Polsce i zmiany ustroju na demokratyczny, a jednocześnie wywołał Jesień Narodów, która uwolniła państwa Europy Środkowo-Wschodniej spod wpływów ZSRR. Podjęta została wtedy także historyczna decyzja o zjednoczeniu Niemiec. Te wszystkie wydarzenia skłoniły europejskie elity do refleksji nad tym, co dalej powinno się dziać w Europie, abyśmy już nigdy nie wrócili do waśni, kłótni i wojen, ale rozpoczęli współpracę i współdziałanie. W końcu wyciągnięto wnioski, zaś traktat z Maastricht zawierał odpowiedzi na powyższe pytania.

Jeśli my w Polsce chcemy obecnie pamiętać o dniu 1 maja jako rocznicy wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej, to powinniśmy pamiętać również i o rocznicy podpisania tego fundamentalnie ważnego traktatu. Wtedy bowiem przedstawiciele ówczesnych 12 państw członkowskich Wspólnot Europejskich uznali, że współpraca gospodarcza to już zdecydowanie za mało i czas na zupełnie nowy etap europejskiej integracji, czyli powołanie Unii Europejskiej. Potem wprowadzono wspólną walutę (od 1 stycznia 1999 r.), stworzono wspólną politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa, pogłębiono współpracę w obszarze spraw wewnętrznych i wymiaru sprawiedliwości, aż w końcu ustanowiono obywatelstwo UE. To są koronne dowody na to, że traktat z Maastricht posiada niebagatelne znaczenie – nie tylko prawne, ale i historyczne – dla procesu tworzenia nowej, europejskiej wspólnoty.

Od przyjęcia traktatu minęły niemal trzy dekady. Dzisiaj obserwujemy inne niż wtedy emocje. Rosną bowiem odśrodkowe siły antyunijne. Rozwijają się partykularyzmy krajowe i nacjonalizmy narodowe. Podsycane jest to populizmem niektórych środowisk narodowych oraz poszczególnych partii politycznych. Wszystko to zagraża bytowi i przyszłości Unii. Przełomowym symbolem czasu, w którym żyjemy, może być Brexit, który ma się dokonać 29 marca br. Bezprecedensowe wystąpienie państwa członkowskiego ze Wspólnoty może być, jeśli się ziści, poważnym ciosem nie tylko dla samego Zjednoczonego Królestwa, ale i dla całej Unii. To, co się stało w Londynie, powinno być więc przestrogą dla pozostałych krajów UE, by skutecznie walczyły z populistami, propagandystami i manipulatorami, którzy wbrew oczywistym faktom próbują zniechęcić Europejczyków do współpracy na Starym Kontynencie. Jest to szczególnie ważne dla nas, bo nikt lepiej niż my w Polsce nie wie, jakie są skutki walki wpływów i interesów niewspółpracujących ze sobą, lecz toczących spory i wojny europejskich państw. Zawsze na tym traciliśmy!

Przypadająca więc 1 maja br. 15. rocznica akcesji Polski do Unii Europejskiej powinna być nie tylko doskonałym momentem na podsumowanie naszego członkostwa, lecz również na snucie planów na przyszłość. Bowiem już kilka tygodni później, 26 maja, w niedzielę, oddając głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego, sami będziemy współdecydować, czy chcemy wesprzeć w Polsce i w Europie te siły, które sprzyjają europejskiej jedności oraz silnej Polski w zjednoczonej Europie, czy też postawimy na tych, którzy opowiadają się za rozpadem, rozkładem i powrotem sytuacji sprzed 60 lat… Niedziela 26 maja będzie czasem decyzji, których skutki odczuje już nie tylko nasze pokolenie i nasz kraj, ale i cała Europa. Musimy więc zdecydować mądrze i rozważnie.


Adam Szejnfeld

Poseł do Parlamentu Europejskiego
www.szejnfeld.pl

 

TAGI:

1/2019

Czytaj także