Biznes, kultura, społeczeństwo

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

Czy warto i czy każdy może inwestować w sztukę? Jak biznes współpracuje ze sztuką i jaka jest relacja między artystą i marką? Czy jesteśmy przygotowani do odbioru sztuki elitarnej? I czy duże pieniądze zapewnią łatwy dostęp do kultury? Przedstawiamy zapis debaty „Biznes, kultura, społeczeństwo”, która odbyła się 26 lutego br.

 

Organizatorem wydarzenia była Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, zaś współorganizatorami Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, w której gościnnych murach odbyło się wydarzenie, oraz Ośrodek Dialogu i Analiz THINKTANK. O biznesie, sztuce i społeczeństwie dyskutowali: Elżbieta Dzikowska, artystka, historyk sztuki, podróżniczka; Magdalena Kąkolewska, prezes Fundacji Artystyczna Podróż Hestii; Jan Koszutski, dyrektor Desa Unicum; Wiesława Wierzchowska, historyk i krytyk sztuki; Joanna Wodzyńska, członek zarządu i współwłaściciel Grupy Tubądzin; dr Olga Wysocka, zastępca dyrektora Zachęty Narodowej Galerii Sztuki. Debatę prowadziła dr Katarzyna Młynek, dyrektor programowa THINKTANK.

Krzysztof Przybył: Najbardziej znanym przejawem działania Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego jest przyznawanie Godła „Teraz Polska” wybitnym przedsiębiorcom. Jaki to ma związek ze sztuką? Nie byłoby na rynku wyjątkowych produktów i usług bez kreatywności, wytrwałości, poczucia estetyki, perfekcjonizmu czy niezwykłej osobowości. Być może cechy wybitnych artystów i wybitnych przedsiębiorców są w pewnym sensie wspólne. Istnieją również wspólne płaszczyzny spotkań rozmaitych sfer i dziedzin życia. I temu właśnie chcemy poświęcić dzisiejszą rozmowę: punktom styku pomiędzy sztuką, społeczeństwem i biznesem.

Katarzyna Młynek: Współpraca biznesu i kultury nie wydaje się dzisiaj niczym kontrowersyjnym. Mamy z nią do czynienia na co dzień. Widzimy loga sponsorskie w przestrzeniach związanych z festiwalem muzycznym czy z wystawą sztuki. Jednak owa współpraca nie jest łatwa, bo światy te nie komunikują się w sposób prosty i nie przenikają się. Jak to wygląda w przypadku Zachęty?

 

Olga Wysocka: Dyskutujemy dziś o kulturze i biznesie z inicjatywy Fundacji „Teraz Polska”, która zrzesza biznes od kilkudziesięciu lat. Temat jest ciągle aktualny, bo świat się zmienia, my się zmieniamy, zatem relacje między kulturą i biznesem również ulegają przemianom. Obecnie odbiorcy kultury nie interesuje logotyp, ale produkt. Kultura i biznes wzajemnie się inspirują, wymieniają idee. Jest to relacja trudna do zmierzenia. Międzynarodowy kryzys gospodarczy w 2008 r. przyniósł ogromną zmianę w biznesie, gdyż uświadomił, jak ważna jest jego społeczna odpowiedzialność. Instytucje kultury powinny przekonywać biznes do współpracy, rozwiewać jego obawy przed współczesną sztuką wizualną, której niezrozumienie powstrzymuje od inwestowania. Przed instytucjami kultury stoi ogromne zadanie odnalezienia odpowiedniego języka komunikacji, dotarcia z przekazem o sztuce współczesnej i jej roli do biznesu i do społeczeństwa.

Rolą artysty jest opowiadanie o rzeczach ważnych. Wraz z rozwojem świata dynamicznie rozwija się sztuka, która używa różnego rodzaju środków przekazu. Sztuka współczesna nie musi być łatwa w odbiorze – ma prowokować, intrygować, poruszyć wrażliwość. Te cechy sztuki są szczególnie pożądane w biznesie. Obecnie dostrzegamy nieśmiałe zainteresowanie biznesu. Aczkolwiek widzimy także, że biznes woli powoływać własne instytucje kultury niż wspierać instytucje publiczne.

Magdalena Kąkolewska: Przykładem przenikania się kultury i biznesu jest Artystyczna Podróż Hestii, która powstała w 2002 r. Kultura i biznes muszą się uczyć powinności wobec społeczeństwa i poszukiwać przestrzeni do współpracy. Trudność polega na niekompatybilności języka komunikacji. Biznes boi się kultury i jest wobec niej nieśmiały, a kultura boi się władzy pieniądza i nie chce się od niej uzależnić.

Celem Fundacji Artystyczna Podróż Hestii jest promowanie bardzo młodych artystów, jeszcze studentów, poprzez organizowanie konkursu. Nagrodzony student ma możliwość zaprezentowania swoich prac w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Jest także wysyłany za granicę na rezydencję artystyczną. Jeden z naszych laureatów po powrocie z Nowego Jorku powiedział, że najbardziej zaskoczyły go nie drapacze chmur i nowojorski splin, ale łatwość rozmawiania o pieniądzach. To ciekawa refleksja, której życzyłabym kulturze i biznesowi. Ważne jednak, aby idea pieniądza nie zagłuszyła tego, co w relacji biznes – kultura jest najważniejsze, czyli realnego wspierania kultury.

KM: Ale jak sprawić, by łatwiej się rozmawiało o pieniądzach?

MK: Nie powiem nic odkrywczego. Trzeba nauczyć się wzajemnie słuchać i być cierpliwym. Trzeba jasno przedstawiać biznesowi swoje oczekiwania. Obie strony powinny mieć w sobie pokorę i z szacunkiem słuchać siebie nawzajem. Dla mnie największym wyzwaniem było permanentne uczenie się tych relacji. Projekty udają się tylko wtedy, gdy po obu stronach są dobra wola i wiara w sens wspomagania rozwoju kultury.

KM: Tubądzin jest doskonałym przykładem na to, jak dzięki sztuce można tworzyć dobra użytkowe, ucząc przy okazji wrażliwości.

Joanna Wodzyńska: Biznes i sztuka przenikały się od zawsze, bo sztuka niesie za sobą wartości, emocje, doświadczenia, których potrzebuje biznes. Jestem przedstawicielką branży płytek ceramicznych, produkowanych seryjnie. Wytwarzamy także płytki artystyczne, wykonane we współpracy z rzeźbiarzami i designerami. Za naszym pośrednictwem sztuka wysoka wchodzi do przestrzeni użytkowej. Przykładem może być artystyczne podwórko Wojciecha Siudmaka, stworzone przez Tubądzin wraz z miastem Łódź. Na szarą i brudną elewację kamienicy przy ul. Więckowskiego przeniesiony został pełen fantastycznych postaci i światów obraz „Narodziny dnia”. Wyjątkowość przedsięwzięcia polega na tym, że dzieło umieszczono na 260 elewacyjnych płytach ceramicznych, z których największa mierzy dwa metry, zaś najmniejsza – 25 centymetrów. Zostały one precyzyjnie rozmieszczone na ścianach budynku, z uwzględnieniem okien, które znakomicie wpasowały się w pracę artysty. Instalacja zajmuje w sumie 350 m kw. powierzchni. Mieszkańcy tego podwórka, wyglądając przez okno, widzą teraz piękny, kolorowy świat, odnajdują inspirację, przyjemność, chwilę relaksu.

Z kolei rzeźbiarka Dorota Koziara stworzyła dla nas kolekcję Cielo e Terra, w pastelowych barwach, inspirowanych kolorami polskich pejzaży. Płyty zostały wyprodukowane z barwionej masy, dzięki której cechują się dużym nasyceniem i intensywnością barw. Dostępne są w wielkim formacie, więc idealnie nadają się do zastosowań w przestrzeniach użyteczności publicznej.

Design standardowej oferty Tubądzina jest tworzony również przez absolwentów ASP. Prezentują oni zarządowi swoją wizję, a po jej akceptacji wzory wchodzą do produkcji masowej. W ten sposób Tubądzin wyposaża swoich klientów w produkty, które mogą wzbogacać ich życie codzienne. Natomiast przedsięwzięcia artystyczne wymagają czasu, cierpliwości i namysłu. Bywa też, że pierwotna wizja artysty nie przekłada się na nasz produkt i dlatego trzeba poszukać innej drogi. Sztuka to marka, która niesie emocje. Biznes, inwestując w sztukę, tak naprawdę inwestuje w markę, która w konsumpcyjnym świecie ma duże znaczenie.

Elżbieta Dzikowska: Chciałabym się włączyć do dyskusji jako posiadaczka ładnych płytek z Tubądzina. Współpraca biznesu ze sztuką jest szczególnie ważna wobec faktu, że rządzący często zapominają o kulturze. Potwierdzam – sztuka w ostatnich czasach stała się towarem i marką. Biznes inwestuje w sztukę, tworząc swoją markę. Warto wymienić choćby Galerię Rodziny Staraków, Fundację Stefana Gierowskiego oraz inne galerie i domy aukcyjne, które docierają ze sztuką do szerszej rzeszy odbiorców, poszerzając spektrum działania instytucji publicznych. Żałuję, że zabrakło woli państwa, aby wybitna kolekcja sztuki Grażyny Kulczyk została w Polsce. Pani Kulczyk ulokowała ją w maleńkim Susch w Szwajcarii. Sławomir Górecki po to prowadzi biznes, żeby mieć pieniądze na kolekcjonowanie i prowadzenie Piękna Gallery. Z kolei przedsiębiorcy Elżbieta i Marian Murawscy sami są artystami. Kto by pamiętał o bankierach Medyceuszach, gdyby nie byli mecenasami sztuki?

KM: Czy tylko biznesmeni inwestują w sztukę?

Jan Koszutski: Mam wielką przyjemność obcować z najbardziej intymną relacją biznesu ze sztuką. Sztuka kokietuje przeciętnego odbiorcę i uwodzi biznes. I jest to bardzo głęboka i emocjonalna relacja. Historia pokazuje, że wielkie prywatne kolekcje były zaczątkami muzeów. Tak dzieje się i dzisiaj. Byłoby o wiele łatwiej zainteresować biznes wspomaganiem kultury, gdyby państwo, choćby poprzez regulacje podatkowe, pozwoliło inwestowanie w kulturę włączyć w swój biznes. Kiedy w końcu XIX w. w USA wprowadzono ulgi podatkowe od zakupu europejskich dzieł, sztuka zaczęła rozkwitać, a nasi „monachijczycy” zaczęli odnosić sukcesy, bo bogaci Amerykanie kupowali ich prace. Obecnie polski biznes tworzy swoje kolekcje, powołując w tym celu fundacje, bo to jedyna droga, aby pasję do sztuki wpleść w biznes, również w sensie podatkowym.

MK: Doceniam, że kolekcjonerzy na świecie są gotowi dzielić się z publicznością swoimi zbiorami. Jednak wolałabym, żeby biznes inwestował nie tylko w zakup poszczególnych dzieł, ale w stałą współpracę z artystami, którzy są przecież twórczy, kreatywni, inspirujący, innowacyjni, a to cechy pożądane w biznesie.

JK: Od 12 lat Desa Unicum organizuje niezwykle popularne wśród odbiorców aukcje Młoda Polska, na których są prezentowane prace początkujących artystów. Aukcje młodej sztuki są doskonałą okazją, aby nabyć pierwszy obraz i – za stosunkowo niewielkie pieniądze – rozpocząć przygodę ze sztuką. W ten sposób sprzedaliśmy już ponad 2,5 tys. obrazów. Na każdej aukcji pojawiają się nowi nabywcy, co dobrze rokuje na przyszłość. Dzięki temu wielu artystów jest w stanie żyć ze swojej sztuki, wcześniej musieli szukać zatrudnienia w obszarach nieartystycznych.

Wiesława Wierzchowska: Na przykładzie swoich doświadczeń mogę powiedzieć, że różnie bywa ze zrozumieniem potrzeb kultury przez biznes. W 1994 r., wspólnie z Elżbietą Dzikowską, zrealizowałam wystawę „Ars erotica” w Muzeum Narodowym w Warszawie. Powstała ona dzięki Henryce Bochniarz, która w tym celu powołała fundację, ale przede wszystkim zaufała nam i pozwoliła dokonywać wyboru dzieł bez jakichkolwiek nacisków. Innym razem chciałyśmy zrobić na millenium wystawę „Sąd ostateczny” i mimo że miałyśmy umówionych najwybitniejszych na świecie artystów – nie udało nam się pozyskać finansowania na to wydarzenie. Ciekawa jestem, jakimi kryteriami kieruje się dzisiaj biznes przy wyborze artystów, z którymi chce współpracować.

JW: Pierwsze spotkanie z wybitną osobowością nie zawsze jest łatwe. Musimy znaleźć wspólne zainteresowania, priorytety, które pozwolą razem pracować. Ważne są emocje, jakie pojawiają się podczas tego spotkania. Jeżeli są pozytywne i silne – wtedy wiem, że wszystko się dobrze potoczy. Tubądzin jest otwarty na artystów, którzy tworzą w przestrzeni publicznej, dzięki czemu za pomocą produktów może przekazać odbiorcom emocje, jakie niesie dzieło sztuki. Dobrze byłoby, żeby państwo było łącznikiem między sztuką a biznesem. Tymczasem z powodu procedur prawa budowlanego realizacje naszych projektów rozciągają się w czasie nawet na kilka lat, co powoduje wzrost kosztów. Realizacja podwórka Wojciecha Siudmaka trwała dwa lata – licząc od dnia pierwszego spotkania do dnia otwarcia w sierpniu zeszłego roku.

MK: Ideałem byłaby pomoc państwa w postaci odpisów podatkowych dla biznesu inwestującego w kulturę, ale mimo jej braku dialog między biznesem i sztuką jest prowadzony. Bo po obu stronach są ludzie, których jednoczy wspólny cel.

OW: Dziesięć lat pracowałam w Instytucie Adama Mickiewicza i odebrałam tam kilka ważnych lekcji. Kiedy Paweł Potoroczyn, ówczesny dyrektor Instytutu, próbował umawiać się na spotkania w USA, zawsze był pytany o cel spotkania: Is it personal or business? Nauczony praktyką, niezmiennie odpowiadał: It’s personal business. Istotą każdej współpracy jest relacja między ludźmi. Jeżeli nie ma wymiany energii, myśli, idei, to tej relacji nie zbudujemy. Staramy się spotykać z biznesem, bo tylko w ten sposób możemy się uczyć siebie nawzajem.

KM: Jakimi kryteriami kierują się państwo przy wyborze młodych artystów?

JK: Rynek sztuki z uwagą obserwuje to, co się dzieje w instytucjach publicznych. Widzę w tym wspólną misję instytucji kultury i biznesu zajmującego się sprzedażą dzieł sztuki, polegającą na promowaniu najbardziej wartościowych artystycznie twórców. Nie jest tajemnicą, że każda wystawa artysty powoduje wzrost cen jego dzieł.

MK: Niepokoi mnie, że nasza rozmowa ciągle obraca się w magicznym kręgu pieniądza. Artyści dają nam oczywiście dzieła, ale to, co najcenniejsze w kontakcie z nimi, to szansa spojrzenia na świat z innej perspektywy. Nawet najlepszy obraz zakupiony za wielkie pieniądze i powieszony w gabinecie prezesa nie da korzyści biznesowi, jeżeli nie zostanie stworzona przestrzeń dialogu z odbiorcą. Dzieło zamknięte za murami będzie jedynie pozycją w bilansie, w rubryce „nabycie środków trwałych”.

Wracając do pytania – Artystyczna Podróż Hestii posiada narzędzie wyboru artystów, jakim jest konkurs przeznaczony dla studentów czwartego i piątego roku ASP. Bierzemy pod uwagę krytykę artystyczną, obserwujemy propozycje instytucji publicznych i prywatnych w poszukiwaniu postaw twórczych, które prowokują nas do myślenia czy refleksji.

KM: Jak pokonywać niechęć społeczeństwa czy biznesu do sztuki nowoczesnej?

MK: Metoda jest znana od lat. Trzeba oprowadzać po wystawach, organizować warsztaty, namawiać do odnajdywania własnych sił twórczych. Takie działania po mistrzowsku realizuje Zachęta. Szkoda tylko, że ta działalność jest za słabo nagłośniona i zwykły śmiertelnik po prostu o niej nie wie. Trzeba prowokować ludzi artystycznie wykreowanymi sytuacjami, żeby odważyli się wejść do muzeum czy galerii; zaciekawić ich, zaskoczyć, oburzyć, czyli wywołać w nich emocje, które będą podstawą do obcowania ze sztuką.

JK: U nas również ogromnym zainteresowaniem cieszą się warsztaty czy kuratorskie oprowadzanie po wystawie. Zorganizowane jesienią zeszłego roku Desa Design Days przyciągnęły tłumy odbiorców, którzy chcieli zobaczyć z bliska proces twórczy. Myślę, że społeczeństwo szuka możliwości edukacji – naszą misją jest wyjść mu naprzeciw.

JW: Tubądzin zaprasza do siebie uczniów, aby pokazać glinę jako materiał działań artystycznych. Pokazujemy także, jak wygląda proces produkcyjny płytki ceramicznej, a nawet zachęcamy do stworzenia obrazu, który od razu przenosimy na płytkę. Edukacja powinna zaczynać się w przedszkolu, aby jak najwcześniej kształtować wrażliwość dziecka na piękno.

OW: Wrażliwość można rozbudzać u odbiorcy w każdym wieku. Dyskutujemy w sali warsztatowej, w której Zachęta codziennie organizuje spotkania z dziećmi i dorosłymi; tutaj się rysuje, maluje, lepi. W zeszłym roku udało nam się zamknąć plac Małachowskiego dla ruchu kołowego, dzięki czemu znów – jak przed 100 laty – jest przestrzenią działań artystycznych. W tym miejscu Paweł Althamer i Roman Stańczak wspólnie z Grupą Nowolipie przygotowali projekt Wiatrołomy, w ramach którego na drzewach powalonych przez wiatr realizowano projekty artystyczne z udziałem widowni. Zaintrygowani przechodnie zaczęli się włączać w te działania. Wrażliwość można pobudzić u ludzi w każdym wieku. Również w dorosłych jest wiele energii czekającej na uruchomienie.

Paweł Potoroczyn w Instytucie Adama Mickiewicza zamiast słowa „gadżet” kazał nam używać określenia „wehikuł narracji”. Nie chodzi przecież o sprzedawanie produktu, ale o pewną opowieść. Oto kubek przedstawiający pracę Ryszarda Winiarskiego, a przygotowany przez Marka Cecułę ze Studia Design Ćmielów. Za pomocą kubka opowiadamy o artyście, którego znają zapewne osoby interesujące się sztuką. Ale czy wszyscy wiedzą, że Winiarski, zanim został malarzem, ukończył studia na politechnice, interesował się rachunkiem prawdopodobieństwa, a wszystkie jego prace są odzwierciedleniem związków nauki i sztuki? Wiele działań realizujemy na styku z biznesem, bo potrzebujemy wzajemnej inspiracji. Kultura powinna przekazywać wiedzę i inspirację biznesowi, który powinien je wykorzystać.

Paweł Potoroczyn: Pablo Picasso dostał kiedyś zaproszenie na kolację do barona Rotszylda. Mówi żonie: „Jak pójdę, wynudzę się jak mops – sami bankierzy, finansiści itd.”. Po kolacji, przy deserze, cygarach i koniaku, Picasso mówi do barona Rotszylda: „Panie baronie, dziękuję za fantastyczny wieczór, który spędziłem w gronie pańskich przyjaciół na rozmowach o kulturze i sztuce. Bo jak spotykam się z moimi kolegami artystami, to rozmawiamy głównie o pieniądzach”. A mam jeszcze fajniejszą. Czesław Miłosz wrócił do Polski. Dziennikarz go pyta: „Mistrzu, gdyby został pan ministrem kultury, jak brzmiałaby pańska pierwsza decyzja?”. A on mówi: „Przywróciłbym grekę w szkołach”. Na co dziennikarz odpowiada: „Ale to jest w gestii ministra edukacji”. Na co Miłosz nie ukrywa zdziwienia: „To teraz są osobne ministerstwa?”.

Ta opowiastka jest podziękowaniem dla wszystkich państwa, którzy wspomnieli o edukacji. To, co się udało zniszczyć w Polsce definitywnie w ciągu ostatnich 30 lat, to edukacja następnych pokoleń uczestników kultury. Dla kogo tak się staramy popularyzować kulturę, skoro szkoła nie uczy odczytywania jej kodów i rozumienia jej toposów? Dzisiaj zadaniem szkoły jest wychować nowego Polaka, nowego patriotę. Tymczasem są dwa cele, które w Polsce kultura może i powinna zrealizować. Po pierwsze, ostatnie 20 lat przekonuje nas, że nie wymyślono lepszej szczepionki na populizm niż kultura, edukacja i edukacja kultury. Po drugie, kilka lat temu karierę zrobiło pojęcie pułapki średniego dochodu. Skąd się bierze owa pułapka? Ze słabości kultury, a konkretnie z niskich marż. A skąd się biorą niskie marże na produkcie? Z niewielkiej intelektualnej wartości dodanej, czyli ze słabości kultury.

Od 30 lat, niczym kaznodzieja, mówię o transferze pieniądza do kultury i kultury do pieniędzy. Właściwie już się nam prawie udało, już nam prawie uwierzyli. Aż nastał rok 2008 i okazało się, że nie kultura jest częścią gospodarki, tylko gospodarka jest częścią kultury. I są na to empiryczne dowody: jaka kreatywność, taki sukces w biznesie; jaka innowacyjność, takie marże. I jaka kultura, taka gospodarka. A dziś jeszcze pewnie należałoby powiedzieć: jaka kultura, taka demokracja.

MK: Jakkolwiek niezwykle cenię pasje kolekcjonerskie i zakupy sztuki, to uważam, że obowiązkiem biznesu jest wspieranie działań, które generują twórczy rozwój. Wspieramy artystów, żeby mogli nas czegoś nauczyć, ale też po to, aby sami się mogli rozwijać.

Popadliśmy w czasie naszej rozmowy w pesymizm – skoro nie ma edukacji, cóż mamy robić? Coś robić trzeba! Można organizować działania otwarte dla publiczności, które wspierają edukację w zakresie sztuki. Nie zastąpi to oczywiście edukacji w szkołach; uważam wręcz, że trzeba przywrócić lekcje sztuki. Jako biznes możemy kreować wydarzenia artystyczne. Jeżeli choć jeden widz doświadczy emocji, to już nasze działania mają sens. Gdybym miała spuentować, apelowałabym do kultury, aby chętniej współuczestniczyła w „judymowskich” próbach edukowania i budowania relacji z widzem i biznesem. A biznesowi zalecałabym pokorę i pozytywistyczną pracę. Nie mówiliśmy dzisiaj nic o przywództwie i liderach, którzy mogliby czerpać garściami z doświadczeń artystów. Jak widać, styków biznesu i kultury jest bardzo wiele.

 

Czytaj także