To był trudny okres i fatalnie się skończył

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O gospodarce 20-lecia międzywojennego i staraniach naszych przodków, którzy próbowali sprostać ówczesnym wyzwaniom, z prof. Wojciechem Morawskim rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Kiedy zadzwoniłem do pana profesora z prośbą o rozmowę na temat gospodarki i ekonomii w 20-leciu międzywojennym, spotkałem się ze sceptyczną reakcją…

Wojciech Morawski: Niech pan zwróci uwagę, że Polacy na różnych etapach swojego rozwoju gospodarczego zazwyczaj stawiali sobie jakiś kraj za wzór. W XIX w. staraliśmy się być tacy jak Anglia, ewentualnie jak Francja. Potem oczywiście imponowała nam Ameryka. Następnie obowiązywał narzucony wzorzec radziecki. Rzadko przyznajemy, że również Niemcy nam imponowali. Później, gdy w 1956 r. przyszedł czas reformowania socjalizmu, obowiązywał model jugosłowiański – socjalizmu samorządnego, odmiennego od wzorów radzieckich. Na tym polegała jego atrakcyjność. Potem w czasach Solidarności mieliśmy już dwa wzorce do wyboru: węgierski i jugosłowiański. Następnie przyszedł Mazowiecki i rzucił hasło społecznej gospodarki rynkowej, żywcem wzięte z RFN-u. Równocześnie Wałęsa mówił o drugiej Japonii. A dzisiaj stawiamy sobie za wzór jakieś własne ramoty sprzed 80 lat. To jest nieporozumienie, jakaś infantylna grupa rekonstrukcyjna. Naprawdę chcemy być tacy, jak w latach 30. XX w.? Ja za żadne skarby nie chciałbym do tego wracać. To był bardzo trudny okres i fatalnie się skończył, więc odtwarzanie go jest pozbawione sensu. Nie jest normalne mówienie o całym okresie międzywojennym, w tym o gospodarce tamtego czasu, z nabożną czcią. Choć oczywiście powinniśmy doceniać naszych przodków, którzy tak trudnym wyzwaniom próbowali sprostać.

KB: Spróbujmy zatem wrócić do początku. Jest rok 1918, odzyskaliśmy niepodległość. Powszechna wiedza historyczna dotycząca tamtego okresu odnosi się do faktów politycznych. A jak było z gospodarką? Wiadomo, że magazyny na zboże stały puste, a przemysł był w rozsypce. Ale czy faktycznie Polacy musieli budować gospodarkę od zera, czy pewne dziedzictwo zaborów dało się przeszczepić na nowy grunt?

WM: Sytuacja w 1918 r. była bardzo trudna, ale wszyscy wokół mieli tak jak my albo gorzej. Podczas wojny byliśmy okupowani przez państwa centralne, a te miały poważne kłopoty aprowizacyjne. Po tej stronie frontu się głodowało, nie tylko w Polsce, również w Niemczech czy w Austrii. Kiedy żołnierze niemieccy dostawali się do niewoli na froncie zachodnim, to oczywiście było im smutno, ale w końcu mogli się najeść do syta. Anglicy na dzień dobry porządnie karmili jeńców. Wokół Polski była zatem gospodarka reglamentowana: kartki, niedobór i głód. Jednak w czasie pierwszej wojny światowej Niemcy nie traktowali krajów okupowanych pod tym względem jakoś szczególnie okrutnie, tak jak choćby w czasie drugiej wojny światowej. Ponadto system reglamentacji był zdecentralizowany, nie obowiązywał w skali całego kraju, tylko był tworzony na szczeblu władz komunalnych. Władze Warszawy organizowały kartki dla Warszawiaków, a władze Częstochowy – dla Częstochowian. Wieś była poza zasięgiem systemu kartkowego, ale nie głodowała, bo wieś w ciężkich czasach może przejść na samowystarczalność. Kiedy zatem mówimy o różnych naszych problemach, warto pamiętać, jakie było tło. Nie byliśmy wyjątkiem. Trzeba też sobie uświadomić różnice między zniszczeniami po pierwszej i drugiej wojnie światowej. Podczas pierwszej wojny Polska największe straty w przemyśle poniosła w związku z ewakuacją rosyjską w 1915 r. Rosjanie, wycofując się, przenosili zakłady przemysłowe na wschód i wywozili maszyny. Pierwsza wojna światowa miała to do siebie, że rzadko kiedy burzono i niszczono miasta. Oczywiście niektóre miały pecha, na przykład Kalisz. W typowym zakładzie przemysłowym po pierwszej wojnie światowej zachowały się niezniszczone hale fabryczne, lecz były puste, bo maszyny wywieziono. Te, które pozostały, konfiskowali potem Niemcy, aby z nich wydobyć metale kolorowe, jak miedź czy mosiądz, potrzebne do produkcji amunicji. Pozyskiwali te metale, jak się dało, na przykład rekwirowali dzwony kościelne. Po drugiej wojnie światowej zazwyczaj było na odwrót: maszyny pracowały do ostatniej chwili i często w nienaruszonym stanie przeszły na drugą stronę frontu, natomiast zniszczeniu uległy budynki. Tak naprawdę największe straty po pierwszej wojny światowej wynikały z faktu, że zaraz po niej przyszła epidemia grypy, tzw. hiszpanki. Prawdopodobnie nie była to jakaś szczególna mutacja, nie bardziej groźna niż współczesne, lecz trafiła na bardzo wyniszczoną ludność. Dlatego przyniosła straszliwe skutki. Poza tym główne straty gospodarcze wynikały z faktu, że Królestwo Polskie zostało odcięte od finansowego zaplecza, czyli Cesarstwa Rosyjskiego. Banki warszawskie zostały bez środków finansowych, rubel ulegał deprecjacji, krótko mówiąc: dokonała się dekapitalizacja gospodarki. W 1914 r. Królestwo Polskie było bardziej niż pozostałe zabory zasobne w kapitały. One w wyniku wojny i powojennej inflacji prawie całkowicie zniknęły i nie udało się ich już później odbudować.


Prezentacja pojazdu Aeromobil DKD-10. Kadłub samolotu po odpięciu skrzydeł może służyć jako samochód. Przy sterze konstruktor Stanisław Działowski, obok niego po lewej sierżant pilot Drozdowski. Kraków, 1933 r. (Fot. NAC)

KB: Politycy II Rzeczpospolitej, zorientowani na gospodarkę, pragnęli doprowadzić do odbudowy kapitału polskiego.

WM: Tak, ale okazało się, że nie da się tego zrobić. W latach 20. Polska próbowała przyciągnąć kapitał zagraniczny. Potem jednak przyszedł wielki kryzys lat 30. i ów kapitał wycofał się z Polski. W drugiej połowie lat 30. aktywizowano gospodarkę przy pomocy kapitału państwowego, dokonując jej etatyzacji. I to nie z powodów ideologicznych – politycy sanacyjni w większości wcale nie uważali, że kapitał państwowy jest lepszy. Gdyby do Polski wszedł kapitał prywatny, oni by go powitali z radością, ale jego po prostu nie było. Generalnie w czasach II Rzeczpospolitej stale zabiegano, by ściągnąć do kraju kapitał zagraniczny. Jeśli formułowano pod jego adresem pretensje, to twierdzono jedynie, że jest go za mało, jest płochliwy i ucieka. Natomiast nie było zarzutu, że uzależnienie od kapitału zagranicznego jest zjawiskiem negatywnym i że eksploatuje on gospodarkę. Tę ostatnią myśl wnieśli do dyskursu dopiero komuniści po drugiej wojnie światowej. Warto o tym pamiętać dziś, gdy obie te pretensje współbrzmią w ustach niektórych polityków. Pamiętajmy też, że w Polsce dosyć duże zasoby kapitału znajdowały się w rękach ludności, stezauryzowane na czarną godzinę. Władze zdawały sobie z tego sprawę. Na przykład na Kresach Wschodnich popularne było zakopywanie złotych carskich rubli w ziemi. Było to zjawisko na tyle masowe, że w latach 30. w Amsterdamie uruchomiono ich produkcję specjalnie z myślą o polskim rynku. Kupowali je ludzie niezamożni. Nie po to, by wydać, ale żeby mieć choćby na posag dla córki czy też na czarną godzinę. W warunkach niedoboru kapitału znaczne jego zasoby były po prostu zakopywane w ziemi. Z punktu widzenia życia gospodarczego było to całkowicie jałowe. Władze chciały te zasoby włączyć w obieg życia gospodarczego. Chciały, żeby ludzie zdeponowali je np. w PKO, skuszeni jakimś procentem. Aby jednak skłonić ludzi do takich zachowań, trzeba było ich przekonać, że państwo polskie jest tworem stabilnym, a nie „państwem sezonowym”, zaś złoty jest walutą solidną i nie zostanie zdewaluowany. To determinowało politykę walutową.

KB: Mimo kryzysu i inflacji?

WM: No właśnie, to bardzo charakterystyczne, że wymienia pan te dwa problemy jednym tchem. Tymczasem kryzys i inflacja to zjawiska w dużym stopniu przeciwstawne. Kryzys polega na nadprodukcji, czyli spadku cen. To wzmacnia pieniądz. Inflacja to sytuacja odwrotna. Ceny wówczas rosną, ale produkcja też rośnie, bezrobocie spada itp. Warto pamiętać, że w dziejach II Rzeczpospolitej zjawiska te minęły się w czasie. Inflację, z kulminacją w postaci hiperinflacji, mieliśmy do 1923 r., a kryzys w latach 1929–1935. Podczas kryzysu polski złoty był bardzo mocną i stabilną walutą, a władze prowadziły konserwatywną politykę monetarną. Polska należała do tzw. złotego bloku. Było to ugrupowanie państw pod przewodnictwem Francji, które mimo kryzysu nie chciały dewaluować swoich walut i utrzymywały ich wymienialność na złoto. Po przeciwnej stronie był blok szterlingowy pod przewodnictwem Anglii. Kraje bloku szterlingowego zdewaluowały swoje waluty i zawiesiły wymienialność na złoto. Konserwatyzm Polski wynikał właśnie z przeświadczenia, że trzeba przekonać zarówno inwestorów zagranicznych, jak i własnych obywateli do stabilności państwa i jego waluty.


Wagon spalinowy czteroosiowy „Lux-torpeda” PKP 90080 na dworcu w Zakopanem, 1936 r. (Fot. NAC)

KB: I taka polityka utrzymała się do końca?

WM: W zasadzie tak. W 1936 r. złoty blok się rozpadł, bo wystąpiła z niego Francja. Trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Prezes Banku Polskiego, Adam Koc, uważał, że powinniśmy zdewaluować złotego i zorientować się na Anglię. Minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski sprzeciwił się z dwóch powodów. Po pierwsze uznał, że w ten sposób nie przekonamy ludzi o solidności złotego, po drugie nasze zadłużenie zagraniczne było liczone w walutach obcych, więc gdybyśmy zdewaluowali złotego, to ono by bardzo wzrosło w stosunku do budżetu. Zdecydowano się jedynie na wprowadzenie reglamentacji dewizowej, czyli zakazu posiadania obcych walut. Każdy, kto posiadał w Polsce obce waluty, miał obowiązek odsprzedania ich Bankowi Polskiemu. W razie konieczności importu lub chęci wyjazdu za granicę musiał prosić Bank Polski o przydział dewiz. Zatem po 1936 r. coś takiego jak dzisiejsze kantory byłoby w Polsce nielegalne.

KB: Mówiąc o luminarzach II Rzeczpospolitej, wymienia się jednym tchem Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego. To są osoby, które statuowały na nowo nasze życie polityczne, militarne, dyplomację…

WM: Personalizowały też pewne nurty myślenia. Każdy z nich reprezentował jakiś system poglądów, odmienny od pozostałych. Ja dodałbym do tej palety Wincentego Witosa, żeby chłopów nie zostawiać bez patrona.

KB: Można jeszcze dodać socjalistów, ówczesną lewicę. Natomiast brakuje w powszechnej świadomości postaci reprezentujących myślenie o gospodarce i ekonomii. Jakich mieliśmy bohaterów odrodzenia gospodarczego Polski?

WM: Przede wszystkim przychodzi na myśl postać Władysława Grabskiego. To on sobie poradził z hiperinflacją i ustabilizował makroekonomicznie polską gospodarkę w pierwszych latach niepodległości. Nie był jedynym, który się za to zabierał. Dosyć duże sukcesy na tym polu miał minister skarbu Jerzy Michalski. Kiedy obejmował władzę w połowie 1921 r., za dolara płaciło się 6 tys. marek, a gdy rok później odchodził ze stanowiska – 4 tys. marek. Michalski szykował się do dużej reformy, lecz jego wysiłki zostały storpedowane w sejmie przez lewicę, czyli PPS. Lewica wykalkulowała, że jeszcze za wcześnie na stabilizację, więc nie poparła Michalskiego. Bo inflacja, poza oczywistymi wadami, ma też pewne zalety: ułatwia eksport, nakręca koniunkturę i zmniejsza bezrobocie. Dopiero kiedy dojdzie do hiperinflacji, której granicę ekonomiści lokują w okolicach 50 proc. miesięcznie, zalety znikają. Wtedy już nikt nie ma wątpliwości, że należy naprawić sytuację. Z kolei wychodzenie z inflacji jest nieprzyjemne, bo oznacza kryzys postabilizacyjny, przejściowy wzrost bezrobocia i sytuację, w której nagle na wszystko brakuje pieniędzy. Jeden z uroków inflacji polega na tym, że nie sposób zbankrutować, ponieważ niesłychanie szybko deprecjonują się zobowiązania. Trwa zatem swoisty stan nieważkości i dopiero po stabilizacji nadchodzi fala bankructw.

Dosyć duże zasługi na gruncie stabilizacji, ale też tworzenia porządnej bankowości miał Jan Kanty Steczkowski, bankowiec z Galicji, który utworzył zręby Banku Gospodarstwa Krajowego. Po 1924 r. zbudowano silny sektor państwowy w bankowości, na który składały się: Bank Gospodarstwa Krajowego, PKO i Państwowy Bank Rolny. Twórcą PBR był Franciszek Stefczyk. To również wielce zasłużona osoba. Dzisiaj nieco uwikłana w politykę, bo SKOK-i wzięły Stefczyka za patrona. Założycielem PKO, czyli Pocztowej Kasy Oszczędności, poprzedniczki dzisiejszego PKO BP, był Hubert Ignacy Linde. Postać zasłużona, choć również tragiczna. Miał proces o nadużycia, jednak oparty na nieprawdziwych zarzutach. W 1925 r., kiedy szedł na ostatnią rozprawę, podczas której miał już zostać uniewinniony, zastrzelono go na ulicy. Porządny człowiek, uwikłany w aferę nie z własnej winy. Bardzo zasłużone dla późniejszego rozwoju przedsiębiorczości były środowiska związane ze spółdzielczością. Zwłaszcza w Wielkopolsce. Warto zrobić tu pewne porównanie. W zaborze rosyjskim Polacy byli elitą finansową, Królestwo Polskie było przez długi czas najlepiej gospodarczo rozwiniętą częścią Imperium Rosyjskiego. W Wielkopolsce było odwrotnie. Tam Polacy byli zepchnięci do defensywy, a Niemcy byli ewidentnie silniejsi. Polacy się jednak bronili, rozwijając solidną spółdzielczość. Miała ona swoją centralę w postaci Banku Związków Spółek Zarobkowych. Po odzyskaniu niepodległości okazało się, że najmniejsze straty w czasie wojny poniosły sfery gospodarcze Wielkopolski. Dlatego przez pierwszych parę miesięcy po odzyskaniu niepodległości polską gospodarką rządzili Wielkopolanie. Stamtąd pochodzą pierwsi ministrowie skarbu: Władysław Byrka i Józef Englich. Ten ostatni wiedział, że marka polska jest walutą tymczasową, niezbędną, by nie było bałaganu w dobie prowadzenia wojny. Uważał jednak, że docelowo powinno się utworzyć Bank Polski i wprowadzić nową walutę. Englich wymyślił nawet dla niej nazwę „lech”. W lutym 1919 r. sejm zatwierdził te plany, zmieniając tylko nazwę „lech” na „złoty”. W zaborze rosyjskim Polacy w prywatnym biznesie sporo znaczyli, jednak nie mieli możliwości robienia karier urzędniczych. Ta ścieżka kariery była zarezerwowana dla reprezentantów zaborców. Mieliśmy doświadczenie w bankowości prywatnej, w spółdzielczości, ale nie w administracji skarbowej i bankowości centralnej. Tego ostatniego można się było nauczyć jedynie w Austro-Węgrzech. W rezultacie po odzyskaniu niepodległości galicyjscy urzędnicy zalali całą Polskę, wzbudzając oczywiście zawiść. Podśmiewano się z nich, lecz to oni byli najlepiej przygotowani.

KB: Powiedział pan profesor, że Królestwo Polskie było najlepiej rozwiniętą gospodarczo częścią Imperium Rosyjskiego. To fakt nieznany powszechnie, a dosyć interesujący.

WM: Ale tu cofamy się do problemów XIX-wiecznych.

KB: Jednak niezmiernie ciekawych. Polacy w zaborze rosyjskim mogli się bogacić bez ograniczeń?

WM: Przewaga gospodarcza Królestwa Polskiego nad Rosją dała się zauważyć już w pierwszej połowie XIX w., a najbardziej widoczna była w drugiej połowie stulecia. Można powiedzieć, że pod względem gospodarczym Rosja była dość przyzwoitym zaborcą. Rosyjskie prawo gospodarcze było wzorowane na angielskim, więc zapewniało swobodę – oczywiście nie w rozumieniu politycznym. Dbano jednak o to, aby nie tłumić gospodarki zbyt zawiłymi zarządzeniami. Oceniając tamtejsze warunki gospodarcze, trzeba wziąć poprawkę na korupcję i biurokrację, ale jeśli te dwa czynniki są przewidywalne, można je traktować jako koszty prowadzenia działalności.


Transatlantyk „Polonia” oraz statki pasażerskie białej floty: „Gdynia”, „Jadwiga”, „Gdańsk” w porcie. Gdynia, 1933 r. (Fot. NAC)

KB: Dla Polski u zarania transformacji ustrojowej, na początku lat 90., pewną centralną ideą, na której oparto aktywność, był liberalizm i szeroko pojęty zachodni styl życia. Co było punktem odniesienia dla architektów II RP?

WM: W 1918 r. odzyskaliśmy niepodległość, ale nie musieliśmy się wzorować na innych, bo sami mieliśmy gospodarkę rynkową. Miała ona oczywiście pewne wypaczenia, wynikające z wojny, lecz one dotyczyły wszystkich krajów, które brały w niej udział. Nie trzeba było wymyślać nowego modelu gospodarczego. W 1989 r. było trudniej. Takiej drogi transformacji do tej pory nie przeszedł nikt. Powszechnie uważało się, że przejście od kapitalizmu do socjalizmu to one way ticket – nie ma powrotu. Poza tym droga obrana pod koniec lat 80. wynikała również z kontekstu. To był okres zdecydowanej dominacji myślenia liberalnego. Kryzysy naftowe lat 70. przyniosły kompromitację keynesizmu, zwyciężyło myślenie neoliberalne i monetarystyczne. Wyglądało na to, że cały świat idzie w tę samą stronę. Włączyliśmy się w główny nurt światowy; nie kombinowaliśmy na boku, jak w czasach komunizmu.

KB: Obecnie jesteśmy państwem jednonarodowym. Po odzyskaniu niepodległości w Polsce żyło 16 proc. Ukraińców, 10 proc. Żydów i mniejszy, ale znaczący odsetek innych nacji. Czy to miało wpływ na sytuację gospodarczą?

WM: Bezpośrednio nie, a pośrednio i na dłuższą metę – tak. II Rzeczpospolita miała swoje słabości, a jedną z nich była właśnie wspomniana struktura. Proszę pamiętać, że Niemcy znaleźli się w Polsce na skutek przegranych przez siebie wojen, zaś Ukraińcy z powodu fiaska powstania narodowego. Ci ostatni czuli się w Polsce tak, jak my w XIX w. w Rosji – można się jakoś ułożyć, żeby się dało żyć, ale nigdy byśmy nie uznali, że to na zawsze. Ukraińcy czekali po prostu na następną okazję. Maksimum tego, na co można było liczyć, to doraźna lojalność, przestrzeganie reguł. A przy tym nie było możliwe ich wysiedlenie, tak jak Niemców w 1945 r. Gdyby II Rzeczpospolita nie padła ofiarą sytuacji zewnętrznej i trwałaby dalej w swoich granicach, to dziś mielibyśmy Ulster we Lwowie. Twierdzenie, że Ukraińcy daliby się spolonizować, jest zawracaniem głowy. Tak jak Polacy nie zamierzali dać się zgermanizować, tak Ukraińcy nie zamierzali dać się spolonizować. Niemcy znaleźli się na polskich ziemiach na skutek wojny przegranej nie z nami, tylko z dużo potężniejszymi przeciwnikami. Więc patrzyli na nas jak na jakiegoś fuksiarza, który przypadkiem się dorwał do łupów. To przesądzało o trwałym konflikcie. Z punktu widzenia struktury narodowościowej nie dałoby się ustabilizować na dłuższą metę takiego państwa. Ono by było trwale zdestabilizowane.

KB: Współcześni historycy ukraińscy myślą podobnie?

WM: Ostatnio zaczęliśmy współpracować z badaczami ukraińskimi zajmującymi się historią gospodarczą. Dzięki spotkaniom dowiadujemy się, jak głęboko zakorzenione są pewne nieporozumienia i stereotypy. W polskiej publicystyce od czasów Kwiatkowskiego funkcjonują określenia „Polska A” i „Polska B”. Polacy używali obu pojęć do opisania negatywnego zjawiska, które należy przezwyciężać. W historiografii ukraińskiej też znane są te określenia. Ale oni rozumieli pojęcie Polski B jako trwałe napiętnowanie tej części kraju, którą zamieszkiwali, a użycie owego pojęcia oznaczało chęć skazania ich na wieczną biedę. Ukraińcy uważają, że ich bieda w okresie międzywojennym była w dużym stopniu rezultatem antyukraińskiej polityki władz polskich, a nie częścią ogólnej biedy, w której i Polacy mieli udział. Warto się spotykać choćby po to, by tego typu nieporozumienia sobie uświadamiać i wyjaśniać.

KB: Dziś sfery polityczne próbują zarządzać lub chociażby oddziaływać na tendencje migracyjne. Czy w II RP było podobnie?

WM: Myślenie było zupełnie inne niż obecnie. Dzisiaj niektórzy uważają, że najlepiej by było, gdybyśmy polską diasporę z powrotem ściągnęli do kraju. To jest myślenie błędne. Przecież ona jest naszym kapitałem. Nie ma powodu, by namawiać Polaków do powrotu. Oczywiście z miejsc, gdzie cierpią biedę albo są prześladowani, należy ich wyciągać. Ale zachęcać tych z Anglii, żeby wracali? Im więcej tam naszych, tym lepiej dla nas. W okresie międzywojennym było dokładnie na odwrót –Polska przeżywała eksplozję demograficzną i popierała emigrację. Szukała dla niej kanałów, zaś inne kraje się przed naszą emigracją broniły. W tym kontekście trzeba też interpretować przynajmniej niektóre wątki relacji polsko-żydowskich. Władze polskie w zasadzie chciały, żeby Żydzi wyjechali do Palestyny. Sami Żydzi – nie wszyscy, ale ci o poglądach syjonistycznych – też tego chcieli. Zaś rządząca w Palestynie Wielka Brytania broniła się przed tym, jak mogła, bo to jej komplikowało relacje z Arabami.

KB: W II RP był antysemityzm. Paliwem dla tego zjawiska była propaganda, podkreślająca między innymi nadzwyczajną zasobność Żydów. Czy są dane historyczne potwierdzające, że ich ówczesna zaradność gospodarcza była rzeczywiście ponadprzeciętna?

WM: Byli Żydzi bardzo bogaci i bardzo biedni – pełny przekrój z punktu widzenia zaradności. Nastroje antysemickie miały swoje źródła religijne, były też wygodną formą, w jakiej wyrażała się plebejska niechęć do elit społecznych. Ponadto – z przyczyn religijnych – w przeszłości Żydzi mieli większą swobodę zajmowania się działalnością kredytową. Z tych samych przyczyn byli lepiej wykształceni. Pamiętajmy jednak, że inny był kontekst etyczny poglądów antysemickich w okresie międzywojennym, a zupełnie innego charakteru nabrał po doświadczeniach drugiej wojny światowej.

KB: Wiele się dziś mówi o fantastycznych polskich wynalazkach okresu międzywojnia, wspomina się m.in. luxtorpedę czy ówczesne samoloty wojskowe.

WM: To nie były wynalazki na miarę Nobla. Choć faktycznie część pomysłów zrealizowano na niezłym poziomie, nawet światowym. Tym się między innymi różniło międzywojnie od PRL-u, który uczynił lukę technologiczną i był naśladowczy w stosunku do reszty świata. PRL wpędzał Polaków w kompleksy, bo generował przekonanie, że musimy gonić resztę świata, choć nigdy nie dogonimy. Takiego poczucia w II RP nie było. Polska myśl techniczna była na światowym poziomie. Polskie samoloty były mniej więcej równie dobre, jak amerykańskie. Różnica polegała na mocach produkcyjnych: my mogliśmy wytwarzać 30 takich samolotów miesięcznie, a Amerykanie – 3 tys. Barierą był brak kapitału. Chwalono nowoczesne samoloty Łoś, ale ich produkcja nie była nowoczesna, bardziej przypominała chałupnictwo – każdy egzemplarz był trochę inny.

KB: Czy budowanie pewnych mitów – we wspomnianych przykładach polegające na mniej lub bardziej zasadnym odwoływaniu się do sukcesów okresu międzywojennego – nie może pozytywnie wpływać na dzisiejsze życie gospodarcze? Czy nie może mieć waloru motywacyjnego?

WM: Jeśli ma walor motywacyjny – nie mam nic przeciwko. Natomiast jestem przeciwny tezie, że wtedy było lepiej. Gdybyśmy mieli możliwość przenoszenia się w czasie, każdy Polak z lat 30. zamieniłby się z nami w ciemno. To w niczym nie umniejsza znaczenia Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Gdynia była bardziej niewątpliwym i oczywistym sukcesem, między innymi dlatego, że ten projekt został ukończony. Przyniosła Polakom prawdziwe korzyści, w przeciwieństwie do COP-u, z którego najbardziej skorzystali Niemcy, a później PRL. Warto wiedzieć, że sukces Gdyni mógł być jeszcze większy. Pojawił się jednak problem polityczny, bo jej sukces podkopywał polską pozycję w Wolnym Mieście Gdańsku. Polskie uprawnienia w Gdańsku wynikały z faktu, że był on znacznie ważniejszy gospodarczo dla Polski niż dla Niemiec. Sukces Gdyni podawał tę argumentację w wątpliwość. Dlatego od 1934 r. nasze władze starały się równoważyć polski wywóz przez Gdynię i Gdańsk, sztucznie chroniąc interesy Gdańska. Warto dodać, że prawie wszystkie międzywojenne osiągnięcia gospodarcze były podszyte myśleniem propagandowym. Na przykład mieliśmy flotę bardzo małą, ale w niej aż cztery transatlantyki. Proporcja tych ostatnich do całej floty była u nas wyjątkowo wysoka.

KB: Okres międzywojnia to czas powstawania marek i znaków towarowych, którymi dziś spokojnie moglibyśmy się poszczycić. Jednak nie zawsze chętnie się to robi.

WM: W tej sprawie fatalną wyrwę uczynił PRL. A i teraz mamy na tym polu problem. Brakuje nam odwagi, żeby lansować własne marki. Jeśli w jakiejś branży możemy szczycić się tradycją – a nie mamy tego wiele – to na pewno trzeba to robić. Jest pewna nieśmiałość w podkreślaniu własnej tożsamości. W tej sprawie Fundacja „Teraz Polska” może sporo zrobić.


Wojciech Morawski

(ur. 31 października 1954 r. w Legionowie) historyk i ekonomista, profesor nauk ekonomicznych, specjalizuje się w historii gospodarczej. Kierownik Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. W 2006 r. uzyskał tytuł naukowy profesora. Od 2016 r. jest dziekanem Kolegium Ekonomiczno-Społecznego SGH. Jest autorem ok. 340 artykułów i kilkunastu książek, m.in. „Słownika historycznego bankowości polskiej do 1939 roku” (1998), „Zarysu powszechnej historii pieniądza i bankowości” (2002), „Kroniki kryzysów gospodarczych” (2003), „Od marki do złotego. Historii finansów Drugiej Rzeczypospolitej” (2008), „Dziejów gospodarczych Polski” (2011). Założyciel i pierwszy prezes Polskiego Towarzystwa Historii Gospodarczej.

 

Czytaj także

  • Najwyższą stawką jest życie

    O zbrodni, która wynika z lęku, tajnikach pracy powieściopisarza i zmianach społecznych, które są ważne dla przyszłych pokoleń kobiet, z Katarzyną Bondą rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

    Moim szefem jest film

    O wpływie dzieciństwa na tworzoną sztukę, relacjach miedzy reżyserem i postacią oraz o roli rodziny w życiu człowieka z Kingą Dębską rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko

    Współdziałanie mimo różnic, czyli cud pojednania

    O nastrojach roku 1918, wielkim dziele państwotwórczym Polaków i o tym, że nie można przypisywać sobie win ani zasług czasów minionych, z prof. Tomaszem Nałęczem rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko

    Sztuka scalała Polskę

    O młodej sztuce w odradzającym się państwie, polskim sukcesie w Paryżu i o genezie rodzimego designu z prof. Joanną M. Sosnowską rozmawiają Marzena Tataj i Kamil Broszko.

    WIĘCEJ