Nowy model wzrostu dla Polski – głos w dyskusji

Fot. NBP
Fot. NBP

Patrząc na bieżące dane z gospodarki światowej i analizując prognozy jej wzrostu, można dojść do wniosku, że w dekadę po wybuchu globalnego kryzysu finansowego nie ma już po nim śladu. Gospodarki dotknięte w największym stopniu kryzysem wróciły na tory – wydaje się – stabilnego wzrostu. Gospodarka amerykańska, w której kryzys się rozpoczął, jak i gospodarka strefy euro osiągną w tym roku wysokie – jak dla nich – tempa wzrostu gospodarczego. Nie sprawdziły się również obawy odnośnie istotnego spowolnienia w tak ważnej dla światowego wzrostu gospodarce Chin, w której PKB wzrośnie w tym roku o około 7 proc. rok do roku, podobnie jak w Indiach. Duże gospodarki krajów rozwijających się pozostaną więc motorami światowego wzrostu. Również większość krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, skutecznie zmniejsza dystans rozwojowy w stosunku do państw wysoko rozwiniętych.

Powstaje jednak pytanie, czy te wyraźnie pozytywne zmiany są rzeczywiście trwałe. Część ekonomistów zwraca bowiem uwagę, że do ugruntowanego powrotu gospodarki światowej na trajektorię stabilnego długookresowo wzrostu może być jeszcze dość daleko. Dobry stan koniunktury w gospodarce światowej może być bowiem związany z energicznymi działaniami prowzrostowymi głównych banków centralnych (Fed, EBC, Bank Anglii, Bank Japonii) – polityką bardzo niskich czy wręcz ujemnych stóp procentowych i programami luzowania ilościowego. Polityka ta ma jednak swoje ograniczenia, nie można prowadzić jej w nieskończoność, gdyż powoduje narastanie nierównowag i może mieć odległe negatywne skutki uboczne, co jest przedmiotem zaniepokojenia wielu ekonomistów1. Trudno też oczekiwać, aby tego typu działania stanowiły skuteczne remedium na istotne problemy strukturalne ograniczające w dłuższym horyzoncie czasowym wzrost gospodarczy wielu krajów. A tych problemów jest wiele. Jednym z nich jest niewątpliwie rosnące rozwarstwienie dochodowe społeczeństw, szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych. Badania pokazują, że na wczesnym etapie rozwoju rozwarstwienie takie może sprzyjać wzrostowi gospodarczemu – głównie poprzez akumulację kapitału, niezbędnego do budowy fabryk, zakładów przemysłowych czy realizacji innych kapitałochłonnych zazwyczaj projektów inwestycyjnych, takich jak chociażby projekty infrastrukturalne. Na późniejszym etapie rozwoju, kiedy kapitał fizyczny rozumiany jako zasób środków finansowych i materiałowych osiąga już pewien określony poziom, większe znaczenie dla podtrzymania wysokiego tempa wzrostu zaczyna mieć kapitał ludzki. Nowoczesna gospodarka wymaga bowiem dobrze wykwalikowanych i wyedukowanych pracowników, dysponujących umiejętnościami, które pozwolą im obsługiwać nawet najbardziej skomplikowane urządzenia, maszyny i procesy. Jednocześnie muszą to być pracownicy, którzy dzięki swojej innowacyjności i umiejętnościom adaptowania się do nowych warunków będą potrafili współtworzyć małe, a z czasem pewnie coraz większe firmy, stanowiące dziś koło napędowe wielu szybko rozwijających się gospodarek.

Zmienia się również sam charakter rynku pracy. Kiedyś pracowano niemal przez całe życie zawodowe w tej samej firmie, ewentualnie w firmach o zbliżonym profilu. Dzisiaj czymś naturalnym, zwłaszcza wśród młodych ludzi, jest zmiana pracy co klika lat. To wymaga jednak po pierwsze bardziej wszechstronnego wykształcenia, po drugie – otwartości na zmiany i zdolności adaptowania się do nowych warunków pracy, czyli czegoś, co mieści się w definicji kapitału ludzkiego. Mniejsze zróżnicowanie dochodów pozwala większej liczbie gospodarstw domowych przeznaczyć odpowiednie środki na edukację dzieci i przygotowanie ich do późniejszego życia zawodowego. Dane pokazują wyraźnie, że te kraje z grupy krajów rozwiniętych, które cechowały się niskim poziomem kapitału ludzkiego, rozwijały się w ciągu ostatnich kilku dekad najwolniej.

Zjawisko wysokiego i rosnącego zróżnicowania dochodów było w ciągu kilku dekad poprzedzających globalny kryzys finansowy analizowane zwykle w odniesieniu do krajów rozwijających się, gdzie nierówności są szczególnie duże, występują na masową skalę i częstokroć przybierają postać skrajnej biedy. Natomiast włączenie nierówności dochodowych, majątkowych i – szerzej – ekonomicznych do analiz wzrostu gospodarczego krajów wysoko rozwiniętych jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jest to jednak o tyle zrozumiałe, że – jak zwraca uwagę Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)2 – dopiero od schyłku lat 90. ubiegłego wieku nierówności dochodowe w krajach wysoko rozwiniętych zaczęły wyraźnie rosnąć. Według tego źródła od połowy lat 80. XX w. przez kolejnych 30 lat współczynnik Giniego – najpopularniejsza miara nierówności dochodowych – wzrósł w krajach OECD z 0,29 do 0,32, zaś relacja dochodów 10 proc. najzamożniejszych obywateli do dochodów 10 proc. najmniej zamożnych wzrosła z 7 do 9,5. Wśród głównych przyczyn wzrostu nierówności w tym okresie wymienia się przede wszystkim wpływ przyspieszenia tempa globalizacji (w tym utraty konkurencyjności w wielu tradycyjnych gałęziach wytwarzania i przesunięcia produkcji do krajów o niskich kosztach wytwarzania) oraz proces deregulacji rynków finansowych (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii)3. Nie bez znaczenia są również wieloletnie zaniedbania w zakresie polityki edukacyjnej w części krajów, w szczególności dostosowania jej do wyzwań, jakie niesie za sobą globalizująca się i coraz bardziej innowacyjna gospodarka.

Narastanie problemu nierówności w krajach wysoko rozwiniętych zaowocowało bardzo wieloma nowymi badaniami nad związkami między nierównościami a wzrostem gospodarczym. Badania te miały przede wszystkim na celu weryfikację hipotezy, podnoszonej zwłaszcza po globalnym kryzysie finansowym, o negatywnym wpływie rosnącego zróżnicowania sytuacji materialnej ludności na potencjał rozwojowy gospodarek4. Wiele z tych badań prowadzonych było przez wiodące instytucje międzynarodowe, takie jak OECD, Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) i Bank Światowy, często w związku z bardzo praktycznymi potrzebami realizowanych przez nie programów gospodarczych w krajach szczególnie dotkniętych nierównościami. W byłych krajach komunistycznych, w tym w Polsce, problematyka narastania nierówności społecznych i wpływu tego zjawiska na długookresowe tempo wzrostu gospodarczego została podjęta stosunkowo niedawno. Większa liczba opracowań i analiz zaczęła bowiem powstawać dopiero na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia bieżącego wieku5. Wnioski z tych prac badawczych okazały się w zasadzie jednoznaczne: nierówności ekonomiczne wpływają ograniczająco na wzrost gospodarczy. Co więcej, wpływ ten jest silny. Na przykład zdaniem F. Cingano6 obniżenie nierówności o 1 punkt procentowy wartości współczynnika Giniego zwiększa stopę wzrostu gospodarczego w krajach rozwiniętych o 0,1 punktu procentowego rocznie. Ponieważ w ciągu ostatnich 20 lat współczynnik Giniego przeciętnie wzrósł w krajach OECD o 3 punkty procentowe, oznaczałoby to skumulowaną stratę 8,5 proc. produktu krajowego brutto na przestrzeni 25 lat. W przypadku Meksyku i Nowej Zelandii, w których nierówności też istotnie wzrosły w tym okresie (1990–2010), skumulowana strata PKB przekroczyłaby 10 proc. Szacunki autorów związanych z MFW są tutaj zbliżone7.

Odpowiedzią na problem hamowania wzrostu gospodarczego przez nierówności i wykluczenie stała się tzw. koncepcja wzrostu inkluzywnego8. Podstawą tej koncepcji są wspomniane wyżej wyniki badań, które dodatkowo zdezawuowały dość powszechnie formułowaną wcześniej tezę o zamienności pomiędzy wzrostem gospodarczym a skalą redystrybucji PKB. W efekcie wyniki tych badań pokazały, że dbałość ze strony rządów o bardziej równomierny podział owoców wzrostu, w tym dokonywanie transferów do osób uboższych (finansowanych z podatków płaconych przez najbogatszych), nie musi obniżać długofalowego tempa wzrostu gospodarczego. Jako relatywnie nowa koncepcja wzrost inkluzywny nie ma jeszcze jednoznacznej i bardzo precyzyjnej definicji, natomiast istota tej koncepcji rysuje się dość jasno. Za inkluzywny można uważać taki wzrost gospodarczy, który będzie w sobie łączył zauważalną poprawę przeciętnego poziomu życia, mierzonego PKB per capita (ale potencjalnie także innymi miernikami), z poprawą, a przynajmniej stabilizacją, sytuacji najbiedniejszych grup społecznych. W efekcie wzrost taki powinien prowadzić do zmniejszenia nierówności ekonomicznych i społecznych. Taki sens mają między innymi definicje wzrostu inkluzywnego, które można znaleźć we wskazanych przeze mnie publikacjach Banku Światowego, OECD i MFW.

Wiele zjawisk obecnych dzisiaj w polskim systemie społeczno-ekonomicznym idealnie wpisuje się w problematykę inkluzywnego wzrostu. Z jednej strony rozwój naszej gospodarki w okresie transformacji był bardzo dynamiczny. Dochód narodowy per capita (w USD, w ujęciu parytetu siły nabywczej) w latach 1990–2016 zwiększył się ponad 2,5-krotnie. Wzrost ten był stosunkowo stabilny i nawet w bardzo trudnym okresie globalnego kryzysu finansowego naszemu krajowi udało się uniknąć recesji. Jednak nie można zapomnieć, że okres potransformacyjny to jednocześnie czas nadrabiania wieloletnich zaległości inwestycyjnych, przyciągania zagranicznych inwestorów, budowania infrastruktury, ale też gromadzenia rodzimego kapitału. Stąd pojawienie się pewnych nierówności w redystrybucji dochodów było w tym okresie trudne do uniknięcia. Ale tym większe rodzi to wyzwania obecnie, aby te nierówności zmniejszyć i dać Polsce impuls prowzrostowy na kolejne lata.

Ważnym czynnikiem prorozwojowym stała się akcesja do UE, przynosząca w wielu sferach wyraźną poprawę poziomu zaspokojenia potrzeb społecznych. Ponieważ wzrost gospodarczy w krajach rozwiniętych był w tym czasie wyraźnie wolniejszy niż w Polsce, zwłaszcza w okresie wspomnianego kryzysu finansowego, istotnie zmniejszył się także nasz dystans w stosunku do tej grupy krajów, choć nadal pozostaje on dość znaczny. Trwałość wzrostu gospodarczego zawdzięczamy w dużej mierze temu, że w polskiej gospodarce nie występowały istotne nierównowagi ekonomiczne, które w innych krajach przyczyniły się do wystąpienia kryzysu lub też pogłębienia jego negatywnych konsekwencji. Jednakże mimo solidnych fundamentów makroekonomicznych, rozwiniętego i stabilnego systemu finansowego, relatywnie dobrego, choć nadal niewystarczającego, poziomu edukacji Polaków i dużego postępu w zakresie infrastruktury w Polsce występują znaczące nierównowagi społeczne. Tego rodzaju nierównowagi nie zagrażają gwałtownym odwróceniem dotychczasowego trendu wzrostowego i kryzysem finansowym, mogą jednak mieć doniosłe konsekwencje dla wzrostu gospodarczego i jego jakości w długim okresie. Zwrócić uwagę trzeba tu przede wszystkim na najpoważniejszy chyba problem (poza jakością edukacji) 9, czyli bardzo złą sytuację demograficzną. Z oscylującym wokół wartości 1,31 współczynnikiem dzietności kobiet jesteśmy państwem o jednym z najniższych wskaźników przyrostu naturalnego na świecie, a w rezultacie także jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw w Europie. Problemy demograficzne potęguje fala emigracji Polaków, jaka nastąpiła po naszej akcesji do UE. W globalnej gospodarce zjawisko migracji jest naturalne i samo w sobie może być nawet korzystne, o ile jest to migracja okresowa. Niestety, skłonność polskich emigrantów do powrotu jest cały czas niewielka. W efekcie w wielu przypadkach po pewnym czasie do decyzji o emigracji skłaniają się całe rodziny, co prowadzi do dalszego osłabiania lub wręcz zaniku więzi z krajem ojczystym. Efekty tych zjawisk są o tyle ważne, że często emigrują osoby bardzo dobrze wykształcone, wykonujące tzw. zawody deficytowe. Ubytki te jedynie częściowo kompensuje imigracja do Polski. Dzieje się tak między innymi dlatego, że – jak pokazują najnowsze badania, np. Światowego Forum Ekonomicznego10 – na 137 analizowanych krajów znajdujemy się na 113. pozycji pod względem możliwości pozyskiwania najbardziej utalentowanych zagranicznych pracowników. Końcowy bilans tych przepływów jest niekorzystny: w Polsce w niektórych zawodach deficyt wykwalifikowanych pracowników jest już tak duży (pielęgniarki, lekarze niektórych specjalności, spawacze itd.), że stanowi zagrożenie dla sprawnego funkcjonowania tych dziedzin. Inaczej mówiąc, saldo migracji w Polsce, choć w ostatnich latach coraz lepiej zbilansowane ilościowo, nie gwarantuje utrzymania dotychczasowego poziomu i struktury wykształcenia zawodowego, wpływającego przecież na wartość kapitału ludzkiego.

Gdyby analizować wyłącznie zagregowane wskaźniki zróżnicowania dochodowego, trudno byłoby zidentyfikować i wyjaśnić skalę nierówności w Polsce i tym samym ocenić, czy wzrost ten jest, czy nie jest inkluzywny. W Polsce miary zróżnicowania dochodów kształtują się bowiem na przeciętnym – w skali Europy – poziomie. I tak w 2014 r. współczynnik nierówności dochodowych Giniego w Polsce wynosił ok. 30,8 (przy średniej dla UE28 wynoszącej 31). Analizując kształtowanie się tego indeksu w czasie, trzeba także zauważyć jego stopniowy i dość wyraźny spadek – w 2004 r. wskaźnik ten wynosił ok. 35 proc. Drugim z ważnych indeksów jest odsetek osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2015 r. zjawisko to w naszym kraju obejmowało około 23,4 proc. populacji, przy czym samo zagrożenie ubóstwem – ok. 17,6 proc. To wielkości praktycznie identyczne ze średnią unijną (23,7 proc. i 17,3 proc.). Również w przypadku wskaźnika ubóstwa obserwujemy jego wyraźny spadek – zgodnie z danymi GUS11 zmniejszyło się ono z 17,6 proc. osób w gospodarstwach domowych w 2008 r. do 13,9 proc. w 2016 r. Na czym polega problem?

Po pierwsze średnia niekoniecznie jest tutaj dobrym punktem odniesienia. Wiemy dobrze, że sama Unia nie rozwija się od wielu lat równomiernie i są kraje, gdzie tempo wzrostu jest szybsze, a są takie, które od dłuższego czasu pozostają w stagnacji. W szczególności niskim poziomem nierównowag społecznych cechują się kraje skandynawskie, które od wielu lat notują wysokie tempo wzrostu gospodarczego i w których przede wszystkim poprawił się znacząco poziom jakości życia. Co ważniejsze, poprawę tę widzą i doceniają również sami mieszkańcy tych krajów – to nie przypadek, że Duńczycy postrzegają siebie jako jedno z najszczęśliwszych społeczeństw na świecie. Niskie zróżnicowanie dochodowe widoczne jest także w Czechach, które – pomimo przejściowych zawirowań gospodarczych – również rozwijają się bardzo równomiernie i pewnie już niedługo pod względem PKB per capita przekroczą średnią unijną.

Druga kwestia: wskaźniki nierówności są w każdym kraju przeważnie analizowane na poziomie zagregowanym i scentralizowanym. Bardziej zdezagregowane podejście pokazuje, że na przykład wskaźnik zagrożenia ubóstwem jest silnie zróżnicowany w różnych grupach społecznych. O ile przeciętny wskaźnik ubóstwa skrajnego w 2015 r. wynosił ok. 6,5 proc., to w przypadku gospodarstw domowych z co najmniej czworgiem dzieci na utrzymaniu – aż 18 proc. Na wsiach był on trzykrotnie większy (11 proc.) niż w miastach (3,5 proc.). Z kolei w przypadku osób z wykształceniem co najwyżej gimnazjalnym był on niemal 30-krotnie większy (16,5 proc.) niż w grupie osób z wyższym wykształceniem (0,6 proc.). Ubóstwo skrajne jest też silnie zróżnicowane terytorialnie – w województwie podkarpackim w 2016 r. było ono niemal trzykrotnie większe (8,8 proc.) niż w mazowieckim (3,2 proc.).

Po trzecie wreszcie, analizując problem wzrostu inkluzywnego, trzeba pamiętać, że nierówności dochodowe nie są jedynym wymiarem tego problemu. Ważne są także inne obszarach wykluczenia. Niezwykle istotną płaszczyzną jest na przykład tzw. wykluczenie finansowe. Można je różnie definiować i mierzyć12. Gdyby bazować na podstawowym kryterium, jakim jest brak konta bankowego, można szacować13, że w 2016 r. wykluczeniem takim było objętych około 17 proc. badanych Polaków. Jednocześnie w 2016 r. konta bankowego nie posiadało aż 37 proc. osób z wykształceniem podstawowym, 39 proc. osób w wieku powyżej 65 lat oraz 25 proc. gospodarstw domowych o dochodach do 700 zł per capita (jedynie 9 proc. przy dochodach powyżej 1,2 tys. zł). Na wsiach odsetek takich osób był dwukrotnie większy (25 proc.) niż w miastach o liczbie mieszkańców powyżej 500 tys. Warto podkreślić, że skutki wykluczenia finansowego mogą być wielorakie i często dramatyczne – od braku możliwości sfinansowania wydatków edukacyjnych po problemy związane z zakupem środków leczniczych. Te trudne sytuacje kierują zresztą często takie gospodarstwa domowe na nieregulowany rynek pożyczek, na którym łatwo utracić zdolność obsługi zobowiązań. W efekcie w skrajnych przypadkach nawet niewielkie pożyczki zaciągane na tym rynku mogą prowadzić do tak poważnych skutków, jak utrata mieszkania.

Negatywne konsekwencje wzrostu nieinkluzywnego powodują, że niezwykle ważne – z punktu widzenia polityki gospodarczej – jest pytanie o instrumenty pozwalające na złagodzenie tego problemu. Rekomendacje dla polityki gospodarczej zorientowanej na działania sprzyjające zarówno wzrostowi gospodarczemu, jak i utrzymywaniu umiarkowanych nierówności ekonomicznych można najogólniej podzielić na pasywne i aktywne. Do polityk pasywnych zaliczać się będą działania realizowane za pomocą narzędzi podatkowych, w tym progresji podatkowej, dzięki której możliwa jest redystrybucja i transfery finansujące potrzeby mniej zamożnych gospodarstw domowych. Niestety, ten rodzaj interwencji ze strony polityki gospodarczej należy jednak ocenić jako co najwyżej umiarkowanie skuteczny w rozwiązaniu problemu nierówności ekonomicznych. Przede wszystkim środki polityki fiskalnej, zwłaszcza związane z transferami do gospodarstw domowych o niższych dochodach, odnoszą się raczej do objawów zjawiska nierówności niż do jego przyczyn. Zwiększone obciążenia podatkowe zamożniejszych gospodarstw domowych mogą powodować przy tym zmniejszenia ich skłonności do inwestowania i podejmowania działalności gospodarczej. Ponadto progresja podatkowa per se niekoniecznie musi przyczyniać się do wspierania tych grup społecznych, które dla długookresowego wzrostu są najistotniejsze, czyli rodzin posiadających dzieci.

Główny ciężar powinien spoczywać na polityce aktywnej, tj. działaniach zorientowanych na eliminację przyczyn odradzających się nierówności ekonomicznych i społecznych, a wpływy będące wynikiem stosowania ostrożnej progresji podatkowej powinny służyć ich finansowaniu. Taki charakter mają przede wszystkim działania polityki gospodarczej wobec sfer edukacji i rynku pracy. W ramach polityki edukacyjnej szczególne znaczenie ma eliminacja barier w dostępie do edukacji dzieci z mniej zamożnych warstw społecznych, w tym poprzez wsparcie materialne rodzin (transfery, stypendia), co wymaga harmonizacji polityki edukacyjnej z polityką rodzinną. Bardzo ważne są też programy kształcenia ustawicznego, szczególnie istotne w przypadku młodzieży z warstw biedniejszych, i lepsze powiązanie programów nauczania z potrzebami rynku pracy. Efektem tych działań powinno być skrócenie drogi pomiędzy wykształceniem a zatrudnieniem, a w konsekwencji poprawa perspektyw życiowych, w tym materialnych, młodzieży z warstw biedniejszych.

W zakresie rynku pracy włączający charakter mają aktywne polityki rynku pracy względem grup „słabszych”, do których możemy zaliczyć osoby młodsze, ludzi w wieku przedemerytalnym, matki z małymi dziećmi czy też osoby niepełnosprawne. Osiągana w ten sposób eliminacja segmentacji rynku pracy wzmacnia ochronę pracowników i poprawia jakość świadczonej pracy. Pełniejszemu i trwalszemu włączeniu w rynek pracy „słabszych” grup sprzyjają też polityki uzupełniające, jak polityka mieszkaniowa (np. upowszechnienie tanich mieszkań na wynajem), łagodząca bariery mobilności przestrzennej. Podobne efekty przynosi rozbudowa infrastruktury drogowej i kolejowej oraz sprawny system transportu zbiorowego.

W świetle powyższych, siłą rzeczy ogólnych wskazań powstaje pytanie, na ile w Polsce podejmowane są działania wspierające wzrost inkluzywny. Jak bowiem wynika choćby z bardzo syntetycznego przeglądu przyczyn i skutków inkluzywnego i nieinkluzywnego rozwoju polskiej gospodarki, problem ten od dawna jest dużym i palącym wyzwaniem dla polityki gospodarczej i społecznej. Mimo tego przez wiele lat działania zaradcze podejmowane były jedynie w niektórych obszarach. W zasadzie pierwszym kompleksowym projektem jest dopiero Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR). Przede wszystkim explicite przyjęto w niej, że jest ona ukierunkowana na inkluzywny rozwój społeczno-gospodarczy, a podstawową siłą napędową rozwoju jest spójność społeczna. Choć w strategii tej główną rolę odgrywają przedsiębiorstwa i ich produktywność, konkurencyjność itd., jej cele mają być osiągane także poprzez politykę spójności, obejmującą aktywną działalność państwa – również w wymiarze terytorialnym – w obszarach redystrybucji, regulacji, instytucji oraz otoczenia makroekonomicznego. Strategia ta zakłada między innymi, że w sferze społecznej efektem jej realizacji będzie ograniczenie wykluczenia społecznego i ubóstwa oraz innego typu nierówności społecznych. W jej ramach przyjmuje się m.in. osiągnięcie skorygowanego realnego dochodu do dyspozycji na mieszkańca według parytetu siły nabywczej w wysokości średniej dla UE28, obniżenie wskaźnika zagrożenia ubóstwem do 17 proc. w 2030 r. czy redukcję współczynnika Giniego do 27 w tej właśnie perspektywie. Nie wchodząc w szczegóły SOR, warto zwrócić uwagę na dwa bardzo ważne obszary, w których rząd podejmuje działania zmierzające do nadrobienia wieloletnich zaniedbań: wsparcie rodzin wychowujących dzieci i zwiększenie dostępności mieszkań.

Strategicznym programem wsparcia rodzin w Polsce jest realizacja projektu „Rodzina 500 plus”. Choć działa on stosunkowo krótko, program ten już przyniósł szereg bardzo wyraźnych skutków pozytywnych właśnie w obszarze redukcji skali ubóstwa i wykluczenia społecznego. Przede wszystkim radykalnie zmniejszył on skalę skrajnego ubóstwa. W 2016 r. udział osób żyjących w skrajnym ubóstwie zmniejszył się w stosunku do 2015 r. aż o 2 punkty procentowe – do 5 proc. W podobnym stopniu zmniejszył się obszar ubóstwa relatywnego. Jeszcze większy był ten spadek w grupach szczególnie zagrożonych tym zjawiskiem. W przypadku rodzin z trojgiem dzieci wskaźnik ten spadł niemal o połowę – z 9 proc. do 4,7 proc., a w rodzinach z co najmniej czworgiem dzieci – o 4 punkty procentowe. Znacząco – o 3,3 punkty procentowe – zmniejszyła się skala ubóstwa na wsi. Poprawa sytuacji finansowej wielu rodzin, zwłaszcza wielodzietnych, przełożyła się także na zmiany ich aspiracji edukacyjnych czy w zakresie rekreacji i wypoczynku.

Nabiera rozpędu program „Mieszkanie plus”. Szacunki dotyczące skali deficytu mieszkań w Polsce różnią się, ale zazwyczaj nie są one niższe niż milion brakujących lokali. Utrudniony dostęp do tego rynku mają zwłaszcza osoby z niewielką lub bez zdolności kredytowej. Program ten daje realną szansę właśnie tej grupie obywateli. Trzeba przy tym wspomnieć, że problem zbyt drogich w stosunku do dochodu mieszkań i nieuregulowany rynek najmu mogły mieć wpływ na decyzje Polaków o podjęciu emigracji zarobkowej, bo po prostu w krajach Europy Zachodniej za otrzymywaną pensję byli oni w stanie wynająć mieszkanie. Wcześniejsze założenie, że rynek w Polsce sam się ureguluje, okazało się, jak widać, bardzo kosztownym błędem.

Podsumowując: jeżeli chcemy utrzymać dotychczasowe wysokie tempo wzrostu gospodarczego i jednocześnie poprawić jego jakość, konieczne są działania zmierzające do objęcia korzyściami wzrostu szerszych grup społecznych. Tak aby z jednej strony zwiększyć wartość kapitału ludzkiego i stworzyć warunki długofalowego wzrostu, biorąc pod uwagę fakt, że w globalnej gospodarce konkurujemy jakością pracy, a nie jej ceną, a z drugiej, by obywatele mieli przekonanie, że ten wzrost jest również dla nich.


Adam Glapiński 

prezes Narodowego Banku Polskiego. Profesor nauk ekonomicznych, wykładowca renomowanych uczelni, w tym Szkoły Głównej Handlowej. Członek International Joseph A. Schumpeter Society. Wcześniej minister, poseł, senator. Przewodniczący wielu rad nadzorczych spółek, prezes zarządu. Członek Rady Polityki Pieniężnej i zarządu Narodowego Banku Polskiego.

 

Czytaj także