Przypadek sprawił, że zacząłem śpiewać

Fot. Archiwum Zbigniewa Wodeckiego
Fot. Archiwum Zbigniewa Wodeckiego

Zakochany w swoim mieście skrzypek, który chciał być popularny. Po 40 latach muzycznej kariery po raz kolejny podbija serca publiczności. Ze Zbigniewem Wodeckim rozmawiają Marzena Tataj i Anna Tatarewicz.

 

Marzena Tataj: Miał pan kontakt z muzyką od najmłodszych lat. Jednak podkreśla pan, że prawdziwą szkołą muzyczną była współpraca z Markiem Grechutą i Ewą Demarczyk. Proszę opowiedzieć o początkach artystycznej przygody.

Zbigniew Wodecki: Zaczynałem w domu, pod stołem, podczas tzw. niedziel czwartkowych. Mój ojciec był pierwszym trębaczem krakowskiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji, mama była posiadaczką przepięknego sopranu koloraturowego, a siostra grała na wiolonczeli. Wychowując się w takiej rodzinie, w dodatku w Krakowie, byłem niejako skazany na muzykę. Kiedy moi koledzy grali na podwórku w piłkę, ja ćwiczyłem grę na skrzypeczkach. A potem wyrzucili mnie z liceum muzycznego. I z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poszedłem do średniej szkoły muzycznej, w której poznałem Marka Grechutę. I to był początek mojej kariery. Dobrze grałem na skrzypcach, umiałem improwizować, więc proponowano mi współpracę. Zacząłem grać z Ewą Demarczyk, z zespołem Anawa. To wtedy na dobre wszedłem w ten krakowski muzyczny, artystyczny świat. Skaldowie, Wiesiek Dymny, Piotr Skrzynecki, Ewa Demarczyk, Marek Grechuta – to byli moi koledzy.

Anna Tatarewicz: Z czasem pojawiło się marzenie, aby zostać wokalistą. Dlaczego zdecydował się pan rozpocząć karierę solową?

ZW: Chciałem być sławny! Zacząłem śpiewać, gdy miałem 12, może 13 lat. I bez fałszywej skromności przyznam, że taki fajny głos miałem od dziecka. To akurat dary od Boga: dobre głosisko, troszkę słabsze oczy i za długie włosy. Co nieco śpiewałem już na koncertach Ewy Demarczyk. Pewnie jednak nigdy nie zostałbym wokalistą, gdybym nie chałturzył w restauracji „Parkowa” w Świnoujściu. Tam do 4–5 rano śpiewałem „Everybody loves somebody”. Zobaczył mnie Andrzej Wasilewski, który znał mnie jako skrzypka z Anawy i był lekko zaskoczony tym, że umiem też śpiewać. Dla telewizyjnej Dwójki robił w tamtym czasie program „Wieczór bez gwiazdy” i zaprosił mnie, abym wykonał kilka utwórów. Zaśpiewałem więc, zagrałem na skrzypcach, i na trąbce, i na fortepianie. Szkoda, że szpagatu nie umiałem zrobić… (śmiech) Jak się z czasem okazało, warto było pokazać się w telewizji, bo wypatrzył mnie Piotrek Figiel. Dzięki niemu nagrałem swój pierwszy utwór, który śmigał na antenie Polskiego Radia. Piosenka „Znajdziesz mnie znowu” znana jest zresztą do dziś. Tekst do niej napisał Wojciech Mann. Utwór się przyjął, choć był prosty i zdecydowanie nie z mojego emploi. Aby zaistnieć, zrobiłem jednak to, co mi koledzy zaproponowali. Moja wokalna kariera jest więc w dużej mierze dziełem przypadku.

MT: Po singlu przyszedł czas na autorską płytę. Jak pan wspomina jej nagrywanie?

ZW: Moja pierwsza płyta została nagrana w studiu, z zawodowcami. Nie było wtedy komputerów, nie można więc było czyścić dźwięku, wyrównać, poprawić… Płyta się ukazała, a ja byłem zadowolony, że ją nagrałem. I tyle. Dalej grałem na skrzypcach, koncertowałem z Anawą i Ewą Demarczyk, grałem w radiu.

AT: Pierwsza płyta nie przyniosła panu popularności. Dopiero późniejsze utwory bardziej trafiały w gusta publiczności. Jednak pana najnowszy projekt, realizowany z zespołem Mitch & Mitch, pokazuje, że właśnie piosenki z owej pierwszej płyty zdobywają dziś serca słuchaczy, często bardzo młodych.

ZW: Rzeczywiście wygląda to tak, jakbym zaczynał swoją karierę od nowa. Paradoksem jest, że dzieje się to dzięki nowej płycie, która ma 40 lat! Kiedy ją nagrywałem w 1976 r., nie miała prawa odnieść sukcesu. Nikt jej nie puszczał, nikt jej nie promował. Pochodzę z Krakowa, a Warszawa stawiała na swoich. Musiałem wygrać parę festiwali, nagrać „Chałupy” i „Pszczółkę Maję”, by sytuacja nieco się zmieniła. Płyta „1976: A Space Odyssey”, nagrana z Mitch & Mitch, jest przede wszystkim prawdziwa. Nie sililiśmy się na efekciarstwo, oryginalność…

AT: A jednak publiczność ją uwielbia.

ZW: Myślę, że jej fenomen tkwi w tym, że nie jest doskonała. Słychać na niej szumy, oddech sali. Nie jest komputerowo wyczyszczona. Jest prawdziwa. Gdy zamknie się oczy, można poczuć się jak na koncercie. Gdybyśmy wiedzieli, że odniesie taki sukces, to na pewno przyłożylibyśmy się bardziej. Podczas nagrywania tej płyty byłem w wyjątkowej niedyspozycji zdrowotnej, nie pamiętałem wszystkich piosenek, które napisałem, i ich aranżacji.

MT: Dzięki niej zdobył pan dwa Fryderyki. Czy te nagrody cieszą?

ZW: Nie byłem dotąd fanem Fryderyków. Nie dlatego, że przez 20 lat nikt mnie nie nominował. Uważam się za zawodowca i właśnie z tego powodu nie byłem przekonany do tego, by mierzyć się z młodzieżą, która w zupełnie inny sposób tworzy dziś muzykę, często nawet nie zna nut. Zmieniłem trochę zdanie. I nie dlatego, że dostałem dwie nagrody. Po prostu zauważyłem, że w tym konkursie doceniani i nagradzani są także instrumentaliści.

MT: Krytycznie odnosi się pan do twórczości młodych muzyków?

ZW: Dziś ludzie koniecznie chcą być oryginalni. Często więc ich twórczość to czyste efekciarstwo. Dzieje się tak przez skądinąd wielkie możliwości techniczne, które są obecnie zdecydowanie nadużywane. Przez nie muzyka bardzo często jest jak ksero obrazu. Stała się klockami, które można dowolnie układać. Z jednej piosenki możemy zrobić cztery. I to w dodatku bez użycia instrumentów. A jeszcze gdy nałoży się na to jakiś dziwny wokal, najlepiej nieidealny, bo im gorzej, tym lepiej, to sukces murowany. Ważne, by być efektownym, oryginalnym. Zapominamy jednak, że wystarczy wyłączyć prąd i takich utworów nie da się zagrać. Z drugiej strony jest grono niezwykle zdolnych twórców, muzyków, którzy nie są znani, o których się nie mówi. Ile osób słyszało o jedynym Polaku, który wygrał Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Niccolo Paganiniego w Genui? Ile osób wie, że Polska może poszczycić się wybitnym skrzypkiem, takim Zimmermanem skrzypiec? Ubolewam nad tym, że nazwisko Mariusza Patyry jest tak słabo rozpoznawalne w naszym kraju, że nie pozwalamy takim talentom rozkwitać. Na Zachodzie sale na jego koncertach pękałyby w szwach!

AT: Z tych efekciarskich, komputerowych utworów można też zrobić prawdziwe perełki. Pokazuje to projekt „Albo inaczej”, w którym wziął pan udział. I tak człowiek znakomicie wykształcony muzycznie, dorastający w domu pełnym muzyków, nagrywa nową wersję utworu Peji „Jest jedna rzecz”. Skąd pomysł na taki eksperyment?

ZW: Pewnego dnia przyszedł do mnie młody człowiek i powiedział, że robi projekt, w którym biorą udział m.in. Krystyna Prońko, Ewa Bem, Andrzej Dąbrowski, Felicjan Andrzejczak… Pomyślałem, że w takim towarzystwie warto się pobawić. Potem okazało się, że big-band, z którym przyszło mi pracować, to świetni, zdolni i wykształceni muzycy. Zrobiliśmy rewelacyjną aranżację, dołożyłem kilka chórków i wyszedł z tego świetny utwór oraz rewelacyjna, bo złota, płyta.

AT: Podczas współpracy z heavy-metalowym zespołem Exlibris nie było już mowy o świetnym big-bandzie czy wielkich nazwiskach z muzycznego świata. Lubi pan takie wyzwania?

ZW: Oj, po prostu chciałem się popisać, że umiem zagrać heavymetalową solówkę na skrzypcach. (śmiech) I to improwizowaną! Skrzypce są jednym z najtrudniejszych instrumentów. Ułamki milimetrów decydują, czy się trafi w dźwięk. Tak, ta współpraca była dla mnie zawodowym wyzwaniem. Solówkę wykonałem w takim tempie, że nawet Patyra musiałby poćwiczyć, by ją zagrać. Ręka mi sztywniała, ale ostatecznie się udało.

MT: Pochodzi pan z Krakowa, miasta artystów. Co takiego jest w tym mieście, że wyrastają w nim wielkie osobowości, jak Szymborska, Mrożek, Grechuta czy Demarczyk?

ZW: Coś w tym mieście jest dziwnego. Może to te mury, historia, Wawel… Może to czakram?

AT: Nie opuścił pan Krakowa nawet wtedy, gdy dostał propozycję rozpoczęcia kariery w RFN. Dlaczego?

ZW: To było w czasach, kiedy koncertowałem z Markiem i Wackiem. Zapewniono mnie, że jeśli nauczę się całego repertuaru w języku niemieckim, będę największą gwiazdą w Niemczech. Nie przyjąłem tej propozycji. W Polsce już wtedy byłem znany, bo nagrałem „Chałupy”. Na myjni mój samochód był myty za darmo, więc po co miałem wyjeżdżać? (śmiech) Zamienić Kraków na Hamburg czy Bonn? Nigdy. Miałbym za daleko do rynku.


Zbigniew Wodecki

wokalista, instrumentalista, kompozytor, aranżer. Swoją przygodę z muzyką rozpoczął w wieku pięciu lat. Z wyróżnieniem ukończył szkołę w klasie skrzypiec Juliusza Webera. Grał m.in. z Ewą Demarczyk i Markiem Grechutą, w zespołach Czarne Perły i Anawa. Był skrzypkiem Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji oraz Krakowskiej Orkiestry Kameralnej. Jako wokalista zadebiutował w latach 70. Autor przebojów: „Zacznij od Bacha”, „Izolda”, „Pszczółka Maja”, „Chałupy”. Laureat wielu konkursów i festiwali. Nagrodzony niedawno nagrodą muzyczną Fryderyk za utwór („Rzuć to wszystko, co złe”) i płytę roku („1976: A Space Odyssey”).

 

Czytaj także

  • Fot. Marcin Żurawicz

    Lubię pomagać

    O prowadzeniu biznesu społecznego, działaniu w skali globalnej oraz promowaniu Polski z Moniką Jabłońską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Robert Baka

    Kocham ją i nienawidzę

    O muzyce, buncie i trudnej relacji z Polską z Muńkiem Staszczykiem rozmawia Anna Siedlińska.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. CHRISTOPHE ROUÉ

    Siłę tworzy grupa

    O poszukiwaniu życiowej drogi, światowej stolicy przemysłu kosmetycznego oraz o wizerunku Polaków we Francji z Elżbietą Wysoczańską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Rzeźbiarz ruchu, malarz emocji

    Lubomir Tomaszewski to polsko-amerykański artysta światowego formatu, który swoją karierę rozpoczął od porcelanowej rzeźby kameralnej.

    WIĘCEJ