Polska potrzebuje silnej Polonii

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

Z Aldoną Długokięcką-Kałużą rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Jakie motywy skłoniły panią do emigracji? Z jakich powodów obecnie Polacy emigrują do Francji?

Aldona Kałuża: Akurat mną kierowały motywy uczuciowe. Przyjechałam do Francji 14 lat temu, by dołączyć do mojego polskiego męża. W tym czasie przybyło do Francji wiele Polek, często właśnie ze względów sercowych. Na dziesięć znajomych par osiem to pary polsko-francuskie, w których Polka jest żoną Francuza. Sytuacja odwrotna jest prawdziwą rzadkością. W następstwie wejścia Polski do UE do Francji przybyła duża grupa Polaków. Wolny przepływ pracy, ludzi i kapitału zrobił swoje. Pojawiły się setki polskich firm, cenionych ze względu na fachowości. Z roku na rok widać też coraz więcej polskich studentów, przyjeżdżających w ramach wymiany Erasmus+. Są już nie tylko w Paryżu, ale też w innych dużych miastach. Współczesna polska emigracja nie ma nic wspólnego z emigracją lat 80. Teraz Polacy przyjeżdżają z nieprzymuszonej woli, bo Francja kojarzy im się z krajem wysokiego standardu życia, dobrej opieki socjalnej i niezłych zarobków. To typowa emigracja ekonomiczna lub sercowa.

Jest jednak pewna zmiana. Polacy, cenieni wysoko w kraju nad Sekwaną jeszcze pięć lat temu, teraz, w momencie problemów ekonomicznych Francji, często są postrzegani jako niepożądana siła robocza. Są zaliczani do grupy około 400 tys. emigrantów (również z Rumunii czy Portugalii) zwanych pracownikami low cost. Tak więc wiele polskich firm zrezygnowało z tego rynku, ponieważ zmniejszyły się niemal do zera ich szanse na zlecenia podwykonawcze, choćby w obszarze dużych inwestycji budowlanych. Przetargi publiczne na te inwestycje są obwarowane wymogami, których polskie firmy nie są w stanie już spełnić. Co prawda, nadal działają polskie agencje pracy tymczasowej, ale i ten rynek Francja zaczęła chronić, broniąc się przed tanią siłą roboczą ze Wschodu. We Francji ok. 3,5 mln ludzi jest bez pracy i fakt ten wywołuje określone efekty polityczne, socjologiczne i biznesowe.

KB: Czy polscy emigranci podtrzymują swoje związki z polskością?

ADK: Z moich obserwacji i doświadczenia zawodowego wynika, że Polacy chcą podtrzymywać związki z ojczyzną. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, ale jednak w większości ciągnie nas do siebie. Najbardziej aktywnie działające w tym względzie są polskie parafie, wokół których przyjezdni szukają nie tylko polskości, ale przede wszystkim kontaktów i informacji pomocnych w asymilacji w nowym środowisku. Rozmawiają po polsku, zapisują dzieci do polskich szkół społecznych, działających w środy i soboty. Szukają sklepów z polskimi produktami, instalują anteny satelitarne, aby oglądać polskie kanały telewizyjne, wybierają polskich lekarzy, mechaników itp. Uczestniczą w imprezach organizowanych przez polonijne stowarzyszenia. Czasem to wygląda tak, jakby Polonia zamykała się we własnym światku. Wielu z nas, szczególnie na początku pobytu we Francji, wybiera taki model życia, gdyż w ten sposób jest po prostu łatwiej znieść rozłąkę z rodziną i domem. Ale już młode pokolenie, np. studenci, idą inną drogą. Znają języki, nie mają kompleksów, szybko się integrują w nowym środowisku i chcą jak najszybciej się w nim zanurzyć. Chcą żyć bliżej Francuzów i Francji. To jednak z czasem okazuje się być tylko etapem – wcześniej czy później potrzeba mówienia po polsku, spotkania się z innymi Polakami czy zaniesienia święconki w koszyku do polskiego kościoła w czasie Wielkanocy okazuje się silniejsza. W Tuluzie, gdzie mieszkam od 12 lat, powołaliśmy stowarzyszenie Polek, Les Polonaises, i od kilku lat organizujemy seminaria i szkolenia. Spotykam na nich Polki w różnym wieku, różnych zawodów, charakterów i widzę w nich wszystkich ogromną potrzebę, by właśnie czasem spotkać się w polskim towarzystwie, porozmawiać po polsku. Każdy, wcześniej czy później, doświadcza takiego wołania duszy.

KB: Jak wygląda zmiana postrzegania Polaków we Francji w skali ostatnich lat?

ADK: Gdybym miała wymienić przymiotniki, jakimi najczęściej określają nas Francuzi, użyłabym kilku: pracowici, gościnni, otwarci i… lubiący wypić. Na hasło „Polak” słyszymy od Francuza: Wałęsa, Chopin, hydraulik, Solidarność, wódka, kościół, Kraków, Warszawa. To są nasze „symbole” i walka z nimi nie ma sensu. Od wejścia Polski do UE Francuzi wiedzą o Polsce trochę więcej. Od kilku lat kojarzymy im się nawet z nowoczesnością, czemu sprzyja ciekawa oferta turystyczna na dobrym poziomie, podnoszący się standard życia w Polsce oraz wiele dużych, świetnie zorganizowanych imprez sportowych. Mam wrażenie, że Francuzi tak naprawdę dopiero odkrywają Polskę. Niektórzy wybierają weekendowe pobyty w Krakowie. Pracownicy dużych francuskich firm przyjeżdżają do Polski na kontrakty zawodowe, osiedlają się u nas i wtedy widzą, jak bardzo stereotypowy obraz Polski, z koniem ciągnącym wóz drabiniasty przez miasto, różni się od rzeczywistości. Mnie często uważa się za Rosjankę, ale to dlatego, że dla Francuzów kraje wschodniej Europy to nadal jeden wielki, jednorodny blok. Są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że język polski naprawdę nie przypomina rosyjskiego, zwłaszcza w piśmie. Dziwią się także, że tak szybko uczymy się ich języka.

Polska dla Francuza to wielka zagadka. Rozmawiałam ostatnio z Zygmuntem Miłoszewskim, autorem powieści kryminalnych, którego dwie książki przetłumaczono na francuski i który cieszy się dużym uznaniem i popularnością. Okazuje się, że francuscy czytelnicy, z małych miejscowości i dużych miast, niejednokrotnie podkreślają, że jego kryminały pozwalają im odkrywać Polskę, o której tak naprawdę niewiele wiedzą. Miłoszewski śmiał się, że czuje brzemię odpowiedzialności za wizerunek naszego kraju.

Młodzi Polacy przybywający teraz do Francji są najlepszą wizytówką kraju. Wykształceni, otwarci na nową kulturę, bez kompleksów wkraczający w nowe środowisko, ambitni, świadomi swojej wartości, nowocześni. To oni tworzą dzisiaj obraz Polski we Francji. Akcje promocyjne budujące wizerunek Polski prowadzone przez różne instytucje są według mnie niespójne, nieskoordynowane, a przez to nie wykorzystują efektu synergii. Dlatego ich rezultaty są nadal mierne.

KB: Czy w dobie tanich lotów i Skype’a tęsknota za Polską jest nadal dojmująca?

ADK: Nostalgia jest uczuciem, które towarzyszy każdemu człowiekowi bez względu na jego narodowość. To tęsknota za przyzwyczajeniami, obrazkami z dzieciństwa, zapachami, miejscami, bliskością konkretnych ludzi i atmosferą. Ona będzie z nami zawsze. Zmienił się natomiast sposób komunikowania. Dzięki tanim lotom nostalgia stała się bardziej znośna. Na bilety stać praktycznie każdego, wiec perspektywa podróżowania i odwiedzania Polski w wakacje i święta jest w zasięgu ręki. Granice są otwarte, wsiadamy i jedziemy… Wszędzie jest dzisiaj bliżej, również dzięki Internetowi. Polscy dziadkowie oglądają na Skypie wnuki żyjące za granicą, rozmowy telefoniczne są coraz tańsze, zaś we Francji połączenia do krajów UE są już bezpłatne. To sukces globalizacji, która ma wpływ na wymiar współczesnej emigracji. Kiedyś równała się ona ucieczce, oddaleniu, poświęceniu i dojmującej tęsknocie. Dzisiaj to jedynie etap w życiu, podyktowany karierą zawodową lub głosem serca.

KB: Czy lepiej skłaniać Polaków na emigracji do powrotu do kraju czy raczej namawiać do tworzenia silnej i zwartej diaspory?

ADK: Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Są Polacy, którzy świadomie wybrali emigrację. Są też tacy, którzy rzeczywiście zostali zmuszeni do niej względami ekonomicznymi, i ci pewnie wróciliby szybko, gdyby tylko mogli zarobić w ojczyźnie tyle co we Francji i mieć poczucie finansowego bezpieczeństwa i komfortu życia. Gdy w innych krajach UE odkrywamy ten komfort, widzimy, że poza Polską żyje się wygodniej i łatwiej, na przykład służba zdrowia jest przychylna ludziom i szybko dostępna dla wszystkich. Polska, choć z potencjałem, jest nadal „w budowie”… Kiedy porównujemy polską rzeczywistość z tą emigracyjną i dokonujemy matematycznego rachunku wszystkich plusów i minusów, często wynik jest pozytywny dla emigracji. Ale mam wrażenie, że wielu rodaków czeka na lepszą Polskę, bo chcą do niej wrócić. Wielu w rozmowach deklaruje, że wróci na emeryturę. Wielu żyje tutaj, a inwestuje w Polsce. Jeśli więc ludziom – nie tylko w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu czy innych dużych polskich miastach, ale i w tych mniejszych – zapewni się godziwe warunki życia, perspektywę pracy, usprawni system ubezpieczeń zdrowotnych i emerytur, to Polacy zaczną wracać. Na razie zostają we Francji, bo w ich rodzinnych miasteczkach jeszcze nie widać poprawy, a nie wszyscy przecież mogą mieszkać w Warszawie…

Francja, choć z kryzysem bezrobocia, dużymi podatkami, problemami politycznymi i emigracyjnymi, jest nadal krajem przychylnym obywatelowi, gwarantującym odpowiedni standard życia. Polska jeszcze się tego uczy. Dlatego to, co jest potrzebne naszemu wizerunkowi, co sprawia, że chce nam się być bliżej Polski i polskości, to silna, współpracująca ze sobą diaspora, skupiona wokół liderów i ważnych polonijnych spraw. Dzisiejsza emigracja jej potrzebuje, ale chyba jeszcze bardziej potrzebuje jej sama Polska.


Aldona Długokięcka-Kałuża

od 14 lat mieszka we Francji. Ukończyła dziennikarstwo na Wydziale Politologii i Stosunków Międzynarodowych w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku oraz Szkołę Liderów Polonijnych. Od 2009 r. kieruje spółką konsultingową Aldona Kaluza Consulting, która wspiera podmioty gospodarcze na terenie Francji i Polski w zakresie obsługi administaracyjnej i prawnej. Od 2012 r. prowadzi również Polsko-Francuską Agencję Komunikacji „PolskaPROject”, która zarządza nowoczesnym portalem polsko-francuskim Strefapl.com. Współtwórczyni stowarzyszenia Les Polonaises (Polki) w Tuluzie, zajmującego się aktywizacją społeczną i zawodową Polek we Francji. Od 2013 r. członkini rady konsultacyjnej przy Konsulacie Generalnym RP w Lyonie. Laureatka Konkursu „Wybitny Polak” we Francji w 2014 r. W maju 2014 r. odznaczona przez prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi za działalność polonijną.

 

Czytaj także