O jednym takim, co kosmosu się nie boi

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

Z Grzegorzem Broną, fizykiem z Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem firmy sektora kosmicznego Creotech Instruments, wyróżnionym tytułem VIPI – Very Important Polish Innovator, rozmawia Adam Mikołajczyk.

Adam Mikołajczyk: Trudno się z panem umówić. Ciągle jakieś wywiady, spotkania… Skąd takie zainteresowanie pana osobą? To Mars tak rozbudza wyobraźnię?

Grzegorz Brona: Myślę, że to jest wynik dobrego timingu. W 2012 r., jako Polska, przystąpiliśmy do Europejskiej Agencji Kosmicznej (EAK) i szybko okazało się, że na stworzenie jakichkolwiek podwalin poważnego przemysłu kosmicznego potrzeba minimum trzech lat. Na „wychodzenie” kontraktów, uzyskanie certyfikatów i przejście wszystkich procedur w EAK lub w podmiotach, które z nią bezpośrednio współpracują, np. w Airbusie. Okazuje się, że te trzy lata właśnie minęły i wreszcie zaczynamy zbierać owoce naszej pracy. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy na firmę Creotech Instruments spadł deszcz kontraktów, a co za tym idzie – zwiększyło się zainteresowanie mediów, łaknących dobrych wiadomości.

AM: Jak to się wszystko z tym przemysłem kosmicznym u pana zaczęło? Ambitny doktorant fizyki wyjechał do CERN i…

GB: Zaczęło się trochę przypadkowo. Byłem na kontrakcie w CERN. Akurat w tym samym czasie byli tam również moi przyjaciele. W pewien piękny weekend wybraliśmy się na wycieczkę do Lucerny. Tam zdaliśmy sobie sprawę, że nasze kontrakty prędzej czy później się skończą, więc zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej. Były różne opcje, na przykład praca za granicą (ja otrzymałem m.in. propozycję trzyletniego kontraktu w Oksfordzie) i kontynuacja działalności naukowej. Ale kusiła nas także perspektywa powrotu do Polski, gdyż uważaliśmy, że z takim doświadczeniem, jakie zebraliśmy za granicą, i z naszymi niemałymi ambicjami na pewno uda się odnieść sukces. I tak też się stało. Wróciliśmy do Polski i założyliśmy spółkę, która na samym początku w ogóle nie miała zajmować się przemysłem kosmicznym. Chcieliśmy produkować akumulatory dla audiofilów dostarczające wysokiej jakości prąd elektryczny, niezbędny do otrzymania wysokiej jakości dźwięku. Audiofil to miłośnik muzyki, zapaleniec, który inwestuje spore kwoty we wzmacniacze sygnału, głośniki, odtwarzacze, aby móc rozkoszować się jak najlepszą jakością dźwięku ulubionej muzyki. Natomiast większość z nich nie przejmuje się jakością prądu, który obniża parametry sprzętu. Dlatego postanowiliśmy zaoferować im pewnego rodzaju domową elektrownię w postaci zestawu akumulatorów. I tak ruszył pierwszy projekt firmy Creotech, który niemal tak samo szybko jak się pojawił, tak i upadł. Okazało się bowiem, że ta cała elektrownia ważyłaby ponad pół tony i większość audiofilów miałaby problem z umieszczeniem jej u siebie w domu. Później przymierzaliśmy się do kilku innych, mniej lub bardziej udanych pomysłów.

Akurat były to czasy, kiedy Polska wstępowała do Europejskiej Agencji Kosmicznej (EAK). Naukowcy z Centrum Badań Kosmicznych PAN trafili do nas wtedy z pytaniem, czy przypadkiem firma, która rzuca się często z motyką na słońce, nie byłaby zainteresowana zmierzeniem się z prawdziwym kosmosem. Nam się to oczywiście niesamowicie spodobało. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że byliśmy chyba jedyną firmą, która tak pozytywnie odpowiedziała na zaproszenie CBK. Teraz wiemy, że podejmując to wyzwanie, mieliśmy całkowitą rację.

AM: Co było kamieniem milowym w rozwoju firmy Creotech Instruments?

GB: Polska jako członek Europejskiej Agencji Kosmicznej jest zobowiązana wpłacać roczną składkę członkowską, wynoszącą obecnie ok. 30 mln euro. Na szczęście pieniądze te w większości wracają z powrotem do Polski w postaci zamówień składanych w naszym kraju na sprzęt czy oprogramowanie. Przeprowadzono audyt, w wyniku którego okazało się, że nie ma wielu polskich firm specjalizujących się w tej problematyce. W ten sposób narodził się pomysł, aby EAK wsparła rozwój kilku polskich firm, by mogły realizować specjalistyczne zamówienia. Jedną z tych firm był Creotech Instruments. EAK zleciła naszej firmie dostosowanie wszystkich procedur, związanych zarówno z montażem elektroniki kosmicznej, jak i np. obiegiem dokumentów pod kątem wymogów EAK. Równie ważny impuls rozwojowy przyszedł z Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych, z której dostaliśmy dofinansowanie na zakup sprzętu. Trzecim partnerem finansowym została Agencja Rozwoju Przemysłu. Mogę stwierdzić, że punktem zwrotnym dla nas był moment, gdy zetknęły się ze sobą trzy źródła finansowania – pochodzące z EAK, ze środków unijnych i ze Skarbu Państwa.

AM: Jak można scharakteryzować przemysł kosmiczny naszych czasów?

GB: Przemysł kosmiczny przechodzi w tej chwili rewolucję. Opiera się on na dwóch aspektach. Pierwszym z nich jest miniaturyzacja sprzętu, który jest wysyłany w kosmos. W latach 1980–1990 i wcześniej satelity zazwyczaj miały masę od pół tony do tony. Od końca lat 90. wysyła się w kosmos satelity ważące nawet mniej niż 100 kg, które są w stanie wykonać dokładnie te same zadania co poprzednia generacja. A jeden kilogram wyniesionej w przestrzeń kosmiczną masy to oszczędności rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów, co powoduje, że coraz więcej krajów (jak choćby Kenia czy Czechy) i odbiorców prywatnych stać na wysyłanie własnych satelitów (np. telekomunikacyjnych). Mówi się też coraz głośniej o Internecie z kosmosu. To właśnie zasługa miniaturyzacji. Druga zmiana, która dokonuje się na naszych oczach, dotyczy części elektronicznych. Otóż w związku z tym, że wysłanie w kosmos satelity jest coraz tańsze, nie musi być on już budowany z najwyższej jakości komponentów. Obecnie wykorzystuje się kilkakrotnie tańsze, „zwykłe” komponenty, które nie zostały przetestowane w warunkach kosmicznych, gdyż wystarczy, aby pracowały bezawaryjnie dwa lata, a nie 20, jak niegdyś. W razie awarii satelity można  zastąpić go kolejnym. W ciągu ostatnich 10 lat obroty na rynku kosmicznym wzrosły ponad 2,5-krotnie, a taka dynamika jest porównywalna z najlepszymi rynkami, takimi jak tworzenie oprogramowania czy usługi internetowe. Kosmos staje się dla nas dostępny w sensie dosłownym i jest to wielka szansa dla polskich firm.

AM: Na jaki kawałek tego kosmicznego tortu może liczyć Polska? Myślę tu nie tylko o aspekcie rynkowym, ale też o generalnej pozycji naszego kraju w kosmicznym wyścigu.

GB: Polska Agencja Kosmiczna POLSA została utworzona we wrześniu 2014 r., czyli półtora roku temu. Dopiero na wiosnę zeszłego roku została powołana Rada Agencji, do której mam przyjemność należeć. Tort, o którym pan wspomniał, rzeczywiście jest smakowity, ale z każdym dniem zwiększa się liczba chętnych, aby go spróbować. Trzeba zdawać sobie sprawę, że jako kraj mamy  50-letnie zapóźnienie w rozwoju technologii kosmicznych i oprócz kilku fantastycznych wyjątków, takich jak Centrum Badań Kosmicznych, Instytut Lotnictwa, PIAP czy kilka innych instytutów naukowych, przemysł kosmiczny praktycznie się nie rozwijał. Dopiero kilka lat temu powstały pierwsze małe, kilkuosobowe firmy, które postanowiły specjalizować się w zagadnieniach przemysłu kosmicznego. Teraz zaczynają pozyskiwać kontrakty. Jednak do momentu, gdy nie będzie ustalonej jasnej strategii państwa, co jako kraj chcemy osiągnąć w następnych dziesięcioleciach poprzez rozwój przemysłu kosmicznego, wszelka indywidualna działalność tych pojedynczych firm nie przełoży się na rozwój kraju. Polska Agencja Kosmiczna może doradzać w tych kwestiach rządowi, który jest jedynym podmiotem upoważnionym do określenia polityki w kwestiach przemysłu kosmicznego. Być może naszym celem powinno być wyprodukowanie satelitów obserwacyjnych dla potrzeb cywilnych i wojskowych, być może powinniśmy skupić się na budowie satelitów telekomunikacyjnych. Nawiasem mówiąc, kiedy nasze wojska działały w Afganistanie, łączyły się ze sztabem głównym w Warszawie dzięki satelicie Gazpromu… Musimy też zdecydować, czy będziemy mieć własne środki wynoszenia satelitów na orbitę, czy takie obiekty jak rakiety są w ogóle w obszarze zainteresowania naszego kraju. Na wszystkie te pytania muszą się znaleźć odpowiedzi. Jedynie spójna strategia państwa pozwoli na dynamiczny rozwój przemysłu kosmicznego, który ma wielki potencjał. Jak już mówiłem, Polska Agencja Kosmiczna może być ciałem doradczym, ale ostateczne decyzje muszą zapaść na szczeblu rządowym.

AM: Czy jest pan optymistą w tym względzie?

GB: Tak, bo mamy spory potencjał naukowy, ambitnych inżynierów na światowym poziomie, instytucje naukowe, które wykorzystały dotacje unijne na wysokiej klasy wyposażenie. Mamy dogodne położenie w centrum Europy, szybki rozwój ekonomiczny, który pozwala określić nas mianem może jeszcze nie tygrysa, ale przynajmniej tygryska Europy. Wyliczam to wszystko, aby pokazać nasze atuty w obszarze nowych technologii, do których zalicza się przemysł kosmiczny. Jedyna niewiadoma to podejście rządzących do zagadnienia. Na pewno wszyscy zdają sobie sprawę, że grozi nam pułapka średniego wzrostu i można ją ominąć jedynie poprzez rozwój innowacyjności, a więc przemysł kosmiczny doskonale wpisuje się w ten trend.

Firma, którą reprezentuję, jest największą firmą w Polsce zajmującą się przemysłem kosmicznym. Nawiasem mówiąc, uważam, że w Polsce nie można jeszcze mówić o istnieniu przemysłu kosmicznego. W Wielkiej Brytanii pracuje w nim ok. 40 tys. osób, w Polsce – 300. A mamy w tej chwili bardzo sprzyjające warunki, które nieprędko się powtórzą: Europejska Agencja Kosmiczna ma do wydania w Polsce spore środki finansowe, Komisja Europejska również prowadzi duże programy kosmiczne (np. Copernicus) i tam także można ubiegać się o środki. Mamy także ambicje uniezależnienia się od innych potęg. Tak więc jeżeli tylko pojawi się polityczne zainteresowanie, Polacy w krótkim czasie mogą stać się ważnym graczem „w kosmosie”. Według mnie powinniśmy specjalizować się w konstruowaniu i wynoszeniu małych satelitów, w tej dziedzinie zebraliśmy już doświadczenie w ramach projektów naukowych czy studenckich. Mamy już na orbicie trzy polskie satelity. Kolejny, studentów z Politechniki Warszawskiej, ma się pojawić na orbicie w przyszłym roku. Mamy wreszcie świetnie wyszkoloną kadrę elektroników i mechaników. Aby zaoszczędzić uciekający czas, potrzebny nam teraz transfer technologii od zachodnich partnerów, tak by w ciągu pięciu lat następnego satelitę, tym razem komercyjnego, można było zintegrować samodzielnie. Uruchomiliśmy już studium wykonalności na obserwacyjne satelity wojskowe i oczekujemy na decyzję Ministerstwa Obrony, od której zależą dalsze losy tego projektu.

AM: Jak będzie wyglądać rozwój startupów? Czy nieodzowna będzie symbioza nauki i biznesu?

GB: Pierwsze startupy rodziły się w garażach, a sama technologia nie była jeszcze w owych czasach zbytnio zaawansowana. W garażu było możliwe zbudowanie komputera, jak to właśnie uczynił Steve Jobs. Również pierwsze startupy związane z początkami Internetu nie wymagały specjalnych zasobów, a jedynie dobrego pomysłu i kilku entuzjastów. Moim zdaniem w najbliższych latach należy zagospodarować biotechnologię, przetwarzanie i produkcję energii elektrycznej oraz właśnie przemysł kosmiczny. Przyzna pan, że te dziedziny trudno rozwijać w garażu, bo w takich warunkach nie przeprowadzi się ani badań klinicznych nowych leków, ani nie wyprodukuje nowych materiałów, ani tym bardziej nie stworzy silnika rakietowego, który poleci w kosmos. Do tego potrzebne jest odpowiednie zaplecze naukowe i laboratoryjne, które może zapewnić właśnie uczelnia czy instytut naukowy.

Do rozwiązania pozostaje kwestia, w jaki sposób ma się odbywać ten transfer wiedzy z instytucji naukowych do przemysłu. Często obserwuję, że wraz z zakończeniem projektu badawczego powstaje dobra technologia, ale trafia na półki naukowców, gdyż nie ma odpowiedniej procedury pozwalającej po nią sięgnąć. Na szczęście uczelnie powoli same zaczynają interesować się przekazaniem swojej wiedzy na zewnątrz – czy to poprzez udzielanie licencji, czy samodzielną komercjalizację. Na Uniwersytecie Warszawskim powstało Centrum Nowoczesnych Technologii, które zajmuje się m.in. współpracą z przemysłem, biznesem, a także tworzeniem własnych podmiotów gospodarczych. Podobnie jest na innych uczelniach, które liczą się na mapie technicznej Polski.

AM: Jednak nauka narzeka na biznes, a biznes nie pozostaje jej dłużny. Trudno się porozumieć tym dwóm środowiskom.

GB: Problem tkwi w braku zrozumienia po dwóch stronach, bo nauka i biznes mają trochę inne cele. Nauka ma opracowywać nowe technologie, ma je badać, opisywać, publikować, prezentować na konferencjach. Celem przemysłu czy biznesu jest osiągnięcie dochodu. Do pewnego stopnia to są światy kompletnie rozłączne i próba zmuszenia ludzi z jednego świata, żeby dogadali się z ludźmi z drugiego świata, nie może polegać na tym, że jeden z tych światów narzuci swoją wizję drugiemu. Przede wszystkim obie grupy muszą zrozumieć cele, do których dążą. I jeżeli to zrozumienie nastąpi, biznesmen przestanie wymuszać na naukowcu, żeby zarobił dla niego pieniądze, a naukowiec przestanie wymagać od biznesmena, żeby dostarczył projekt, na podstawie którego można napisać 20 publikacji. Bardzo często biznesmen, przemysłowiec, kapitalista jest traktowany jako wyzyskiwacz, jako osoba, która przychodzi na uczelnię i chce za bezcen kupić jakąś technologię, sprzedać ją z wielokrotnym przebiciem i pławić się potem w gotówce. Z drugiej strony biznesmen patrzy na tych naukowców jak na ludzi, którzy chcą ogromnych pieniędzy na realizację swoich wizji, a ostatecznie dostarczają zupełnie nieprzydatnych rozwiązań. Jednak jeżeli te dwa światy zrozumieją swoje cele i sposoby pracy i będą je respektować, to myślę, że współpraca jest możliwa.


Dr Grzegorz Brona 

wykładowca na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego oraz były pracownik laboratorium badawczego  Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN (2009–2011), w którym odpowiadał za oprogramowanie detektorów promieniowania oraz zarządzanie zespołem badawczym pracującym przy Wielkim Zderzaczu Hadronów (LHC). Współautor ponad 300 artykułów publikowanych w prestiżowych periodykach naukowych, m.in. w „Physical Review Letters”, „Nuclear Instruments and Methods” i „Nature”. Wykładowca w takich ośrodkach naukowych, jak  Joint Institute for Nuclear Research w Rosji czy Thomas Jefferson Laboratories w USA. Współzałożyciel i prezes zarządu (od 2015 r.)  Creotech Instruments SA, gdzie odpowiada za budowanie wizji i strategii rozwoju spółki, w szczególności w kluczowym dla spółki obszarze technologii kosmicznych.
 

Czytaj także