Bez ryzyka nie będzie innowacji

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

Z Dawidem Nidzworskim, naukowcem, badaczem i przedsiębiorcą, wyróżnionym tytułem VIPI – Very Important Polish Innovator, rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Proszę powiedzieć, czym się pan zajmuje.

Dawid Nidzworski: Prowadzę działalność naukową, pracuję na Uniwersytecie Gdańskim, na Międzyuczelnianym Wydziale Biotechnologii, ale mam też startup Eton Group, w którym zajmuję się komercjalizacją czujnika do wykrywania wirusa grypy. W pracy naukowej specjalizuję się również w wirusie grypy, pracuję nad jadalną szczepionką przeciwko tej chorobie oraz nad związkami antywirusowymi. Poza tym zajmuję się szeroko rozumianą diagnostyką oraz innowacyjnymi metodami i technologiami związanymi z diagnostyką medyczną.

KB: Czy doniesienia medialne o nowym rodzaju grypy aktywizują zespół w firmie lub w katedrze?

DN: Nasze działania w żaden sposób się nie zmieniają, niezależnie od sezonu grypowego, doniesień medialnych czy przypadków śmiertelnych. My pracujemy stale nad nowymi rodzajami szczepionek czy testów. To, że w ostatnich dniach zmarło kilka osób, jest oczywiście bardzo przykre, niemniej jednak z powodu infekcji grypą i powikłań po przebytym wirusie codziennie umierają ludzie na całym świecie. Może jednak aktywizujemy się po takich doniesieniach o tyle, że motywujemy się do pracy i przekonujemy, że ma ona sens. Czasem żałujemy, że nie udało nam się dostać grantu kilka miesięcy wcześniej, bo dzięki niemu dziś nasze urządzenie mogłoby być w szpitalach i przyspieszyć diagnostykę. Gdyby Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zainwestowało w ten projekt jakiś czas temu, już dziś moglibyśmy zaproponować rozwiązanie.

KB: Dlaczego środki nie zostały przyznane? Zdecydowały kryteria formalne, zabrakło jakiegoś papierka?

DN: Raczej nieformalne. Wprawdzie z ostatniego konkursu nie mamy jeszcze recenzji, ale mogę powiedzieć, jak to wyglądało w roku 2014. Recenzje naszych projektów były bardzo pozytywne, ale z jakiegoś powodu oceny punktowe nie były już tak dobre i naszemu wnioskowi zabrakło pół punktu, aby znaleźć się wśród projektów dofinansowanych.

KB: Jak pan ocenia ostatnie zmiany w finansowaniu nauki w Polsce?

DN: W skali ostatnich czterech lat przeprowadzono wiele zmian w dobrym kierunku. Obecnie jest bardzo wiele środków na badania i rozwój dla firm. Jako właściciel startupu powinienem być zadowolony z takiej sytuacji, z drugiej strony, nie mając dotychczas przychodu, sprzedaży, historii finansowej, trudno mi się wybić wśród firm, które posiadają 10–20 lat doświadczenia.

Zauważam, że często projekty o niskim ryzyku dostają duże pieniądze, a te bardziej ryzykowne nie dostają nic. Z programów krajowych nie finansuje się praktycznie żadnych bardzo innowacyjnych i ryzykownych projektów. Uzasadnieniem zawsze będzie ograniczony budżet, ale obserwując część przypadków, w których zostało przyznane dofinansowanie, zauważam, że wspierane są nie startupy (czy ogólnie firmy na wczesnym etapie rozwoju z innowacyjnymi projektami o dużym ryzyku), a firmy dalece rozwinięte, które będą swoje projekty wdrażały niezależnie od otrzymania pomocy z zewnątrz. Recenzenci bardziej ufają doświadczonym firmom, z zapleczem technicznym i finansowym. Wydaje mi się jednak, że finansowanie badań powinno dać większą swobodę startupom, państwo powinno finansować firmy na wczesnym etapie rozwoju, a ryzyko niepowodzenia powinno być bardziej akceptowalne.

KB: Sugeruje pan, że w instytucjach finansujących myśli się wyłącznie w kategoriach konkretnego zysku dla budżetu państwa, a nie w kategoriach podejmowania ryzyka?

DN: Mam takie odczucie, że jednostki budżetowe nie chcą ponosić ryzyka związanego z projektami startupowymi. Wydaje mi się, że skoro wszyscy płacimy podatki, ryzyko rozkłada się na całe społeczeństwo, a nie na dyrektora czy prezesa danej jednostki budżetowej. Właśnie projekty ryzykowne powinny być wspierane, takie są założenia rozwoju poprzez wspieranie innowacyjności. Oczywiście wszystko przy zachowaniu pewnej racjonalności – nie mam na myśli wsparcia w wysokości 20 mln, mówię o wsparciu rzędu 1–2 mln na początku, by doprowadzić do dalszego etapu rozwoju danej technologii i w kolejnej rundzie ubiegać się o większe finansowanie, ale już nie na zasadzie kolejnego konkursu, tylko biznesowych negocjacji.

KB: Czy założenie własnej firmy wynikało z niedomagania publicznego finansowania innowacji?

DN: Poszedłem dwiema drogami. Podwaliny projektu, który realizuję obecnie we własnej firmie Eton Group, zostały sfinansowane ze środków Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w ramach projektu Ventures. Uzyskałem też grant Impuls z tej fundacji i dzięki niemu udało mi się znaleźć partnerów biznesowych, którzy pomagają mi w komercyjnej pracy nad projektem. Poszukując środków na naukę, zacząłem od wsparcia z pieniędzy publicznych, teraz próbuję łączyć finansowanie własne, inwestorskie i oczywiście nadal staram się pozyskiwać środki z różnych programów państwowych czy unijnych, jednak na razie bez powodzenia.

KB: Jak to się stało w pana życiu, że akademia spotkała się z biznesem? Cechy naukowca i przedsiębiorcy rzadko współwystępują pod naszą szerokością geograficzną.

DN: Jestem osobą przedsiębiorczą. Od samego początku równolegle z karierą naukową prowadzę działalność biznesową. Poza wspomnianym startupem mam jeszcze kilka innych spółek i działalności, więc myślenie przedsiębiorcze nie jest mi obce. Rozwijając zainteresowania naukowe, zawsze chciałem robić coś aplikacyjnego i coś, co przełoży się na korzyści dla ludzi. Dzięki temu, że otrzymałem dwa dofinansowania z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz rekomendację tejże organizacji do programu Zawód Naukowiec (Ministerstwo Nauki), trafiłem na konferencję, na której poznałem moich obecnych współpracowników, pomagających mi w komercjalizacji. Założyłem z nimi spółkę, od nowa przeprowadziliśmy badania, opracowaliśmy narzędzia i teraz walczymy dalej. Projekty związane z life science niestety nie są tanie. W przypadku IT często wystarczy kilkaset tysięcy złotych, by stworzyć wersję testową narzędzia, którą można pokazać, a następnie pozyskiwać dalszych inwestorów. W przypadku life science potrzeba kilku, a nawet kilkunastu milionów, aby postawić instalację pilotażową do produkcji.

KB: Czy Polska narzuca pewne ograniczenia innowatorom takim jak pan, prowadzącym działalność z globalnym rozmachem? Czy też ograniczenia krajowe w owym zglobalizowanym świecie nie mają już większego znaczenia?

DN: Z jednej strony ograniczenia zniknęły, owszem. Ale z drugiej uruchamia się nowa odmiana lokalnego patriotyzmu. Chodzi o to, że sprzedać pomysł za dobre pieniądze bogatemu partnerowi z Zachodu nie jest trudno. Musimy jednak zadać sobie pytania: czy chcemy całą naszą najlepszą wiedzę, nasze pomysły sprzedawać na Zachód? czy chcemy, by Japonia, Izrael czy USA zarabiały na tym, co zostało stworzone na uczelni w Polsce? Na styku nauki z biznesem jest coraz lepszy klimat, jednak rozwój i poprawianie postępują stanowczo za wolno. Można znacząco przyspieszyć współpracę, tworzenie firm typu spin off, spin out, kolejnych startupów, które są oparte na wynikach prac uzyskanych na uczelniach. I tutaj jest rola centrów transferu technologii, spółek celowych, instytutów badawczych – niektóre z nich działają bardzo dobrze, inne zaś nie radzą sobie albo nie chcą sobie radzić.

KB: Jakie rozwiązania systemowe spowodują zwiększenie tempa innowacyjności?

DN: Rozwiązania już zostały wdrożone, jednak można je dopracować – spróbować zwiększyć finansowanie projektów o dużym poziomie ryzyka przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, tzn. aby w ramach szybkiej ścieżki finansowano nie 15, a 50 projektów zgłoszonych przez małe firmy, każdy na poziomie 2 mln. Oczywiście wsparcie dla dużych podmiotów też powinno być realizowane, ale nie kosztem startupów. Inne rozwiązanie systemowe wynika z ustawy o szkolnictwie wyższym, w której mowa, że naukowcy mogą zostać uwłaszczeni, mogą zakładać spółki itd. Problem polega na tym, w jaki sposób ona jest stosowana. Jeżeli osobami decyzyjnymi na uczelniach, w centrach transferu technologii czy w spółkach celowych są naukowcy (a nie menedżerowie), którzy nie mają doświadczenia na rynku, nie lubią podejmować ryzyka i z takim nastawieniem funkcjonują na uczelni, która notabene jest kontrolowana, to powoduje to silną pokusę utrzymania status quo, aby się nie narażać. Równocześnie kiedy do uczelni przychodzi inwestor i jest zainteresowany projektem, uczelnia nie chce go sprzedać, ponieważ boi się, że w przyszłości organ kontrolny stwierdzi, że projekt został sprzedany zbyt tanio, i zarzuci uczelni niegospodarność. Zatem niektóre elementy systemu raczej hamują rozwój przedsiębiorczości akademickiej, ale to są problemy, które można rozwiązać. Rozwiązaniem jest zniesienie ryzyka decyzji poprzez wprowadzenie systemu regulaminów i wycen, które zniosą odpowiedzialność za niepoprawną decyzję osób zarządzających spółkami celowymi i centrami transferu technologii na uczelniach. Wydaje mi się, że to mogłoby poprawić sytuację. Oczywiście na samym końcu najważniejsze są decyzje podejmowane przez konkretnego człowieka zarządzającego jednostką – jeżeli będzie chciał, to stworzy bezpieczną umowę, a jeżeli nie będzie mu się chciało, to będzie szukał wymówek.

KB: Mówiąc to, odwołuje się pan jakoś szczególnie do własnych doświadczeń?

DN: Niestety tak. Spotkałem się z takimi sytuacjami, że ktoś nie chciał podjąć ryzyka sprzedaży licencji i komercjalizacji rozwiązania. Jednak sprawy idą w dobrym kierunku – w ostatnim roku na polskich uczelniach powstało 200 startupów, a to jest prawdziwa miara sukcesu systemu wspierającego innowacyjność. Zaś rolą państwa jest pilnowanie, aby te startupy, firmy typu spin off i spin out nie zostały szybko sprzedane na Zachód. Chodzi o to, że pieniędzy na innowacje jest obecnie na rynku bardzo dużo, ale w Polsce proporcjonalnie o wiele mniej niż w krajach wysokorozwiniętych. Zagraniczne firmy i fundusze inwestycyjne chętnie zgłaszają się do polskich uczelni, oferując często niekorzystne warunki, ale jeżeli naukowiec nie ma wyjścia, bo potrzebuje miliona czy dwóch na dalszy rozwój projektu, zgodzi się na owe warunki i sprzeda projekt na Zachód. Niestety z samego patriotyzmu wyżyć się nie da.

KB: Uczelnię tworzy środowisko ludzi nauki. Pan, osoba zainteresowana komercjalizacją i biznesem, nie jest przypadkiem reprezentatywnym dla tej grupy. Spotyka się pan z ostracyzmem?

DN: Staram się otaczać ludźmi, którzy myślą podobnie. Nie krytykuję też akademików nastawionych wyłącznie na naukę. Oczywiście spotykam się czasem z oceną, że nie powinienem łączyć nauki z biznesem, bo może to rodzić pewne dylematy, jednak jestem w stanie rozstrzygać je na co dzień. Natomiast na hejterów w ogóle nie zwracam uwagi.

KB: Wracając do rozterki pomiędzy patriotyzmem a spełnieniem – nie byłoby panu tak zwyczajnie łatwiej w USA albo w Izraelu?

DN: Wyjeżdżanie młodych naukowców za granicę to z perspektywy państwa marnotrawstwo. Zagraniczne ośrodki naukowe i innowacyjne biorą najlepszych. Ktoś zatem może o mnie powiedzieć, że skoro nie wyjechałem na Zachód, to jestem słaby. A ja chciałbym pokazać, że w Polsce można osiągnąć sukces i skomercjalizować wyniki. Polska jest dobrym miejscem i pięknym krajem, w którym mamy cztery pory roku i wspaniałe widoki. Podróżuję po świecie, byłem w laboratoriach Uniwersytetu Stanforda czy firmy Pfizer. To nie były lepsze laboratoria od tych, które są do dyspozycji w Polsce, powiedziałbym, że zupełnie porównywalne. Mamy natomiast dużo lepsze zaplecze niż w krajach na południu Europy. Wygrywamy tym, że nasze ośrodki naukowe są wyposażane właśnie teraz, a zatem wykorzystuje się w nich najnowszy sprzęt. Cały czas próbuję osiągnąć sukces w Polsce i za pomocą polskiego kapitału, muszę jednak przyznać, że nie jest to łatwe. Tak jak wspomniałem, jest to codzienna walka. Ale chciałbym, żeby się udało tutaj. Jesteśmy w Polsce w takim miejscu, że zarządzając racjonalnie środkami unijnymi, mamy szansę stać się światową marką innowacyjną. A potencjał na uczelniach jest ogromny. Ludziom brakuje środków i czasami drobnego sprzętu, ale używając kreatywności i intelektu, są w stanie wymyślić, jak obejść ograniczenia. Mój kolega nie miał pieniędzy, aby syntetyzować bardzo skomplikowany związek, więc uprościł go maksymalnie, aby był tańszy. I okazało się, że ten uproszczony działa lepiej niż pierwotny. Zatem potencjał polskich uczelni jest wielki, musi się jedynie zmienić sposób myślenia i środowisko, w przeciwnym razie ów potencjał zostanie wykupiony, a z naszej perspektywy – po prostu zmarnowany. Jeżeli nie zostaną podjęte odpowiednie działania, głównie związane z zarządzaniem, a jednostki budżetowe nie zwiększą akceptacji ryzyka w finansowaniu badań, to całość zakończy się źle.

KB: Pilnowanie całego tego innowacyjnego podwórka jest rolą państwa?

DN: Oczywiście. Pilnowanie w ramach racjonalnego podejścia. Jeżeli państwo nie zadba o innowacje, to one uciekną z kraju w ten czy inny sposób.

KB: Jak będzie wyglądało urządzenie do diagnostyki grypy, które tworzycie? Czy to będzie jakaś skrzyneczka?

DN: Będzie to urządzenie wielkości telefonu komórkowego, na ekranie którego będziemy odczytywać wynik, z dołączonymi testami wielkości testu ciążowego, które będą wymienne. Chcielibyśmy, żeby „skrzyneczka” znalazła się w każdym gabinecie lekarskim. Wierzymy, że do końca 2016 r. będziemy testowali urządzenie na ludziach, ale potrzebujemy jeszcze trochę szczęścia i środków.

KB: Czy urządzenie będzie mogła nabyć osoba prywatna? Jeśli ktoś ma przykładowo pięcioro dzieci, to zakup może się szybko zwrócić.

DN: Będziemy pracowali również nad urządzeniem dla domu. Zresztą nie ograniczamy się do grypy. Pracujemy już nad urządzeniem do diagnostyki onkologicznej. Myślimy również o kolejnych patogenach, ale wszystko zależy od inwestorów. Chciałbym to wszystko robić w Polsce, ale jeżeli do pewnego momentu nie uda nam się wystartować, będziemy musieli pracować nad projektem za granicą.

KB: Tym bardziej że konkurencja nie śpi. Life science i e-medycyną zainteresowani są światowi giganci technologiczni, jak choćby Alphabet czy Apple.

DN: Jeżeli nie zrealizujemy naszego projektu w ciągu roku czy dwóch, to zrobi to ktoś inny. Fakt, że medycyna jest oczkiem w głowie wielkich koncernów, jest zupełnie uzasadniony. Zyski z produktów związanych z farmacją czy medycyną są liczone w miliardach, zaś rozwój medycyny, poprawa jakości życia, to dziś cel całego świata. Nie opłaca się inwestować w kolejne platformy mobilne do przelewania pieniędzy, bo one już istnieją. Zaś branżę medyczną ogranicza tylko kreatywność. Kiedy będziemy dożywali 100 lat, wyzwaniem będzie 120 itd. Wyzwaniem jest długość życia i jego jakość, zatem nie ma w tej dziedzinie żadnych ograniczeń.

Czytaj także