W gościnnej zagrodzie

Polacy żyjący poza krajem śpiewają w swoim hymnie rzewną frazę: „odpoczniemy po swych trudach w rodzinnej zagrodzie”. Przez ponad ćwierć wieku wolnej Polski śpiewaliśmy z nimi te słowa, ale zagroda była tylko częściowo gościnna. Jak przyjechali, to się ich przywitało. Byli tacy liderzy polonijni, którzy odegrali niebagatelną polityczną rolę: Jan Nowak-Jeziorański, Edward Moskal czy Andżelika Borys. Jakoś jednak nie wyszło z zaproszeniem Polaków ze Wschodu na stałe. Z jednej strony był opór, by – jak to mówiono –„depolonizować Kresy”. Co bardziej radykalni przekonywali nawet, że zapraszanie do Polski Polaków z Grodzieńszczyzny czy Żytomierza byłoby „ostatecznym dopełnieniem dzieła Stalina”, czyli właśnie depolonizacją. Z drugiej strony jakoś nie było pieniędzy i świadomości, że Polska na całe dekady wkracza w okres kryzysu demograficznego. Tymczasem Niemcy ściągnęli do zjednoczonej już republiki wiele tysięcy rodaków z byłego ZSRS, z Powołża i Kazachstanu. Słynne były akcje Państwa Izrael, które sprowadziło osoby pochodzenia żydowskiego z rozpadających się Sowietów. Z narodów szczególnie prześladowanych w ZSRS, które mają współcześnie swoje państwa w Europie, właściwie tylko Polacy jakoś niechętnie zapraszali do nowej rodzinnej zagrody.

Uchwalona po ponad dekadzie niepodległości ustawa o repatriacji była skierowana tylko do Polaków z azjatyckiej części byłego ZSRS, szczególnie z Kazachstanu. Twórcy ustawy przedobrzyli, bo nałożyli obowiązek zapraszania i ponoszenia związanych z tym kosztów na gminy, które najzwyczajniej nie miały zasobów, by sfinansować przyjęcie setek tysięcy Polaków ze Wschodu. Okazało się zresztą, że na Syberii wcale tylu chętnych do przyjazdu nie ma, ale nawet dla tych, którzy się zgłosili, nie wystarczało w Polsce dachu nad głową. Drugą inicjatywą skierowaną do Polaków na Wschodzie było uchwalenie w 2007 r. Karty Polaka. Tym razem jednak parlament był za mało odważny i katalog świadczeń wobec przyjezdnych nie był zbyt wielki. Znów jednak okazało się, że ci, którzy przestrzegali przed falami Polaków ze Wschodu, nie mieli racji i do kraju znów nie przybyły miliony rodaków.

Tak oto minęło półtora pokolenia. Nie wszystkie błędy i zaniechania da się dzisiaj naprawić. Ci, którzy być może planowali przyjazd do wolnej Polski (choć o innym niż przed wojną kształcie) ćwierć wieku temu, teraz albo już nie żyją , albo doczekali się wnuków. Mało dzisiejszych Polaków ze Wschodu pamięta II Rzeczpospolitą. Polityka Sowietów, a nierzadko i państw, które powstały po ich rozpadzie, nie zawsze sprzyjała naszym rodakom. Tymczasem do decydentów nad Wisłą dotarło wreszcie, że za dwie dekady będziemy narodem emerytów. Bo jeśli nie Arabów i niechętnie Wietnamczyków, to może naszych Polaków zaprosimy? Przyszła wreszcie koza do woza i najnowsze zmiany w Karcie Polaka dają nadzieję na otwarcie się upragnionej rodzinnej zagrody na kolejne pokolenia Polaków ze Wschodu.

Okazuje się jednak nieraz, że i dla nich nie mamy zrozumienia. Często Polacy w kraju mówią: my jesteśmy biedni, a tu rząd sprowadza „Ruskich” (bo rodacy nieraz rozmawiają tylko po rosyjsku). Doświadczenia Niemiec czy Izraela z ich rodakami ze Wschodu pokazują jasno, że na przyjazd naszych bratanków zza Buga, nieraz po wielu pokoleniach bycia poza Polską, trzeba się przygotować jak na każdy inny przyjazd imigrantów; czas pomyśleć o pracy dla nich, nauce języka, szkole. Czy tym razem okaże się, że wyśpiewali sobie zagrodę nad Wisłą naprawdę gościnną?


Paweł Kowal

Historyk, publicysta, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, wykładowca akademicki. Były wiceminister spraw zagranicznych. Jeden z twórców Muzeum Powstania Warszawskiego. Autor licznych publikacji z zakresu stosunków międzynarodowych.

 

 

 

 

Czytaj także