Poza teatrem nie chcę przywdziewać masek

Fot. Jan Holoubek
Fot. Jan Holoubek

O ukochanym mieście, niezwykłym małżeństwie oraz o tym, ile wart jest aktor pozbawiony widowni, z Magdaleną Zawadzką rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Czy artysta to trudny zawód, skoro nieustannie trzeba pracować własną wrażliwością?

Magdalena Zawadzka: Nie sądzę, żeby można było określić zawód artysty jako wyjątkowy. W innych zawodach też ludzie pracują ciężko i też są wrażliwi. To zajęcie jak każde inne, natomiast nie gwarantuje, że dzięki talentowi, pracowitości, a nawet znajomościom czy koligacjom osiągnie się sukces. Na tym właśnie polega owa ciągła niepewność w naszej pracy, inne zawody są bardziej wymierne.

KB: Dla pani większą nagrodą są oklaski czy raczej spełnienie własnych aspiracji twórczych?

MZ: I jedno, i drugie. Poza talentem i pracowitością trzeba mieć ambicję, trzeba się doskonalić i dać z siebie jak najwięcej, może wszystko. Natomiast to, co oferuje nam publiczność – odbiorcy naszych starań, oglądający Teatr Telewizji, teatr na żywo czy film – to jest największa nagroda, której nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. Wszelkie starania, ewentualny trud tej pracy – wszystko jest dla aplauzu, czyli pozytywnej oceny widza. Aktor, choćby nie wiem jak pracował, jeżeli nie ma odbiorców, nie osiągnie satysfakcji z pracy. Gra się dla kogoś. Wystarczy jeden widz i już jest teatr. Bez widza aktor nic nie znaczy.

KB: W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najważniejsze jest samo życie, że nawet najbardziej pasjonująca praca jest tylko jego częścią. Co zatem jest tym głównym składnikiem życia?

MZ: Ludzie wokoło nas, nasze rodziny, nasza prywatność, a nawet nasze uczucia. Sposób, w jaki się rozwijamy, to, co robimy. Czas, w którym trwamy. Są jednak też ważne dodatki do naszego życia. Jednym z nich, może najważniejszym spośród wszystkich, jest praca. Ale nie sądzę, abym mogła dobrze pracować i być szczęśliwa, gdybym nie miała tego, co jest najważniejsze: ciekawego życia, w którym się spełniam. Poza tym w przypadku aktora i każdego artysty to właśnie z życia czerpie się inspirację. Nie da się tworzyć bez własnych doświadczeń, bez bycia wśród ludzi. Życie daje mnóstwo inspiracji. Główną cechą samego życia jest to, że jest jedno. A prac można mieć wiele.

KB: W tym roku obchodzi pani 50-lecie pracy twórczej i – jak to się mawia – ciągle chodzi do pracy.

MZ: Oczywiście, że chodzę. Nawet często na własnych nogach – by patrzyć na życie, na to, co się dzieje na ulicy. By obserwować, jak wyglądają ludzie, posłuchać, o czym rozmawiają. Żyję normalnym życiem i – tak jak pan mówi – chodzę do pracy, czasem jeżdżę tramwajem… Ważne, że to, co robię, jest komuś potrzebne. W przeciwnym razie mogłabym co najwyżej w domu grać przed lustrem. Tylko po co i dla kogo? Najważniejsze, że otrzymuję propozycje zawodowe, a ludzie chcą mnie oglądać, słuchać, spotykać się ze mną, czytać książki, które napisałam. To daje mi wielką satysfakcję. Trwam w zawodzie, w którym można błysnąć, nawet bardzo efektownie, i błyszczeć przez jakiś czas, lecz później zniknąć, gdzieś się zawieruszyć. A ja świętuję 50 lat pracy zawodowej! Zagrałam w najnowszym spektaklu poświęconym życiu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Lilka, cud miłości”, który firmował mój jubileusz w Teatrze Ateneum.

Teatr zrobił mi cudowną niespodziankę – uroczystość na moją cześć. Doświadczyłam ciepła, akceptacji i entuzjazmu ludzi. Było to dla mnie wielkie przeżycie, wzruszenie i wielka nagroda za to, co robię i robiłam.

KB: Czy może pani wskazać najważniejsze doświadczenia artystyczne, najlepiej zapamiętane, najbardziej uwznioślające?

MZ: Wiele się pamięta. Muszę przyznać, że nie wartościuję ról komediowych, klasycznych, współczesnych. Każda rola może być fascynująca. Jedno, co mnie zawsze interesowało, to różnorodność – zawsze miałam do niej niezwykłe szczęście. Zagrałam ponad 160 ról; były to królowe, wariatki, zakonnice, Hiszpanka i Włoszka, Egipcjanka (Kleopatra), a także biedne, nieszczęśliwe kobiety. Ba, w „Namiętnościach” Isaaca Bashevisa Singera w Teatrze Ateneum zagrałam nawet kobietę z brodą! Taka różnorodność była dla mnie zawsze inspirująca i dawała wielkie możliwości rozwoju, była również interesująca dla publiczności. W życiu zawodowym doświadczałam najróżniejszych aktorskich zwrotów akcji. Grałam kiedyś na przykład lady Makbet w Teatrze Telewizji, by później w Teatrze Polskim wcielić się w jej karykaturę – żonę króla Ubu w sztuce Alfreda Jarry’ego „Ubu królem”.

KB: W tymże wydaniu naszego magazynu publikujemy rozmowę z prof. Bralczykiem, który twierdzi, że język konstruuje świat. Czy uważa pani, że dobry język, jego właściwe użycie, może czynić świat lepszym?

MZ: Jestem o tym absolutnie przekonana. Mój mąż Gustaw Holoubek 16 lat temu zdobył tytuł Mistrza Mowy Polskiej (był pierwszym laureatem tego konkursu). Ja również 15 lat później zostałam uhonorowana tym tytułem, co traktuję jako wielkie zobowiązanie. W gronie jurorów był między innymi właśnie prof. Bralczyk. Przywiązuję wagę do sposobu mówienia, ponieważ język jest moją wizytówką. Sposób, w jaki się wypowiadam, w jaki intonuję, w jaki dobieram słowa, mówi, kim jestem. Język nas firmuje, ale też w pewnym sensie zdradza prawdę o nas. Można udawać dżentelmena, lecz jeżeli ktoś się odezwie lub zachowa w niewłaściwy sposób – czar pryska. Intonacja, akcentowanie, użycie odpowiednich słów i ich zasób, zaś przede wszystkim sens tego, co się mówi – to wszystko ma znaczenie. Dlatego tak trudno aktorom grać w obcym języku; wszak język jest odbiciem naszych najgłębszych emocji i myśli, w tym wielu nieprzetłumaczalnych. Pan prof. Bralczyk ma absolutną rację w kwestii konstruowania świata. Proszę zwrócić uwagę, jak czasem dziś wypowiadają się rozmaici ludzie, niestety często również bardzo młodzi – wulgarnie, wstrętnie, niechlujnie, głupio. Jaki oni będą kształtować świat, wyrażając w ten sposób swoje myśli i uczucia?

KB: Jaki by nie był, nadal będzie to świat wspólny, w którym będą się ścierać różne postawy, wrażliwości, światopoglądy. Jak pani odczuwa konfrontację pewnej tradycyjnie rozumianej kultury osobistej i powściągliwości z dzikością i chaotycznością dzisiejszych czasów?

MZ: Nie mam na to gotowej recepty, trzeba po prostu żyć. Na pewno sposobem radzenia sobie z problemami nie może być wycofanie się, alienacja, wewnętrzna emigracja. W miarę możliwości trzeba świat ulepszać, to jedyne zadanie. Jeżeli nie będę osobą prymitywną, wulgarną czy głupią, to może ktoś to doceni i zechce potraktować moją postawę jako przykład, a mnie jako autorytet. Ja też miałam swoje autorytety już od najmłodszych lat, od czasów dziecięcych zabaw na podwórku. Jeden człowiek prawy wśród tysiąca łajdaków daje cień nadziei, że świat stanie się lepszy.

KB: Pani i pan Gustaw Holoubek byliście w pewnym sensie podglądani przez całą Polskę, podobnie jak wiele innych osób publicznych. Lecz to właśnie państwo stali się swoistym archetypem udanego małżeństwa…

MZ: Zdecydowała o tym normalność, bycie sobą. Nie udawaliśmy, byliśmy dalecy od kabotyństwa. W sposób naturalny, normalny żyliśmy z innymi ludźmi. Mój mąż nie żyje od dziewięciu lat. Nie ma go już przy mnie, lecz nie zmieniłam się z tego powodu. Staram się być w życiu sobą, nie udawać, nie kłamać. Zdarzało się, że pracowaliśmy razem w filmie czy w teatrze. To oczywiście wymagało od nas koncentracji. Natomiast po zakończonym ujęciu czy odegraniu sceny odnajdywaliśmy się i ręka w rękę szliśmy na obiad do bufetu, czasem chwilę odpocząć albo załatwić jakieś sprawy. Myślę, że nasze małżeństwo zostało zauważone, ponieważ ludzie wiele widzą i wiedzą, nie dają się łatwo nabrać. A my nigdy nie widzieliśmy powodu, by kłamać czy sztucznie kreować nasz wizerunek. Nie chcieliśmy – poza teatrem – przywdziewać masek.

KB: Często podkreśla pani, że uwielbia podróżować, ale też wracać do domu. W jakim stopniu na definicję „swojego miejsca na ziemi” składają się Warszawa i Polska?

MZ: Urodziłam się i wychowałam w Polsce. Nigdzie na świecie nie może być mi lepiej (nawet jeżeli jest mi źle) niż wśród swoich. Zachwycam się Rzymem, zachwycam się Nowym Jorkiem, Wyspami Kanaryjskimi i jeszcze sporą częścią świata. Ale nie mogłabym udawać, że jestem Hiszpanką czy Amerykanką, i wtopić się w tamte kultury na zawsze. Moje miejsce jest tutaj, wśród swoich, w mojej strefie kulturowej, w moim otoczeniu, wśród mojej rodziny, wśród moich przyjaciół, w tym – jak mawiał mój mąż – wierzbowo-kapuścianym kraju. Tu czuję się sobą, tu jestem u siebie. Czułabym się obco w świecie, w którym się nie wychowałam, w którym nie śpiewa się piosenek z mojego dzieciństwa, w którym nie czuje się zapachów polskiej łąki. War-szawa jest moim ukochanym miastem, to tutaj urodzili się moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice. Jestem z Warszawy – to widać, słychać i czuć.


Fot. Bartek Warzecha

 

 

 

Czytaj także

  • Fot. Marcin Żurawicz

    Lubię pomagać

    O prowadzeniu biznesu społecznego, działaniu w skali globalnej oraz promowaniu Polski z Moniką Jabłońską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Robert Baka

    Kocham ją i nienawidzę

    O muzyce, buncie i trudnej relacji z Polską z Muńkiem Staszczykiem rozmawia Anna Siedlińska.

     

    WIĘCEJ
  • Wojciech Siudmak/Fot. Archiwum prywatne

    Jak odkrywałem kosmos

    Pewnego zimowego wieczoru na początku lat 50. na przy kościelnym placu w zasypanym śniegiem Wieluniu odkryłem piękno nieba i ogrom kosmosu.

    WIĘCEJ
  • Fot. Związek Banków Polskich

    Banksterzy to nie u nas

    O oszczędnościach Polaków, zarobkach bankierów oraz roli, jaką pełnią banki w życiu każdego człowieka, z Krzysztofem Pietraszkiewiczem rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ