O kulturze wolnej wolność ubezpieczającej

18 marca 2016 r. w Instytucie Adama Mickiewicza w Warszawie odbyła się debata „Kultura a sprawa polska”, zorganizowana przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego przy współpracy Instytutu Adama Mickiewicza.

Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego

Spotkaliśmy się dzisiaj w gościnnych murach Instytutu Adama Mickiewicza, aby odpowiedzieć na pytanie, czym dla obywateli jest kultura i jakie są jej zadania w aspekcie promowania Polski. Rozważymy, czy obywatele potrzebują silnej marki kraju i jak tę markę budować poprzez kulturę. Zastanowimy się także, jakie są powinności państwa jako mecenasa sztuki, a jakie artystów wobec mecenatu.

Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza

Przez 30 lat my, spisek pięknoduchów, przekonywaliśmy świat polityki i ekonomii, że kultura jest częścią gospodarki. Parametryzowaliśmy, indeksowaliśmy, dobieraliśmy protokoły i technologie, policzyliśmy wszystko, co się dało policzyć, i prawie nam uwierzono, aż w 2008 r. przyszedł kryzys. Wtedy okazało się, że to nie kultura jest częścią gospodarki, ale gospodarka częścią kultury. Jest wiele dowodów potwierdzających tezę: jaka kultura – taka gospodarka. Obecnie trwa światowy wyścig do kapitału, surowców i technologii. Wszystkie rozgarnięte wspólnoty odkryły już, że nie da się go wygrać ani niskim kosztem siły roboczej, ani wydajną infrastrukturą, bo za chwilę jedno i drugie będzie na całym świecie bardzo podobne i będzie kosztować tyle samo. Marka kraju staje się równie twardym parametrem, jak siła robocza, infrastruktura i technologia. Pułapka średniego rozwoju jest ukryta w niskich marżach, które wynikają ze słabości marki narodowej. Jeżeli zapytać jakiegokolwiek guru od komunikacji czy marketingu, co to jest marka, odpowie: tożsamość, emocje i zbiór wartości. Kiedy zaś zapytamy pięknoducha, poetę, kaznodzieję lub filozofa, czym jest kultura, odpowie dokładnie to samo. Dla marki Polska zasób aksjologiczny jest tak samo cenny jak koszt siły roboczej i infrastruktura.

Krzysztof Zanussi, reżyser, pisarz, filozof

Wiemy dobrze, że obraz kraju jest marką, którą buduje się niesłychanie powoli, a którą łatwo zniszczyć. Jest to materia ulotna, a tym samym niebezpieczna, bo inwestuje się w coś, co może zdmuchnąć byle wietrzyk. Proporcje świata zmieniły się na naszych oczach, a my, Europejczycy, nie nadążamy mentalnie za naturalną degradacją Starego Kontynentu, który, wyróżniony przez tysiąclecia, teraz traci na znaczeniu. Europa to w istocie niewielki skrawek ziemi, pozbawiony jakichś szczególnych zasobów naturalnych. Jej siłą jest wartość kultury, która jest potężną marką, o czym świadczą kolejki do europejskich konsulatów na całym świecie. Legalnie, z wizą, czy też nielegalnie, łódką przez morze, przybywają do Europy obywatele z całego świata, aby się w niej osiedlić. Polska dopiero co odnalazła swoje miejsce w Europie, ale znów zdaje się je gubić. Tracimy świadomość układu sił na świecie. Przestajemy zdawać sobie sprawę, jak ogromnie ważne jest, by nas zauważono. Dopóki jesteśmy ładni, wartość naszej marki rośnie, jak się robimy brzydcy, to i marka karleje. Uderza mnie rosnąca nieświadomość w sferach rządzących i regres realistycznej oceny faktu, że my, Polacy, jesteśmy maleńką kropeczką na mapie świata i musimy się mocno napracować, żeby zwrócić na siebie uwagę. Dzięki wysiłkom Instytutu Adama Mickiewicza pod wodzą Pawła Potoroczyna podjęliśmy w ostatnich latach działania w Azji, które przyniosły sukces w tym sensie, że udało nam się zarysować swoją pozycję jako członków europejskiej wspólnoty. A nie było to zadanie łatwe, bo wyścig do łask Azji jest powszechny, każdy chce tam zaistnieć. Szkoda, że w Rosji nasza marka przywiędła, choć pamięć mocnej pozycji w kulturze powoduje, że jest nadal droga powrotu (choćby dzięki działaniom Forum Polsko-Rosyjskiego, któremu przewodniczyłem przez ostatnie lata). Problem promowania kultury polskiej zasadza się na dylemacie, czy my, twórcy i animatorzy, mamy być przewodnikami czy pokornymi sługami wobec odbiorcy kultury. Kompromis w takim wypadku jest nieuchronny, a przechył w każdą stronę – niebezpieczny. Jeżeli będziemy promować markę Polska zgodnie z naszym wyobrażeniem, to prawdopodobnie nikt jej nie kupi, natomiast jeżeli będziemy jedynie spełniać oczekiwania świata, to choć będziemy robić rzecz pożyteczną, będzie ona niewystarczająco ambitna. Trzeba szukać złotego środka.

Paweł Potoroczyn

À propos alternatywy: przewodnik czy sługa. Budżet Instytutu Adama Mickiewicza wynosi równowartość jednego kilometra autostrady według chińskiego cennika. To nas skazuje na bycie sługą. Dla porównania budżet British Council netto, czyli bez wpływów z nauczania języka angielskiego i jego certyfikacji, wynosi 750 mln funtów, czyli miliard dolarów. Tak więc British Council stać na to, aby być przewodnikiem po kulturze. Instytut Adama Mickiewicza postanowił oprzeć swoje działania na prawdzie. Jak wiadomo, dyplomacja służy do załatwiania spraw, natomiast dyplomacja kulturalna – do mówienia prawdy, jakkolwiek ambarasująca, skomplikowana czy nawet śmieszna by ona nie była. Aktywni uczestnicy kultury, do których chcemy dotrzeć ze swoim przekazem, stanowią zaledwie ok. 3 proc. populacji i ta grupa jest całkowicie immunizowana na propagandę. Propaganda już niczego nie sprzedaje, prawda – jeszcze tak.

Rafał Kasprzak, doktor habilitowany Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie

Jest wiele narzędzi, które można stosować w ocenie przemysłów kreatywnych. Wskaźnik ekwiwalentu reklamowego pokazuje (w dużym uproszczeniu), ile musielibyśmy wydać na powierzchnię reklamową czy czas antenowy, aby pokazać informacje, które pojawiły się w tekstach czy programach dziennikarskich. Są też bardziej zaawansowane narzędzia z dziedziny big data, które mogą śledzić zachowania i opinie osób w mediach społecznościowych, a także podawać liczbę odwiedzających stronę internetową danego wydarzenia. Część ekonomistów patrzy na przepływy stricte finansowe, związane z konkretną działalnością, ale jeżeli będziemy w ten sposób poddawać analizie zjawiska w kulturze, dojdziemy do wniosku, że praca aktora czy muzyka nie jest produktywna dla gospodarki. A przecież kultura jest niezwykle ważna, choć generuje efekty niematerialne, niepoliczalne. Wielkim wyzwaniem dla ekonomistów jest znalezienie sposobu, jak owe efekty zmonetyzować.

Paweł Potoroczyn

Od razu nasuwa mi się przykład pewnego skrzypka, który był tak leniwy, że został… Einsteinem. Stwierdził on, że „nie wszystko, co się da policzyć, się liczy i nie wszystko, co się liczy, da się policzyć”. Polska gospodarka jest klasyfikowana na 23. miejscu na świecie, niestety w Nation Brand Index zajmujemy dopiero 44. pozycję. Tę różnicę może zniwelować przede wszystkim kultura, w pewnej mierze również sport; nie wystarczy do tego sama gospodarka. W 2000 r. co dziesiąta podróż w Unii Europejskiej była inicjowana wydarzeniem kulturalnym, zaś w tej chwili – już co trzecia. Istnieją narzędzia pomiaru siły marki, jak choćby  BrandAsset Valuator firmy Young & Rubicam. Z badań wynika, że w wyniku naszych działań na terenie danego kraju wszystkie filary marki, czyli wyróżnialność, zapotrzebowanie, szacunek i wiedza, wyskakują po sufit. Wraz z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych zrealizowaliśmy badania korelacji między sezonem kulturalnym w danym kraju a napływem bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI) po sezonie. W 9 na 12 zbadanych przepadków zaobserwowaliśmy dodatnią korelację. To ewidentny dowód na sens komunikacji marki narodowej poprzez kulturę.

Rafał Olbiński, artysta grafik, malarz, plakacista

Bez kultury naród nie istnieje. Polacy lubią dużo mówić napuszonymi słowami o patriotyzmie, powiewają sztandarami. Tymczasem rozpoznawalność Polski na świecie wynika z działalności kilku osób, które kiedyś tworzyły kulturę. To Chopin (pół-Francuz, pół-Polak), Kopernik (potomek emigrantów niemieckich) i Maria Curie-Skłodowska. Jeżeli będziemy kokietować kibiców piłkarskich tanim piwem, polską kulturą w oczach świata pozostanie jedynie mecz piłki nożnej… A przecież turyści powinni przyjeżdżać do Polski nie po to, by zobaczyć metro, ale po to, żeby zwiedzić odrestaurowane zabytki i nowocześnie urządzone, bogate w zbiory muzea. Nie możemy promować się tanim piwem, ale ciekawymi i różnorodnymi propozycjami kulturalnymi. Znajdujemy się w tej chwili nieopodal Placu Zbawiciela w centrum Warszawy i najbliższym miejscem z pełną ofertą kulturalną, od stand-upu po operę i koncert jazzowy, jest… Berlin.

Edukację musimy zacząć od siebie. Mamy w kulturze wielkie nazwiska i grzechem jest nie umieć wykorzystać ich do promocji kraju. Czy polska młodzież wie, że w zeszłym roku umarł Igor Mitoraj, najwybitniejszy polski rzeźbiarz? Ilu Polaków wie, że ponad 200 lat temu żył Jan Potocki, który napisał „Rękopis znaleziony w Saragossie”, jedną z najwybitniejszych powieści epoki oświecenia? W zeszłym roku była dwusetna rocznica jego śmierci, ale nawet u nas przeszła bez echa. W kanonie Great Books Uniwersytetu Chicagowskiego są wymienione tylko dwa dzieła Polaków, mianowicie „Smuga cienia” Conrada i „O obrocie ciał niebieskich” Kopernika. Czy Polacy wiedzą, że Conrad to Józef Konrad Korzeniowski, a Balthus to Baltazar Kłossowski? Czy  powszechnie wiadomo, że Tamara Łempicka była Polką, a jej obraz „Le rêve” jest najdrożej (8,5 mln dol.) sprzedanym polskim dziełem? Takich wzorców potrzebuje młodzież!

Musimy pracować od podstaw, od szkoły podstawowej, a nawet od przedszkola. W trakcie swoich podróży czasami wpadam do różnych muzeów na świecie i wzrusza mnie, gdy w Nowym Jorku czy w Paryżu widzę małe dzieci z nauczycielką siedzące przed obrazem. Rozmawiają o nim, szkicują, malują. Tak wyglądają lekcje wychowania plastycznego na świecie. W Polsce się z tym nie spotykam.

Jestem przeciwny ingerencji państwa w sprawy kultury, bo w praktyce oznacza to, że komitet urzędników będzie popierać to, co jest mało kontrowersyjne, za to bezpieczne. A produktem takich działań jest glut – niezauważalny, ale też niekontrowersyjny. Natomiast wierzę absolutnie w mecenat prywatny, mecenat ludzi, którzy podejmując decyzję o inwestowaniu w kulturę, ryzykują własne pieniądze. Wystarczy ich zachęcać do tego typu działań, wyposażając w pewne benefity podatkowe.

Bogna Świątkowska, prezes Fundacji Bęc Zmiana

Niestety, cele kultury w naszym kraju zostały zweryfikowane i uaktualnione. Teraz w Polsce obowiązuje narracja wokół tradycji i martyrologii narodu. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Polska, tak jak inne kraje na świecie, uczestniczy w gigantycznej turbulencji wszystkich sfer życia. Obserwujemy globalną tendencję do zaniedbywania kultury. Wielka i tajemna siła kultury wynika z faktu, że opiera się ona na jednostce zdolnej stworzyć takie treści, które będą promieniować na danym obszarze przez długie lata. Potrzebujemy solidnej edukacji kulturalnej i odpowiedzialnej polityki w tym obszarze. Obecnie grozi nam zachwianie wypracowanych proporcji. Oby kultura nie stała się nośnikiem propagandy, przestając być sferą swobodnie kształtowanej aktywności społecznej.

Dorota Buchwald, dyrektor Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego

Zanim zaczniemy parametryzować kulturę, ustalmy najpierw, co jest kulturą, a co sztuką, co jest uczestnictwem w kulturze, a co kreacją. Co jakiś czas GUS przeprowadza badanie dotyczące uczestnictwa w kulturze i ciągle pojawia się dylemat, czy mówienie „dzień dobry” i „dziękuję” – aspekt kultury osobistej – powinno wchodzić w zakres badania. Czy materialne otoczenie człowieka (takie jak posiadanie telewizora i radioodbiornika) jest wyznacznikiem uczestnictwa w kulturze? Dzisiaj badacze kultury, socjolodzy i ekonomiści używają różnych narzędzi pomiaru, posługują się różną terminologią, badają zróżnicowane grupy. Wszystko to powoduje, że trudno porównywać wyniki. Weźmy choćby za przykład wyniki badania czytelnictwa opublikowane niedawno przez Bibliotekę Narodową – według mnie nie są one właściwe, ponieważ metoda przyjęta w badaniu została zawężona tylko do ruchu w bibliotekach, czyli liczby zarejestrowanych czytelników i wypożyczonych książek. Nie uwzględnia choćby danych o sprzedaży książek i czasopism oraz czytelnictwa w Internecie.

Równie ważną kwestią jest edukacja. Kiedy wycofano ze szkół przedmioty artystyczne, obniżyły się wyniki w nauce matematyki i fizyki, a więc wszędzie tam, gdzie jest potrzebna zdolność kreatywnego i abstrakcyjnego myślenia. Przywrócono zatem przedmioty artystyczne do szkół, ale już w innej, okrojonej postaci.
Liberalno-ekonomiczne myślenie o kulturze jest tragedią, a ludzie kultury poddali się tej presji i za wszelką cenę chcą udowodnić, że potrafią generować dochód. Tak dzieje się choćby w sferze teatrów publicznych dotowanych ze środków państwowych. Wymaga się od nich, aby w wynik przedsiębiorstwa ekonomicznego wpisywać zmienną jakości artystycznej, czyli przymusza się te instytucje do zachowań komercyjnych, co negatywnie wpływa na jakość sztuki.

Dzisiaj głównymi mecenasami kultury są samorządy, gdyż to one dysponują środkami. Niestety często wolą dotować jedno wydarzenie na pozór kulturalne, jak festiwal pierogów czy piwa, bo jest ono bardziej opłacalne dla budowy marki miasta i kondycji przemysłu turystycznego. Niestety dla instytucji działających na płaszczyźnie artystycznej często już tych środków nie wystarcza.

Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny magazynu „Liberté!”

Kultura w Polsce jest ważniejsza niż demokracja, a nawet ważniejsza niż państwowość, ponieważ Polska przetrwała tak naprawdę tylko dzięki kulturze, czego większość społeczeństwa nawet sobie nie uświadamia. Przyjmujemy kulturę tak, jak przyjmujemy powietrze – jako coś oczywistego i naturalnego. W czasach PRL-u miała służyć do przetrwania i identyfikacji, kto jest swój, a kto obcy. Dzisiaj, kiedy Polacy znów mogą mówić głosem uniwersalnym, domagają się uznania swojej kultury na świecie, wykazując się tym samym brakiem poczucia pewności i koniecznością ciągłego potwierdzania naszej wartości w oczach innych. Nie starajmy się szukać polskiego Tarantino, niech świat szuka naszego Zanussiego.

Rolą kultury wobec obywateli jest objaśnianie świata i komunikowanie się z nim. Ale czy powinniśmy promować polską kulturę, czy kulturę tworzoną przez Polaków? Zanim podejmiemy działania promocyjne, zapytajmy najpierw Polaków, czy sami są zainteresowani swoją kulturą. Obawiam się, że nie.

Paweł Potoroczyn

W Instytucie Adama Mickiewicza słowa „promocja” i „impreza” są zakazane, jako zdegradowane, trącące przeceną i propagandą. My nie promujemy – my inicjujemy, nawiązujemy i utrwalamy relacje, które są fundamentem wymiany kulturalnej. Bez kultury można wprawdzie osiągnąć wzrost gospodarczy, ale nie rozwój. A stawką nie jest osiągnięcie wzrostu, ale zapewnienie stałego rozwoju. Wszystko może być przejawem kultury, zależnie od miejsca i kontekstu. Może to być muzyka, kuchnia, a nawet regaty wioślarskie, które zorganizowaliśmy w trakcie Roku Polskiego w Wielkiej Brytanii. Na Tamizie przy Westminsterze rozegraliśmy wyścig łodzi Cambridge kontra Bydgoszcz – które notabene wygraliśmy – bo dla Anglika regaty nie są ani sportem, ani rekreacją, ale właśnie elementem kultury. Wszystko, co zapewni osiągnięcie rozwoju, należy traktować jako kulturę.

Często zastanawiam się, z jakiego powodu rozmontowano system edukacyjny w Polsce, w tym edukację w obszarze kultury. W rankingu PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) najwyżej notowane są takie kraje, jak USA, Izrael i Szwecja, dziwnym trafem właśnie tam muzyka jest obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Nawet w Bronksie w Nowym Jorku żaden uczeń nie ukończy szkoły podstawowej, jeżeli nie będzie umiał grać na jakimś instrumencie.

Dorota Buchwald

Jako Instytut Teatralny próbowaliśmy przekonać Ministerstwo Edukacji do wprowadzenia do programu nauczania zajęć teatralnych, wychodząc z założenia, że teatr polski jest wartością niezaprzeczalną i unikalną dla kultury światowej, a poza tym jako performatywna dziedzina sztuki pobudza kreatywność i innowacyjność. Niestety nasze postulaty nie spotkały się ze zrozumieniem ministerialnych urzędników.

Największym problemem jest utrzymanie stabilności działania instytucji tworzących kulturę. A pejzaż ten jest wielowymiarowy i składają się na niego instytucje państwowe, organizacje pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia. Aby mogły one stabilnie pracować, powinny być wyposażone w odpowiednie środki, które pozwalają kulturę wytworzyć, aby potem ją móc zaprezentować światu. Tymczasem finansowanie na zasadzie przyznawania grantów wywołuje działania impulsowe – od projektu do projektu. Limitowanie środków powoduje, że kultura może co najwyżej służyć obywatelowi. Nie wystarcza już pieniędzy na kształcenie jego gustów. Bez mecenatu publicznego w ogóle nie wyobrażam sobie istnienia kultury. W jej przypadku samofinansowanie się to czysta fikcja i iluzja, tym bardziej że w Polsce praktycznie nie działa ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym.

Leszek Jażdżewski

Ja akurat mam wątpliwości, czy w państwie demokratycznym mecenat państwowy jest najlepszym rozwiązaniem dla kultury. Kiedy przed wiekami papież zamawiał freski do Kaplicy Sykstyńskiej, nie musiał oglądać się na zdanie innych, bo samodzielnie dysponował swoimi pieniędzmi i mógł decydować, jakiego twórcę wspierać. Nie musiał liczyć się ze społecznym odbiorem dzieła. Dzisiaj narzekamy na degrengoladę sztuki wysokiej, ale jest to pokłosie oddania prawa głosu mecenatowi państwowemu, czyli większości, która przecież nie musi znać się na tym, za czym głosuje. Fakt, że sztuka wysoka istnieje w społeczeństwie masowym, jest w zasadzie fenomenem, ale dzieje się tak, bo jeszcze przed laty decydowała w tej kwestii tzw. elita. Dzisiaj zwyciężają populiści i demokracja masowa.

Rozwój kultury wysokiej, tzn. takiej, która szuka odpowiedzi na pytania dotyczące kondycji człowieka, można zapewnić na dwa sposoby. Możemy uznać, że kultura jest czymś specjalnym, kwestią tożsamości narodowej i jako taka będzie poza sferą dyskursu publicznego, albo pójdziemy dłuższą drogą i zaczniemy edukację społeczeństwa. Być może obecne pokolenie nie będzie jeszcze chodzić do opery, ale mimo to zadba o jej rozwój na wypadek, gdyby dzieci zechciały chodzić, kiedy dorosną.

Ważne, abyśmy sami zdali sobie sprawę, czym dla nas jest kultura, jak powinien być prowadzony dialog pomiędzy artystami a demokratycznie zorganizowanym społeczeństwem. Powinniśmy uznać, że władza jest jednym w uczestników tego dialogu, a nie centrum decyzyjnym.

Andrzej Matusiak, dyrektor Stołecznej Estrady

Chciałbym wprowadzić nieco optymizmu do naszych rozważań, bowiem pracując długo w samorządzie, zauważam pozytywne trendy. Według statystyk Ministerstwa Kultury w ostatnich latach przybyło nam ponad 200 ważnych dla kultury obiektów, które teraz są wypełniane życiem kulturalnym. Są to teatry, filharmonie, muzea i inne instytucje, które tworzą tkankę kulturalną w mniejszych ośrodkach. Samorządy uczą się nimi zarządzać i używać ich jako karty przetargowej w kontaktach gospodarczych ze światem, pokazując swoją gotowość do wymiany kulturalnej. A jeszcze kilkanaście lat temu samorządowcy postrzegali kulturę jako koszt, którego trzeba się pozbyć. Dzisiaj lokalne władze zaczynają dostrzegać korzyści wynikające z prowadzenia działalności kulturalnej, upatrując w niej sposobu nawiązywania bliskich relacji ze swoimi mieszkańcami. Samorządy nie mogą też zapominać o rozrywce, bo ich misją jest zaspokajanie potrzeb wszystkich mieszkańców, również i tych mniej wymagających od kultury, ale płacących podatki i oczekujących na odpowiednią dla nich ofertę. Ważne, żeby była na przyzwoitym poziomie.

Odczuwalny jest brak edukacji kulturalnej, co powoduje, że ludzie nie są przygotowani do świadomego uczestnictwa w kulturze. Według badania, jakie wykonano w Warszawie na zlecenie Stołecznej Estrady, 7 proc. mieszkańców jest zainteresowanych jazzem, tzn. że przynajmniej raz w roku byli na koncercie jazzowym lub kupili płytę z muzyką jazzową. Obecnie w Warszawie funkcjonuje jeden klub jazzowy, na ul. Piwnej, a reszta niestety nie utrzymała się na powierzchni. Tak dzieje się w mieście, w którym w świetnej szkole muzycznej na ul. Bednarskiej uczą młodzież takie tuzy jazzu, jak Namysłowski czy Jagodziński, a szkolna orkiestra rokrocznie wygrywa festiwal muzyczny w Düsseldorfie.

Bogna Świątkowska

Obawiam się, że czeka nas okres cofania się i tracenia wszystkiego, co zostało zbudowane z dużym trudem i też z niemałymi błędami na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Teraz ciężar tworzenia kultury musi być skierowany poza instytucje. Jak już nieraz w historii, nadchodzą czasy, kiedy odpowiedzialność za polską kulturę i jej jakość musi przejść na barki obywateli, działających samodzielnie lub w ramach organizacji pozarządowych.

Kultura potrzebuje wolności, a instytucje kultury – autonomii. Wtedy będą budować wspólnotę języka z innymi twórcami, społeczeństwami, z innymi kulturami działającymi w różnych przestrzeniach. Kultura nie może być wsobna i zainteresowana jedynie spojrzeniem do wewnątrz. Takie podejście jest zaprzeczeniem jej istoty. Sukces osiągniemy wtedy, kiedy polska kultura będzie niezbywalną częścią kultury światowej, rozumianej jako dobro wspólne. Kultura to przecież uniwersalny język umożliwiający porozumienie ponad podziałami i ponad wszelkimi granicami. Mamy znakomitych pisarzy, reżyserów, muzyków, malarzy. Mamy twórców, którzy potrafią postawić pytania nurtujące ludzi na całym świecie i udzielić na nie odpowiedzi. Nie tylko w kwestii dotyczącej specyficznej historii naszego narodu, ale też w odniesieniu do wartości uniwersalnych.

Kultura wymaga mecenatu. Mecenatu mądrego, nieprzemocowego. Takiego, który rozumie specyfikę kultury i to, że ona bez wolności karleje. Bez wolności staje się swoim własnym zaprzeczeniem.

Paweł Potoroczyn

Przez ostatnie 25 lat mamy w Polsce do czynienia z erupcją talentów i kreatywności w każdej dziedzinie kultury na skalę bez precedensu w naszej historii. Państwo musi je umieć dostrzec. Musi też mieć cele i strategię komunikacji marki narodowej. Jeżeli pewne formacje intelektualne, kulturalne, duchowe czy artystyczne lepiej służą tym celom, to państwo ma prawo sobie je wybierać, ale niechże państwo ma strategię marki narodowej!

Marzy mi się wprowadzenie 1-proc. odpisu od podatku dochodowego, którym każdy obywatel mógłby samodzielnie zadysponować, wskazując, jaką instytucję kultury chciałby wesprzeć. Chciałbym, aby państwo polskie przeznaczyło na kulturę choć 2 proc. budżetu, co w mojej ocenie jest możliwe w ciągu pięciu lat.

Krzysztof Zanussi

Promocja kraju jest w interesie społeczeństwa, a więc i państwa, które jest jego emanacją. Nie mamy takiej rozpoznawalności jak Francja, Włochy czy Niemcy, o których wszyscy na świecie sporo wiedzą i które nie muszą zabiegać o elementarną znajomość swojej kultury. My musimy.

Jeżeli budujemy markę Polski za pomocą kultury, to po pierwsze nie możemy kłamać, bo jak się kłamie, to nikt nam nie wierzy i wiarygodność znika, czego doświadczyło wiele krajów, uprawiając propagandę kultury. Autokrytycyzm był i jest siłą napędową Europy. Polska kwestionująca wszystkie racje jest Polską poważnego dialogu, z którą można się spierać, dogadywać i która jest interesująca. Natomiast Polska prowadząca samochwalczą propagandę, zadufana, zbyt pewna swego jest od razu skazana na przegraną i brak zainteresowania, a nawet izolację. Potrzebujemy symbiozy i współpracy – obywatele twórcy mogą dostarczać paliwa, czyli swoich dzieł, ale potrzebują doświadczonej i sprawnej instytucji, jaką jest Instytut Adama Mickiewicza, aby owe dzieła pokazywać światu.


Marzena Tataj

 

Czytaj także