Ludzie chcą pomagać, jeśli wskaże się im cel

Anna Siedlik i lokalna położna; Wakema Township, Mjanma, 2016 r. (Fot. Ewa Piekarska)
Anna Siedlik i lokalna położna; Wakema Township, Mjanma, 2016 r. (Fot. Ewa Piekarska)

O doraźnym i trwałym zmienianiu świata, najpilniejszych potrzebach w Papui, Afryce Zachodniej i na Bliskim Wschodzie oraz ludziach, którzy nie mają wiele, ale potrafią dzielić się wszystkim, z Ewą Piekarską rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Polska Misja Medyczna (PMM) istnieje od 1999 r. Czy problemy, które 20 lat temu skłoniły twórców organizacji do jej założenia, nadal występują?

Ewa Piekarska: Naszą działalność można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza kategoria to pomoc humanitarna, czyli pomoc ofiarom konfliktów wojennych czy katastrof naturalnych. Oba te zjawiska zdarzają się cały czas i nadal będą się zdarzać, mimo że stale postępuje rozwój w dziedzinie zapobiegania takim sytuacjom. Wciąż nawiedzają świat tajfuny czy huragany, wciąż też toczy się wiele konfliktów zbrojnych. Co ciekawe, często nawet się nie mówi o nich w mediach. Choć żyjemy w XXI w., nadal spora część świata nie ma dostępu do edukacji czy opieki zdrowotnej. Drugim obszarem naszej działalności jest pomoc rozwojowa, która wywołuje zmiany dające się zaobserwować. Widzimy, jak na terenie naszego działania z roku na rok zwiększa się dostęp do pomocy medycznej i świadomość ludzi.

Przystąpiłam do PMM w marcu 2004 r., ale mocniej zaangażowałam się w działania Misji w 2013 r., kiedy zostałam wybrana na prezesa zarządu. W 2016 r. porzuciłam wszystkie inne zajęcia i zajęłam się wyłącznie Misją. Pierwszy raz pojechałam do Afryki w 2006 r., moim celem była Angola. Później pracowałam w Mauretanii z imigrantami z 16 krajów Afryki Subsaharyjskiej. Od 2011 r. bywam bardzo często w Afryce Wschodniej i widzę, że wiele się tam zmienia w kwestii, która dla mnie jest szczególnie istotna, czyli opieki nad matką i dzieckiem. Więcej kobiet rodzi w szpitalach i ośrodkach opieki medycznej. Coraz szersza jest edukacja, nawet kobiety rodzące tradycyjnie, w wioskach, mają świadomość, że należy z noworodkiem odwiedzić ośrodek, w którym zostanie on przebadany i poddany szczepieniom, dzięki czemu zwiększać się będzie odporność danej populacji i zmniejszy zapadalność na poszczególne choroby. Myślę, że to jest ważne. Poczyniłam ostatnio ciekawą obserwację w południowej Tanzanii: na konsultacje lekarskie coraz częściej z dziećmi przychodzą ojcowie, wcześniej się to nie zdarzało.

KB: Powiedziała pani, że z naszych mediów nie dowiadujemy się wiele o tragediach rozgrywających się w odległych rejonach świata. Czy jednak nie jest to trend charakterystyczny dla wielu mediów zachodnich, które również rzadziej relacjonują wojny, katastrofy humanitarne czy klęski żywiołowe?

EP: Czasem z ciekawości porównuję, jak informacje o danym konflikcie przedstawiane są przez czołowych światowych nadawców, czyli Al-Dżazirę, BBC i CNN. Trzy różne media czasami w zupełnie różny sposób pokazują sytuację w danym kraju. W stacji Al-Dżazira jest sporo informacji o Azji, m.in. o Mjanmie (dawniej Birmie), gdzie pracujemy, o Bangladeszu i innych miejscach tamtego regionu, w których dochodzi do katastrof. Media poszczególnych krajów pewnie są bardziej zainteresowane rejonami, z którymi państwo jest w jakiś sposób powiązane, zarówno na poziomie społecznym, jak i gospodarczym. Tak jest choćby w przypadku Afryki. I tu należy wspomnieć, że polskie firmy wchodzą coraz intensywniej na tamten rynek, więc pewnie zainteresowanie naszych mediów będzie większe.

KB: Wymieniając cele organizacji, mówią państwo o wprowadzaniu trwałych zmian na lepsze. Wyobrażam sobie, że w rejonach, w których skumuluje się wiele różnych problemów, realizacja takiego postulatu może być niesłychanie trudna.

EP: Tak, dlatego podkreśliłabym, że trwałe zmiany na lepsze możemy wprowadzać przy okazji projektów rozwojowych, czyli takich, które realizujemy w krajach o pewnym poziomie stabilizacji politycznej i ekonomicznej. Od kilku lat pracujemy w ten sposób w Ugandzie czy choćby w Tanzanii. Natomiast w przypadku pracy na rzecz uchodźców syryjskich nie możemy mówić o trwałych zmianach na lepsze, bo tam skupiamy się na udzielaniu pomocy humanitarnej. Chcę podkreślić, że nieraz małe projekty przynoszą długotrwałe zmiany. Jako przykład podam akcję doszkalania personelu w małym ośrodku w środkowej Ugandzie. Jeżdżę tam regularnie od 2013 r. Personel tego niewielkiego szpitala, założonego przez franciszkanów, nie umiał sobie radzić z podstawowymi zabiegami, które są bardzo potrzebne w regionie, a nie wymagają specjalistycznego sprzętu czy banku krwi. Chodziło o dosyć proste operacje tłuszczaków, włókniaków czy przepukliny okołopępkowej. Przez jakiś czas na miejscu działało kilka naszych ekip i obecnie tamtejszy personel jest na tyle przeszkolony, że jest w stanie wykonywać takie zabiegi bez powikłań. W Mjanmie, gdzie działamy od 2016 r., zostaliśmy poproszeni przez położne i lekarzy pracujących w rejonie delty Irawadi, żebyśmy nauczyli ich, jak postępować z przypadkami kobiet w ciąży, które mają cukrzycę lub nadciśnienie. Tamtejsze zespoły radziły sobie z patologią ciąży, ale nie miały wiedzy dotyczącej chorób cywilizacyjnych. Mogliśmy więc dołożyć przysłowiową cegiełkę do wykształcenia personelu medycznego. To są rzeczy, które są trwałe i po prostu cieszą.


Stomatolog Katarzyna Błądek-Grzelczak w trakcie szkolenia; Nanjota, Tanzania, maj 2018 r. (Fot. Ewa Piekarska)

KB: Czy może pani wymienić typowe potrzeby charakterystyczne dla różnych rejonów, w których działa PMM?

EP: Zacznijmy od Afryki Wschodniej. W Malawi, Zambii i Tanzanii dużym problemem jest brak kadry medycznej, w szczególności lekarzy specjalistów, którzy mogliby przyjmować pacjentów. Jest natomiast dużo położnych i pielęgniarek, które często mają o wiele większą odpowiedzialność niż położne w Polsce. W tamtym regionie lekarz, który kończy studia, powinien znać się na wszystkim –wykonywać operacje, przyjmować porody, wkładać nogę w gips itd. Brak kadry jest problemem nie tylko dla pacjentów, ale również szpitali. W Ugandzie wynagrodzenie lekarza wynosi minimum tysiąc dolarów, trzeba mu również zapewnić zakwaterowanie przy szpitalu za darmo. Rzadko który szpitalik może zaoferować podobne warunki. Te osoby, które zdobyły wykształcenie i których rodziny poniosły ogromne koszty studiów medycznych, najczęściej nie są zainteresowane mieszkaniem na wsi i uciekają do miast. Zapewnienie lekarzom odpowiednich warunków do pracy, szczególnie na wsi, jest bardzo istotne. Dodatkowym problemem są możliwości diagnostyczne. W Afryce Wschodniej wciąż nie radzimy sobie z chorobami, które coraz efektywniej leczymy na Zachodzie – dotyczy to w szczególności cukrzycy i chorób onkologicznych. Bolączką tamtego rejonu (z wyjątkiem Zambii) jest to, że za konsultacje z lekarzem trzeba zapłacić niemałe pieniądze. Podobnie jak za każdą strzykawkę, igłę, bandaż i leki. Ludzie przychodzą do lekarza nie wtedy, kiedy coś im dolega, ale często dużo później, na przykład po zbiorach, kiedy już stać ich na wizytę. Mieszkańcy południa Tanzanii zbierają nerkowce i po żniwach mogą sobie pozwolić na wizytę u lekarza, oczywiście równocześnie muszą zapłacić za edukację dzieci, jeżeli chcą im zapewnić godziwy byt.

Na Bliskim Wschodzie działamy w irackim Kurdystanie, Jordanii, a także w Syrii – dzięki współpracy z syryjską organizacją Balsam Medical. W Kurdystanie i w Jordanii pracujemy w obozach dla uchodźców. Zajmujemy się przede wszystkim zapewnieniem opieki medycznej, dostarczeniem pakietów higienicznych, mobilną kliniką i leczeniem osób przewlekle chorych. Niezwykle wzruszającym momentem jest spotkanie z ludźmi, którzy są wdzięczni za pomoc i opowiadają straszne historie o piekle, jakie musieli przejść. Niektórzy od pięciu lat mieszkają w obozie dla uchodźców i są pozbawieni nadziei, że będą mogli kiedyś wrócić do siebie. W ciągu kilku lat pracy na tym terenie nigdy nie słyszałam, by ktokolwiek marzył o wyjeździe do Europy. Ci ludzie pragną powrócić do własnych domów, do własnych miejscowości, często są rozdzieleni z rodzinami. Myślę, że w przypadku tych ludzi – w szczególności mam tu na myśli kobiety – ważna jest pomoc psychologiczna, ale nie wszędzie ona jest oferowana. Dla mnie najbardziej egzotycznym rejonem, różniącym się od Afryki i Azji, jest Papua-Nowa Gwinea. Tam w ogóle możemy zapomnieć o dostępie do pielęgniarki czy lekarza. Pracują tam community health workers, którzy są absolwentami szkół dwuletnich. Istotne jest, aby właśnie oni byli najlepiej przygotowani i przeszkoleni. Oczywiście nie zapewnią w pełni profesjonalnej opieki medycznej, ale powinni radzić sobie z najważniejszymi tamtejszymi problemami, czyli z biegunkami, które w przypadku dzieci są śmiertelne, z chorobami płuc, gruźlicą, która jest wszechobecna w tamtym regionie. Jest też dużo przypadków HIV, ale tę chorobę leczy się w ramach wsparcia z programu australijskiego. Papua-Nowa Gwinea, podobnie jak cała Oceania, to rejon mocno odcięty od świata i występuje tam ogromny problem z komunikacją i przemieszczaniem się na potężnych terenach, bo po prostu nie ma dróg. W samej Papui obowiązuje 800 lokalnych języków, bowiem ludzie żyjący w danej dolinie nie mieli wcześniej okazji się przemieszczać i poznawać. W tej chwili obowiązuje pidgin, sztuczny język, który umożliwia szerszą komunikację. Community health workers są odpowiedzialni za punkty medyczne, tam przyjmują pacjentów. Jednym z ważnych wyzwań jest higiena, w tym uświadamianie ludziom wagi higieny stomatologicznej.

W Azji Południowo-Wschodniej pracujemy obecnie w Mjanmie, na południu kraju, w delcie Irawadi. Ta część świata jest zagrożona bardzo częstymi powodziami i tsunami – najgroźniejsze miało miejsce w 2008 r. Wtedy zresztą rządząca dyktatura wojskowa zabraniała przez pierwsze tygodnie wkraczać do kraju organizacjom humanitarnym. Dwa miliony ludzi było stale narażonych na brak noclegu, pożywienia, dostępu do czystej wody – to był ogromny dramat, o którym niewiele się mówiło. W tamtym rejonie jest też problem z dostępem do wody pitnej, co powoduje roznoszenie się wielu chorób. Prowadzimy działania zwiększające poziom higieny, ale także tworzymy zbiorniki na wodę.

KB: Czy państwa praca bywa niebezpieczna?

EP: Przede wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsadek, jakiś element strachu powinien nam towarzyszyć. Inna sprawa, że nawet wyjeżdżając na weekend w Europie, nie możemy przewidzieć, co się wydarzy. Na pewno jednak ryzyko jest dużo większe, gdy pracuje się w krajach Bliskiego Wschodu. Rejestrując podróż do azjatyckiej Mjanmy, otrzymujemy informację, że może dojść do ataku terrorystycznego w Rangunie. Ja byłam w Mjanmie pięć razy i nigdy nie widziałam żadnych zgromadzeń na ulicy, nie doświadczyłam też nieprzyjemnych sytuacji. W Jordanii i irackim Kurdystanie ryzyko jest większe. W takich miejscach działamy we współpracy z większymi organizacjami, które mają bardzo mocno rozbudowane działy bezpieczeństwa, i wtedy poddajemy się ich procedurom. Na przykład w irackim Kurdystanie musimy wracać do bazy przed zachodem słońca. Nieraz w czasie naszej obecności w bazie zdarza się ostrzał kurdyjskiego centrum. W Iraku jest bardzo dużo checkpointów i ryzyko na pewno jest spore, na szczęście w czasie naszego działania na tamtym terenie nic się nie wydarzyło. W dużych obozach jest koordynator i ochrona, poza tym my pomagamy, więc napotkani ludzie najczęściej wyrażają nam wdzięczność. Od zeszłego roku działamy również w Jemenie. W listopadzie rozpoczęliśmy współpracę z Lekarzami bez Granic, którzy prowadzą ośrodki leczenia dzieci. Są dwie choroby, które głównie zabijają tam teraz ludzi: cholera i błonica. Dzięki współpracy z dużą, rozpoznawalną organizacją środki, które przeznaczamy na pomoc, są kierowane na leczenie tamtejszych dzieci i kobiet, a my nie musimy ponosić dużych kosztów administracyjnych i logistycznych. W Jemenie toczy się konflikt – nieco zapomniany przez światową opinię publiczną – który jest teraz największą katastrofą humanitarną. Ludzie są niedożywieni, umierają, a do znacznej części z nich nie można nawet dotrzeć z pomocą medyczną.


Badania przesiewowe i konsultacje medyczne; Karanda, Papua-Nowa Gwinea, 2015 r. (Fot. Ewa Piekarska)

KB: Praca lekarza, zapewne pod każdą szerokością geograficzną, zaś szczególnie w takich miejscach, w jakich działa Polska Misja Medyczna, wiąże się ze stresem psychologicznym. Czy mają państwo specjalne sposoby, by pomagać swoim medykom?

EP: Na Bliski Wschód raczej nie wysyłamy personelu medycznego, z reguły działamy poprzez lokalny personel. Raz wysłaliśmy stomatologa, zaś w zeszłym roku – pediatrę i ginekologa do Jordanii. Jednak również w tych przypadkach głównym celem było szkolenie personelu lokalnego. Na pewno bezsilność dopada każdego. W wielu sytuacjach, gdyby nie okoliczności, można by zapobiec śmierci. Widzimy ludzi umierających z powodu chorób, którym w innych warunkach w prosty sposób moglibyśmy zapobiec. Widzimy osoby, które były szczepione przeciwko polio i chorują na polio, bo prawdopodobnie na nich były kiedyś testowane szczepionki. Kiedyś w Papui zdarzyła mi się taka sytuacja: w rejonie górzystym, w niewielkiej wiosce, zatrzymali nas młodzi ludzie i powiedzieli, że ich dziecko nie chce jeść i wymiotuje treścią kałową. W takich przypadkach w żaden sposób nie jesteśmy w stanie pomóc. Dziecko natychmiast musi znaleźć się w specjalistycznym ośrodku, a tu drogi nieprzejezdne i nie da się dotrzeć do lotniska. Wiemy zatem, że ono umrze w ciągu kilku godzin i nie ma możliwości ratunku; mamy wtedy poczucie ogromnej straty. W wielu sytuacjach ze względu na brak diagnostyki i leczenia po prostu nie da się ludziom pomóc, mimo że w podobnych przypadkach na Zachodzie można walczyć o życie. Niedawno do naszych lekarek w Mjanmie trafił bardzo poparzony 15-letni chłopiec. Koleżanka, która jest chirurgiem, podjęła się operacji szyi, choć musiała pracować w bardzo prowizorycznych warunkach. W krajach zachodnich taki chłopiec zostałby poddany kilkumiesięcznej opiece, zwłaszcza chirurga plastycznego, lecz takich możliwości w Mjanmie nie ma. Wiadomo, że serce się rwie i chcielibyśmy pomóc, natomiast nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Jeżeli chodzi o radzenie sobie, myślę, że przede wszystkim pomagają rozmowy.

KB: Co panią skłoniło do podjęcia działalności w PMM i co dziś panią motywuje? Czy pomaganie uzależnia?

EP: Pracuję w Polskiej Misji Medycznej od 2004 r. W tym czasie kończyłam studia, pracowałam m.in. w sektorze prywatnym, zaś po godzinach pisałam, rozliczałam i koordynowałam projekty, a także – w ramach urlopu bezpłatnego – jechałam np. do Mauretanii czy Kenii. Pomaganie daje ogromną satysfakcję, czasami nawet niewielkimi działaniami można realnie komuś pomóc. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to jest tylko kropla w morzu potrzeb. Ale możemy sprawić, że jakieś dziecko przeżyje, a inne dzięki szczepieniom będą mniej chorowały; możemy zapobiec wielu chorobom poprzez wprowadzenie prostych rozwiązań, jak choćby spania pod moskitierą. To daje fantastyczne poczucie, że w jakiś sposób przyczyniamy się do poprawy losu innych ludzi. Czasami podstawową edukacją i małymi krokami można zrobić wielkie rzeczy. Taki cel zawsze motywował mnie do działania. Wiele lat temu zorganizowałam w Polsce szkolenie dla lekarzy z Białorusi z zakresu zapobiegania chorobom zakaźnym, w tym przenoszonym drogą płciową. Przyjechali do nas lekarze na dwa tygodnie, brali udział w fantastycznych projektach. Na koniec jedna z lekarek powiedziała: „Pani Ewo, dziękuję”. Takich rzeczy się nie zapomina. Praca z drugim człowiekiem jest ogromnym wyzwaniem i daje niezwykłą satysfakcję. Wiele się uczymy od ludzi przyjmujących naszą pomoc, między innymi nieco zapomnianej już u nas serdeczności i dzielenia się wszystkim, nawet gdy niewiele się ma. Ludzie mają ogromne serca i myślę, że one się przyciągają. W naszym świecie często pędzimy, zapominamy o tym, co naprawdę ważne, zaś niektórzy nie mają nic, lecz są dla siebie bardziej życzliwi, a być może również bardziej szczęśliwi.

KB: Zauważyłem, że w zespole Polskiej Misji Medycznej jest sporo kobiet. Czy wśród wolontariuszy również jest podobna proporcja i czy owe statystyki są potwierdzeniem pewnej zmiany społecznej, która się dokonuje? A może kobiety mają szczególne predyspozycje, by otworzyć serce na drugiego człowieka?

EP: Też się kiedyś nad tym zastanawiałam, bo faktycznie nasza organizacja jest zdominowana przez kobiety. Myślę, że te statystyki wyglądają różnie w innych organizacjach. W Polskiej Organizacji Humanitarnej pracuje bardzo dużo mężczyzn. Jeśli chodzi o naszych lekarzy, mężczyźni przeważają w specjalizacjach tzw. twardych, takich jak chirurgia czy ortopedia. Natomiast wydaje mi się, że we wszystkich obszarach tzw. miękkich, jak szkolenia, wsparcie psychologiczne, większą troską i empatią wykazują się jednak kobiety. Nie wiem, z czym są związane owe predyspozycje, być może z instynktem macierzyńskim, z instynktem opieki. Na pewno kobiety bardziej emocjonalnie podchodzą do różnych sytuacji. U kobiet, które pracują w naszej organizacji, częściej można zobaczyć łzy w oczach.

KB: A gdyby komuś spodobało się to, co państwo robią, i chciałby się jakoś włączyć, to co powinien zrobić?

EP: Można pomagać nam w Polsce i za granicą. Można zgłosić się na wolontariat medyczny poprzez formularz na stronie internetowej. Ludzie chcą pomagać nie tylko w sprawach medycznych, ale też przy pracach administracyjnych, tłumaczeniu dokumentów, zbiórkach, kwestach. Kandydaci, których wysyłamy na misje, przechodzą u nas dwudniowe szkolenie, podczas którego poruszamy aspekty medyczne, ale też związane z polityką czy kulturą danego regionu. Uczestnik zapoznaje się z procedurami kodeksu misji zagranicznych, kodeksu postępowania wolontariusza, a także z zagadnieniami etycznymi, np. związanymi z pokazywaniem swojej pracy w mediach społecznościowych.

KB: Czy współpracują państwo ze środowiskiem biznesu?

EP: Rozwijamy taką współpracę i jest ona dla nas bardzo ważna. Otrzymujemy dotacje finansowane lub współfinansowane ze środków publicznych, ale coraz więcej wsparcia pochodzi od darczyńców indywidualnych i firm prywatnych. I niekoniecznie takich, które działają na rynkach afrykańskich. Przedstawiciele biznesu będą organizowali w maju galę PMM z okazji 20-lecia działalności. Podczas uroczystości odbędzie się zbiórka środków na naszą działalność. Wspierają nas również polskie firmy rodzinne, które często przekazują darowiznę rzeczową lub finansową, np. na zakup USG w danym miejscu. W tej chwili zbieramy pieniądze na zakup tzw. wiertarki ortopedycznej do szpitala w Malawi, gdzie pracuje nasza wolontariuszka Karolina Śliwińska. Może się wydawać, że uzbieranie środków na zakup urządzenia za 100 tys. zł jest niemożliwe, ale nic bardziej mylnego. Ludzie chcą pomagać, jeśli się im wskaże cel i miejsce, do którego trafi wsparcie. Chętnie się dzielą, mają ogromne serce i chcą się włączyć, jeżeli tylko mogą.

Jeśli chodzi o zbieranie środków, w tej chwili nasza uwaga kieruje się na Jemen. Na stronie internetowej mamy takie szczególne narzędzie – kalkulator godzin dla Jemenu. Można wpisać kwotę, którą się zarabia miesięcznie, i kalkulator przelicza, ile warta jest godzina naszej pracy. Apelujemy do ludzi o podzielenie się i wpłacenie równowartości godziny swojej pracy na rzecz Jemenu. To niesamowite, że w ciągu dwóch tygodni dzięki takiemu kalkulatorowi zebraliśmy ponad 20 tys. dolarów na pomoc dzieciom i kobietom w Jemenie.

Podaruj godzinę dla Jemenu! Z powodu głodu lub braku opieki medycznej w Jemenie co 10 minut umiera dziecko. Dołącz do Lekarzy Bez Granic oraz Polskiej Misji Medycznej i pomagaj z nimi! https://www.pmm.org.pl/pl/akcja-specjalna/
Więcej o działaniach Polskiej Misji Medycznej można przeczytać na stronie: https://www.pmm.org.pl/pl/


Ewa Piekarska

absolwentka zdrowia publicznego i Akademii Młodych Dyplomatów. Od 2004 r. wolontariuszka Polskiej Misji Medycznej, a od marca 2013 r. prezes zarządu tego stowarzyszenia. Koordynator projektów m.in. w Afganistanie, Czadzie, Gruzji, Indiach i na Ukrainie. W zakresie edukacji zdrowotnej i jako koordynator miała okazję pracować i zdobyć doświadczenie w Angoli, Kenii, Mauretanii, Serbii, Papui-Nowej Gwinei, Turcji i Ugandzie. W kręgu jej zainteresowań zawodowych znajdują się przede wszystkim epidemiologa chorób zakaźnych oraz organizacja systemu opieki zdrowotnej, w szczególności dotyczącej matek i dzieci do piątego roku życia w krajach rozwijających się. Chęć niesienia pomocy łączy z pasją podróżowania, poznawania ludzi, lokalnych obyczajów i radzenia sobie w krajach całkowicie odmiennych kulturowo od Polski. Prywatnie miłośniczka trekkingu, jazdy na rowerze, tańców latynoamerykańskich i kuchni orientalnej.

 

Czytaj także